Strona:Poezye (Odyniec).djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Próżno się wzbraniał — próżno u podnóży
Tronu i w Rzymie wyzwolenia błagał.
Zdał się nakoniec na sąd woli Bożej,
Wziął ciężkie jarzmo — i Bóg go wspomagał.

A był to właśnie wiek, gdy z krajów innych
I tam zawiała zaraza kacerstwa,
A sąd krzewiących ją, albo jéj winnych,
Wola praw zdała na władzę Pasterstwa.
I on sąd czynił; — lecz kaźni i kary
W wyrokach jego stolicy nie było.
Bóg dał mu siłę Miłości i Wiary,
On błąd i upór zwyciężał tą siłą.

Aż dnia jednego — odstępca, bluźnierca,
Zuchwały w mowie, niehamowny w złości,
Stawion był przed nim: — to brat jego serca!
To ów przyjaciel dni jego młodości!... —
Lata minęły, jak zniknął bez wieści. —
Ledwo go poznał w Chrystusowym zdrajcy,
Porwał się z tronu, i z jękiem boleści.
On sędzia, upadł na pierś winowajcy, —
Alić — o! zgrozo! — ten, zamiast wzruszenia,
Zgrzytnął nań z gniewu, i z rozpaczą wściekłą:
„Ha! — krzyknął — wrogu mego przeznaczenia!
„Kończ dzieło twoje, i potrać mię w piekło! —
„Bom po to przyszedł, abyś ty mię zabił,
„Jako zabiłeś życie moje całe! —
„Wiém, po coś pierwszy do nauk mię wabił,
„Po coś mi wróżył tryumfy i chwałę! —