Strona:Poezye (Odyniec).djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I szum morskich fal, i pod niemi
Ruch ryb, i pełzanie padalców,
I rośnienie trawy na ziemi.

Duch do ust mych sięgął — i z gardła
Dłoń mi jego język wydarła,
Pustosłowy, chytry, kłamliwy;
I dał mi zań żądło wężowe,
Ostrz za słowo, jad za wymowę,
I głos Prawdy — jak syk przeraźliwy.

I w pierś mą swe palce, jak miecze,
Duch wraził — i serce człowiecze,
Samolubne, płoche i trwożne,
Wyrwał z niéj — i w miejsce to próżne
Wrzucił węgiel żywych płomieni,
Co mi duszę przetlił do rdzeni.

I jak trup leżałem w pustyni,
Aż głos Pański zabrzmiał z wysoka:
„Proroku! wstań! idź, i prorokuj!
„Znasz Mą wolę: — patrz! co świat czyni.
„Głoś Prawdę — pokutę, nie pokój!
„Świat przeklnie — Ja wsławię Proroka.“
1855.