Strona:Poezye (Odyniec).djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ostatni brzeżek dziennéj pochodni
Już się za szczyty gór schował,
I blady tylko odblask zachodni
Spokojne wody malował.

Wzniósłszy wzrok w niebo, kapłan pobożny
Świętemi zważał myślami:
Jak ten być musi dobry, wielmożny,
Kto niebo zasiał gwiazdami!

Kto wiedzie słońca ogniste biegi,
I blady księżyc koleją;
Kto nalał morza w głębokie brzegi,
Z których się wyprzeć nie śmieją!

Czyją się sprawą ziemia zieleni,
Dzień świeci, czernieją noce;
Kto kwiaty wiośnie, kto dał jesieni
Ziarna i słodkie owoce!

Za czyjém „stań się!“ wszystko się stało.
Kto wolą swoją świat stworzył!...—
Tak dumał kapłan, i myśl zdumiałą
Przed Wszechmogącym ukorzył.

A gdy znów oczy zwracał na wodę,
Nagle nad brzegiem, w uboczy,
Widzi wieśniaka — a ten przez kłodę
To skoczy, to znów przeskoczy.