Strona:Poezye (Odyniec).djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


—„O! nie! mój ojcze kochany!
Dusza Henryka nie płocha;
Nie zna on zdrady, ni zmiany,
Jak wprzód mię kochał, tak kocha.

„Tyś go uczył, dla ojczyzny
Poświęcać zdrowie i życie:
W jéj obronie wzięte blizny
Wstrzymały jego przybycie.

„Pomnę, dając pożegnanie,
Gdyś go przyodziewał zbroją,
Rzekłeś: „Wróć, dzielny młodzianie!
Wróć, a Zofia jest twoją!“ —

— „Niebaczna! zkąd ci ta śmiałość?
Wiem, dokąd zmierza twa mowa.
Śmiesz mię winić o niestałość? —
Niech wraca! dotrzymam słowa.“ —

— „Ojcze mój! wieczne ci dzięki!
Wyrwałeś mię z głębi piekła.“ —
I znowu krasa jutrzenki
Blade jéj lica powlekła.

Topiąc w córce wzrok sokoli,
Twarz Hrabiego gniewem bladła,
I dłoń jego poniewoli
Na rękojeść miecza spadła.

„Ojcze! wstrzymaj groźbę gniewną,
Każ zwlec naglone wesele!