Strona:Poezye (Odyniec).djvu/647

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chodźże ze mną! sama tobie
Z najpiękniejszych bukiet zrobię.
Wieniec mój siostrzyczki skończą.“ —
To rzekłszy, pobiegła rączo,
Gdzie w pełnéj rozwity krasie,
Krzew róż oczy wabił na się.

Szedłem za nią: — a już ona,
Z uśmiechem zarumieniona,
Obwinąwszy dłoń sukienką,
Cierniste gałązki zgina,
I zerwany własną ręką
Kwiat do mych piersi przypina.
Spojrzę — sama istny pączek!...
Więc wzruszony, zachwycony,
Skorzystałem z zajęć rączek. . . .
Ustka były bez obrony.


IV.


Wczoraj wszedłszy pokryjomu,
Zastałem ją samą w domu.
Zmierzch już zapadał, a ona,
O stół wsparta, zamyślona,
Kręcąc gałązkę rezedy,
Patrzy, jak kiedy niekiedy,
Miła sercu, miła oku,
Księżycowa światłość blada,
Wypłynąwszy z za obłoku,
Pełnym blaskiem w okna wpada.