Strona:Poezye (Odyniec).djvu/418

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sami, w co prędszéj ucieczce
Widząc ratunek jedynie,
Choć z biedą, jak śledzie w beczce,
Mieścili się w oficynie.
Mieli rozum — bo koniecznie,
Lepiej ciasno, a bezpiecznie.

A tymczasem bies, pan placu,
Hulał sobie po pałacu,
Brojąc, co mu się roiło. —

Szczęściem, tak się nadarzyło.
Że po dawnéj znajomości,
Przyjechał do Jegomości,
W konwikcie kolega dawny,
Jeden poeta sławny.
A poeta gębą całą!

Choć mógłbym, z jego pochwałą
Nie będę się długo szerzył.
Prawda, że mu towarzysze
Mówili, że on źle pisze —
Ale on temu nie wierzył —
Bo i któż Zoilów słucha?
Owszem, z przekonaniem mocném,
Sądził się, w pokorze ducha.
Najmniéj Homerem północnym.

Po półwieczném niewidzeniu,
Skoro go ujrzał Jegomość,
W kordyalném uściśnieniu
Dawna odżyła znajomość.