Strona:Poezye (Odyniec).djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— „Co? tyś nie Adam?“ — z podziwu gestem,
Wzrok we mnie topiąc, wyrzeka.
— „Przyjaciel tylko Adama jestem.“ —
— „A gdzież jest Adam? — „Daleko!“ —

Rzekłem, umilkły; wzrok w ziemię wryty,
Z ręku wypadła więź kwiatków.
Wtém jedna dając wieniec uwity
Z niezapominek i bratków:

„Poszlij mu — rzecze — od nas te kwiaty;
Myśmy tych dolin boginie.
Ach! on je kiedyś lubił przed laty
Na naszéj zbierać dolinie.

„Do droższych wieńców, za swoje rymy,
Wiemy, że słusznych praw nabył.
To tylko dowód że go pomnimy,
By i nas wzajem nie zabył.“ —

Oddała wieniec, z drżeniem go wziąłem,
Podobnym cudom niezwykły;
One wtém lekko skinąwszy czołem,
Odeszły zwolna, i znikły.

Szlę ci więc kwiaty, szlę ci me rymy,
Wierz prawdzie jakem je nabył.
Znajdziesz w nich dowód że cię pomnimy,
Patrz! byś i nas téż nie zabył.

1825.