Strona:Poezye (Odyniec).djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I jak w nas każdym, z lada ponęty,
Z lada wzruszenia — w téj chwili,
Duch nasz kusiciel, i Stróż jéj święty,
Walkę w niéj o nię stoczyli.

„Wstyd ci, wstyd, hańba!“ — szepnęła pycha —
„Klęczeć przed piecem u garnka!
„Patrz, jak się z ciebie ten pan uśmiécha!
„Myśli, żeś pewnie kucharka!“ —

Na szept téj myśli, już chce co żywo
Zemknąć — ruszyła już krokiem... —
Wtém Aniół ojca postać sędziwą
Przewiódł przed myślą i okiem:

Jak ją codziennie Bogu poleca
Rad ze śniadania staruszek! —
I znów dziewczynka bliżéj do pieca —
A już, już, wzbiera kożuszek!...

„No I toż przynajmniéj mów!’ — tak przez próżność
Kusiciel w myśli rzekł daléj:
„Że to dla ojca; — niech twą pobożność,
„Niech twoję czułość pochwali!“ —

Już ma coś mówić — chociaż się wstydzi,
Gdy wtém — jak z głębi serduszka,
Słyszy głos cichy: „Dość, że Bóg widzi!“ —
I ach! war bieży z garnuszka.