Strona:Poezye (Odyniec).djvu/500

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz wiém ja, coć tak długo utrzymując w błędzie,
Raz piérwszy na krzywego wystrychnęło sędzię.
Pojętny uczeń wieku, a wcześnie zaznany
Ze słodkością poetów Tybru i Sekwany,
Gdzie Pegaz na munsztuku ryglowych wędzideł,
Jak struś, do biegu tylko umie użyć skrzydeł;
Gdzie Geniusz, jak dworak, w strzyżonych szpalerach
Spacerujący zwolna w tłumnych Tuillerach,
Z obawy przenikliwéj a szyderczéj zgrai,
Każdą żywszą myśl tłumi, a uczucie tai;
Nie dziw, żeś wnet podobać nie mógł Muzy, która,
Wróżka–dziwotwórczyni, wolnych ludów córa,
To z wiatry na skrzydlatych hippogryfach lata,
To współczuje z ziemiany, to się z duchy brata,
Aż do wyższych ich celów zatęskniwszy z niemi,
Jak kapłanka na grobie, modli się na ziemi.

Ale czemu się dziwię, to, wyznaję szczerze,
Téj dwoistéj a sprzecznéj sądów twoich mierze,
Żeś na pieśń i natchnienie chcąc wtłaczać okucie,
Z najświętszych nawet karbów wyzwalał uczucie,
I ziemskiemu bożyszczu czcze niosąc ofiary,
Bóztwu prawéj Miłości odmawiałeś wiary.

Lecz błąd, co twe jedynie dotąd serce kalił,
Gdy niebieski jéj ogień do rdzeni wypalił,
Patrz! jak pokutującej skroni renegata
Drogi wieniec nagrody własna dłoń jéj splata!

Młodą krasą królowéj kwiatów rowiennica,
A sercem tylko własném piękniejsza od lica,