Strona:Poezye (Odyniec).djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Proszących o modlitwę, lub których nawzajem
Nam błagać o przyczynę za sobą i krajem:
Ignacy! twój mi obraz stanął najwyraźniéj.
Bom w tobie ja w téj chwili, współczuciem przyjaźni,
Czuł własną boleść moję — największą na ziemi,
Co wiész, jak dotąd serce wiecznym kirem ciemi,
I na którą w tych miejscach szukając sposobu,
O co miałem dla siebie — prosiłem dla obu.

Obyż więc i ów promień tajemniczéj Łaski,
Co tu padł na mą duszę: mógł, jak słońca blaski
Od chmur, odbity od niéj, po nad sercem twojém
Zaświecić, jako tęcza, Wiarą i Pokojem:
Ową Wiarą widzącą, przed któréj oczyma
Grób i wieczność dla ducha tajemnicy nie ma;
I pokojem dziecięcia, co we wszystkiém czuje
Wolę Ojca — co nawet karcąc je, miłuje!

O! mój drogi Ignacy! tać jest tylko jedna
Pociecha na twą boleść; — i onę ci zjedna
Taż sama boleść twoja: byłeś ją, jak trzeba,
Sercem odniósł do Krzyża, a duchem do Nieba.

A więc dawszy mogile hołd ziemskiéj żałoby,
Spojrzyj z niéj — wstecz na życie, a wzwyż po za groby!
A potém, tonąc myślą w sercu zakrwawioném,
Pytaj: czego snać wczesnym uniknęła zgonem?
Aza kres twych tu cierpień tak nazbyt daleki?
I co czynić, by tam z Nią złączyć się na wieki? —