Strona:Poezye (Odyniec).djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ma się rozumieć, po próbie.
Rzekł więc naprzód najstarszemu;
„Przyjacielu! ufam tobie.
„Nie pytaj na co i czemu?
„Lecz weź ten słój, pójdź do zdroju,
„I cokolwiek będzie w słoju,
„Proszę, byś do wody wrzucił.“ —

Przyrzekł, poszedł, nie powrócił. —
Tukaj się mocno zasmucił.
Szczęściem, że przyjaciel drugi
Stanął gotów do posługi.

Wrócił — lecz dziwem przejęty:
„Tukaju! to dyamenty!
„Co za kaprys lub powody,
„Taki skarb rzucać do wody?“ —
—„Będziemy dość mieli oba,
„Weźmiesz, ile się podoba.“ —

—,,Mniejsza o to! Powiédz raczéj,
„Co to? na co? co się znaczy?
„Nikomu nie powiem o tém.“ —
— „Jeszcze nie czas! — potém, potém! —
„Masz słój drugi, wrzuć do zdroju,
„Ale nie patrz co jest w słoju!“ —

Wziął słój — ale nic nie mówi.
Patrzy w oczy Tukajowi.
„Idź, idźl resztę czas wyświeci.“ —
On odszedł, milcząc ponuro.