Strona:Poezye (Odyniec).djvu/580

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


II.

Któż wie, czy kiedy będziemy znów społem,
Jak dziś, żal słodzić pociechą wzajemną? —
Lecz gdziebądźkolwiek, za biesiadnym stołem,
Puhar się jeszcze zaiskrzy przedemną:

Niech będzie gorzki, jak ten, co go piję,
Jeśli jak bóstwu, dla waszéj pamięci,
Wprzód niż z ust moich zabrzmi imię czyje,
Myśl moja piérwszych kropel nie poświęci.

Wy téż, gdy kiedy będziecie w swém kole
Smucić się po mnie, lub bezemnie bawić,
Pomnijcie zawsze, w sercu i przy stole,
Niezapełnione miejsce mi zostawić.

Bo gdy dla niego rad wszystkie porzucę,
A wy méj prośby pomnieć nie będziecie,
Nie mając miejsca, kędyż się obrócę?
A równe temu, gdzież znajdę na świecie?


III.

Cóż to za odgłos? — ha! dzwonek pocztowy!
Przez litość, bracia! niech puharów brzęki,
Niech śmiech, niech pieśni, niech głośne rozmowy
Stłumią w mém uchu te straszliwe dźwięki!

I jeszcze toast! jeden i ostatni!
Lecz niech i w saméj chwili pożegnania,
Zbierze z ust waszych pocałunek bratni
Krople radości! — Lecz czyjeż to łkania?