Strona:Poezye (Odyniec).djvu/490

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chcieć brać, z zasługi ojców, prym przed szlachtą–bracią,
Sami owszem do pracy kształcąc się od młodu,
Dla pożytku ojczyzny, dla czci swego rodu,
Ci w obradach ziemiańskich, ci w sztuce rycerskiéj,
Dawali przykład mniejszym, w miłości braterskiéj,
I stanąwszy w rząd z nimi, gonili do celów,
Po wieńce wojowników i obywatelów.
A jeśli z nich któremu Bóg mienia użyczył,
Miał je nie na to tylko, by swe skarby liczył,
By je trwonił dla pychy, albo jak Gnom ślepy
Bez użytku w podziemne zakopywał sklepy,
Na tę, chyba z nich korzyść, by sam z podłą trwogą
Drżał ciągle przed wszystkimi, co je wydrzeć mogą.

Że tak dawniéj nie było, proste uczą dzieje.
Lecz ty, co owych dziejów tajnie i koleje
Badasz głębiéj od innych, ty snać wiész, dla czego
Było inaczéj dawniéj, niż dnia dzisiejszego.
A że dnia dzisiejszego inaczéj, niestety!
Któż i w tém sądzić lepiéj może, jeśli nie ty,
Jeżeli nie ów lekarz o Tureckiej dżumie.
Co sam śród niéj żyć musi, a strzedz się jéj umie.

Mów więc, w czém była wyższość paniąt staroświeckich:
Czy w kańczuku ojcowskim? czy w szablach szlacheckich?
W tym, że doma do pracy napędzał młokosa;
W tych, że w świecie hardego przycinały nosa.
I co wnich zaszczepiło jad zgubnéj trucizny: