Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jaszka Orfanem zwanego żywota i spraw pamiętnik
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1890
Drukarz Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JASZKA ORFANEM
ZWANEGO
ŻYWOTA I SPRAW PAMIĘTNIK.
(Jagiełłowie do Zygmunta.)
PRZEZ
J.  I.  Kraszewskiego.
TOM I.
WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

1890.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 19 Марта 1890 года.

Druk Józefa Jeżyńskiego, Warszawa, Nowolipki Nr 9.





W imię Trójcy Przenajświętszej. Amen.
Przyrodzona każdemu człowiekowi, złego i dobrego w tem życiu zażywając, a na lepsze pracując — pożądać, aby po nim pomiędzy ludźmi pamięć na ziemi została.
Przeto się kładną grobowe kamienie i piszą księgi, z których każda niczem innem nie jest ino człowiekiem, a że człowiek z wieku swego wyszedł jak kurczę z jaja, więc zarazem księga i czasem jest, o którym daje świadectwo.
Ja też, maluczkie stworzenie, słabości tej czy prawu ulegając, z żywota mojego długiego, wielu przygodami niepośledniemi odznaczonego, sprawę zdać pragnę, jakom na ten mizerny świat przyszedł, i jak z pomocą a za miłosierdziem Bożem, acz nie bez grzechu i obłędów po nim szedłem, ku temu kresowi, który pewnie już dziś jest blizkim.
Małym ci i nieznaczącym byłem i jestem, a żywot mój do wielu innych podobien, alem to szczęście miał, żem się o wielkich i znaczących ocierał, na nich prawie nieustannie patrzałem — pisać więc o czem się znajdzie, nie o samym sobie.
Przeciąg też czasu niemały dał mi Pan Bóg przeżyć na tym padole, gdzie, jak na pobojowisku, codzień niemal padających obok mnie widziałem, codzień sam paść się spodziewałem, i cudem prawie doszedłem późnej starości.
Ilu ich było, mój Boże, co i sił mieli nademnie więcej i prawa do życia, a w kwiecie kosą podcięci padli, gdy ja jako łopuch i pokrzywa pod płotem stojąca ocalałem...?
Aby świat ten zrozumieć, chyba nie z niego patrzeć potrzeba na sprawy ludzkie i losy — przecież wierzyć musimy, iż to co się dzieje, sprawiedliwem i dobrem być musi.
Nim więc pisać rozpocznę — naprzód przyznać muszę uroczyście, że jako za życia fałszem ust moich nie zmazałem nigdy, tak i kart tych nim nie zbruczę, pisząc prawdę czystą, choćby się do niej przyznać wstyd było.
Nie będę fałecznie przodków sobie wymyślał żadnych — ilem wiedział tyle wyznam, a nie wszystko w życiu własnem było dla mnie jasnem. Takie było już przeznaczenie moje.
Od tego więc poczynać muszę, ani się sromam wyznać, że ani roku urodzenia mojego, ani rodziców moich nie znam. Wina w tem nie moja, żem na ten świat przyszedł pono jako gość nieproszony. To tylko zaznaczyć mogę, iż żywot rozpocząłem w tych leciach, gdy wielkim księdzem był Kaźmirz, Jagiełłowy syn wtóry, za panowania w Polsce Władysława, który zginął, nieodżałowane panię — pod Warną walcząc z pogany.
Z dzieciństwa mojego mało co mi się w pamięci zostało, a to co sobie przypomnieć mogę, dlatego się może w umysł młody wraziło, że te pierwsze lata życia nie płynęły mi jednostajnie, a było w nich już dla dziecka zagadek i niespodzianek wiele.
Kobieta uboga, prosta mieszczanka, której imię było Sonka, a po mężu ją Gajdysową mianowano — opowiadała się matką moją, chociaż, jak się potem okazało, nią nie była. Mąż jej Gajdys na zamku miał około stajen książęcych zajęcie, był nad niemi starszym dozorcą, przyczem i młodsze źrebce ujeżdżał. Człek był dobroduszny, jako to najczęściej siłacze i olbrzymy bywają, którym Pan Bóg daje zimną krew, gdy małym i słabszym kipi ona w żyłach. Mówił mało, śmiał się rzadko, jadł dużo, pił chętnie.
Mieszkali Gajdysowie we dworze pod zamkiem dolnym u furty, od której klucz miał dozorca, tak że zrana wstawszy, mógł zaraz do stajen przejść, od których nawet rżenie koni po nocach nieraz słychać było. Domostwo choć drewniane wygodne było i zaciszne, a że Gajdys żołd miał dobry, przy czem zboże, sukno, płótno i skóry mu ze skarbu co rok wydzielano, a podarki częste się trafiały — działo się więc im dobrze.
Krom mnie mieli Gajdysowie tylko o parę lat starszą córeczkę Marychnę. Jam też zwał się ich własnem dzieckiem, a nie mogę powiedzieć, tylko że Sonka tak się zemną obchodziła, takie dla mnie serce miała, jakbym w istocie był jej synem.
Później się to dopiero okazało, że Gajdysowie przez miłosierdzie mnie wzięli i jak dziecko własne hodowali, bo snadź rodzice moi przyznać się do mnie czy nie mogli, czy nie chcieli. Nie będę ich sądził ani im tego wyrzucał.
Wychowywałem się więc zprosta, nie nawykając do pieszczot i wykwintów żadnych — na chlebie razowym, mleku i kluskach, ni też do zbytku od chłodu i słoty strzeżony, za co Panu Bogu dziękuję, bo później mi niejeden trud, niewygodę, niedostatek łatwiej było znosić, zawczasu się obywszy z niemi.
Ale niezawsze jednakowo bywało. Powszednich dni Gajdysowie tak się ze mną, jak z Marychną obchodzili, a niekiedy zjawiły się dla mnie jakby świąteczne i słoneczne doby.
Nadchodziły one niespodzianie, gdy w różnych porach we dworku się zjawiała nagle kobieta młoda, cała szatami otulona, z twarzą osłoniętą, którą gdy odkryła, oblicze się ukazywało dziwnej piękności i blasku. Naówczas do chaty jakby promień wpadł słoneczny z nią razem.
Gajdysowa, ledwie rękę jej ucałowawszy, śpieszyła drzwi zaraz na skobel zasunąć, i choćby kto się dobijał, to go już nie wpuszczano.
Przybyła pani rzucała się na mnie, porywała, sadzała na kolanach, okrywała pocałunkami, przyciskała do piersi, śmiała się razem i płakała.
Nawykły tak byłem do tego, iż mi przynosiła słodycze, zabawki dziecięce, przyodziewek różny, wygodny a nie bijący w oczy, żem za nią tęsknił, a gdy odchodzić miała, trudno mnie od niej oderwać było.
Nieraz, sam nie wiem, jak się to działo, ale pieszczotami jej utulony, objąwszy ją za szyję, na kolanach jej usypiałem, a słodszego snu w życiu nad ten nie było dla mnie.
Ale niekiedy wiele czasu upływało, a widać jej nie było, to znowu przez dni kilka z kolei wracała ciągle i dłużej przesiadywała; nie można było odgadnąć, ani kiedy się ona zjawi, ani na jak długo.
Wpadała czasem jak po ogień, a ledwiem miał czas objąć ją i przytulić — uchodzić musiała.
Gajdysowa i mąż jej, oboje z wielkiem dla niej byli poszanowaniem, ona też im łaskawą i wielce dobroczynną. Nie odchodziła nigdy prawie, coś dla nich, dla Marychny i dla mnie nie zostawiwszy.
Gdym mówić począł, kazała mnie nieznajoma pani matką siebie zwać — Gajdysową też tak mianowałem i miałem ich naówczas dwie, a Bóg widzi, nie wydawało mi się, aby było nadto.
Ta matka, którą rzadziej widywałem, psuła mnie i pieściła, gdy Gajdysowa surowszą daleko będąc, naprawiała to, co tamta zepsowała.
Prostej kobiecie serce rozumu dolewało. Znała ona to dobrze, iż losy moje przyszłe niepewne były, więc zmięknąć mi nie dopuszczała. Owszem umyślnie na chłód, na słotę, do roboty mnie pędzała, ciągle to powtarzając, że Bóg wie jeden co mnie czeka. Więc jak skorom chodzić począł, razem ze starszą Marychną boso musiałem w podołku z podwórka trzaski obmokłe przynosić, drób zapędzać, małe posługi w domu spełniać, więcej dlatego, aby się nazwyczajał do wszystkiego, niżby gwałtowna była potrzeba.
Dla starszej córki swej Sonka bywała często surową, nieraz się jej kuksaniec dostał — mnie też bywało połaje, popchnie czasem, gdym szedł leniwo, ale nie uderzyła nigdy. Jeżelim co zbroił a przewinił srogo, wówczas brzozowy winnik, jakich do łaźni używano, z za pieca dobywała i nim mi groziła, ale na plecach moich nigdy on nie postał.
Sam Gajdys w domu siadywał mało; jam też z nim niewiele miał do czynienia, ale i on dobrym dla mnie był, a zdala mi się uśmiechał.
Wychodził zwykle z domu o świcie, potem jeść powracał, dwa razy we dnie, a wieczorem bywało i tak, że napity przyszedł. Wówczas już prosto się kładł i zasypiał.
Pani ta, która mi się matką nazywać kazała, dopóki młodszym był, przychodziła częściej — a potem coraz rzadziej... Wówczas niekiedy długo na osobności rozmawiała z Gajdysową, płakiwała trzymając mnie na kolanach, tak, że ciepłe jej łzy dobrze po dziś dzień na twarzy mojej pamiętam.
Bywało, że mnie osmolonego, nieumytego zastała — ale i chwili nie chcąc stracić, takim brała na kolana, jakim byłem, nie dawszy nawet Sonce ręcznikiem mnie otrzeć.
Pamiętam i to, com naówczas ledwie mógł zrozumieć, że ciągle do ucha jedno mi powtarzała:
— Nie zapomnisz ty o mnie? nie zapomnisz?
Tak razu jednego przybywszy poruszona, smutna, blada — płacząc powiesiła mi na szyi, na mocnym sznurku krzyżyk błyszczący, nalegając a przykazując mocno, abym go nigdy a nigdy nie zrzucał i nie stracił.
Do dziś też dnia ostał się on cudem na piersiach moich.
Długi potem czas nie widziałem jej wcale, a gdym się o nią tęsknie dopytywał, Sonka mi odpowiadała, że odjechała daleko i nikt nie wie, kiedy znowu przybyć będzie mogła.
Rosłem tak dziko, jak one pokrzywy i łopuchy pod płotem i pospolita dziatwa wiejska i miejska, zabawiając się z rówieśnikami, ich językiem mówiąc i obyczaje przyjmując.
Do kościoła zamkowego stara Gajdysowa mnie i Marychnę czasami tylko na święta prowadziła, a we dni powszednie, choć niedaleko do niego było — boso i w koszulinach nie ważyliśmy się. Nauczono nas tylko żegnać się, pacierza trochę, i gdy księdza spotkamy, w rękę go całować.
Małym jeszcze byłem, gdy — pamiętam, jak się dnia jednego strasznie zawieruszyło na zamku i w mieście, bo strach jakiś poszedł po ludziach, że nam naszego Wielkiego księdza Polacy chcą sobie odebrać na króla. Jednak do tego nie przyszło na razie i Kaźmirz w Wilnie pozostał. Odjeżdżał tylko parę razy, ale powracał wprędce. Utkwiło mi to w pamięci, bo gdy wyjeżdżał, ludzie go przeprowadzali, a powracającego witali z radością wielką, jak ojca, choć młody bardzo był.
Potem nagle w zamku się zrobiło pusto. Gajdys około stajen nie miał tak dalece co robić, bo w nich mało co koni zostało. Siadywał w domu a biedował, bo na próżniactwo skazany był.
Znowu lat kilka tak upłynęło. Pani owa, o której dobrze pamiętałem i dopytywałem o nią — bardzo rzadko i na krótko się pokazywała u Gajdysów. Nie zapominała jednak o mnie, bo Sonka z odzieży, obuwia coś nowego mi dając, powiadała, że to wszystko miałem z jej łaski.
Jednego dnia Sonka stara, która cały dzień chodziła posępna mrucząc sama do siebie i wzdychając, jak miała we zwyczaju, gdy jej co dolegało, siadłszy wieczorem na ławie przy piecu, do siebie mi przyjść kazała. Pogłaskała mnie i pocałowała, bo miała macierzyńskie dla mnie serce, i zaczęła coś mówić, czego w początku zrozumieć nie mogłem, zapowiadając mi, że w końcu trzeba będzie mi gdzieindziej jechać i Gajdysów opuścić.
Rozpłakałem się mocno, wołając, że nie chcę i nie dam się ztąd wziąć nikomu. Stara mnie uściskała i uspokoiła, więcej już nie chcąc mówić nic... Utkwiła mi groźba ta w pamięci i strach ogarnął, ale przeszedł wkrótce, gdy potem nie zmieniło się nic i przez czas dosyć długi mowy o tem nie było.
Naraz jednego dnia Sonka nic mi już nie powiadając, zabrała się do mycia i czesania od rana, przyodziała mnie jak na święto, choć dzień był powszedni, i na zapytanie, co to znaczyć miało, oznajmiła, że z Gajdysem mi pójść pozwoli patrzeć jak Kaźmirz, który już królem był, ale oni go tu zawsze Wielkim księdzem nazywali, do Trok na łowy jechać będzie.
Nauczyła mnie, ażebym, gdy nade drogą, którą ma przejeżdżać, staniemy — jak tylko ujrzę orszak pański, zaraz czapkę zdjął, a gdy się przybliży, głową do ziemi przypadł pokłonem.
Ciekawy byłem, jak każde dziecko, więc gdy potem Gajdys mnie za rękę wziął prowadzić, choć się trochę obawiałem, szedłem rad zobaczyć tego Wielkiego księdza, którego tylko zdaleka widywałem, bo my dzieci uciekaliśmy i kryliśmy się przed obcymi... Powiadano nam, że przed niemi ludzie jadą przodem z biczyskami, którzy gawiedź i dzieci precz smagają.
Dnia tego, choć stary jestem i mógłby mi był wyjść z pamięci, nie zapomniałem dotąd, a stoi on tak żywo przed oczyma mojemi, jakbym go wczoraj oglądał... Staliśmy nade drogą u zamkowej bramy, a było nas ludu dosyć. Gajdys przecie tak siebie i mnie umieścił, ciągle za rękę trzymając, żeśmy w pierwszym rzędzie byli.
Przez otwarte wrota w podwórzu zamkowem widać było dwór pański, który się szykował; jedni ze psy, z sokołami drudzy, z oszczepami, dzidami, panowie konno, wozy pod zwierzynę za niemi.
Mogłem nawet rozróżnić łatwo Polaków od naszych Litwinów po odzieży i kołpakach, bo Polacy strojniejsi byli i śmielsi niż nasi. Kilkoro paniąt, co na króla czekali, tak bez mała wyglądali, jakby też książętami byli albo królewiczami. Choć się to na łowy wybierało, ale stroje mieli błyszczące od złota i srebra, a szable, kołczany i łuki lśniące całe.
Po tłumie jakby drżenie poszło. Tst! tsyt! — stawali wszyscy cisnąc się naprzód, odkrywały się głowy, orszak z zamku wyruszać począł.
Szła naprzód czeladź ze psy i sokołami, z sieciami z różnym rynsztunkiem, psiarze, łowczowie, dwór, a za niemi dopiero ukazali się panowie. Przodem jechał król, koło którego jakieś książątko tuż u boku postępowało, tak konia wstrzymując, aby królewski przodem szedł zawsze. Siedział na koniu gniadym, pokrytym suknem zielonem ze złotem, w sobolowem futurku, bo jesień była, w kołpaczku też z kun, czy z sobola, z mieczem u boku a drugim u kolana, twarz rumiana, ciemna i jakby opalona, z żywemi oczyma czarnemi śmiała się wesoło, bo wiadomem było, że tak jak ojciec łowy lubił, a nie miał dnia szczęśliwszego, jak gdy ruszył w lasy ze psy na myślistwo. Długi ciemny włos spadał mu na ramiona, a postawę miał pańską taką, że nie potrzeba było palcem nań ukazywać, iż on tu panem. Każdy w nim poczuł króla.
Śmiała mu się twarz, gdy coś rozpowiadał jadącemu tuż przy sobie książęciu, ale pomimo to coś w niej surowego i poważnego trwogę patrząc nań obudzało. I tegom później zawsze doświadczał, często się zbliżając do Kaźmirza, iż choć dobrym, szczodrym, łaskawym się okazywał, majestat go zawsze jakiś otaczał, a groza i smutek z oczów jego patrzały.
Czapczynę moją zawczasu z głowy zdjąwszy, przypadłem głową też do ziemi, już na zbliżających się patrzeć nie śmiejąc, aż Gajdys mnie podniósł i kazał prosto stać, a śmiałym być.
Gdy oczy podniosłem ku Kaźmirzowi, postrzegłem, że on w Gajdysa się począł wpatrywać, i jakby czegoś przy nim szukać oczyma. Aż jego oczy we mnie pilno wlepione zobaczyłem i uląkłem się tak, że mi się na płacz zbierać zaczęło, i gdyby mnie za rękę nie trzymał Gajdys, uszedłbym pewnie.
W tej chwili król właśnie zwolna podjechał ku nam tuż, przystanął nieco i odezwał się do tego, którego ojcem nazywałem.
— Gajdys, syn to twój?
Z pokłonem nizkim potwierdził to dozorca stajenny, król w milczeniu długiem przypatrywał mi się, twarz mu spoważniała, nie rzekł już nic, koniowi ostrogę dał i ruszyli dalej.
Lżej odetchnąłem dopiero, gdy się oddalili, a Gajdys krótko coś pomówiwszy z temi co go otaczali, do domu mnie poprowadził. Zaledwieśmy tu przyszli, gdzie Sonka już w progu na nas niespokojna oczekiwała, i Gajdysowie coś z sobą pocichu szeptać poczęli. Ja też ośmielony a dumą przejęty, żem tak blisko króla był, począłem Marychnie opisywać orszak i panów i wszystko com tam oglądał.
Tegoż dnia wieczorem Gajdys na zamek poszedł i dosyć tam długo zabawił, a gdy wrócił, pocichu się naradzali z żoną.
Skoro nazajutrz Sonka się znowu wzięła do umywania i czesania, a gdym zapytał, czy z ojcem gdzie pójdziemy — odpowiedziała pomyślawszy:
— Czas się tobie uczyć; ojciec cię zaprowadzi do wikarego, co przy kościele zamkowym mieszka, ten ci nauczycielem będzie.
Struchlałem słuchając, bo nie mogłem pojąć, do czego mi jaka nauka służyć miała i co to znaczyć mogło. Uczułem też, że to groziło utratą tej swobody, której dotąd używałem i zacząłem płakać.
Nauka w myśli stawała mi z rózgą razem. Nie wiem już jak Gajdys mnie zaciągnął na kanonię, i ze łzami w początku nie widziałem nic, głos tylko nad sobą usłyszawszy w izbie sklepionej, do której weszliśmy.
Napróżno opierałem się, kryjąc po za Gajdysem, popchnięto mnie gwałtem naprzód; dwie duże, suche, kościste ręce pochwyciły i schylona tuż siwa głowa zaczęła głosem łagodnym uspokajać mnie razem i śmiać się.
Nie wielem rozumiał, co do mnie mówił nauczyciel ów przyszły; lecz pochwili, trochę ochłonąwszy, ciekawość mnie wzięła przypatrzeć się temu nowemu panu, któremu mnie na pastwę dać miano. Siedział przedemną stary człek, słusznego wzrostu, kościstej budowy, chudy, z głową i twarzą pociągłą, w sukni długiej czarnej i przypatrywał mi się, rękami coś ukazując, szepcząc coś niezrozumiałego, ale łagodnie i uspokajająco brzmiącego.
To wiem, że ze mnie dnia tego słowa dobyć nie mógł, choć i po głowie głaskał, i po ramionach klepał.
Dał mi więc pokój, do Gajdysa mówić coś zaczął, z drugiej izby chłopaka wywołał trochę starszego nademnie i razem z nim odpuścił mnie do domu, zapowiadając, iż nauka nazajutrz pocznie się rano.
Rozumnie to bardzo uczynił ksiądz wikary Łukis, że za towarzysza mi dał chłopię, którego choć nie znałem bliżej, widywałem je w ulicy. Z tem porozumienie się łatwiejszem było.
Otóż w jaki sposób naukę moją rozpocząłem u wikarego, który po kilku dniach całkiem mnie do siebie ośmielił i dzikość moją ugłaskał. Niech Bóg miłościw będzie duszy jego, wielem mu ja winien i modlę się codziennie za niego. Na nauczyciela dziatek stworzony był ks. Łukis, bo ukochał je, a cierpliwości był świętej i można powiedzieć nadludzkiej.
Z uśmiechem dobrotliwym na ustach pokonywał krnąbrności nasze, lenistwo i ociężałość umysłu, nieznużoną swą łagodnością a wytrwałością niesłychaną.
Ze mną stało się to, czego pewnie ani on się nie spodziewał, ani ja sam po sobie. W początku do tej nauki jakiejś najmniejszej nie miałem ochoty, wstręt i obrzydliwość; postanowiałem opierać się tak jak koń, który się najeździć nie daje, bo wie, że potem na sobie ciężar dźwigać będzie musiał. Tymczasem nagle obudziło się coś we mnie: ciekawość, ochota, pragnienie i z dnia na dzień zupełniem się odmienił. Co to było i jaka mnie tknęła dusza Boża — nie wiem.
Od tej chwili nauka mi poczęła iść z taką łatwością, jak gdybym tylko przypomniał sobie to, co umiałem dawno i zabyłem... Zdumiewał się ks. Łukis i cieszył niezmiernie, całując mnie w głowę, a nad miarę chwaląc. Niedawno ostatni, wyprzedziłem innych uczniów, i tak mnie gorąca żądza jakaś brała wszystko umieć, wiedzieć jak najwięcej, żem i zabaw wszelkich i pustot się wyrzekł dziecięcych.
W drugim roku potem ks. Łukis począł przebąkiwać, że mnie do innej szkoły dać potrzeba, ale rok cały potem zostałem jeszcze przy nim.
Życie moje całkiem się przez tę naukę zmieniło i w domu inaczej się ze mną obchodzono, patrzano na mnie inaczej. Sonka smutna była. Gajdys milczący, z Marychną na dawne zabawy czasu wcale nie miałem. Powoli się oswajając z tą myślą, że mi gdzieś indziej jechać przyjdzie, gotowałem się do podróży. Ks. Łukis mówił mi o Krakowie, jam też teraz obawy nie miał, ale ciekawość i pragnienie wielkie. Żal mi było Gajdysów i Wilna, bom się do moich przybranych rodziców przywiązał, ale obiecywałem im i sobie, że w Krakowie się wyuczywszy, powrócę nazad.
Od lat kilku opiekunki tej nieznajomej, która mi krzyżyk na piersi zawiesiła, już nie widywałem. Mówiła Gajdysowa, że odjechała daleko. Od czasu do czasu tylko przychodziły od niej podarki i pozdrowienia, a gdym pytał, czy ją kiedy widzieć będę, stara Sonka głową pokręcając, odpowiadała wątpliwie. — Bóg to wie, moje dziecko.
Trzeciego roku nauki mej u ks. Łukisa, nadjechali panowie jacyś na zamek z Krakowa, dla narady z wojewodą, i ks. Łukis ściskając mnie zapowiedział, że zapewne ja z niemi do Krakowa się teraz dostanę, że takie były rozkazy.
Ale czyje one były, kto je dawał, kto się mną opiekował, nie mówiono mi. W chacie Gajdysów smutne się poczęły przygotowania do tej mojej w świat wyprawy. Oboje oni nawykłszy do mnie, rozstawali się ze mną z boleścią, chociaż przyrzekłem im, że do nich powrócę. Ja sam nie wiem, czy więcej bolałem nad tem, że ich i Wilno opuszczę, czym goręcej pragnął do Krakowa się dostać.
Młody umysł każda nowość zaprząta a mnie więcej jeszcze chciwość tej nauki, o której ks. Łukis powiadał zawsze, że jest studnią niezgłębioną, ciągnęła urokiem wielkim.
Wyznać jednak muszę, że choć naówczas chłopięciem byłem, w którego wieku mało się jeszcze troszczyć zwykło o siebie i losy swe, mnie jednak niektóre życia przygody już do myślenia wiele dawały. A gdym, nierozumiejąc ich dobrze, Gajdysowej o wytłumaczenie ich pytał, odpowiedzi jej jeszcze bardziej ciekawość moją drażniły.
Gajdysowa długo bardzo milczeniem mnie zbywała, gdym dopytywał o tę panią, która mi się matką naprzód nazywać kazała, a potem nagle opuściła, i o tych co się mną opiekowali teraz, i to, do czego mnie w przyszłości przeznaczano.
Dopiero gdy Gajdys zapowiadać coś zaczął, że mnie bodaj przybyli panowie polscy do Krakowa z sobą zabiorą, stara co mnie wychowała, płacząc a ściskając, lamentować nad tem poczęła i usta się jej rozwiązały.
Prawda, że też ja przez tych parę lat nauki u ks. Łukisa, obcowania z nim i ze starszymi uczniami bardzo, nad wiek mój dojrzałem, zostałem się aż nadto poważnym i wszystkiego przyczyn dochodzącym.
Rozumiała to dobrze Gajdysowa, że teraz ze mną jak ze starym mówić może, a nad losem moim bolejąc, chciała mi dać naukę i przestrogę... nie spodziewając się, aby mnie już widzieć mogła, co też na nieszczęście moje się sprawdziło.
Więc gdy przyszło do przygotowań ku tej podróży, która we mnie strach i pożądliwość obudzała, a Gajdysowa to mi męztwa dodając, to go łzami swemi odejmując, więcej jeszcze niż kiedy krzątała się koło mnie, wieczorem jednym przyszło do otwartej z nią rozmowy.
Matkąm ją zwał, na co wzdychając odpowiedziała.
— Wiedz to, Jaszku mój, że chociażem cię, Bóg widzi, kochała i kocham jakbym była rodzoną, przecież nią nie jestem...
A gdym żywo zapytał.
— Więc któż mi ojcem, a kto matką? — naprzód płakać poczęła, długo mówić nic nie chcąc, a potem się odezwała.
— Taka dola twoja, że ty ani matki twojej, ani ojca nigdy znać nie będziesz... Sierotą przyszedłeś na świat, ani pytaj, ani dochódź.
Oburzyło mnie to, bo już wprzód chłopcy prześladowali mnie nieraz, żem z pod płota, sroce z pod ogona wypadł... i nieraz się o to biłem z niemi; począłem więc gorąco bardzo.
— Póki żyw, matko Gajdysowo — rzekłem — nie przestanę śledzić i dochodzić ojca i matki... Niech się dzieje co chce.
Stara przestraszona tulić mnie i uspokajać poczęła.
— Ani się waż, ani myśl, ani sobie tem głowę zaprzątaj — rzekła. — Wyszłoby ci to na złe i życiem byś może przypłacić musiał... Póty spokoju i opieki nad tobą, dopóki ty jesteś sierotą. Co Bóg ci przeznaczył, to przyjm z pokorą, dochodzić darmo, bo niczego się nie dowiesz... a na siebie gniew ściągniesz i zemstę.
Ale mnie dotknąwszy tej struny bolesnej, nie łatwo uchodzić było... a im Gajdysowa więcej uspokoić i nastraszyć chciała, tem mocniej mnie podrażniła. Wspomniałem jej o tej drugiej matce, której choć bardzo dawno nie widziałem, przecieżem ją pamiętał i czułem, że ona prawdziwą być musiała.
— Spotkam ją-li gdzie w życiu — dodałem — choćby nie wiem ile lat na to czekać przyszło, poznam ją, a ona się mnie wyprzeć nie może.
Na co stara Gajdysowa odparła:
— Wyprzeć się musi, ty tego nie rozumiesz; a no, żebyś ją spotkać mógł, albo miał, niech ci się nie śni, nie może to być.
Chwilę podumawszy, dodała żywo:
— Ona umarła, nie ma jej już na świecie...
Dlaczegom ja tym słowom nie uwierzył, tego nie wiem, alem był prawie pewnym, że umyślnie to powiedziała, aby mi z głowy wybić szukanie matki.
Nadszedł potem Gajdys stary i rozmowa się przerwała, ale poszedłszy na mój siennik spać, oka zmrużyć nie mogłem, ciągle myśląc o tem, że ojca sobie i matki szukać powinienem, a upomnieć się o swe prawa... Widziałem od dziecka, że się rodzice opiekowali tymi, których im Bóg dał, za cóż ja miałem być wydziedziczony?
Nazajutrz i przez tych kilka dni, pókiśmy się do drogi gotowali, Gajdysowa przestraszona tą rozmową ze mną, ciągle wracała do niej, starając się wmówić we mnie, że chcę li być szczęśliwym, powinienem sobie z głowy wybić rodziców, bom ich nie miał... ale im więcej to pragnęła mi wpoić, tem w duszy mojej rodziło się większe pragnienie odkrycia tej jakiejś tajemnicy, która moje pochodzenie okrywała.
Ażeby matka tamta w jedwabnych szatach, piękna owa niewiasta, młoda, umrzeć miała, jak zapewniała Gajdysowa, temu wierzyć nie chciałem.
W dziecinnej głowie z tego wszystkiego ile się snów i marzeń naroiło, co się nigdy ziścić nie miały, policzyć zaprawdę trudno.
Tymczasem do podróży się wszystko przysposabiało, a Gajdys jednego dnia przyniósł z zamku wiadomość tę, że nazajutrz ma mnie zaprowadzić i ukazać temu duchownemu panu, który z sobą do Krakowa zabrać obiecywał.
Gdym się Gajdysa ośmielił zapytać, kto to tem rozporządzał i mnie ztąd wysyłał, groźno spojrzał na mnie.
— A tobie gołowąsie co do tego? — zawołał. — Woli swej nie masz, co ci każą czynić powinieneś i nie pytać. Ja ci jestem ojcem, uprosiłem o to, i tak się stanie jak postanowiono.
Wiedziałem, że z nim się sprzeczać nie było można, milczeć musiałem.
Nazajutrz, jak zapowiedział, poprowadził mnie na zamek dolny, do izby, w której zastaliśmy księdza, w sukni prawda takiej jak oni wszyscy nosili, ale postawy gdyby dopiero się ze zbroi wywlókł, rycerskiej.
Ten zobaczywszy mnie, a snać już o mnie wiedział wprzódy, namarszczył brwi i twarz mu się wykrzywiła, ale z za stoła wstał i zbliżył się ku mnie, a jął w milczeniu jakiemś, smutnem przypatrywać.
Potem wyszedłszy z zadumy zadał mi pytań kilka.
Chociaż dosyć wyglądał groźno, nie bardzom się uląkł i odpowiadałem śmiało.
Słuchał uważnie, a w końcu spytał:
— A uczyć się chcesz?
Żywom to potwierdził.
— To dobrze — rzekł, klepiąc mnie po ramieniu — bo sierotą jesteś i nie masz na świecie nikogo, a to co sam sobie pracą zarobisz, to twoje... Ludzie są miłosierni, ale na miłosierdzie zasłużyć potrzeba.
Znowu mnie to sieroctwo do żywego ubodło. Wtem ksiądz ów, jako później się dowiedziałem Jan z Rzeszowa, co później biskupem był, odemnie się odwróciwszy zcicha zapytał Gajdysa, jak mnie zwano? Oprócz tego imienia Jaszka nie miałem innego, ksiądz nie wiem czemu Gajdysem mnie mieć nie chciał i dodał:
— Orfanem go nazwiemy.
I ot jakim sposobem do tego imienia przyszedłem, które mi na całe pozostało życie, bom do innego prawa nie miał nigdy.
Nie będę opisywał jakem się z poczciwemi przybranemi rodzicami rozstawał we łzach wielkich, i jak Gajdysowa, fartuchem łzy ocierając, przeprowadzała mnie jak mogła najdalej.
Panowie polscy, którzy z sobą zabierali sierotę, jechali dosyć dworno. Wszyscy oni, nie wyjmując duchownych, konno podróż odbywali; ale wozów szło za nami sporo, bo nie było takich gościńców i gospód, ani gęstych osad, aby się można obejść bez zapasu dla ludzi i koni.
Jechało z nami księży kanoników dwu, więc z prawa do plebanij i klasztorów zajeżdżać mogli o gościnę prosząc, ale na Litwie podówczas probostwa, kościoły, ba nawet wsie nie były gęste. Często przychodziło w lesie popasać, czasem i nocować pod wozami i małemi namiotkami, któreśmy mieli z sobą. Nie pamiętam już spełna, jaką drogę do Krakowa obrano; to tylko wiem, że księża i panowie chcieli koniecznie do cudownego miejsca i obrazu się dostać, który nie tak dawno Władysław książę opolski z Bełza sprowadziwszy, oddał pod straż zakonników Paulinów.
Wiele już naówczas o obrazie tym cudownym rozpowiadano, o czem się w drodze nasłuchałem, iż na tym stole malowany być miał, przy którym Rodzina święta zasiadała, a nie kto inny jak Łukasz święty z pomocą anielską go malował, wpatrując się w oblicze Matki Bożej.
Opowiadano, jako się tam cuda działy wielkie w miejscu tem, i tłumy ludu zbiegały dla uczczenia go i uproszenia łask... Więc i ja w duszy postanowiłem w cudownem miejscu dopraszać się Matki Bożej, aby Ona mi matkę i ojca wróciła.
Nie pamiętam już, ileśmy dni do Częstochowej jechali, a to wiem, że zrazu wsadzony na wóz, gdym się potem naparł jako i drudzy do konia, dano mi go. Nieprzywykły do tak długiej podróży na niewygodnej a twardej kulbace, straszne męki wycierpiałem, ale mi na wóz z powrotem wstyd było iść i śmiechu napytać. Więc choć kości czułem jak połamane w sobie, a na nocleg przybywszy padałem gdyby ubity, wytrwałem do końca, nie skarżąc się.
W podróży krom księdza Jana z Rzeszowa, który na mnie oko miał, nikt się nie troszczył i nie myślał o sierocie. Dwór panów rad był podrwić z wyrostka, a choć krzywdy mi nie czynił, szczególnych też nie miał względów.
Stanęliśmy nareszcie w Częstochowie, którą ja sobie wyobrażałem cale inaczej. Kościół był naówczas niewielki, klasztor przy nim niedokończony, murów dużo porozpoczynanych. Miasteczko do koła drewniane i ubogie mi się zdało.
Nas, księża Paulini do klasztoru wzięli, a co się ze dworu nie pomieściło w nim, na mieście gospodę znalazło.
Nazajutrz rano wszyscy byliśmy już przed obrazem na nabożeństwie i klęczeliśmy wpatrując się w owo cudowne malowidło, a jam gorąco się modlił, prosząc, by mi Królowa niebios ojca i matkę oddała.
Nie jednej ale kilku mszy tu wysłuchawszy, ponieważ konie i ludzie wypoczynku potrzebowali, staliśmy przez ten cały dzień, słuchając nieszporów i litanij w kościołku. Ludu było dosyć... ścisk wielki.
Mnie ksiądz Jan przy sobie na korytarzu nocować kazał, gdzie dla nas kilku słomy rzucono.
Po nieszporach i wieczerzy, gdym legł, natychmiast sen mnie głęboki ogarnął; ale mimo to zdawało mi się, że czuwam i widzę co się koło mnie dzieje. We śnie tym, obraz cudowny ujrzałem przed sobą, ale z niego jakby żywe oblicze Matki Bożej na mnie patrzyło, i zdało mi się, że łagodny głos słyszę.
— Przyjm z pokorą co ci Bóg przeznaczył, a nie buntuj się, albowiem matki i ojca odzyskać nie będziesz mógł i nie powinieneś starać się o to, chcesz li być spokojnym i szczęśliwym.
Rozpłakałem się przez sen, wyrok ten słysząc; ale gdym się rano przebudził, tak mi się serce ścisnęło potem, iż w sen ten uwierzyć nie chciałem i lekceważyłem go sobie.
Zrana pierwszej mszy świętej jeszcze słuchaliśmy wszyscy u obrazu, poczem zaraz na koń siadać było potrzeba i w dalszą wyruszać drogę.
Piasczyste i puste gościńce wiodły nas ku Krakowu i lasom, które ławą szeroką z tej strony go opasywały. Rzadko gdzie spotykaliśmy ubogie osady, lub zdala je dostrzedz było można.
Dla tego starego obyczaju, którego i teraz się oduczyć nie umieli szlachta i urzędnicy, że we wsiach samowolnie podwody, konie, ludzi, przewodników i obroki wybierali — uciekały wioski od gościńców wielkich w lasy, a i gospody były rzadkie i biedne.
Najczęściej szopa wielka z chróstu pleciona, nie zawsze wrotami zamknięta, a przy niej chałupa z dwojgiem starych ludzi, u których czerstwego chleba, a czasem kwaśnego cienkuszu dostać było można — zwała się gospodą. Konie od słoty i zawiei schronić się mogły, ludzie przytulić, ale pokarmić nie było czem. Studnia tylko i wodopój musiała się znaleźć koniecznie, ale i ta często zapuszczona, gniłej wody dostarczała.
Prawda też, iż za postójne w gospodzie mało co lub nic się nie płaciło. Po takich gospodach ostatnia biedota się tylko osiedlała, bo tu łatwiej było guza niż grosza napytać. Rzadko dworno jadący ludzie zapłacili za co.
Jużeśmy się zbliżali, przebywszy srogie piaski, ku lasom, i ludzie księdza Jana zapowiadali lepszą gospodę u skraju puszczy, aleśmy pobłądzili i późno tu na nocleg przyciągnęli.
Oprócz księdza Jana, drugiego kanonika i pana wojewody sandomierskiego, był z nami podkanclerzy, a każdy z panów służbę z sobą prowadził i dworzan miał kilku, tak że wszystkich nas zliczywszy, poczet był znaczny i samych żłobów dla koni dosyć potrzebowaliśmy, bo się czeladzi nie chciało za każdym razem koły wbijać i płócienne podróżne żłoby rozpinać.
Tymczasem gdy się nam we mroku gospoda owa ukazała, zobaczyliśmy przed nią stojącą ogromną kolebkę pańską i ludzi około niej dosyć. Zapowiadało to, że my już pewnie nie będziemy się mieli gdzie pomieścić i że nam na jesiennym chłodzie obozować przyjdzie, bo w gospodzie jak we młynie, kto pierwszy zajeżdża, ten zajmuje... Kolebka zaś oznajmywała, że niewiasty pewnie jakieś jechać musiały i znacznego rodu, bo dwór widać było liczny.
Wszystkim to na przekór było, a naszym dworskim tak markotno, że gotowiby byli zadrzeć się i noclegujących precz wygnać, tylko podkanclerzy i nasi księża żadnej burdy się dopuszczać nie dozwalali i karali ją srodze.
Zbliżywszy się do gospody, przez okna ujrzeliśmy rozpalone w niej ognie, służbę krzątającą się, ludzi tłum, niewiast też niemało, zbrojny poczet okazały, słowem dwór pański.
Słyszałem jak ks. Jan zapytał stojącego zbrojnego człeka: ktoby to był — a ten mu odpowiedział, że Nawojowa z Tęczyna od ojca na Litwie do męża powracała.
Ja com nigdy o panach z Tęczyna nie słyszał, nie wiedziałem też jak to ród wielki i możny był, ale mi się prawie królewskim dwór Nawojowej wydał.
Podkanclerzy i księża posłyszawszy kto był, obóz w pobliżu na polanie rozbijać kazali, sami nawet do gospody się nie zbliżając. Zbrojny ów mąż, który ochmistrzem dworu był, zapytał u naszych ludzi o podróżnych, dowiedział się o jadących, ale nie zbliżyło to jednych do drugich. Owszem postrzegłem, że Tęczyńscy z naszemi koso na się patrzali.
Wydał zaraz surowy rozkaz podkanclerzy, ażeby do gospody się nie wpić rano. Myśmy też z niej nic nie potrzebowali, bo na wozach żywności było podostatkiem, a studnia wody mogła dla wszystkich dostarczyć.
We mroku z ciekawością spoglądałem ku oknom, przez które się ukazywały głowy niewiast, jeszcze, jak z podróży przybyły białemi namiotami i zasłonami poobwijane.
Ustąpiliśmy zaraz w bok, tak, że od gospody szeroki gościniec nas dzielił. Rada nie rada czeladź, choć klnąc, musiała dla panów dwa namioty rozbijać, żłoby stawić i jak należało obóz zakładać. Po gościńcach naówczas napaście nocne i dzienne nie były żadną osobliwością i każdy się na baczności mieć musiał, ba, nocą straż nawet stawić.
Mnie, gdyśmy się już rozłożyli, a robić nie było co, bo jeść nierychło mieliśmy dostać, i krupnik dla nas dopiero w kociołkach nastawiano, ciekawość wzięła wielka tych niewiast i dworu.
Podkradłem się więc pod otwarte okna gospody, bo ich okiennicami nie zasunięto dla dymu, który izbę napełniał i wychodził niemi.
Widok dla mnie ciekawy był i nowy, tylu pań różnego wieku, postrojonych bogato, choć w podróży i otoczonych sprzętem różnym, jakiegom w życiu mojem nie widywał.
Służba na stole okrytym obrusem poustawiała podróżne dzbany, kubki, misy kruszcowe, błyszczące. Woń jadła korzeniami zaprawnego dochodziła mnie przez okna.
Za stołem siedziały dwie niewiasty, z których jedna starsza ku mnie zwrócona, twarz miała bladą, długą, wychudłą, z zapadłemi oczyma czarnemi, do koła rąbkiem białym opasaną. Wydała mi się bardzo poważną i surową. Druga, której twarzy ztąd widzieć nie mogłem, młodszą być musiała, ruchy miała żywsze i na głowie oprócz białych rąbków, czepiec szyty bogato, z pod którego włosy ciemne się wymykały.
Reszta służby żeńskiej przynosiła misy, chodziła około stołu i pilno tym dwom podawała kubki i ręczniki. Blask od ognia rozpalonego w kominie i grubych świec woskowych na stole, padał na niewiasty przy nim siedzące, tak, że najmniejsze rzeczy dobrze widać było. Z ciekawością wielką pochyliwszy się przypatrywałem temu widokowi, gdy młodsza pani odwróciła się do sługi i twarz jej oblana światłem ukazała mi się nagle.
Jakby piorun mnie raził, zdrętwiałem zobaczywszy ją i dobrze żem nie krzyknął. Poznałem bowiem w tej kobiecie tę, której już nie widywałem od lat wielu, tę co mi się matką nazywać kazała.
Chciałem ochłonąwszy cokolwiek, biedz zaraz do niej, nie wątpiąc, że i ona mnie poznać musi, a nie odepchnie od siebie; ale mnie strach ogarnął jakiś. Ciągnęło coś i odpychało.
Przyszedł wreszcie na pamięć sen, który miałem w Częstochowie, rady Gajdysowej — nie wiedziałem co począć. Łzy mi w oczach stanęły.
Gdybym był słuchał pierwszego popędu, pewniebym wpadł do izby i rzucił się do tej kobiety. Lecz, nuż mnie oczy zwodziły? nuż to nie ona była? a inna do niej podobna?
Mówiło mi serce, że to nie mogło być, żem się nie mylił, a jednak obawiałem się.
Stałem u okna jakbym w ziemię wrosnął, nie mogąc ni odejść, ni oczów odwrócić, choć twarzy już nie widziałem. Teraz głos jej do mnie dochodził, a ten potwierdzał jeszcze, że ona była, nie inna, bo mi brzmiał znajomym, serdecznym dźwiękiem.
Tak, był to głos tenci sam, choć inny razem, ostrzejszy, dumniejszy, surowszy, a jam go pamiętał miękkim, łagodnym i załzawionym.
Nie wiem jak długobym był u tego okna pozostał, gdyby nagle silna dłoń nie chwyciła mnie za kark i nie rzuciła precz na gościniec, tak, że o mało twarzą na ziemię nie padłem.
Krzyk mi się z ust wyrwał, i nie wiem czy znużenie podróżą, wzruszenie, uderzenie to, czy inna jaka przyczyna o mdłość mnie przyprawiła. Pamiętam, że ręce wyciągnąwszy, zachwiałem się, w oczach mi się zaćmiło i już nie wiem co się stało ze mną.
Poczułem potem chłód na twarzy, a gdym powieki podniósł, postrzegłem światło łuczywa nad sobą i pochylone dwie twarze niewieście, które mi się przypatrywały. Do koła stała gawiedź dworska, opowiadając jak mnie u okna złapała.
Mnie nic to wszystko nie obchodziło, bom oczy miał wlepione w tę, w której matkę poznałem. Schylona była nademną, brwi ciemne miała groźno ściągnięto i usta zapadłe, wyraz niemal gniewu i strachu na twarzy.
Gdy mnie omdlałego cucono i rozpinano, krzyżyk, który na szyi nosiłem, dobył się na wierzch, a ja w obawie, aby go nie stracić, sięgnąłem ręką po niego. Kobieta stojąca nademną nie mogła go niewidzieć i niepoznać, bo był zupełnie inny od tych, jakie pospolicie noszono. Sądziłem, że mnie po nim pozna, ale zamiast uczucia na jej twarzy, odmalowała się odraza, trwoga i gniew. Czarne jej oczy zdawały się mi grozić.
Nie śmiałem więc ani ust otworzyć, ani się ruszyć. Wtem od naszego obozu nadbiegł kleryk księdza Jana niespokojny, bo się opatrzył, że mnie nie było, a tu jakieś zbiegowisko postrzegł.
Gdy się zbliżył, posłyszałem jak starsza niewiasta rozpytywać zaczęła, kto jechał, zkąd, jak się duchowni zwali, a młodsza głosem porywczym spytała, ktobym ja był.
Kleryk jej odpowiedział, że mnie ks. Jan wiózł z Wilna do Krakowa dla nauki, bo mu to polecone było przez kogoś, ale nie mówił przez kogo.
Podniosła się i wyprostowała dumnie ta, w której ja matkę upatrywałem, i ostrym głosem zaczęła wyrzucać klerykowi, że bez dozoru mnie puszczano pod okna się podkradać i ludzi podpatrywać.
Ani słowem, ani wejrzeniem nie dała mi poznać, żeby się domyślała we mnie tego dziecka. Ja byłem pewnym, żem się nie mylił, ale też i tego, że ona znać mnie nie chciała. Puściły mi się dziecinne łzy z oczów, wstałem o swej mocy i nie dając klerykowi rozmawiać dłużej, pociągnąłem go z sobą do naszego obozu.
Tu od ks. Jana musiałem wysłuchać nauki, że ciekawość pierwszym stopniem do piekła, że niegodziwą to naturę zdradzało podpatrywanie niewiast zwłaszcza i złodziejskie takie podkradanie się.
Anim się myślał tłumaczyć, poszedłem płakać na moją wiązkę słomy. Okrucieństwo tej kobiety, która we mnie choćby po krzyżyku dziecko swoje poznać musiała, było mi tak bolesnem, iż o wszystkiem dla niego zapomniałem. Nic mnie nie obchodziło.
Prawdę więc mówiła Gajdysowa, że ja matki mieć nie mogłem, a ona się przyznać do mnie. Ja com ją tak kochał, powziąłem żal do niej, który prawie w gniew przechodził. Nawykły do modlitwy i do zwracania się ku Bogu, pytałem Jego, dla czego mnie jednemu los taki przeznaczył, bo mi się zdawało, że chyba nie było w świecie drugiego, któregoby się własna wypierała matka.
W tych łzach i męczarni usnąłem potem takim snem głębokim, że mnie dopiero nazajutrz rano kleryk zbudził, gdy już do drogi było wszystko gotowem.
Oczy otworzywszy, mimowolnie naprzód ku gospodzie spojrzałem, ale już przed nią ani kolebki wczorajszej, ani dworu, ni śladu niewiast nie było.
Ludzie mówili, że o brzasku pośpiesznie wyruszyli, z czego radzi byli, bo izba próżna stała i ognisko w niej gotowe.
Nazajutrz, choć wczorajszy wieczór miałem przed oczyma, o białym dniu ostygłszy, gdym wszystko sobie znowu rozważać zaczął, chciałem wmówić w siebie, iż nie mogła ta kobieta być matką moją. Ale i głos i twarz i coś co się opisać nie daje, za tem świadczyło.
Drugiego dnia potem nad wieczorem ujrzeliśmy przed sobą Kraków, który mi się po Wilnie już zdaleka wydał tak dziwnie wspaniałym, wielkim, istnie królewskim grodem, że mi to wrażenie trochę boleści odjęło.
Im bardziej zbliżaliśmy się ku miastu, tem ono większy we mnie podziw budziło. W Wilnie ani tych wież, ani kościołów, ani połowy okazałych murów nie było. Dwa zamki, okólne mury z wieżycami, kościół zamkowy, kilka ledwie kamienic w mieście, w oczy wpadały, reszta wszystka prawie drewniana była i przy ziemi siedziała.
Tu już zdala ogrom murów i wież zapowiadał miasto, jakiego na całej Litwie nie było; a gdyśmy Floryańską bramą w ulice ku Rynkowi ciągnęli, oczów nie mogłem oderwać od osobliwego widoku, jaki mi się przedstawił.
Choć wieczór już był i dzień powszedni, na mieście więcej ruchu, wrzawy i ludzi znaleźliśmy niż w Wilnie czasu targów i jarmarków. Domy, choć dużo drewnianych było, bielone i malowane tak ozdobne były w ganki, słupy, dachy i daszki, a na każdym niemal z nich jakieś godło rzeźbione i złocone tak oczy pociągało, że się ich napatrzeć nie mogłem do syta. Wszystko cudnem mi się wydawało.
I przechodzący też ulicami, od mieszczan wileńskich ze staroświecka poodziewanych wcale byli różni. Strojów co niemiara osobliwych spotykaliśmy, bogatych, pańskich, zamorskich jakichś i do naszych niepodobnych. Rycerstwo konno uwijało się w rynku, ciągnęły ogromne wozy kupieckie, po pod domami szli mieszczanie w bławatach, łańcuchach i kołpakach wspaniałych.
Przytem, że wieczór był, więc i dzwony na różne głosy odzywały się po kościołach i z otwartych niektórych śpiewy wieczorne słychać było.
Jechałem upojony i zachwycony, widząc teraz, że wszystko co o Krakowie opowiadał ks. Łukis, wcale przesadzonem nie było... ale jak tu mnie biednemu sierocie, którego się wypierali wszyscy, niemającemu opieki, przebić się było i nie zginąć ściśniętym w tym tłumie.
Wzdychałem ku Bogu tylko, stawszy się pobożniejszym jeszcze: — Tyś Ojcem wszystkich, a szczególnie tych co ojca ni matki nie mają.
Pierwszego wieczora tego, tylkośmy się o zmroku przesunęli ulicami, więc ciekawość obudziła się raczej, niż zaspokoiła.
Kleryk ks. Jana, który mi dosyć życzliwym był, o kilka lat tylko starszy odemnie, zapowiedział, że nazajutrz, ponieważ dzień był na spoczynek przeznaczony, a on wolny, więc mnie po mieście poprowadzi i ukaże, co w niem było najpiękniejszego.
Mnie się tu wszystko cudownem zdawało!
Ks. Jan z nami gospodą stanął w domu przy ulicy św. Anny, inni nasi towarzysze podróży na zamek i po domach swoich się rozjechali.
Trochę widok ten pięknego i wielkiego miasta zatarł we mnie smutne wrażenie owego noclegu, ale cokolwiek mi go na pamięć przywodziło, a szczególniej mój krzyżyk, gdy go dotknąłem, znowu mi boleść pierwszą powracał.
Kleryk nazajutrz słowa dotrzymał. Poszliśmy na miasto i do kościołów, jakich ja w życiu mojem nie oglądałem; do P. Maryi, do kilku zakonnych, do Bożego Ciała i co ich było w pośrodku miasta, bośmy za mury nie wychodzili.
Dziwiłem się bogactwom i wspaniałościom, liczbie duchowieństwa, nabożeństwom okazałym; jedno mnie tylko raziło, że oprócz mowy polskiej, prawie tyle co jej, słyszeliśmy dokoła niemieckiego szwargotu. Stroje też mieszczan dużo pomiędzy niemi różnych Niemców się domyślać kazały, ale i z innych narodów około sukiennic kręciło się dziwnie postrojonych kupców i podróżnych niemało, a tu języków się było można nasłuchać osobliwych.
Rynek i kamienice około niego wspanialsze były, niż książęcy zamek wileński. Ratusz z wieżą, sklepy ogromne, a dalej domy wysokie, całe malowane i rzeźbione, podobały mi się bardzo.
Na niektórych święci patronowie stali ponad bramami jakby żywi, na innych wizerunki królów wyglądały i rozmaity zwierz, jakby skamieniałe jelenie, lwy, orły, barany, kruki. Śmiał się kleryk, gdym stawał przypatrywać się tym niewidzianym rzeczom. Każdy bowiem dom miał w rynku szczególniej coś, czem się odznaczał od innych i po czem odróżnić było można.
Wszystko to świeże, lśniące, pomalowane wytwornie, gdyby żywe stało. Cóż dopiero powiedzieć o sklepach, jakich ja i śnić nawet nie mogłem, bo pełne one były towaru, o którym nigdym nawet nie słyszał. Kleryk z dumą mi to wszystko ukazywał i tłumaczył.
Przeszedłszy parę ulic, w głowie się mąciło od tego, co się tu widziało. Co chwila stawałem, bo ciągle było na co patrzeć i o co pytać. Na zamek jechały poczty rycerstwa, kapiące od złota, z zamku powracali panowie ze służbą i zbroją dla mnie niewidzianą. Rusinów, Tatarów, Turków, Węgrów nauczyłem się dopiero rozróżniać.
Pytałem nieustannie, a dziwiłem się bez miary. Wreszcie kleryk zmęczywszy się, nazad mnie do kamienicy odprowadził i tu samego zostawił.
Jaki mnie tu los czekał w tem obcem zupełnie mieście, wśród ludzi, co mi nie byli niczem, nie wiedziałem spełna.
Mówiono mi, żem się uczyć miał, ale gdzie i jak — głucho było.
W Wilnie przy Gajdysach czuło się jakby w rodzinie, tu wszyscy obcy i straszni się wydawali. Co kogo mógł obchodzić taki jak ja sierota?
Kleryk mi zawczasu powiadał, że do Krakowa takich jak ja pauprów, bez ojca, matki, sierot napływało bardzo dużo, że sobie przy pomocy dobrych ludzi dawali rady i z głodu nie marli; krzepił mnie, ale w taki sposób jakiś, iż słuchając go, większy jeszcze strach ogarniał.
Nie będę się nad temi mojemi laty pierwszemi rozszerzał zbytnio, bo i bez tego wiele mam do powiedzenia o losach i przygodach moich; powiem tylko, że choć o mnie ks. Jan nie zapominał, przez kilka dni czekałem, gdyż nic postanowionego nie było. Nie pytano mnie o nic, woli swej nie miałem; ale kto mną rozporządzał, nie mówiono mi też.
Czwartego czy coś dnia rano ks. Jan ze mszą idąc do kościoła zamkowego, za sobą mi iść kazał, zapowiadając, iż do mszy służyć mu miałem.
Szedłem więc dosyć tem dumny, a zwłaszcza mi się podobało, gdy mnie w zakrystyi w piękną, białą ze wstęgą liliową komeżkę ubrano.
Msza była nie pierwsza, ale wotywą zwana, w kościele ludzi dosyć, a w tem miejscu, które mi kleryk pokazywał, że tam król zwykł był słuchiwać mszy, ujrzałem go wistocie i poznałem zaraz. Z trwogą jakąś spoglądałem ku niemu tem większą, że ile razy zwróciłem oczy, zawsze wejrzenie jego ku mnie skierowane spotykałem.
Przypatrywał mi się tak, iż mnie coraz większy strach ogarniał.
Od tego czasu gdym go nie widział, wydawał mi się zmienionym. Młody jeszcze i przystojny, twarzy regularnych rysów i cale pięknej, miał na niej wyraz smutku jakiegoś i troski, który z niej nigdy nie schodził. Długie włosy spadały mu na ramiona.
Aż do końca mszy ks. Jana siedział tak, słuchając jej, patrząc na mnie, a po benedykcyi, gdyśmy do zakrystyi powracali, zniknął.
Ks. Jan kazawszy mi iść do domu samemu, udał się na zamek.
Nie było go do obiadu, który on tu razem z dwoma kanonikami jadał, a co zeszło ze stołu ich, tomeśmy z klerykiem się żywili.
Nie było głodu, ale i wymysłów też żadnych, bo się księża prostym stołem obchodzili, a we dni postne mało nawet co jedli.
Pod wieczór zawołano mnie do ks. Jana. Biło mi serce dobrze, bom przeczuwał, że się musiał mój los rychło rozstrzygnąć. Tak się też stało. Zapowiedział mi ks. Jan, że uczyć się powinienem był, i nic lepszego nie mam do wyboru, tylko się tak przygotować, ażebym później godzien był przyoblec suknię duchowną.
Począł się nad tem szeroko rozwodzić, jakiem to było szczęściem zostać wybranym i kapłanem Bożym; dodając, że on sam rycersko wprzódy sługiwał, przecież wczas przejrzał i obrał sobie lepszą cząstkę. Radził mi więc zawczasu na duchu się gotować i sposobić do stanu tego, który wymagał wiele; bo niedosyć było nauki, niedosyć mądrości, ale świętości, pokory i wszelkich cnót do niego nabyć potrzeba było.
Zapowiedział mi w ostatku, iż świętobliwemu mężowi dany będę w opiekę, chodzić mam do szkoły, a jemu posługiwać, na niego się zapatrywać i być mu we wszystkiem jak ojcu posłusznym.
Czekałem z obawą wielką, modląc się, jaki mnie los i opiekun spotka.
Nazajutrz ks. Jan węzełek mi rozkazawszy zabrać z sobą, niedaleko ztamtąd powiódł do Collegium, gdzie w samych prawie drzwiach do maleńkiej celi zapukał. Weszliśmy. Stał nieopodal odedrzwi jakby na nas oczekując mężczyzna w samej wieku sile, z piękną, pogodną i niemal promienistą, dobrocią uśmiechającą się a rozumną twarzą.
Od pierwszego wejrzenia nań, nie można się było powstrzymać, aby ku niemu jakiejś czci nie powziąć. Dzieckiem byłem, ludzi nie znałem, przecie mąż ten na mnie takie uczynił wrażenie, jakbym niepospolitego przed sobą człowieka widział, ale jakąś istotę wyższą i doskonalszą.
Gdym nieśmiało wsuwał się za ks. Janem, oczy stojącego wlepione były pilno we mnie, a miały wyraz taki miłości, jakby chciały mówić owo: Sinite parvulos venire ad me.
Dodał mi otuchy wejrzeniem.
— Oto jest chłopak, o którym mówiłem — dodał kłaniając się wchodzący. — Sierota, dano mu też imię Jaszka Orfana. Daj Boże, aby godzien był wam służyć.
Gdy to mówił, stojący naprzeciw patrzał na mnie, a ja z natury trochę dziki, tak dziwnie byłem tym wzrokiem ośmielony, tak mi on błogo jakoś do duszy mówił, żem się odważył postąpić i rękę jego ująwszy ucałowałem ją.
— Księże Janie mój — odezwał się głosem jasnym i dźwięcznym — sierotą się zaopiekować i obowiązkiem jest i rozkoszą, alem ja, wiecie, nie tak swobodny, abym mógł się tego podjąć. Siedzę tu w Krakowie, mam co czynić w Akademii i w domu, a wiecie, iż pielgrzymuję często. Znowu mnie ciągnie do Rzymu potrzeba duszna, cóż naówczas z nim pocznę? Rychło a nie ujrzycie mnie — dodał z uśmiechem. — Pieszo chcę do grobu apostołów.
Ks. Jan po chwilce namysłu rzekł:
— Na ten czas zwierzyłbyś go ojcze osobie swojego wyboru, a choćby niewiele czasu miał szczęście przy was pozostać, te chwile wiele mogą.
Westchnął nic nie mówiąc przyszły mój opiekun, zadumał się.
Szepnął coś pochylając się ku niemu ks. Jan. Zaczęli mówić pocichu. Los się mój rozstrzygał.
Szedłem tu prawda ze strachem wielkim, ale teraz, gdym zobaczył tego, któremum miał służyć, lękałem się tylko, aby mnie nie odepchnął. Siłą jakąś wielką ciągnął mnie ku sobie.
Każde jego spojrzenie było jakby lekarstwo jakieś uspokajające duszę.
W czasie gdy dwaj księża pocichu rozmawiali z sobą, starałem się błagającym wzrokiem pozyskać sobie tego człowieka, który tak cudowne wywierał na mnie wrażenie. Czyniłem się łagodnym, pokornym, chciałem mu wydawać dobrym. Pocichu odmawiałem Zdrowaśkę na tę intencyą, abym przy nim mógł pozostać.
Nigdy w ciągu długiego później życia mojego, nikt na mnie nie uczynił takiego wrażenia; a gdym dojrzawszy zastanawiał się nad tem, nie mogłem go porównać z niczem, chyba z tą potęgą Chrystusa Pana, który też jednem wejrzeniem i słowem za sobą ciągnął tłumy. Ten też tą samą Chrystusową mocą na ludzi działał.
Nie wiem co ks. Jan, który mnie tu przyprowadził, powiedział o sierocie, czem go skłonić się starał, aby ją przyjął w służbę swoją; uważałem tylko w oczach duchownego malującą się litość, i w końcu zwrócił się ks. Jan do mnie, rozkazując mi dziękować. Przypadłem do nóg nowemu opiekunowi, który mnie podniósł i pobłogosławił.
Pozostałem odtąd przy ks. Janie Kantym, jako zaraz opowiem. Mąż to był uczony wielce, pracowity niesłychanie, a cały żyjący w Bogu, ale nad wszystkie jego cnoty górowała niezrównana dobroć, łagodność i wyrozumiałość dla ludzi.
Dla siebie samego katem był, bo postami, umartwieniami, biczowaniem ciało swe dręczył nieustannie, względem drugich zaś anielską miał dobrotliwość i miłosierdzie. Szanowany przez wszystkich, bo swojego czasu akademia nie miała nad niego uczeńszego męża — pokorę miał dziecięcą. Nigdym go nie widział ani zniecierpliwionym, ni gniewnym — widok nieprawości zasmucał go, do łez rozbolewał, ale nie burzył. Dusza była spokojna i ubłogosławiona taką potęgą nad sobą, że krew nie mogła przeciw niej nic.
Tuż w bramie kollegium mieliśmy izdebek parę szczupłych, w których ks. Jan się mieścił z książkami swemi i sprzętem ubogim, bo można było powiedzieć, że dla siebie nic prawie nie potrzebował. W jednej z nich miałem ja mój sienniczek na podłodze i pomieszczenie. Służba przy nim nie była ciężką, prawie żadną, bo on sam, modląc się sam sobie służył, a często do stajni w podwórzu kollegium ze dzbankiem chodził, aby mnie snu nie przerwać.
Jednej chwili spoczynku w życiu jego nie było. Czytał, pisał, albo klęcząc się modlił. Wzywano go też często na poradę i przychodzono do niego, aby jej zasięgnąć. Cisnęli się oprócz tego ubodzy, którym nieraz od ust odjęte jedzenie i ostatni płaszcz oddawał, jeśli nic innego nie miał. Grosz też u niego nie przeleżał jednego dnia — mówił, że go nie potrzebował. A co najdziwniejsza, przy ciągłych umartwieniach, pracy, znużeniu, nie widział go nigdy zmęczonym, nigdy smutnym i chmurnym. Twarz wypogodzona uśmiechała się, dodawał otuchy i męztwa drugim, a sam mądry z prostaczkami tak mówić umiał, iż go każdy zrozumiał, a słowo jego szło prosto do serca.
Po wyjściu ks. Jana, zajął się mną zaraz z niewysławioną dobrocią, a naprzód wziął mnie na konfesatę, dopytując o życie przeszłe.
Mówiłem już, jakie na mnie świątobliwy mąż ten uczynił wrażenie, nie dziw też, iż ja, dosyć w sobie dotąd zamknięty, przed nim się ze wszystkiego wyspowiadałem co mi na sercu leżało. Więc i ten mój najdroższy ból sieroctwa, żem ojca nie miał, matka się mnie zaparła... i że nadewszystko pragnąłem o nich się dowiedzieć, ich odzyskać.
Bardzo łagodnie naówczas począł mnie przekonywać, iż powinienem był się poddać woli Bożej, przeciwko niej nie buntować i pokorą sobie wyjednać miłosierdzie.
Na łzach się to skończyło... ale, gdy mnie przeżegnał i pobłogosławił, uczułem jakby pokój jakiś wstąpił we mnie.
Następnych dni począłem chodzić do szkoły. Nie szło mi trudno, a około mojego opiekuna usługi nie było, któraby czas zabierała. Gdym umiótł i wody przyniósł, wieczorem światło zapalił, płaszcz czasem wytrzepał, mogłem potem siedzieć z książką i papierem, a tego tylko pilnował, aby nauka modlitwie nie przeszkadzała.
Obyłem się tak powoli ze szkołą i Krakowem, a jak ziarno piasku utonęłem w tych tłumach młodzieży, które naówczas po szkołach i kollegiach nauki tu szukały.
Począwszy od dzieciaków do ludzi pod wąsem, uczących się było bez miary, tak, że w kollegiach największe sale nie starczyły, i często przy drzwiach otwartych, ci co się wewnątrz nie mieścili, z korytarza słuchali. I nie było jednej ziemi polskiej, z którejby tu się nie ściągała młodzież, co łatwo po wymowie się poznawało, jako też i stanu, któryby uczniów nie dostarczał. Szlachta, panowie, mieszczanie, synowie kupców, ba nawet sołtysów wiejskich i prostych kmieci dzieci się tu garnęły. Większa część ubogich i biedniejszych do stanu duchownego się sposobiła, bo choć beneficya większe tylko szlachcie się dostawały, po klasztorach, wikaryach, po oddaleńszych ziemiach i plebejusze kawałek chleba z ołtarza mieć mogli.
Do czego też dodać potrzeba, że nigdy może do nauki takiej ochoty i gorączki ludzie nie mieli, jak czasu onego. Coś ich tu pędziło, jakby przeciw własnej woli, często o głodzie i chłodzie.
Była też w powietrzu, rzec można, pobożność wielka i gorącość ducha, bo nigdy tylu świątobliwych mężów ziemia polska nie wydała, co podówczas.
Prawda, że z drugiej strony hussytyzm czeski się wkradał i jako zły wrzód nabierał, że obok świętych siła było warchołów i zbójów nawet między najprzedniejszemi, lecz przemagało dobre.
Oprócz nas z Polski, Litwy, Rusi i dalekich ziem ode wschodu, co dziwniejsza, napływali Czesi, Serbowie, Niemcy i Węgrów siła, a z tych ziem, które Turcy zawojowali, a które słowiańską mowę, jak my, mają. Chociaż w Niemczech nie zbywało też na szkołach, a w Pradze mieli Czesi swoją, do Krakowa ich sława nauczycieli tutejszych ciągnęła.
Nietylko teologowie słynęli tutejsi, ale astrologowie i matematycy szczególniej, tak, że ci, co w gwiazdy patrzyli, pokoju nie mieli, horoskopy i karty urodzenia spisując, z czego grosz płynął, a tego nikt do zbytku nie posiadał, bo akademia szczupło była wyposażoną.
Pisząc to ze wspomnień lat moich młodych, w których rozeznania wielkiego nie miałem jeszcze, oczywista, że tylko ogólnemi wyrazy mogę zaznaczyć, co pamiętam.
Wiele rzeczy mocno się w pamięć wraziło, lecz wiele później zatarło, bo ludzka pamięć jest jako tablica owa, na której w szkołach piszą. Zamazuje się ona cała naprzód, a potem ściera się z niej dawne, gdy przychodzi nowe, i ślad ledwie gdzieniegdzie pozostaje.
Z tych ludzi, którzy najwięcej z ks. Janem obcowali, a najulubieńsi mu byli, pamiętam kilku, później, jak on sam, świątobliwością słynących. Jakem wyżej rzekł, nigdy tak wielu ludzi pobożnych nie miała Polska i Kraków, co tego czasu. Pomnę z nich, naówczas już starego, ale do bardzo późnego wieku dożywającego Izajasza Bonera, zakonnika OO. Eremitów Augustyna świętego, który rzadko sam bywał u nas, ale często go ks. Jan nawiedzał, mówił o nim i był dlań ze czcią wielką.
Żył on u ś. Katarzyny na Kaźmirzu w takiej celce maleńkiej jak mój dobroczyńca, tak ubogo jak on. Boso chodził zawsze latem i zimą, na gołej sypiał ziemi i nigdy więcej nad trzy lub cztery godziny.
Pomimo wieku, nieraz, gdym do niego księgi nosił, bo sobie je z ks. Janem często posyłali, zastawałem go zamiatającego klasztorne korytarze, wynoszącego śmiecia.
Innym razem znajdowałem go klęczącym przed obrazem N. Panny, ale w takim zachwycie i zatopieniu, żem, nie śmiejąc przerywać, godzinami czekać musiał, aż się przebudził z tego marzenia i wrócił do życia.
Świątobliwy mąż ten wcale do mojego ks. Jana nic był podobnym. Wychudły, skóra a kości, zżółkły, z oczyma pałającemi tylko, zdawał się duchem i myślą na innym już świecie przebywać. Często razy kilka powtarzać było potrzeba, z czem przyszedłem, nim zrozumiał i odpowiedział — tak zatopiony był w sobie. Czasu rozmowy, gdy przychodził do kollegium, nieraz milknął, zapominał się, oczy mu zachodziły łzami, drżał, ręce składał jak do modlitwy i dopiero po chwili do siebie przychodził.
Dzień w dzień widzieć go było można od ś. Katarzyny do grobu ś. Stanisława na Wawel pielgrzymkę odprawującego. Naówczas mogło się sobie na ulicy dziać co chciało, nie widział nic, nie słyszał nic, gdy szedł cały w swej modlitwie.
Starcem już był, bo się w przeszłym wieku rodził, jak mówiono, żywot prowadził anachorety, nie szczędził siebie, a cudowna siła go trzymała. W wielkim tygodniu powiadano, krom wody nic do ust nie brał.
Cale znowu innym był drugi, a na pierwsze wejrzenie tak niepoczesnym, że się w nim ani świątobliwego, ani tak mądrego człeka, jakim był w istocie, domyślać nie było podobna.
Rzadko kiedy z ust mu się słowo dobyło. Zwał się Świętosławem, a wszystkim wiadomem było, że nim do Krakowa przyszedł i mansyonarzem został, prostym szewcem w Sławkowie był i swe rzemiosło sprawiał.
Blady, mały, przygarbiony, z rękami długiemi, z nogami trochę krzywemi, z głową dużą, na której włos krótko postrzyżony się jeżył, miał przecież coś w twarzy wyżółkłej, co poszanowanie dla niego budziło.
Pokora w nim nadzwyczajna była. Kochał go mój opiekun i troskał się o niego, bo on sam o sobie nie pamiętał. Cudem było słowo z niego dobyć. Mówiono, iż ślub jakiś milczenia uczynił, ale — nie — bom go przecie mówiącym słyszał, tylko nie lubił się rozszerzać ze słowem.
Co osobliwa, rozpowiadano o nim, że kapłanem zostawszy, jako żywo dawnego rzemiosła nie porzucił. Miał do niego słabość, czy też postanowienie takie uczynił; dosyć, że w celi wszystek przyrząd rzemieślniczy chował, a w wolnych godzinach obówie męzkie, jakie naówczas jeszcze niektórzy nosili, z nosami długiemi, ozdobnie wyszywane, wyrabiał bardzo kunsztownie, tak, że mu za nie płacono drogo, a on ten wszystek zarobiony grosz obracał na kupienie ozdób i sprzętów do kościołów.
Chodził tak a podpatrywał, gdzie czego brakło. Siadał na swym stołeczku i pobożną pieśń śpiewając, szył buty lub trzewiki, dopóki na ampółki, na lichtarze, na lampę jaką do zawieszenia przed obrazem nie starczyło.
Chociaż prostym człowiekiem był i z rodziców ubogich narodzonym, nie mniej go wszyscy szanowali — bo mu więcej niż szlachectwo dała świątobliwość.
Jakim sposobem zaś z owego prostego szewca w Sławkowie, do kapłaństwa doszedł, słyszałem, iż sam opowiadał, jak pobożnym będąc do ś. Stanisława we śnie widzenie miał, aby wstał i do Krakowa szedł.
Posłuszny temu głosowi, udał się do Krakowa, gdzie do szkoły chodzić zaczął, potem suknię kleryka wdział i stan duchowny obrał, do czego przeszkody żadnej nie miał; a nie pragnął też więcej nic, tylko służyć ołtarzowi.
Czasu też tego; gdym był przy księdzu Janie, przybył do Krakowa młody jeszcze nowicyusz Augustyanów z Bystrzycy na Litwie, o którym wiele mówiono i słynął jako wielkiej pobożności człowiek.
Obok tego szewca ze Sławkowa stał oto ze krwi książąt litewskich, możnej rodziny potomek, brat Michał Giedroić. Ktoby nie wiedział, iż krwi tej sławnej był dzieckiem, pewnieby się w tym pokornym biedaku książęcia nie domyślił.
Bardzo małego wzrostu, trochę na jedną nogę nalegający, chudy, szczupły, twarzy niepięknej, ale miłej i słodyczą okraszonej — brat Michał nawet kapłaństwa nie czuł się godnym i nie kusił o nie. Chciał i pozostał prostym braciszkiem.
Przybywszy do Krakowa z generałem zakonu swego, gdy dla wielości kościołów, relikwij i nabożeństwa wielce sobie tu upodobał — pozwolono mu zostać przy zakrystyi.
Jakiś czas chodził do kollegium na naukę, gdziem go widywał w sukni mocno wyszarzanej, ubogiej, z wielkim drewnianym krucyfiksem na piersi na prostym sznurku zawieszonym, jak w ostatniej ławce w kącie się tulił, oczu ludzkich unikając.
Rozpowiadano o nim też, jak o Świętosławie i o żywocie jego rzeczy dziwne, które że prawdziwemi były, nie miał wątpliwości. Celkę miał maleńką przy zakrystyi, w niej kominek, przy którym sam sobie biedną strawę ważył, post najściślej zachowując. Z zakrystyi zaś wyprosił sobie klucz do kościoła, gdzie więcej czasu spędzał niż w celi, krzyżem leżąc godzinami na modlitwie.
We dnie czasami tylko godzinę jaką zabawiał się pracą ręczną, wyrabiając z drzewa puszeczki na Wiatyk, bardzo misternie, a te kapłanom po kościołach rozdawał.
Od tego też, jak od Świętosława, niewiele było można posłyszeć, bo milczał rad, lub modlił się, a w rozmowy nie wdawał, czas na nich spędzony uważając za stracony.
Wszyscy go naówczas już, gdy jeszcze dość młodym był, za świętego niemal uważali, choć on sam za ostatniego tylko ze sług i w klasztorze i na świecie chciał uchodzić. Dlatego i z pochodzeniem swem książęcem się taił, i nigdy inaczej jak bratem Michałem lub zakrystyanem nie pozwalał nazywać.
Późniejszych nieco czasów, jak opowiem, do tych mężów przybyło wielu jeszcze, gdy pobożność rozgorzała po weselu króla i nawiedzinach świątobliwego Włocha, o którym niżej pisać będę.
Jakim sposobem wśród tych ludzi żyjąc, na nich codziennie patrząc i o nich się ocierając, w wieku do naśladowania i przejęcia się przykładem najskłonniejszym — ja naówczas, choć pobożnym byłem, do stanu duchownego nie nabrałem skłonności... wytłumaczyć nie umiem.
Ciągnęło mnie właśnie tam, dokąd ja prawa nie miałem iść. Najmilszem dla mnie było w ulicę zbiedz, gdy rycerstwo na koniach jechało, gdy turniej się na zamku wyprawiał, gdy w rynku szlachta wytwornie zbrojna i strojna się zbierała. Do nich mi serce biło... koń a kord, o tem tylko marzyłem, choćby przyszło jako pacholikowi a giermkiem służyć. Alem o tem ani śmiał mówić, ni dać tego poznać po sobie.
Badał mnie ks. Jan, bo widać było, iż życzył sobie tego, abym sukienkę kleryka później wdział, a nie taił przedemną, iż to było życzenie tych, co się mną opiekowali — ale przed nim kłamać nie mogłem, ani było podobna.
Święty mąż tak czytał ludziom myśli z oczów, a miał siłę taką dobywania z nich prawdy, że mu fałszu powiedzieć nikt nie śmiał. Ja też milczałem, a on to rozumiał dobrze. I nie nakłaniał mnie, ani zbytecznie nastawał. Powiadał spokojnie: — Różnemi drogami Pan Bóg do siebie prowadzi. Módl się moje dziecko.
Modliłem się też, natura przemagała, do stanu duchownego żadnego powołania nie czułem. Nauka była mi pożądaną, piłem ją chciwie i łatwo. Szło mi dobrze, ale z nią nie przychodziło usposobienie zmiany stanu. Zresztą o przyszłość się nie troszczyłem bardzo, rojąc zawsze po dziecinnemu, że rodziców wyszukać muszę, że się oni o mnie upomną; a że rodem i bogactwy musieli być znaczni, o tem nie wątpiłem. Snułem takie marzenia, z których mnie nikt wyleczyć nie mógł dlatego, iż o nich nie wiedzieli nawet najbliżsi.
Te moje sny na jawie, któremi się karmiłem, sprawiły, żem się nauczył w sobie zamykać i od ludzi stronić. Wiedziałem, że to, co mi było najdroższem, wyśmianoby, gdybym się z tem wydać ośmielił.
Drugiego roku mojego pobytu w szkołach i na służbie u świątobliwego ks. Jana — to, co przepowiadał, zawczasu spełniło się. Gorąco pragnął znowu odbyć pielgrzymkę do Rzymu, i do niej się sposobił.
Naprawdę żadnych przygotowań nie potrzebował, gdyż pieszo, o kiju odbyć ją zamyślał, tak jak poprzedzające, których już dwie wprzódy dokonał. Pielgrzymów takich niemało naówczas się napotykało, pojedyńczo i gromadkami do miejsc świętych wędrujących.
Przyjmowały ich wszędzie i karmiły klasztory, duchowieństwo, a tam, gdzie brakło stacyj obchodzili się suchym chlebem i wodą, które zawsze z sobą nosili. Tykwa u kija wysokiego lub baryłeczka u pasa pełną była, a w torbie przez plecy suchar się znalazł.
Niektórzy pielgrzymowali, ślub uczyniwszy, boso.
Gdy o podróży ks. Jan mówić zaczął, a do mnie odwróciwszy się oznajmił, że ma już kogoś, któremu mnie do powrotu swojego chce powierzyć — rzuciłem się mu do nóg nie namyśliwszy nawet — bo mnie coś tknęło, abym mu towarzyszył. Począłem go prosić o to, aby mi iść z sobą dozwolił. Zdumiał się nieco i zamyślił. Począł potem reflektować mnie, że nauk przerywać nie powinienem, a niewygód, i znużenia podróży długiej nie zniosę.
Nie ustępowałem jednak, po rękach i po nogach go całując, aż zmiękł nieco. Ani mi się przeciwił, ani obiecywał.
Szpiegując go teraz, zmiarkowałem, że sam nie chciał o tem stanowić i czyjejś rady co do mnie musiał zasięgnąć. Przekonywałem się z tego, iż był przecie ktoś, co się losem moim zajmował, a to jeszcze marzenia moje niedorzeczne o przyszłość rozkołysało.
Nagle potem jednego dnia, jak sam bardzo ochoczo i wesoło się do tej podróży gotował, z wielką serca gorącością, tak i mnie, głaszcząc po brodzie, rzekł.
— Gotuj nogi do drogi, ale pamiętaj, jak mi omdlejesz gdzie, to cię w klasztorze jakim zostawię.
— Na kraj świata pójdę za tobą, ojcze — zawołałem, do nóg mu się rzucając.
Myślałem, że oszaleję z radości, gdy mi ks. Jan towarzyszyć sobie dozwolił. On sam, jak skoro to postanowił, a była wczesna wiosna i sama Wielkanoc, kiedy się to stało, po odbyciu spowiedzi i przyjęciu Komunii, wyruszył tak wybrany jakom mówił. Suknia jedna, płaszcz, kij, tykwa, sakwa i grube trzewiki. Jam też podobnie był odziany. Obciążać się niczem na drogę nie było można, a ks. Jan brewiarz tylko z sobą wziął.
Dzisiaj, po latach tylu, jużbym tej pielgrzymki opowiedzieć, ani opisać nie mógł. Przesuwało się codzień tyle nowych widoków przed oczyma mojemi, żem ciągle był, jakby we śnie gorączkowym. Po Wilnie Kraków mi się wydawał miastem takiem, jakiemu równego chyba na świecie nie było, a gdyśmy podróżować zaczęli przez miasta niemieckie, nawiedzając olbrzymie kościoły, patrząc na zamki, pałace i grody ogromne, co chwila słupieć było potrzeba z podziwu.
Oprócz tego sam świat, któryśmy przebywali, wcale od naszego inny, cudownym razem i strasznym się wydawał. W górach zdawało się, że się świat kończy śniegami zasypany, a tu dopiero, przebywszy je, gdyśmy weszli jak do zaczarowanego ogrodu, miły Boże, człowiek zrazu zmysły postradał.
Ja, co te cuda po raz pierwszy oglądałem, szedłem oczarowany niemi. Ks. Jan mało na nie patrzał, modlił się albo rozmyślał. Nie pominęliśmy żadnej figury, kaplicy, ani kościoła bez modlitwy.
Przygód wielkich Pan Bóg nam szczędził jakoś, jak gdyby szczególną opieką ks. Jana osłaniał. Nieraz na burzę się zbierało, nieraz obłąkać się mogliśmy, a i zbójectwa po drogach było dosyć, wszystko nas pomijało. Stawaliśmy zawsze w porę po klasztorach na noclegi, nigdzie nas nie odepchnięto.
Za górami już pielgrzymów się spotykało dosyć, ale ks. Jan wolał iść samotnie.
Tu, choć z Krakowa wyszliśmy chłodną wiosną, zaskoczyły nas skwary okrutne, tak, że we dnie prawie iść nie było podobna. Szliśmy więc wieczorami i rankami. Lato było najśliczniejsze, a dla mnie dziwem tu wszystko, bo nie było prawie trawy, drzewa, kwiatu podobnego do naszych. Rajem się to wydawało, chociaż słońce paliło jak w piekle.
Ostatnich dni, gdyśmy do Rzymu się zbliżali, którego wcale nigdzie widać nie było — zaskoczyło nas suche wiatrzysko, przy ołowianem niebie, z tumanami kurzu takiemi na pustyni, iż mnie poraz pierwszy strach ogarnął.
W górach nieraz trwoga brała, patrząc na przepaście i szczyty śniegiem okryte, na których znaku żywota nigdzie widać nie było, jakby tu państwo śmierci się rozciągało; ale na tej płaszczyźnie wyschłej, pustej, bezludnej, po której wiatr szalał, unosząc pyłu tumany, groza ogarniała większa jeszcze.
A przecież Bóg miłosierny, aniśmy zbłądzili, ani zginęli, a ks. Jan szedł tak pewnym krokiem, choć przed nami nic widać nie było, jakby mu kto palcem drogę wskazywał. Raz jeden tylko znaleźliśmy nad gościńcem naszym kamienny słupek w ziemię wklęsły, który zdawał się coś oznaczać.
Rzym zobaczyliśmy dopiero w Rzymie, gdyśmy most murowany jakiś przebywszy, do kupy murów się zbliżyli. Tu wszedłszy jak do labiryntu, wśród domów kościołów, ruin, powalonych gmachów, olbrzymich wieżyc... trudno się było pokierować. Ale na wstępie samym, jakby na nas czekał, kleryk młody się znalazł, który do gościnnego zaprowadził klasztoru.
W ciągu całej podróży widziałem to i czułem, że się z nami działo coś niezwyczajnego, jak gdyby niewidzialna moc jakaś czuwała nad nami i odwracała niebezpieczeństwa, bośmy często cudem ich unikali i zdumiewali się ludzie, widząc nas całych i zdrowych, wychodzących z takich miejsc i niebezpieczeństw, w których kości trzeba było zostawić. Ks. Jan szedł zawsze i prowadził mnie z sobą, rzec mogę, jak gdyby inny wzrok miał, dalej sięgający i pewność tę, iż nigdy się nieobłąka a wszelkiego zła uniknie.
Po drodze też modlił się wesoło, śpiewał pieśni pobożne, albo stawał wśród rozkosznych i pięknych widoków, sam się ciesząc niemi i mnie te cuda prawicy Bożej ukazując, a chwałę Stwórcy głosząc.
W Rzymie też tak się przygodziło, iż tu jakby na nas czekano, choć na świecie nikt wiedzieć nie mógł, ani się domyślać, kiedy przybędziemy.
Kleryk ów, którego w bramie zaraz napotkaliśmy, cudem znowu jakby okazał się Polakiem, nowicyuszem od Dominikanów, z klasztoru tego, w którym nasz Jacek święty niegdyś z Dominikiem przebywał. Był ów klasztor, acz niezbyt rozległy a wielki, podówczas jakby polskich pielgrzymów przytułkiem i gospodą. Kleryk też zaraz nas, niewielu słowy się rozmówiwszy, począł do niego prowadzić.
Nie będę ani próbował onego Rzymu, na który w osłupieniu patrzałem, starać się opisać, gdyż to jest nad siły moje. Ruin, kolumn, na wpół obalonych gmachów olbrzymich, budowli pogruchotanych przez wieki, polepionych na nowo, innych świeżo wzniesionych przebywaliśmy do klasztoru dążąc jakby las cały, wśród którego krętych labiryntów tylko człowiek obeznany z tem miastem ogromnym, mógł się pokierować bezpiecznie.
Co chwila nam prowadzący nas, to kościół jakiś, to ruinę z pogańskich jeszcze czasów pochodzącą ukazywał. Dowiedzieliśmy się też od niego, iż jak nigdy tak i teraz na pobożnych pielgrzymach polskich w stolicy apostołów nie zbywało.
Było tak w istocie zawsze, iż nie jeden, to drugi z duchownych naszych, albo sam dla modlitwy i uczczenia relikwij świętych, lub w poselstwie od króla, od biskupów i kapituł do Rzymu wędrował. Rzadko ów dominikański klasztor i inne stały próżne bez polskich gości. Oprócz tego młodzież, która na nauki do Bononii i Padwy uczęszczała, a tej zawsze dosyć było, w końcu do Rzymu dążyła, aby choć wiekuiste miasto zobaczyć i na całe życie pamięć o niem zachować.
Byłoby zaprawdę ciekawem opisać jak ówczesny Rzym wyglądał, ale się ja na to porywać nie mogę, bom w nim widział tylko małą cząstkę tego, co do oglądania było... a dziś i pamięć nie starczy, aby opowiedzieć o wiecznem mieście.
To tylko wiem i pomnę, żem co chwila słupieć musiał i dziwować się powalonemu na ziemię jednemu światu, i temu, który na gruzach jego wyrastał.
Tak samo jak Polaków, widzieć tu i spotykać było można ze wszech stron świata i pielgrzymów, językami różnemi niezrozumiałemi mówiących i chwalących Boga, a w Rzymie tym, każdy znalazł tłumacza i gospodę, bo to była i jest stolica świata.
W klasztorze Św. Dominika, który ani wielkością, ani wspaniałością się nie odznaczał, przeor przyjął ks. Jana wielce uprzejmie i celę mu naznaczył, przy której ja w korytarzu miałem u drzwi na noc posłanie, bom dobrodziejowi memu w jego modlitwach i rozmowach z Bogiem nie chciał przeszkadzać.
Jak się rzekło, znaleźliśmy tu już Polaków; był jeden ksiądz z Gniezna od arcybiskupa posłany, a oprócz tego gromadka rycerska, jakem się dowiedział pana Jędrycha z Tęczyna, który dla pobożności do Loretu, Rzymu i miejsc świętych wędrował.
Z tymi zaraz dnia pierwszego przy gościnnym stole, rozumie się ja z czeladzią tylko, bom do panów przystępu nie miał, zabrałem znajomość. Młodzieży było kilku, Krakowian i Sandomierzanów.
Szeroko się rozpisywać nie będę nad tem, jakośmy z ks. Janem, bo ten mnie z sobą wszędzie prowadził, obchodzili miejsca, w których relikwie złożone były, modląc się i oglądając. I nietylko groby i kości męczenników, w każdym kościele i ołtarzu obfite, ale daleko droższe tu znajdowaliśmy pamiątki; drzewa krzyża świętego całe sztuki, słup przy którym Chrystus był biczowany, gwoździe jakiemi go na krzyżu przybito, suknie i szaty, które On i Matka jego nosiła.
Anibym zliczyć mógł tych skarbów i świętości. Ukazywano nam też owe miejsca, w których się krew męczeńska lała, jak to stoi w złotej legendzie i żywotach; więzienie Piotra świętego głęboko w ziemi, jako studnia wykute, gdzie źródło od tych czasów się sączy; miejsce kędy Piotra z Rzymu uchodzącego Chrystus Pan spotkał i t. p.
Ale nadewszystko com w życiu kiedy widział, podziwieniem i grozą mnie przejął ów niesłychanej wielkości gmach, w którym dziesiątki tysięcy ludzi mieścić mogły, niegdy służący do walk z dzikiemi zwierzęty, którym chrześcijanie na łup bywali dawani. Mury to jakby nieludzką dźwignięte ręką, piętrzące się do góry niby ze skały wykute, z głazów ogromnych spojone, już naówczas rozpadać się zaczynały, i tak jak z innych, z nich też kamienie wywożono na nowe kościoły i domy.
Po ulicach i pustych rynkach trawą pozarastałych, co leżących, pokruszonych i całych kolumn z marmurów, jakich u nas sztuczka mała drogo się płaci, wyliczyć trudno. Można rzec, że tu stopa nie dotykała ziemi, nie potrącając o coś świadczącego jaka to potęga w gruzy legła, aby chrześcijaństwu pole oczyścić.
W Krakowie, gdym tu poraz pierwszy przybył, zdumiewały mnie liczne konwenty, bractwa i mnichów siła, ale w porównanie to z Rzymem iść nie mogło, gdzie tysiącami zakapturzonych, długiemi szeregami ciągnących przez ulicę, spotykać było można. A kto modlić się chciał i trwać na modlitwie, choćby i noc całą, znalazł zawsze kościół lub kaplicę otwartą, lampę gorejącą, przed Najświętszym Sakramentem czuwających księży i pielgrzymów.
Niektórzy z nich, snadź grzesznicy wielcy, czy też świątobliwości wielkiej ludzie, na kolanach się czołgając od kościoła do kościoła wędrowali, innych krzyżem leżących po całych dniach na zimnej posadzce spotykać było można.
Następnych dni zaraz, czeladź szlachecka pana Jędrycha z Tęczyna ze mną się pobratała i poznajomiła. Starsi też nie śmiejąc ks. Jana wypytywać, bo ten próżnych rozmów unikał, u mnie się o niego i o Kraków dowiadywali.
Alem ja więcej słuchając rozmów ich nauczył się od nich, niż oni odemnie, bo u ks. Jana przy celi siedząc a do szkoły chadzając, po za ulicę św. Anny mało co wyjrzałem i co się działo w świecie niewielem się troszczył o to.
Nie wystrzegano się mnie w refektarzu, gdy się na jedzenie zbierali wszyscy, panowie u przedniego stołu, my w kącie; miałem więc zręczność nasłuchać się tu rzeczy o Polsce, o jakich wprzódy wcale wyobrażenia nie miałem; o czem rozpowiem zaraz, bo dla mnie to dziwnem nad miarę i zdumiewającem brzmiało.
W Wilnie wychowany byłem i nawykły żyć w pośród ludzi, którzy króla a W. księcia litewskiego miłowali i szanowali go, a nigdym słowa uwłaczającego mu nie słyszał. Ja też, choć mało widziałem Kaźmirza, czciłem go, a jakby wyższą jakąś istotę uznawałem nad wszystkiemi.
Jakież było osłupienie moje, gdy w pośród Polaków, którzy się tu gromadzili około pana Jędrycha, usłyszałem poraz pierwszy przeciwko królowi wyrzekania, odgróżki, zarzuty i takie słowa, z których gniew tryskał. W początkach mi to było wcale niezrozumiałem i strasznem jak świętokradztwo, a z czego to płynęło i do czego dążyło, sądzę, że dopiero później pojąłem lepiej.
Nie ukrywali się z tem ci, co około pana z Tęczyna się obracali, a między niemi i duchownych było wielu, że króla Kaźmirza obawiali się i niechęć ku niemu mieli wielką. Co więcej, ja, którym się wychował wśród Litwy, ród swój książęcy czczącej wiernie a miłością go otaczającej wielką, dowiedziałem się tu dopiero, iż znaczna część Polaków po swoich Piastach utulić się nie mogła, Jagiełłowego rodu nie cierpiała, a nawet go się pozbyć zamierzała.
Duchowni też polscy wtórowali temu prawie wszyscy, na tem się opierając, iż Zbigniew biskup krakowski najgorzej o Kaźmirzu wróżył, wrogiem go kościoła i władzy duchownej głosząc.
W Krakowie jeszcze częstą miewałem zręczność spotykania biskupa Zbyszka, który jako Akademii zwierzchni opiekun, czynnie się nią zajmował i często w niej ukazywał.
Widziałem ci też później następców jego na krakowskiej stolicy, ale żaden nigdy taką powagą i majestatem nie był okryty jak on. Stać mógł obok króla ze dworem swoim, z mnogą liczbą familiantów i klientów, a niekiedy wystawą i uroczystością wystąpień swych, króla gasił. Wszyscy Tęczyńscy, Oleśniccy z Sienna i z Dębna, Melsztyńscy i inni krakowscy panowie za nim szli jako za wodzem.
Jakem się później przekonał, na sejmach i zjazdach panom i szlachcie nietylko krakowskiej, ale wielu innych ziem on rozkazywał, przodował, dawał znaki co mówić i jak postępować mieli.
Nie miałem jednak przybywając tu ani pojęcia o tem, ażeby biskup przeciw królowi co knował i był mu przeciwnym. Tu się z tem nie tajono i mówiono głośno.
Mój też ks. Jan, o którym trzymałem, że stanie w obronie króla, wprawdzie nie potępiał go jak inni, ale też niebardzo bronił. Wszystkich to oburzało, że Kaźmirz z potwierdzeniem przywilejów polskich bardzo się ociągał, a jawnie Litwie swej sprzyjał więcej. Posądzano go, że taką władzę Witoldową jaką miał w Wilnie, chciał i w Polsce zaprowadzić; najwięcej się zaś oburzano tem, że już w początkach panowania, gdy stolice biskupie zostały opróżnione, kapitułom nie dopuszczał wyboru pasterzy, ale posyłał do nich i swoich im narzucał ludzi, nalegając aby tych, a nie innych naznaczano.
Pan Jędrych z Tęczyna, owdowiały, bezdzietny, możny pan, człek już niemłody, pobożny bardzo, choć wędrówkę głównie odbywał dla pokłonienia się miejscom świętym, nie taił się z tem, że od biskupa Zbyszka miał zlecone w Rzymie na króla się uskarżać.
Tu mu też, jak się zdaje, ucho dawano, bo papież albo kapitułom prawo wyboru biskupów chciał zachować, lub sobie mianowanie pasterzy wprost z Rzymu. W tem choć się może różniono w zdaniach w Krakowie i Rzymie, na teraz szli wszyscy zgodnie, byle króla nie dopuścić.
Tych wszystkich rozmów o sprawach Polski w początku ja słuchając, niewielem rozumiał, nierychło mi się oczy otwierać zaczęły.
Przyłożyło się do tego, iż w orszaku pana Jędrycha, Litwin mi się trafił, niejaki Sliziak, człek już letni, który się przez pobożność do niego przyłączył, choć sługą był innego Tęczyńskiego.
Ten mnie naprzód po moim sposobie mówienia przeciągłym i śpiewającym poznał, żem na Litwie też chować się musiał.
Sliziak ten wcale osobliwie wyglądał, i gdy się w ulicy lub w kościele pokazał, wszystkich oczy zwracał na siebie. Starzec był kościsty, silny, ogromny a tak włosem obrosły cały, że na twarzy mało co policzków, nosa i czoła z pośrodka ich wystawało. Na ustach nawet i na nosie, choć rzadkie włosy mu porastały. Z rąk tylko dłonie nagie były. Nad oczami brwi spuściste tak zwisały, że ich mało co z pod nich świeciło. Głos miał gruby i zachrypły. A choć tak dziko i strasznie wyglądał, złym nie był, a pobożności nadzwyczajnej; ale gdy się rozgadał, rozgrzał czuć było, że w nim w średzinie ogień musiał gorzeć wielki. Kiedy milczał, to jak pień, oczy w ziemię wlepiwszy, a gdy począł mówić i rozruszał się, buchało z niego.
Sliziak ten, ledwie słowo z ust moich zasłyszawszy, gdy Litwina we mnie wytropił, spokoju nie miał, dopóki wziąwszy na spytki nie dobył ze mnie i tego com chciał i co nierad zwierzyć byłem. Nie przyszło to od razu, ale zwolna mnie tak ugłaskiwał, po troszę wyciągał, a za serce chwytał tem, że moje Wilno, które ja wspominałem zawsze z miłością wielką, tak jak ja kochał, a znał lepiej odemnie.
Okazało się też, że i Gajdysów oboje widywał, wiedział o nich, a co dziwniej, o mnie nawet słyszeć musiał. Gdy się dowiedział kto byłem, żem się tam na podzamczu wychował, nie wiem czemu, ale go to tak poruszyło, a do mnie uwiązało, żem po całych dniach musiał z nim gwarzyć i rozpowiadać o sobie.
Nie porzucał mnie już, czemu zresztą rad byłem.
Cale to niespodziane dla mnie sieroty spotkanie było dziwniejsze jeszcze, że się on mną tak bardzo zajmował. Sliziak zresztą choć Litwin, czemum się dziwował, tak jak Polacy króla nie lubił i z temi trzymał, którzy na niego rzeczy niebywałe i straszne wymyślali.
Jam milczał lub bronić się starał. Sliziak mi tem gębę zatykał, iż gołowąs jestem i rzeczy tych a spraw spełna nie rozumiem.
Mocno mnie to dziwiło, że stary się tak do mnie, chłopięcia obcego, przywiązał; a bardziej jeszcze zdziwiłem się, gdy po niejakim czasie począł mnie do stanu duchownego namawiać mocno, dowodząc, że sierota najlepiejbym uczynił, gdybym dostawszy się do Rzymu, tu do nowicyatu wstąpił i nigdy do kraju nie powracał.
Wytłumaczyć sobie tegom naówczas nie umiał, dlaczego tak był rad się zaopiekować mną, od ks. Jana oderwać, i obiecywał nawet, iż pan Jędrych by mi powagą swą wyrobił u Dominikanów przyjęcie do nowicyatu.
Choć pobożny, nie miałem nigdy powołania szczególnego do zakonu, ani nawet do stanu duchownego, a wiek też mój zawczesnym był, aby o całem życiu rozstrzygać; opierałem się staremu, co nie przeszkadzało, że mi tem ustawicznie dokuczał.
Naówczas wyznałem mu, to com na sercu nosił, iż postanowiłem koniecznie nieznanych mi rodziców szukać i znaleźć.
Tu już cale opowiedzieć muszę, jak wyznanie owo moje przyjął. Zerwał się niem, jakby przerażony i oburzony, choć nie pojmowałem, co go mój los miał tak obchodzić, i począł zaklinać gniewnie, ostro, wyrzucając mi opór przeciwko woli Bożej, odwodząc od tego, abym głupią myśl tę porzucił.
Poruszonym był tak, jakby go to osobiście zabolało i dotknęło, czem mnie bardzo zdumiał i niemal przestraszył. Nie rozumiałem bowiem jakąby to zbrodnią z mej strony być miało, że rodziców szukać chciałem.
— Przecież tyle rozsądku, choć młokos jesteś, mieć musisz — rzekł — iż rozumiesz to, że gdy rodzice ciebie nie szukają, snać znać cię nie chcą, lub nie mogą! A i o tem wiedzieć powinieneś, że kusisz się o to, czego nigdy dokazać nie potrafisz, bo oni pewnie rozumu i siły więcej mają niż ty; poddać ci się więc trzeba woli Bożej, a na świecie rodziny nie mając, szukać jej w familii świętych Dominika lub Franciszka, którzy radzi przygarniają sieroty. Matką ci będzie kościół, ojcem patron, braćmi współzakonnicy, a szczęśliwego żywota jak w zakonie nigdzie nie znajdziesz.
Ale nietylko mnie tak starał się nawrócić Sliziak, postrzegłem, że się umyśnie do ks. Jana z tem dostał i miał z nim długą rozmowę o mnie, usiłując go namówić, abym tu w nowicyacie był umieszczony.
Kto inny, nie ks. Jan mój, z tego pośrednictwa wnosićby był mógł, że ja sam nie śmiejąc o to prosić, Sliziaka do niego posłałem, aby mi wyjednał czego sobie życzyłem.
Ale ten, osobliwy miał dar czytania w myślach ludzkich i coby innego w błąd pewnie wprowadziło, świętego człowieka obałamucić nie mogło.
Tegoż wieczora, gdym przyszedł po błogosławieństwo i rozkazy, a w rękę go całował, rzekł mi uśmiechając się.
— Cóż to ten Litwin stary opiekuje się tak waszecią, i chce was koniecznie do Dominikanów oddać? Gdybyś w istocie powołanie miał, o czem zgoła wątpię, juściby lepiej przystało u nas u św. Trójcy, między swojemi szukać sobie braterstwa i przyjęcia.
Naówczas ja gorąco bardzo zaprotestowałem, że jako żywo do żadnego nowicyatu się nie napierałem, jak najdłużej pragnąc w usługach jego zostawać i do kraju powracać z nim, a tam czekać co mi Bóg natchnie.
I ks. Jan milcząc głową tylko dał znak, że nie był temu przeciwnym.
Nie poprzestawszy na tem Sliziak, innych jeszcze środków zażyć próbował, aby mnie Dominikanom oddać. Z pomocą więc pana Jędrycha samych tutejszych księży ujął, ażeby mnie ku sobie przygarniali.
Wszystko to jakieś dziwne we mnie obudziło podejrzenie, chociaż wytłumaczyć sobie nie umiałem wcale, jakieby pobudki Sliziaka czyniły tak gorliwym o mnie i przyszłość moją.
Gdy się nareszcie przekonał, iż wszelkie starania te na niczem spełznąć muszą, bo ks. Jan, któremu zdany byłem, nie sprzyjał im, Sliziak jedno mi już w głowę starał się wbijać, abym nierozsądnego tego poszukiwania rodziców wyrzekł się koniecznie.
Przyszło do tego w ostatku, że mi nawet grozić począł.
— Jasna rzecz, że rodzice twoi, jeżeli żyją, znać cię nie chcą; narzucać się im niebezpieczna, boć łatwo się pozbyć mogą.
Tego ja spełna nie rozumiałem, bo mi się w głowie pomieścić nie mogło, aby rodzice dobrowolnie dziecka i miłości jego się wyrzekali. Przypisywałem moje osierocenie jakiemuś wypadkowi, albo zabiegom nieprzyjaciół.
Sliziak jeżeli chciał mnie uspokoić i rozbroić, niezręcznie się wziął do tego, gdyć przeciwnie podrażnił mnie i zapomnieć nie dał com sobie przyrzekł.
Wśród tych rozmów z nim, ponieważ umiał dobywać ze mnie wszystko, mowa też była i o krzyżyku, który na piersiach nosiłem. Sliziak mi inny, bodaj złoty i większy za niego ofiarował, chcąc dostać odemnie, alem mu go tknąć nie dał.
Wspomniałem mu i o tem, jakom z Wilna do Krakowa jadąc, po drodze matkę spotkał i poznał — czemu on najgwałtowniej zaprzeczał, wyśmiewał mnie i długo nie dawał pokoju, usiłując wmówić, że mi się to przywidziało, że osób do siebie podobnych niemało bywało na świecie, a moja matka pewnie oddawna nie żyła.
W końcu temi naleganiami stary Sliziak tak mi się stał naprzykrzonym, żem go unikał, uchodził zobaczywszy i zbywał milczeniem. Nic to nie pomogło, gonił za mną, łapał i pokoju mi nie dawał.
Z mowy mej mógł to wymiarkować, żem ja z Wilna wywiózł miłość i cześć dla króla Kaźmirza wielką. Z osobliwą też natarczywością usiłował mnie ku niemu zniechęcić, wszystko co najczarniejsze na niego wymyślając. Ani wiem jak to na młodociany i wrażliwy umysł mój nie podziałało, alem to często w życiu mojem na sobie i drugich wypróbował, że gdy zbytnio naciskano w jedną stronę, serce i głowa w przeciwną się przerzucały.
Takim był ów pobyt mój z ks. Janem w Rzymie, który choć nie zbyt trwał długo, wpłynął wielce na młodzieniaszka, głowę mi otworzył i świat rozjaśnił.
Wcale innym powracać miałem, o samym kraju przywożąc z zagranicy wyobrażenie nowe i wiadomości, których nie miałem wprzódy.
Nawykły do szanowania duchowieństwa, ale razem i do czczenia króla, którego na Litwie niemal bałwochwalczo wszyscy wielbili, znalazłem się w dziwnej sprzeczności z samym sobą, pogodzić tego nie umiejąc, czego duchowni wymagali, a król się przeciwił i opierał.
Zrodziła się wątpliwość we mnie, czy w istocie Kaźmirz pan nasz miał słuszność, gdy przeciwko niemu Rzym był, ojciec święty, biskupi i niemal całe duchowieństwo.
Z drugiej strony okazywało się i to, że część duchownych z królem trzymała, jego popierała, i że w kościele też było rozdwojenie.
Na moją ciasną głowę wyrostka, wszystkiego tego za wiele było i powstał w niej zamęt wielki.
Sprawy to były mi obce, nie obchodzące mnie, ale zawczasu umysł miałem, już taki ciekaw i niespokojny, który szczęścia nie daje. Takim Pan Bóg mnie stworzył.
Ks. Jan cały czas nasz pobytu w Rzymie na nabożeństwach spędzał i na szukaniu ksiąg, których mu potrzeba było. Tych i tu we Włoszech, choć na klerykach kopistach nie zbywało, za tanie pieniądze dostać było trudno. Sprzedawano rękopisma, przepisywano szybko, ukradkowo, dla zysku; gdy się w nich ks. Jan rozpatrywał, okazywały się tak błędnie i niedbale kopiowanemi, iż z nich pożytku nie można się było spodziewać.
Naówczas to ks. Jan wzdychając i ukazując mi je, pierwszy raz myśl tę poddał, abym się kaligrafii uczył; ale nie miałem do tego ochoty wielkiej, ciągnęły mnie zawsze więcej rycerskie i dworskie sprawy, koń i zbroiczka, niż pulpit, pióro i pargamin.
Ks. Jan też dla nabożeństwa trafił do Rzymu w porę, bo go było dosyć każdego dnia, a nowych też relikwij siła się znajdowało, którym cześć oddawano; ale na kupowanie rękopismów nie był czas dobry.
Prawda, że ich ze wschodu Grecy uciekając przed Turkami przywozili do Rzymu bardzo wiele, ale Ojciec święty Mikołaj V, który na Stolicy Apostolskiej naówczas siedział, wszystko co się gdzie nastręczało do nowej biblioteki watykańskiej zagarniał, zazdrosnym był i nikomu się podkupić nie dawał.
Znoszono też zewsząd co kto miał i składano Ojcu św., który po całych dniach, jak powiadano, w pismach tych się rozpatrywał i cieszył niemi. Nie broniono z nich i drugim spisywać kopii, ale o kaligrafów nawet po klasztorach ciężko było.
Grecy do Rzymu przybyli, jak Jerzy z Trebizondy, Teodor z Gazy, Demetrius i inni, których imiona zapamiętać mogę, pono więcej greckich manuskryptów z sobą przywieźli niż łacińskich; mało kto naówczas języka greckiego był świadomym, i żeby z nich korzystać, wprzódy je tłumaczyć należało, co też papież nakazywał uczonym, którzy go otaczali.
Mnie się to naówczas o uszy obijało dlatego, że ks. Jan wiele o tem mówił z księżmi, a troszczył się, inni też z powodu, że Ojciec święty miał tę wielką ksiąg miłość, także naśladując go w nich się kochali. A że niejeden sowicie nagrodzony został za to, iż papieżowi w darze złożył rękopisma, poszukiwanie za niemi pilne było.
Wielkiego więc plonu mój opiekun z Rzymu wywieźć nie mógł, ale i z tego rad był co Bóg dał. Inne znowu zamówił sobie i dla kollegiów krakowskich, które ich potrzebowały.
Takeśmy czas najgorętszy przebywszy w Rzymie, wiele nabożeństwa zażywszy, wiele się nasłuchawszy, ja szczególniej, który poraz pierwszy byłem na takich godach, poczęli się zbierać do wyjazdu.
O sobie to tylko powiedzieć mogę, że mi się tu na wiele rzeczy pierwszy raz otworzyły oczy. Radbym był wielce tej podróży, pomimo nie wygód i niewczasów jakich zażyliśmy, gdyby nie Sliziak i nie jego zbytnie opiekowanie się. Dawało ono do myślenia i do domyślania się wiele, a potwierdzało mnie w tem, że jakaś tajemnica do urodzenia mego i losu przywiązaną być musiała.
Nie darmo przecie, dowiedziawszy się kto byłem, Sliziak tak się do mnie przypił, tak nagle przystał do sieroty i w Rzymie go chciał na wieki za górami pomieścić, aby o nim więcej nie było ani wieści ani słychu. Pewnym byłem, że ten człowiek, który na Litwie bywał i Wilno znał, o Gajdysach wiedział, o mojem też pochodzeniu musiał coś mieć, a taił się z tem. Jawnem było, że mnie się ze świata, a przynajmniej z oczów pozbyć chciano. Serce mi goryczą zapływało, gdym myślał o tem, a choć mały i słaby mówiłem sobie, że mroki przebić muszę i dojść do rodziców, jeżeli żyją, a gdyby ich na świecie nie było, choć do świadomości o nich.
Utrapienie to moje myśli, z któremi się kryć musiałem, przyczyniły się do tego pewnie, żem nad wiek mój spoważniał i dojrzewał.
Gdy się zbliżyła godzina, w której nareszcie Rzym opuścić było potrzeba, podwoił ks. Jan nabożeństwa, a ja z nim, alem podołać temu co on nie mógł. Choć we dnie skwar był okrutny, czasem taki, że w ulicy i psa nawet nie było widać, bo się wszystko chowało po kątach i w cieniu, nocami chłód przejmujący doskwierzał, a ks. Jan noce spędzał często na modlitwie krzyżem leżąc.
Z tego czy z wody, której się piło dosyć, fig i owoców dokładając, pod koniec febry dostałem srogiej, która mnie kilka dni w łóżku trzymała, a gdy aptekarz Dominikan jakiemś gorzkiem lekarstwem i krzyżem świętym ją przepędził, została mi po niej słabość taka wielka, iż zdawało się, że zostać będę musiał w Rzymie, bo nie wytrzymam podróży. A niczegom się tak nie lękał jak tego, bom koniecznie do kraju pragnął powracać i modliłem się o to do ks. Jana, który miał litość nademną. Szczęściem dla mnie złożyło się tak, iż pan Jędrych z Tęczyna z Rzymu też do Polski powracał. Jął więc namawiać ks. Jana, aby wedle uczynionego ślubu pieszo podróż odprawiwszy, z nim razem na wozie lub na koniu do Krakowa jechał; na co opiekun mój w końcu przystał, nie tak dla wygody jak dla pośpiechu, gdyż za Krakowem, kościołem swym i ulicą Św. Anny tęsknił.
Mnie też na wozie miejsce przeznaczono, i Panu Bogu bym za to dziękował, bo mi się na nogach długo jeszcze utrzymać było trudno, ale mi strach było Sliziaka, który już namowami swemi srodze mi dojadł i dokuczył.
Nie zdoławszy mnie w Rzymie porzucić, teraz jedno kładł w uszy ciągłe, żebym nadziei niedorzecznych i starania o wyszukanie rodziców wyrzekł się, bo inaczej zgubę sobie i gniew Boży zgotuję.
Opuściliśmy tedy Rzym, progi apostolskie ucałowawszy, a wyznać muszę, że choć mi z powrotem pilno było, przecież i za temi miejscami świętemi żal się zrodził. Słyszałem tam opowiadających, iż była woda jedna w Rzymie, która taką własność miała, iż kto się jej raz napił, wieczne jej miał pragnienie.
Oglądaliśmy się też z miasta wyciągnąwszy długo za niem, choć prędko znikło nam z oczów i ta równina pustynna otoczyła nas, przez którą tylko szlak kamiennemi płytami wyłożony przed wieki prowadził, a po obu jej stronach jak pagórki stały rumowiska, które pogańskiemi grobami opowiadano.
Drugiego dnia wieczór jużeśmy z pustyni okalającej Rzym, w góry bardzo piękne a wąwozy wjechali, gdzie trzeba było jechać bacznie, a zbrojno, bo po drogach rozbijano, a mijaliśmy niemało mogił i krzyżów, które o tem świadczyły.
Choć pan Jędrych z Tęczyna towarzyszył nam, w powrocie też nie mijaliśmy żadnego kościoła, miasta, klasztoru bez nabożeństwa; więcej po klasztorach stając na noclegi, niż po gospodach. Podróż wistocie mniej trwała, niż gdyśmy pieszo z ks. Janem te przestrzenie przebywali, a nie wiem czemu wydała mi się ona teraz dłuższą i przykrzejszą, choć na niczem nie zbywało.
Późną jesienią, nie wiem ile razy przez strome grzbiety gór się przedarłszy, za każdym coraz chłodniejsze znajdując powietrze, znaleźliśmy w kraju języka słowiańskiego, i czuć było, że się do Polski zbliżamy. Jam czuł radość wielką, choć w Krakowie oprócz kilku towarzyszów nie miałem ani brata, ani swata, ani żywej duszy, którąbym swoją mógł nazwać.
Ale człowiek, gdy nie może do ludzi, do kamieni się przywiązuje, taką ma serca potrzebę miłować coś.
W miarę jakeśmy się ku Krakowu zbliżali, już mi moja izdebina, kollegia, i ulica i towarzysze szkolni tak żywo w oczach stali, żem o nich śnił nocami. Do granicy się zbliżywszy, pan Jędrych z Tęczyna nawrócić musiał do swoich majętności, nam zaś resztę drogi przyszło odbyć pieszo, ale mnie już sił wróciło trochę, a radość ich dodawała.
Gdy z noclegu rozstawać się trzeba było z Tęczyńskiemi ludźmi Sliziak mnie wziął na stronę jeszcze. Wiedziałem co mi prawić będzie. W istocie począł stary od tego, iż ze łzami w oczach, gorąco bardzo naprzód usiłował mi dowieść, że dla mojego własnego dobra, tak się troszczy o mnie.
— Chceszli spokojnym być a życia sobie nie zatruć — rzekł mi — słuchaj rady mojej. Rzuć próżne starania o dochodzenie tego, czego wiedzieć nie powinieneś. Masz przecie rozumu tyle, jeśli rodzice się ciebie wyrzekli, to nie bez słusznych powodów. Zadałbyś im przykrość i boleść może odkrywając, co oni chcą mieć zatajonem.
— Miły panie — odpowiedziałem mu — mało rozumu mam, młody jestem, to pewna, ale tyle wiem, że rodziców obowiązkiem dziecko nie opuszczać. Nie obwiniam ja ich o to, by się mnie tak okrutnie pozbyli, sprawą to jest złych ludzi, ich nieprzyjaciół. Bóg wie! którażby matka dziecko własne mogła odtrącić?!
— A! a! Jaszku mój — odparł Sliziak — zielono u ciebie w głowie, zielono. Świat ma wiele tajemnic, które dopiero później ci się odsłonią. Bądź bacznym, jesteś na dobrej drodze przy wielce świętobliwym człowieku, do stanu duchownego powinieneś się gotować i szukać szczęścia w Bogu.
— Tak — odparłem śmielej — jabym też nie pragnął nic, tylko powołania tego stać się godnym, alem nie winien temu, że mnie koń, zbroja i rycerstwo pociąga więcej, niż klasztor.
Oburzył się na to Sliziak.
— Roisz to sobie — krzyknął — a wmawiasz. Co cię czeka w rycerskiem rzemiośle? Pacholikiem i służką będziesz musiał być przez życie całe, tarcze lub miecz za drugiemi nosząc, bo rodziców nie znając, szlachectwa nie masz.
— Albo się go to na polu bitwy dorobić nie można? — odparłem. — Słyszałem przecież nie o jednym, którego królowie w bitwie rycerzem pasowali. A bez szlachectwa — dodałem — wy to wiecie jako ja, i w stanie duchownym daleko zajść nie można. Dla szlachty tylko są dostępne beneficya i prelatury.
— A w klasztorze to źle? — zawołał Sliziak — prałaci i biskupi brzemiona mają do niepozazdroszczenia.
Nie chciałem się sprzeczać z nim, alem przy swojem pozostał; tak rozstawszy się niemal u wrót Krakowa, szliśmy dalej, a nigdy ks. Jana tak wesołym i dobrej myśli nie widziałem, jak tych dni ostatnich. Troszczył się tylko, żebym sakw nie pogubił, w których parę ksiąg niosłem, a oczy mu się śmiały w stronę ku miastu swojemu poglądając.
W Krakowie się nas pono tak rychło nie spodziewano. Szliśmy naprzód z dziękczynieniem do grobu Stanisława świętego, przy którym się pomodliwszy, ks. Jan z wesołą twarzą do swej celi pośpieszał.
Lecz już w ulicach, kto go ujrzał, biegł do ręki i do błogosławieństwa, a zobaczywszy radowali się wszyscy tak, że za nim szli i nimeśmy do kollegium podążyli, cały sznur ciągnął za nami.
Był już naówczas mój ks. Jan w takiej sławie świątobliwości wielkiej, że go za życia błogosławionym uznawano, powracał z Rzymu uświęcony jeszcze pielgrzymką i błogosławieństwem apostolskiem, więc choć skraju sukni jego chciał każdy dotknąć, choć słowo z ust jego posłyszeć.
Przybywszy do kollegium ledwie miał czas uklęknąć przed obrazem Chrystusa, gdy wieść po Krakowie się rozchodząca o wracającym z podróży, zgromadziła do celi, do sieni, do drzwi profesorów, kanoników, kollegiatów i ludzi wszelkich tyle, że się ani docisnąć mogli do niego.
Całowali go wszyscy po rękach, witali, pytaniami zarzucali a cieszyli się, że cały i zdrów powracał tu, gdzie po nim tęsknili.
Łzy widziałem w oczach jego, bo mało co mówić zrazu mógł, tak był poruszony.
Mnie też dawni towarzysze opanowali, abym im prawił o podróży, dziwując się, żem się opalił, schudł, a drudzy powiadali, żem urosł. Chociaż z Rzymu pobłogosławionych medalików, paciorek i różnych świętości dosyć się przyniosło, ale niemi nastarczyć nie było sposobu.
Znużenie drogą, mnie się następnych dni mocno czuć dało tak, żem pokładać się musiał, a na księdzu Janie nic nie było widać, krom wielkiej pociechy, że ślub swój spełniwszy do celi powrócił. Nazajutrz dawny swój tryb życia rozpoczął, na jeden włos nie odstępując od niego.
Cieszyło to, że pytany o mnie świadczył, żem w podróży zawadą mu nie był i dobrze się sprawował.
Przez dość długi czas potem żadnej zmiany w życiu mojem nie było. Uczyłem się pilno, bo choć stan duchowny nigdy mi nie smakował, do nauki wstrętu nie miałem, i owszem ciekawość wielką.
I to mi ks. Jan przenikający myśli naganiał właśnie powiadając: że nauka dobrą tylko jest, gdy Bogu służy i dla niego się nabywa, a złą gdy próżną syci ciekawość i od Boga odwodzi.
Dnia jednego, gdym ulicą podle dworca biskupiego przechodził, około którego jak na zamku zawsze tłumno i gwarno, bo ks. Zbyszek wysoko stał i z królem na równi się niemal liczył, postrzegłem znajomych mi ludzi pana Jędrycha z Tęczyna, których w podróży mieliśmy z sobą. Ci mnie jednak nie widzieli czy nie poznali. Może przykre wspomnienie Sliziaka, czy nie wiem już co, tak mnie pognębiło, żem do kollegium powrócił z obawą jakąś i złem przeczuciem.
Samem to sobie wyrzucał, bo cóż był za związek między mną a ludźmi temi i czegom się miał lękać? Ale niejeden raz w życiu trafiało mi się już zło, którem groziło przeczucie. Aliści drugiego dnia ks. Jan powróciwszy do celi swej z miasta, zawołał mnie do siebie.
Znalazłem go z twarzą posępną przechadzającego się po izdebce.
Zobaczywszy u progu stojącego, podszedł naprzód ku mnie i po głowie pogłaskał. Niezwyczajna to była pieszczota i uląkłem się jej trochę czując, że coś niedobrego złagodzić miała. Drżałem, rękę jego całując.
Ks. Jan stał. Stał z politowaniem jakiemś patrząc na mnie, jakby mu do słowa ciężko przyjść było.
— Moje dziecko — począł zwolna — moje dziecko, woli Bożej a rozporządzeniom starszych opierać się nie potrzeba. Nie jesteś taką sierotą jak ci się zdaje, litościwi ludzie opiekują się tobą.
Słuchając serce mi biło jak młotem.
— Pasterz nasz, przewielebny a znaczny w kościele i Rzeczypospolitej mąż ks. Zbyszek, zasłyszał o tobie. Pochwalono cię przed nim, a młodzieży na dworze potrzebuje. Chce cię wziąć do siebie, odrzucać tego nie godzi się.
Stałem osłupiały.
— Niechętnie się z tobą rozstaję — dodał ks. Jan, uderzając mnie po głowie — ale rozkazowi biskupa opierać się nie mogę. Później, któż wie, zmienić się to może. Na dworze Pasterza, w jego kancelaryi wiele się nauczyć możesz i skorzystać, a gdy on zechce się zaopiekować, łatwo dojdziesz do wszystkiego.
Opierać się nie mogłem, ale łzy mi się puściły z oczów; oświadczyłem wreszcie, iż radbym przy nim pozostał, i że nie pragnę teraz nic więcej.
— Posłusznym być powinieneś — dodał ks. Jan — pierwsza we młodym cnota, a i w starych ona dobra. Składa się tak, musi w tem być wola Boża. Biskup mi polecił, abym cię przysłał i abyś się do marszałka dworu jego Doliwy starego zgłosił, który młodzież ma pod swym dozorem. Nie zamęczą cię tam pracą, bo biskup ma dwór i ludzi wielu.
Płakałem ciągle, łez nie mogąc powstrzymać, w końcu nogi jego ucałowawszy, błogosławieństwo otrzymawszy, widząc że nie ma innej rady nad posłuszeństwo, węzełek mój wziąwszy, z oczyma jeszcze od łez zaczerwienionemi szedłem do dworca biskupiego.
Świat tu inny był, a po spokojnej celce ks. Jana, zrazu w tym gwarze rozpoznać się i oprzytomnieć było trudno.
Żaden z dawniejszych i późniejszych biskupów nie dorównał Oleśnickiemu ani rozumem i powagą, ani splendorem i potęgą. Ci co go nie znali i za tych nie żyli czasów, z trudnością sobie o tem wyobrażenie jakie uczynić mogą.
Za panowania Jagiełły i pierwszego syna jego, mocarzem był, drugim królem, przed którym sam on drżał nieraz. Nie lękał się nikogo i nikt mu się sprzeciwiać nie śmiał, a kto się porwał, ten był nielitościwie zgnieciony. Co miało Krakowskie i wszystkie kraje sąsiednie mężnych panów, słuchało Zbyszka i szło za nim. On wszystkiem i wszystkiemi kierował.
Około niego też zawsze gromadniej bywało, niż nieraz przy królu samym. Miał straż swoją zbrojną tak odzianą i utrzymaną, że z królewską szła o lepszą, miał urzędników swych i kancelaryę, kanclerza, kapelanów, marszałka, podczaszego, urzędników siła, a całe duchowieństwo można powiedzieć wojskiem było pod jego rozkazami.
Po za granice dyecezyi przez rody możne, sięgał wpływ jego do skrajów Polski na obczyznę.
Słał król posłów do Rzymu, wyprawiał ich Zbyszek. Pieniędzy mu nie zabrakło nigdy, bo ich nawet Warneńczykowi pożyczał w zastaw biorąc księstwo całe.
Słowem potęga to była, która nawet tronem zatrząść mogła.
Jakem się tu znalazł wśród zupełnie obcych ludzi, z początku onieśmielony i drżący, jak mnie Doliwa stary przyjął, opisywać nie warto. Musiałem pod wieczór z nim razem iść biskupowi się przedstawić, który o losie moim miał stanowić.
Dworzec biskupi, choć na zewnątrz wspaniałym nie był i niewiele obiecywał, w środku po książęcemu był i wspaniale przybrany. Nigdy w życiu nic podobnego nie widziałem, a ten przepych i złoto w pierwszej chwili olśniły mnie tak, żem głupszym się wydać musiał, niż byłem w istocie.
Komnat było wiele, bo ks. Zbyszek zawsze przyjmował garnących się i codzień u niego stoły i izby przepełnione były.
Na ścianach obicia, na podłogach kobierce, stoły świecące, obrazy złociste, naczynia srebrne i wyzłacane, służba wszędzie czekająca rozkazów, uniżoność z jaką się do biskupa zbliżano na mnie chudzinie musiały wywrzeć przygniatające wrażenie.
Ujrzałem nagle przed sobą mężczyznę dosyć słusznego wzrostu, pełnego ciała, z twarzą piękną ale surową, z majestatem takim, iż nie na mnie tylko trwogę wrażał. Spojrzenie jego przeszywało.
Doświadczyłem tego, że i ks. Jan czytał w duszy, ale inaczej wzrok jego schodził w głąb człowieka jak promień słoneczny, grzejąc i żywiąc, biskup zdawał się człowieka w proch obracać.
Gdym wszedł ciągnąc powoli za Doliwą do izb, w których już było ciemno i woskowe tylko świece na stole mrok rozpraszały, ks. Zbyszek w milczeniu mi się jął przypatrywać długo. Kazał mi stanąć nawet tak do światła, aby twarz mógł widzieć. Zmarszczony groźnie, chmurny, ustami poruszając a nie mówiąc nic dumał długo.
Naostatek odezwał się głosem potężnym, powoli:
— Ty to jesteś coś się wychował w Wilnie, sierota?
Ledwiem umiał coś przebąknąć.
— Tak, sierota jesteś — dodał z naciskiem — i dlatego ja się chcę losem twoim zająć, aleś na to zasłużyć powinien... nie cierpią u mnie krnąbrności.
Nie odpowiadałem nic, dorzucił po chwili:
— Sukienkęby ci duchowną oblec należało? Umiesz co?...
Z moich słów niewiele się pewnie mógł biskup nauczyć, plątałem się i jąkałem, wejrzenie jego przerażało mnie. Musiał widzieć, żem drżał cały. Pomimo to kłamać nie chciałem i tłumaczyłem się, że sam siebie nie znałem jeszcze.
— A przecieżeś pobożną pielgrzymkę z ks. Janem odbył i chwalił cię — rzekł biskup.
Nie mogę już dziś spełna przypomnieć rozmowy tej, wiem tylko, że Doliwa się też do niej mięszał i że koniec końcem biskup mnie do kancelaryi swej kazał przyłączyć, dodając:
— A co później będzie, i do czego się okaże przydatnym, zobaczymy.
Podał mi odchodzącemu rękę do pocałowania i pobłogosławił. Nie groził mi, nie straszył, nie rzekł złego nic; przecież gdym z Doliwą z tego posłuchania powracał, pot mi się z czoła lał i czułem niewypowiedzianą trwogę.
Tak się rozpoczął pobyt mój i służba na dworze ks. Zbyszka. W kancelaryi, gdzie nas było kilku, gdy mi się popisywać kazano z kaligrafią, okazało się, żem jak kura grzebał i omyłki robił, nie zdałem się na nic.
Po kilku dniach przesadzono mnie do służby bocznej w izbie i przy biskupie. Nie gniewałem się zato, bom wolał być pod władzą Doliwy i za stołem a pulpitem nie siedzieć, a miałem też zręczność przypatrywać się tu wszystkiemu, gdy z kancelaryi niewiele widać było.
Zaprawdę nie do wiary to być może co powiem, że na tak wielkim a poważnym dworze, jakim był Oleśnickiego, błaznów i trefnisiów lub obowiązki ich pełniących było więcej, niż gdzieindziej.
Prawda, że ani na królewskim, ani na możnych dworach innych ich nie brakło, lecz po surowym a poważnym biskupie trudno się domyślać było, ażeby on takiemi swawolnemi słowy, a ladajakiemi wymysły wartogłowów mógł się zabawiać.
Przecież powszechnie to było znanem i wyrzucano nawet biskupowi Zbyszkowi, iż się błaznami rad otaczał. Ale bliżej poznając życie jego, dziwić się temu nie było można.
Większą część dnia spędzał on na naradach, w księgach, na poważnych rozmowach, często na nużących sporach, bo codzień sprawy, a nieraz gorzkie przychodziły; pod koniec więc dnia, przy jedzeniu, gdy błaznowano około niego a trefnisie do śmiechu pobudzali, choć tem się mógł cokolwiek rozweselić i wypocząć.
Niejeden poważny człek, choć niebardzo mu się śmiać chciało, znając to usposobienie biskupa, silił się aby błaznować; ale na dworze było dwu i obaj szlachcice, tylko że się do swych szczytów i nazwisk nie przyznawali, którzy obowiązki dworzan pełniąc, choć błazeńskich cepów i dzwonków nie nosili, pełnili funkcye ich.
Zwano jednego Kołkiem a drugiego Sroką, ale to były przezwiska nie imiona, o które nawet Kołkowie z Czeluśnicy, szlachta, gniewali się na pierwszego.
Kołek był mężczyzna słuszny, chudy, gibki, zręczny, średnich lat, i nie do wiary ale prawda, z natury swej człek ponury, tetryk, który gdy sam na sam z sobą pozostał, siedział mało nie płacząc, a gdy błaznował równego mu nie było.
Potem się zamknąwszy w izbie, gdy służba przeszła, przystępu do siebie nie dawał. Zły bywał. A czasu obiadu lub wieczerzy przed biskupem i słowem i ruchami i twarzą, którą wykrzywiać umiał jak nikt, najsmutniejszych do śmiechu serdecznego pobudzał.
Sroka mały, okrągły jak baryłka, ani rozumu tyle co pierwszy, ani dowcipu jak on nie miał, ale złość i zgryźliwość okrutną. Nie darował nikomu.
Podpatrywał wszystkich, szpiegował, tropił i miał największą przyjemność, gdy mógł publicznie zawstydzić i upokorzyć; ale wiedział kogo zażyć, nie zaczepił nigdy tych, co u biskupa w łaskach byli, a jeżeli się im dostało, to tak lekko, że gniewać się nie mieli za co... niemiłych zaś panu ścigał nielitośnie, a i swoim osobistym nieprzyjaciołom nie przebaczał.
Oprócz Kołka i Sroki, których już wszyscyśmy znali, że od tego byli na dworze, aby zabawiali ks. Zbyszka, ponieważ cały świat wiedział o tem, że podczas go błazeństwa zabawiały, inni też ważyli się często u stołu i po stole występować z konceptami i takiemi płochościami, które rozśmieszyć mogły.
Zaprawdę naszemu dworowi i obyczajowi dawało to osobliwszą cechę, bo pół dnia ważyły się tu sprawy największego znaczenia, rozstrzygały losy Rzeczypospolitej, składały narady, na które zjeżdżali się najwyżsi urzędnicy i głowy rodów, schodziło się duchowieństwo po rozkazy, rozstrzygały kościelne interesa... a gdy to wszystko się skończyło, biskup w rozrywce dziecinnej szukał wytchnienia i tak się śmiał trzymając za boki, jak gdyby rano nie piorunował i nie był najsurowszym z sędziów.
Ludzie tacy, jak Oleśnicki był, nie rodzą się na kamieniu i nie wiem, czy Polska rychło ujrzy drugiego mu podobnego. Stworzony bowiem był do panowania nad umysłami, a miał w sobie przekonanie o tem, że nie do czego innego był przeznaczony, szedł więc śmiało a butnie niczego się nie lękając.
Za Jagiełły jeszcze kiedy się z Hussytami zadarł, grozili mu śmiercią; przestrzegano go, że na ranną mszę zimą idącego do katedry napadną i zabić się sprzysięgli. Za nic to sobie ważył i jak chodził z jednym klerykiem wprzódy, który przed nim latarkę nosił, tak i potem więcej nikogo nie brał. Nie ważył się na niego nikt.
Na dworze biskupim, jakem już mówił, panował ruch i zajęcie takie, że chwili spoczynku nie miał nikt, a on sam najmniej.
Do dnia wstawał zaraz na modlitwę, mszy świętej słuchał, potem sam ją odprawiał, a ledwie się nabożeństwo skończyło, czekali już księża, dowiadywali się panowie i senatorowie, kiedy przypuszczonemi być mogą.
Nie od czego innego się poczynały czynności, tylko od spraw kościelnych, bo Zbyszek mówić był nawykł: — Naprzód jestem sługą Bożym i pasterzem w kościele, potem dopiero senatorem i radą.
Więc księża, klerycy, akademia, duchowni, zakonnicy cisnęli się tu z różnemi potrzeby i prośbami. Biskup też budował, fundował, starał się o pomnożenie liczby domów Bożych, i o tem więc nawet wiedzieć musiał, gdzie cegły zabrakło, albo drzewa na wiązanie.
Później dopiero schodzili się panowie rady, senatorowie, liczna rodzina biskupa, brat, bratanki, powinowaci, których miał między krakowskiemi pierwszemi rodami. Tych on był prawdziwą głową i wodzem, a co on rzekł, to się lepiej spełniało, niż rozkaz królewski.
Mnie, żem między pokojowemi był, jak i innych domowników wcale się nie wystrzegano; jako też biskup nie lubił i z niczego tajemnic nie czynił. Szedł jawnie przebojem. Dla mnie, który z Wilna wyniosłem wielką cześć i miłość dla panów naszych a szczególniej dla króla Kaźmirza, poraziło to jak piorunem, gdym się znalazł na tym dworze, na którym inaczej jak ze wzgardą, gniewem, z pogróżkami, z lekceważaniem nie mówiono o nim.
Nie mieściło się w mej młodej głowie, jak ważyć się mogli ludzie na tego, który panem był, nastawać tak jawnie, zemsty się jego nie lękając.
Po raz pierwszy poczęły się odbijać o uszy moje wszelkiego rodzaju wyrzuty przeciw Kaźmirzowi. Ile go na Litwie kochano i czczono, tu nienawidzono... a naprzód mu to zadawano, że sercem z Litwą był, że Litwie sprzyjał i przezywali go Litwinem. Ks. biskup Zbyszek, choć na tron synów króla Jagiełły prowadził i królowej matce pomagał do tego, ażeby się utrzymali na nim, teraz głośno mówił, że źle uczynił, że potrzeba było naówczas gdy Kaźmirz się opierał, gdy już Bolesława Mazowieckiego okrzyknięto królem, Piasta utrzymać, bodaj przyszło Litwę stracić.
Ja się w sercu Litwinem czując, choć naówczas mało co rozumiałem tych spraw, bolałem i burzyłem się słuchając tego.
Nigdy mi w głowie nawet nie postało to, o czem się teraz tu dowiadywałem. Biskup wprost zbierał około siebie ludzi, z któremi miał na króla przy pierwszych zjazdach napadać, gotował się go tak znękać i do posłuszeństwa zmusić jak nieboszczyka Jagiełłę.
Wieczorami nieraz słuchałem, jak śmiejąc się i tryumfując opowiadał te swoje zwycięztwa, jak Jagiełło poczynał od stawienia mu czoła, od pogróżek, od dąsania, od buntu i jak potem w kilka dni pokornie go przepraszać musiał, a czynił to, co mu Zbyszek nakazał. Toż samo sobie obiecywał z nowym panem, skarżąc się tylko na zauszników, na zdrajców duchownych, którzy Kaźmirza młodego i niedoświadczonego do oporu podżegali.
Z przestrachem przekonałem się, że się tu na formalną wojnę przeciwko królowi gotowano.
Biskup już w małych rzeczach oporem Kaźmirza rozdrażniony, odgrażał się, że go nazad na Litwę odeśle i z tronu obali, jeżeli kościoła praw szanować nie zechce.
Zadawano młodemu królowi, że choć nieśmiało, ale stolice biskupie opróżnione wedle swej myśli chciał obsadzać. Biskup Zbyszek na samą myśl tę się wzdrygał.
— W Polsce nie król, ale rada i duchowieństwo panują! — wołał — a my, jak chłopska Litwa, samowoli nie ścierpiemy. Niech o tem Kaźmirz pamięta.
Przyznaję się, że słuchając tego wszystkiego niemal codzień, przerażony byłem, a nie wiem, co się działo z sercem mojem, bo ono brało stronę króla, choć ja go nie znałem prawie.
Żal mi było biednego i lękałem się o niego.
Każdego prawie dnia któryś z Tęczyńskich, z Melsztyńskich, z Oleśnickich, przynosił nowe jakieś obwinienie króla, nową plotkę i wszystko się burzyło, a biskup piorunował.
W Krakowie podówczas z początku Kaźmirza nie było, bo na Litwie przebywać i polować lubił — ale, chociaż się na zamku zjawił, nie odmieniało się nic. Tak samo głośno i jawnie nastawano na niego.
Króla Kaźmirza dotąd mało co widywałem, chociaż twarz jego z Wilna dobrze mi się w pamięć wbiła... rad więc byłem, gdy po powrocie jego do Krakowa, Zbyszek naradziwszy się ze swemi, dnia jednego z katedry na zamek się udał, a my też jako dwór z nim ciągnęliśmy.
Ks. Zbyszek miał z sobą Jana z Tęczyna starego i Dobka z Oleśnicy, a że na zamku chciał się pokazać w całym blasku swoim i potędze, dnia tego urzędnicy, czeladź, dwór postrojony z nim ciągnął. On sam w biskupich sukniach uroczystych, poprzedzany krucyferem, otoczony tą świetną gromadą, poszedł z katedry na zamek, gdzie się snać nas spodziewano.
Wyszli urzędnicy królewscy na powitanie biskupa aż do przedniego ganku, ale król dopiero w sali u progu na niego czekał. Dwór pański był też wspaniały i liczny, a tego dnia z szat nowych widać było, że się chciał nie dać zaćmić.
Król Kaźmirz, przystojny, poważnego oblicza mężczyzna, młody jeszcze, z włosem długim, płci śniadawej, stawił się z poszanowaniem, ale jak na pana przystało... Choć w młodym widać było majestat, który i przed biskupim się nie uginał.
Ks. Zbyszek tem śmielej a można powiedzieć zuchwalej poczynał sobie z królem, niewiele mu okazując uszanowania. Prawda, że od dziecka go znał i w pieluchach widział, ale dziś on starym był, a król w sile wieku i władzy.
W drugiej izbie oczekiwała królowa matka, która się tam znalazła pewnie, aby między biskupem a synem nie dopuścić waśni. Widziałem ją tylko zdala... Nie młoda już, osiwiała, strojna bogato, miała jeszcze czarne oczy prawie królewskie... Drzwi się potem za nią zamknęły, i tylko z za nich czasem głośniejsze wywoływania słyszeć było, które Zbyszka zdradzały.
Trwało to posłuchanie przeszło godzinę, w czasie której dwór też królewski z dworem biskupim tak na siebie w antykamerze spoglądali, jakby się na rękę wyzywać chcieli. Nikt jednak nikogo zaczepiać nie śmiał inaczej, jak oczyma i postawą, bośmy mieli rozkazy, aby do żadnego sporu nie dawać powodu. Królewscy też, choć szeptali drwili, chyba tylko domyślać się mogliśmy, że z nas.
Wystawszy tak czas niemały, gdy biskup zimno przez króla pożegnany nazad ruszył, my za nim w porządku poszliśmy i w milczeniu.
W podwórzu dopiero ks. Zbyszkowi i nam się usta otworzyły.
Nikt się tam pewnie naówczas tak pilno królowi nie przypatrywał, jak ja, bom czuł się ku niemu pociągnionym wielce; ale z twarzy jego mało co mogłem wyczytać, krom powagi nad wiek i siły wielkiej, a twardego zamkniętego w sobie charakteru.
Wszyscy o nim lekceważąco powiadali, że do ojca Jagiełły podobnym był bardzo, jak on rozrzutnym, jak on zapalonym łowcem, a z tego pono ciągnęli wniosek, że słabym być musiał jak ojciec.
Ale mnie się to nie zdawało.
Boże mi przebacz, iż go posądzam, a zda mi się, że właśnie biskup Zbyszek za to na niego gniewnym był i niechętnym, że spodziewając go mieć sobie posłusznym i słabym, twardym go znalazł.
U nas dobrego słowa o królu posłyszeć nie było można. Słuchałem i milczałem nie śmiejąc bronić, bo i tak mnie Litwakiem dla mowy przeciągłej przezywali. Ale com czuł i jak bolałem, sam nie wiem czemu wypowiedzieć mi trudno.
Teraz biskup między innemi zawczasu zapowiadał, że Kaźmirz pewnie z Krzyżakami wojować zechce, że na to szlachta mu poboru, akcyzy nie da... i że pewnie sięgnie do dóbr a nawet do skarbców i sreber kościelnych.
Tu gotowano mu się ostateczny stawić opór.
Niewiele naówczas rozeznania miałem i rozumu, ale mi na myśl przychodziło, iż biskup radby był śmiałemu wystąpieniu króla, aby z nim wojnę rozpocząć.
Słyszałem niejeden raz wieczorami, gdy sam na sam ze starym Tęczyńskim byli, jak ks. Zbyszek powiadał wyraźnie:
— Nałamać go potrzeba koniecznie, inaczej na kieł weźmie i ani rady, ani nas, duchowieństwa nie poszanuje. Tak było w początku ze starym Jagiełłą, gdy tylko co przybywszy do Polski, chciał się tu rządzić po litewsku i mazowieckiemu szwagrowi swemu, nadał ziemię, nie pytając o to nikogo. Aleśmy naówczas wnet zahamowali go i później na pasku chodzić musiał. Opiera się i ten młokos, a no złamać go musiemy, i póty walczyć z nim, aż się podda. Pókim ja żyw nie ustąpię mu kroku; gdy mnie nie stanie, pamiętajcie wy naówczas, żebyście sobie jarzma litewskiego na szyję włożyć nie dali.
Naówczas stary Tęczyński wywodzić zawsze poczynał, jak to oni stali na straży swobód duchowieństwa i przywilejów rycerstwa, i wiedzieli, że powinni byli strzedz ich jak oka w głowie.
— Pamiętajcie to — dodawał biskup — że podbijali nas, a kościół sobie poddadzą, mianując biskupów... wówczas i rycerstwu się swoboda skończy, a niewola zacznie. Wyście powinni duchowieństwa bronić, a duchowni was; inaczej zaprzęgą i orać będą wami jak zechcą, tak jak na Litwie i Rusi.
Przez długi czas w mojem położeniu na dworze tym wcale się nic nie zmieniło. Mnie tu za obcego i przybłędę uważano; jam do nikogo przystać nie mógł, ale miałem tę ślimaczą naówczas naturę, żem czując niebezpieczeństwo rogi chował i zamykał się w skorupie mojej. Służba nie była ciężka, choć nieustannie na nogach, pilnowałem się, aby mi nic zadać nie mogli; zresztą mało kto na mnie zważał i dbał o mnie.
Dworzanie biskupa wszyscy niemal Krakowianie lub Sandomierzanie, Litwinem mnie prześladując, za coś pośledniego mając, odstręczali od siebie tak, że z nikim nawet przyjaźni nie zawiązałem.
Ks. Jana zrzadkam widywał. Stawał dobry mój opiekun, spotkawszy się ze mną w ulicy, uśmiechał mi się, wypytywał, pocieszał, bo czuł to dobrze, on co w duszach ludzkich tak czytać umiał, że mi na dworze tym nie szło po myśli.
Skarżyć mi się nie dawał, bo jak sam był zawsze uśmiechnięty i anielskiej cierpliwości, tak i drugich w tę cnotę rad wdrażał.
Tego czasu, jakem już pisał, wielka pobożność i życia świątobliwość nietylko w Krakowie, lecz pono i po całym panowała świecie. Wyprzedzali się ludzie w służbie Bożej, zapominając o sobie... Nie zbywało u nas na takich mężach, o których kilku już rozpowiadałem, jako o księciu Michale i szewcu Świętosławie, aliści gruchnęła nagle wieść, że się zjawił mąż taki święty, który ognistem słowem tłumy i rzeszę nawracał a prowadził kędy chciał.
Święty ten człek w prostej odzieży sznurem przepasany, przechodził kraje, a wszędzie po sobie jakby drogę ognistą zostawiał.. Biegli ludzie na głos jego do nowych klasztorów reguły św. Franciszka, do której i on należał, szli na wojnę przeciw poganom, odprawiali pokuty publiczne.
Z papieskiemi listami polecającemi go przebiegał on tak różne kraje, a jednego dnia biskupowi doniesiono, iż na Morawie miał gościć.
Naówczas Zbyszek uniósł się bardzo, ręce składając i wołając, że trzeba go koniecznie do Krakowa sprowadzić, że listy on pisać będzie i u króla je wyprosi, a chce mieć świętego męża tu, gdzie wiara słabła i rozbudzić ją było powinnością.
W istocie cuda o tym włoskim mnichu, Sycylijczyku, którego zwano Janem Kapistranem, rozpowiadano.
Pomnę, że gdy się o tem rozmowa wzięła, a biskup unosił się bardzo, Kołek, który na pokojach był, ośmielił się te uczynić uwagę, że języka naszego nie znając, choćby najwymowniejszym był, u nas tylko niewielkiej liczbie wybranych będzie zrozumiały.
Zgromił go ks. Zbyszek.
— Daje Duch święty — rzekł — dar języków apostołom, ale i ludziom też, gdy na to zasługują, dar pojmowania nawet niezrozumiałej im mowy. Cuda czyni gdzieindziej, jeśliśmy warci, staną się i u nas cuda.
Nie miał tedy pokoju biskup, obawiając się, aby Jan Kapistran nie wyminął Polski, aż w kancelaryi list do niego wystosować kazał, którego sam dopilnował, a potem do króla zbiegł, domagając się też pisma. A wyrobił to przez królowę matkę, która rada była biskupa zjednać i przejednać, więc póty syna namawiała, aż posłuchał jej i list zapraszający wyprawiono, który ulubiony biskupowi kapelan jego powiózł, a zalecono mu było z największą pokorą stanąć przed mężem świątobliwym i błagać go a nakłaniać, ażeby nie omijał Polski.
Był też, jakem się dowiedział później, Kapistran przez papieża mianowanym wielkim inkwizytorem, i wszelkie kacerstwo miał prawo dochodzić i karać. Biskup rad był postrach rzucić na tu i owdzie jeszcze w Polsce błąkających się Husytów, o których i w Krakowie rozpowiadano, że się potajemnie zbierali na jakieś świętokradzkie nabożeństwa i komunię pod obydwoma postaciami swoim wiernym rozdawali.
Długo żyjąc na świecie, wiele widziałem i świadkiem byłem różnych przygód, wszelakiego w tłumach poruszenia, gorączki, która się w nich tak jak choroba z jednego do drugiego przeszczepia, takich nagłych rozgorzeń w umysłach, że z dnia na dzień tysiące ludzi się nawraca i napełnia trwogą albo nadzieją.
Jaka tego przyczyna, czy to sprawuje siła Boża czy pod czas siła nieczysta? któż to może zbadać i powiedzieć. Patrzymy się jednak oczyma własnemi na to, jak czasem dosyć słowa, tchnienia, powiedziałbym wiatru jakiegoś, aby w szał wprawić ludzi tysiące, a im więcej ich nim rozgorzeje, tem potem coraz łatwiej inni upojenia doznają, i z tym prądem lecą wszyscy.
Otóż tak było, nie już gdy Jan Kapistran przybywał do Polski, ale gdy o nim dopiero zasłyszano.
Rozpowiadano o nim cuda, iż słowo jego miało taką potęgę, wzrok taką siłę, iż najzatwardzialszego nawracał grzesznika, że gdy mówił do zbiegających się do słuchania go tysiąców, ci nawet, których głos jego niedochodził na twarz patrząc, czuli w sobie moc jakąś, która w nich wchodziła i miękczyła ich, a utapiała jako wosk.
Jeszcześmy nie wiedzieli czy na prośby króla i biskupa skłoni się mąż święty do tego, aby Kraków odwiedził, gdy już wszyscy byli jakby gorączką jakąś opanowani. Nie mówiono tylko o nim, nie myślano tylko o tym nowym apostole, nie oczekiwano nic tylko jego przybycia.
W klasztorach na intencyę tę, aby nie minął Polski, nabożeństwa odprawiano. We dworze biskupim od rana do nocy o nim tylko słychać było. Rozpowiadano, że gdziekolwiek był dłużej, wszędzie tylu mu się do jego zakonu i reguły wpraszało ludzi, iż nowe klasztory powstawały jako grzyby.
Słyszałem jak biskup mówił:
— Daj Boże, aby się u nas też znaleźli ochotnicy, natychmiast plac do brata mego należący pochwycę, choć mocy do tego nie mam, i klasztor im w mgnieniu oka wystawię.
Niepewność była wielka zrazu, zachcieli przybyć, bo go na wsze strony rozrywano. Kapelan posłany nie powracał. Wyglądano, czekano, aż na ostatek przyjechał i radość była nie do opisania, gdy się zaraz po mieście rozeszło, że Jan Kapistran przybycie swe obiecywał rychło.
Było to zwycięztwo biskupa, które go tak na chwilę uszczęśliwiło, że o niechęci swej dla króla zapomniał. Jużciż zaprzeczyć nie można, że o chwałę Bożą troskliwym był jak mało kto, ale i to go cieszyło, że on pierwszy zażądał tego i sprowadził.
Król też, choć do Litwy miał jechać, uczynił to, że się wstrzymał i na przyjazd świętego męża chciał czekać, aby go z królową matką razem przywitać.
Wnet się poczęły zawczasu przygotowania. Po kościołach i klasztorach ruch, porządkowanie jak nigdy na uroczystość największą.
Ale mało tego wszystkiego było, bo co znaczył kościół szczupły głoszącemu dla tysiąców słowo Boże!
Kapelan powracający z Brna opowiadał, że wszędzie, gdzie Kapistran kaził do ludu, kazalnicę stawiano przy murze zewnątrz, aby lud na placach i rynkach się gromadząc mógł go słuchać. Dodawano zaś świętemu mężowi mówiącemu po łacinie tłumacza, który natychmiast od kazalnicy słowa jego tłumaczył i głosił. Kapelan, który po dwakroć słyszał Kapistrana, ze łzami rozpowiadał, że kamienieby gorąca wymowa jego zmiękczyć mogła.
Na Morawie młodzieży też wiele natychmiast siermięgi oblokło zakonne i sznurami się popodpasywało. Krążyły wieści o cudach, iż ręki dotknięciem, błogosławieństwem i modlitwą chorych uzdrawiał, a najwięcej zatwardziałych bezbożników do pokuty skłaniał.
Jeszcześmy nie wiedzieli na pewno, kiedy do nas przybędzie, a już Kraków ogromnem zbiegowiskiem pobożnych i ciekawych napełniać się zaczął.
W dworcu też biskupim ciasno być poczynało, bo z rodziny i powinowatych coraz to ktoś przybywał, którym ks. Zbyszek gościnę u siebie dawał. W mieście o nią trudno było tak, że Tęczyńscy, co kilka swoich dworów mieli, u mieszczan najmowali.
Duchownych zjeżdżało mnóstwo, a stół biskupi większą część ich żywić musiał, alem pomimo to, nigdy ks. Zbyszka naszego nie widział tak rozpromienionym, wesołym i dobrej myśli.
Na przyjęcie Kapistrana on tu był gospodarzem i król przy nim malał a znikał, on rządził i rozporządzał wszystkiem.
Gdyśmy tak z dnia na dzień oczekiwali oznajmienia, a gości się coraz więcej ściągało, wieczoru, jednego stojąc w antykamerze, posłyszałem pokojowych, którzy mówili, że Tęczyńska Nawojowa przybyła się biskupowi pokłonić.
Tknęło mnie nazwisko, wyjrzałem.
W istocie kolebka pańska stała u ganku ze służbą, a z niej właśnie wysiadała niewiasta lat średnich, którą ledwie postrzegłszy, rażony zostałem jak piorunem, bo w niej poznałem tę, którą miałem za matkę moją, tę samą, com ją raz ostatni na drodze z Częstochowy spotkał.
Niewiele była zmienioną od tego czasu i jeszcze piękną, a bardzo bogato przystrojoną; ale twarz jej okryta była smutkiem jakimś i jakby tajonym a tłumionym gniewem, a patrząc na nią zdawało się, że chyba nigdy uśmiechnąć się nie mogła i rozjaśnić. Szła dumna, obojętna, zamyślona, a za nią dwu Tęczyńskich postępowało. Mnie na drodze jej stać przyszło, a takem drżał, iż myślałem, że się z nóg zwalę.
Wśród dworu Nawojowej, w sieni u drzwi zobaczyłem — Sliziaka... Już nie wiem wcale co się ze mną działo, jak mnie idąca pani pominęła. Czy widziała... w oczach mi się zaćmiło i nie rozjaśniło aż poczułem, że ktoś mnie gwałtownie za rękaw ciągnie.
Zobaczyłem zdala Sliziaka, który stał w progu znaki mi dając.
Choć z zarosłej jego twarzy mało co widać było, czytałem na niej zadziwienie i pomięszanie wielkie.
Sam nie wiem, kto mię popchnął ku niemu. Pociągnął zaraz do kąta... Z głosu pomiarkowałem, iż poruszony był mocno, bo ledwie mógł mówić.
— Zkądże ty tu!! Boże miłosierny! Zkąd ty tu się wziąć mogłeś i po co??
Odpowiedziałem mu, że nierad opuściłem ks. Jana, ale gwałtem mnie oddano biskupowi. Zadumał się zdziwiony i zafrasowany, a po chwili uspokoił nieco.
Chciał wiedzieć kto to sprawił, że mnie na dwór ten przeniesiono, ale tego mu powiedzieć nie umiałem, bom sam nie wiedział.
Badać się mnie zdawał, jak się domyślałem, czym poznał w przybywającej pani tę, o której mówiłem mu, ale spytać o to nie śmiał. Ja też nie miałem mu się zwierzać ochoty, bom w nim czuł jakby nieprzyjaciela.
Poruszony był mocno, usta mu dygotały, oczy biegały, a choć sam mnie na rozmowę wywołał, wprędce mówić nie miał co.
Ja też milczałem i pożegnałem go nie strzymując, zapytawszy tylko czy w Krakowie długo bawić mieli.
— Albo ja wiem! — odparł z niechęcią — wszyscyśmy się tu zbiegli dla tego świętego człeka, któregośmy mieli oglądać, a słyszę że niepewna jeszcze rzecz, czy przybędzie i kiedy...
Pobiegłem się rozpytać, bom o tem nic nie słyszał jeszcze i dowiedziałem się, że tego dnia właśnie przyniesiono wiadomości, że Kapistran zamiast do Polski, pochwycony został przez niemieckich książąt, którzy go sobie wyrywali i miał wprzódy Sasom kazać, potem na Szlązku, a niewiedzieć kiedy potem przybyć do Krakowa.
Biskup nasz wielce był tem przybity i umartwiony, ale nie poprzestał zabiegów i listy za listami słał do Kapistrana, nalegając, aby Polskę i Ruś nawiedził. Wyprawił też, mówiono, do papieża listy, aby on powagą swą nakłonił apostoła przybyć do Polski.
Niepewność wielkie w mieście uczyniła wrażenie, bo wszyscy byli gorączkowo chciwi oglądać cudotwórcę i słowa jego posłyszeć. Biskup Zbyszek pocieszał jak mógł i ręczył, że starań dołoży a skłoni i ubłaga świętego męża.
Z tych tłumów, które się już były zbiegły na odgłos o Kapistranie, wiele się potem rozproszyło i do domów popowracało, ale inni zostali ufając słowu Zbyszka, który do tego ludzi wdrożył, że co raz postanowił, stać się nieochybnie musiało.
Tom wiedział, że z kancelaryi biskupa listy za listami wyprawiano do różnych miejsc, w których apostoł mógł pod czas przebywać: do Meissen, Drezna, Lipska i na Szlązko.
Sliziaka potem już tak jak nie widziałem, a panią też jego tylko zdaleka, bo ta zaraz pono, gdy o zwłoce oznajmiono, nazad na swój gród w górach powróciła.
Nie wiem czy jakiemuś potajemnemu staraniu tego Sliziaka, czy innym jakim niezrozumiałym przyczynom przypisać to miałem, że wkrótce potem Doliwa mi półgębkiem zapowiedział, — iż biskup może mnie do Sandomierza wyprawi, bo dwór swój chce zmniejszyć, a czasby też abym ja do seminaryum wstąpił i suknię oblókł.
Gorąco bardzo odparłem mu, że ja do tego powołania nie czuję i do stanu duchownego się sposobić nie myślę.
Spojrzał na mnie ukosem Doliwa i rozśmiał się.
— Cóż ty myślisz! że ciebie się o to pytać będą? Dzieckiem jesteś, słuchać powinieneś, a ty sam nie wiesz i rozsądzać o tem nie masz prawa co z ciebie będzie.
Gdym się jednak rozpłakał i wypraszać zaczął, a po nogach go całować, aby mnie obronił, poruszył się stary, machnął ręką i poszedł.
Nie wiem co i jak uczynił, ale potem przez czas jakiś spokojnym zostałem, i o Sandomierzu mowy nie było.
Unikałem o ile mogłem, aby się na oczy biskupowi nie nastręczać i nie przypominać mu się żem tu był, tuliłem po kątach, i gdy inni starali o to, aby ich ks. Zbyszek widział a przysługiwali mu się, jam się wcale nie dobijał o to.
Tymczasem sprawa przybycia do Krakowa Jana Kapistrana ciągle jeszcze gorąco wszystkich zajmowała, tak, że nawet o blizkiem małżeństwie królewskiem, o którem się rozeszły wieści, nie mówiono prawie.
Słyszałem tylko, iż ludzie się dziwili temu niepomału, że małżeństwo to z Elżbietą przyjść miało do skutku, które już raz, lat dziesięć temu, zaswatanem było i rozchwiało się... Teraz sądzono je — przeznaczonem i nieuchronnem.
Lecz mało kogo ono obchodziło, bo tylko o Kapistranie słychać było, i każdy jego krok, słowo, po Krakowie sobie rozpowiadano, rozbierano, coś z nich wróżono.
Na usilne bardzo nalegania biskupa, skończyło się na tem, że ks. Jan Kapistran, sam dając się zaciągnąć do Sasów a ztamtąd na Szlązko, dla pocieszenia ks. biskupa naszego wyprawił mu tymczasem Władysława Węgrzyna, mnicha swojego zakonu i dwóch z nim towarzyszów do Krakowa.
Przybyli oni tu, i biskup ich przyjął wdzięcznie, a król na żądanie jego wyznaczył im klasztor przy św. Krzyżu tymczasowo, ale prawdę rzekłszy, nie wszyscy im radzi byli. Wróżono z tego, że Kapistran sam do Polski przybyć nie zechce i zbędzie ją temi pomocnikami, którzy choć ludzie świątobliwi, ale ani jego ducha, ani powagi, ani tej łaski z nieba co on nie mieli.
Drudzy w tem upatrywali przeciwnie, porękę, że za swemi towarzyszami i Ojciec Jan przybędzie. Rozbijały się zdania. Biskup miał mocną wiarę, że Kapistrana sprowadzi, ale też i krzątał się około tego z troskliwością, z gorliwością nadzwyczajną. Gdy kto przy nim wątpliwość wyraził — przerywał gorąco:
— Przybędzie! nie może to być... Polska nasza tak pokrzywdzoną nie zostanie, aby ją pominął; choćbym sam miał jechać po niego... ściągniemy go tu.
Tymczasem, choć nie z wielkim do zbytku rozgłosem, czyniły się powoli przygotowania do małżeństwa króla z Elżbietą. Mówiono o wyprawionych posłach, o rozpoczętych układach.
Biskup niebardzo sprzyjał temu małżeństwu, bo i do króla serca nie miał, a zarzucał mu to, że uchowaj Boże wciągnąć ono Polskę może w zatargi kiedyś o węgierską i czeską koronę.
Słyszałem to naówczas z ust jego, co jakby wieszczym przepowiadał duchem.
— Udało się Jagiellonom Polskę pochwycić, łakną teraz coraz większych zaborów — nienasyceni. Przypłacili już życiem jednego koronę węgierską, starej królowej śni się ciągle i Praga i Buda dla synów, a młody król radby i zakon krzyżacki precz ztąd na jaką wyspę wysadził. Chciwi są niepomiernie coraz większych ziem, gdy i tych co są utrzymać trudno... Daj Boże, by chciwości tej drogo nie przypłacili.
Naówczas tego nie rozumiałem tak dobrze, choć słowa jego zapamiętałem. Na zamku, w którym dotąd dosyć bywało cicho, bo i stara królowa rzadko tu przebywała i młody król częściej na Litwie, w Wilnie lub Grodnie, albo li po lasach przesiadywał — zaczęło się teraz poruszać i zaludniać.
Codzień prawie za biskupem chodząc na Wawel, mogliśmy się temu przypatrzeć zdaleka. Mury w niektórych miejscach z tynków obnażone, na nowo bielono, podwórca oczyszczano, w stajniach i dworcach przybyło koni i ludzi.
Jednego dnia, kiedym przypadkiem w podwórcu biskupiego dworu stał u ganku z drugiemi pacholikami, spostrzegłem u bramy człeka, który ostrożnie wewnątrz zaglądał, wnijść nie śmiejąc. Wszyscy wraz ze mną widzieli to, a na odzież jego spojrzawszy, przyczyny się łatwo domyślili.
Naówczas już tak królewskiego dworu ludzie, jak i biskupiego i innych możnych panów łacno się po tak zwanej barwie rozpoznawali. Prosta tego była przyczyna, że tak król jak biskup i inni swoją służbę odziewając, zakupywali u sukienników sukno flamskie jedno dla wszystkich, jedni krawce suknie im szyli. Królewscy ludzie mieli barwę granatową a bramowanie przy niej czerwone, po czem ich każdy poznawał.
Długą też kapturkiem opończę taką miał na sobie człek we wrotach stojący, który w dziedziniec wnijść nie śmiał. Z królewskich ludzi do biskupa naówczas mało się kto ważył, chyba był posłanym, bo między służbą zamkową i biskupią tak jak między dworem naszem a Wawelem, jakby obrus rozrzezany był. Ciekawym będąc człeka tego, sam nie wiem jak, pchnięty czemś, podbiegłem ku wrotom, a nie dochodząc do nich, małom nie krzyknął z radości wielkiej.
Poznałem w tym człeku Gajdysa mojego, a wątpić nie mogłem, że się on tu nie do kogo skradał tylko do mnie. Byłbym się mu na szyję rzucił zaraz, ale i on mi dał znak i ja się uląkłem, że na nas ludzkich oczu tyle patrzało, podszedłem więc spokojnie i miałem tyle mocy nad sobą, żem mu popołudniu przy kościele św. Anny czekać na siebie polecił. Poczem Gajdys się śpiesznie oddalił, a ja powróciwszy do służby biskupiej, na zapytania jej powiedziałem, że nie znajomy ten pytał o kogoś, ale na dworze biskupim niebywałego.
Poczęli się wszyscy z królewskiego sługi wyśmiewać, drwić i na tem się skończyło.
Mnie piekło już co najprędzej na ulicę św. Anny zbiedz i z Gajdysem się zobaczyć. Nie pojmowałem co on tu robił, jak i po co się do Krakowa dostał, a widok jego tak mnie poruszył, tyle przypomniał, iż serce z piersi zdawało się dobywać.
Przyszły mi na myśl owe czasy, których inaczej jak szczęśliwemi nazywać nie mogłem, gdym matkę miał, gdy mi tak było dobrze i swobodnie w ubogim dworku ich.
Wprawdzie teraz byłem niby na szerokiem gościńcu żywota, lecz szedłem sam nie wiedząc dokąd, gnany jakąś siłą niewidzialną, popychany... celu nie mogąc przewidzieć.
Wprędcem się potem wyrwać potrafił i wyprosić, i strzałą pobiegłem pod kościół. Gajdys tam już na wschodach siedząc czekał na mnie, a pochwyciwszy w silne swe objęcie, spłakał się całując, jakby wistocie własne dziecko odzyskał.
Dowiedziałem się od niego, iż z Wilna sprowadzono ich ze stajen wielkoksiężnych wielu, gdyż na wesele królewskie i koni i ludzi było potrzeba.
Gajdys się, choć stary, nastręczył z drugiemi, pomyślawszy że mnie też zobaczy.
Pytałem go o matkę i o Marychnę, i o tych których w Wilnie znałem. Żyli wszyscy, ale się skarżył, iż miasto teraz bardzo opustoszało, na zamku rzadko kto przebywał; a wszyscy się domagali i pragnęli, aby mieć swojego wielkiego księcia, którego im król nie dawał.
Gajdys po raz pono pierwszy był w Krakowie, miasto wielkie i ludne w podziwienie i strach niemal go wprawiało.
Poszliśmy od kościoła precz za miasto, gdzie nie tak łatwo kto nas mógł podpatrzeć i siedliśmy na kłodzie pod płotem w małej uliczce... dopiero Gajdys powiadać zaczął, jakie go tu szczęście spotkało, że dni temu dwa, gdy z końmi przyprowadzonemi około stajen się zajmował, sam król nadszedł z koniuszym i marszałkiem, a zobaczywszy go poznał zaraz, głową mu dał znak, potem na bok go odprowadził wypytując się o Wilno.
— Myślisz — dodał — że on o tem zapomniał, iż ty u nas byłeś na wychowku?
— Jakto? — przerwałem z radością — alboż król wie o mnie i pamięta?
— A jużci — rzekł Gajdys gładząc wąsa. — Począł mnie rozpytywać, co z tobą teraz się dzieje i czy ja widziałem wychowanka. Musi być u któregoś z księży przy collegium na naukach. Pójdźże do niego, zobacz, rozpytaj go, a potem mi powiesz co z chłopięciem się stało. Rad li temu?
Osłupiałem z podziwienia i radości słysząc to, bo mi w myśli nie postało żeby król o mnie miał wiedzieć i pamiętać. Gajdys się tem cieszył więcej może niż ja.
— Cóż mam powiedzieć? — zapytał...
Musiałem długo i szeroko Gajdysowi wszystko co tu ze mną zaszło rozpowiadać, jakem się do ks. Jana dostał, jak z nim do Rzymu wędrowałem i szczęśliwiem powrócił, i że mi przy pobożnym człowieku dobrze było, a radbym był z nim pozostać, gdy nagle biskup zażądał i musiałem iść na dwór jego.
Nie taiłem tego przed Gajdysem, że tu mi było nie tak dobrze, nadewszystko przez to, iż między nieprzyjacioły króla dostałem się.
Skarżąc się aż mi łzy z oczów się puściły.
— Król co zechce, to czyni — rzekłem — gdyby mnie na swój dwór wziął, szczęśliwym bym był. Ale się to stać nie może.
Gajdys też głową potrząsał i milczał. Takieśmy sobie rozpowiadając wzajem co nam dolegało, zasiedzieli się do wieczora, i biegiem później musiałem wracać na dwór biskupi, aby mnie nie karano.
Obiecaliśmy sobie zejść się na Wawelu, gdy na nabożeństwo z biskupem tam przybyć się trafi, a Gajdys mi stajnię opowiedział, około której go mogłem znaleźć.
Całą noc potem i dnie następne o tem tylko myślałem, że sam król wiedział o mnie i pamiętał, a obiecywałem sobie w razie ostatecznym, gdyby mi bardzo źle na świecie było, uciec się pod jego opiekę.
W dziecinnej głowie, co się na takim wątku mogło utkać łatwo się domyśleć. Miłość też, którą dla króla miałem zawsze, wzmogła się tem jeszcze, a niechęć jaką ku niemu wszyscy biskupi słudzy okazywali, jeszcze ją wzmacniała.
Kilka dni upłynęło, nim się mogłem wysunąć z kościoła do stajen królewskich dla widzenia z Gajdysem. A chociaż mi rozpowiedział dobrze gdzie go szukać, gdym wpadł pomiędzy szopy, stajnie, odryny, spichrze, których tam moc była, zupełniem się zbłąkał i ledwie dopytałem Litwina.
Poszliśmy z nim na ubocze ku wałom.
— Widziałeś króla? — spytałem go.
— A jakże — odparł Gajdys — mało nie codzień go spotykam, Bóg łaskaw, dobrym jest dla mnie. Gdyby nie to, między Lachami, którzy nas wyśmiewają i nie lubią, przepadaćby przyszło, ale widzą że król dla nas życzliwy, boją się więc zadzierać.
— No — dodał uśmiechając się Gajdys — nie tylkom widział króla i mówił z nim, alem się sprawił z tego co mi polecił, bo o tobie mu rozpowiedziałem.
— Cóż król? — zapytałem.
— Nie wiem sam co to ma znaczyć — mówił dalej Litwin. — Gdy się dowiedział, że was do biskupa wzięto, twarz mu się zmieniła i jakby gniewem zapłonęła... Namarszczył się, nogą tupnął, ale wnet się pomiarkował. Mówiłem królowi, że radbyś jemu służył. Głową potrząsnął pomyślawszy. Poczekawszy rzekł, niechaj cierpliwy będzie. Teraz nie można... później. Kto wie?
Pytał nawet jak wyglądasz i czy na pacholę do dworu przystałbyś?... Mówiłem, żeś wyrósł niczego, na chłopaka przystojnego.
Wszystko to co mi Gajdys rozpowiadał, choć z jednej strony pociechą było dla mnie, z drugiej bolało, bo nie obiecywano mi nic tak rychło, a mógłże król o mnie biedaku pamiętać później, i któżby mu miał przypomnieć?
A tu groźba wyprawy do Sandomierza wisiała nademną.
Szczęściem wszyscy byli naówczas tak zaprzątnięci: jedni Janem Kapistranem, na którego oczekiwano, drudzy królewskiem weselem, do którego się przysposabiano, że o mnie nikt nie pomyślał, ani kto spojrzał na mnie.
Biskup znowu tryumfował, choć z królem wojna na dobre trwała.
Zajątrzyło ją to, że król, jak postanowił był, tak po śmierci biskupa przemyślskiego kapitule wybierać następcy nie dopuścił, a sam naznaczył nowego.
Widział dobrze Zbyszek, iż gdy raz się ten obyczaj utrzyma, wtedy biskupów swoich mając król, w kościele się tak rządzić będzie jak w kraju... Zarządził biskup zjazd w Sandomierzu, gdzie miał swojego Oleśnickiego wojewodą, podburzając rycerstwo i duchowieństwo aby królowi posłuszeństwo wypowiedziało.
Król miał po sobie tylko Wielkopolan... W Krakowie na radzie, gdy Zbigniew ponowił przeciw niemu wyrzuty i groźby, mówiono, że ją zimną krwią zniósł, ale nie ustąpił.
Słyszałem sam, gdy biskup nieraz powtarzał:
— Nie dożyję ja tego, ale wy z tym królem tak łatwo jak z ojcem jego nie dojdziecie do końca. Milczy a uparty jest... Choć ustąpi na pozór, co postanowił, to w sercu chowa. Biada nam, żeśmy Piasta nie wzięli i królowej matce ubłagać się dali, gdy już Bolesław mazowiecki był okrzyknięty.
Na tem się nie skończyło, bo tak samo jak w Przemyślu król biskupa mianował, tak teraz po śmierci arcybiskupa w Gnieźnie, posłał do kapituły, nakazując aby Jana ze Sprowy wybrała.
Nasz biskup widząc, że go nie zmógł, ani zastraszył, nienawiścią pałał ku niemu. Nie nawykł był do tego, aby mu taki zacięty opór stawiono.
Między zamkiem więc a naszym dworem gorzej stało wszystko niż kiedykolwiek było. Jedno tylko spodziewane przybycie Jana Kapistrana zdawało się jakąś słabą czynić nadzieję, że wpływ tego świętobliwego męża króla może zmiękczy, a wspólne z biskupem staranie o przyjęcie go w Krakowie, zbliży ich ku sobie.
Ks. Zbyszek jednak na zamku nie bywał wcale, posyłał tylko, króla unikał, dwa razy gwałtownie a napróżno przeciwko niemu wystąpiwszy — już więcej nie chciał się narażać na walkę z tym, jak go zwał, młokosem.
Małom ja naówczas Kaźmirza znał, a tylko z tego co u nas we dworze o nim prawiono, wyobrażałem sobie jakim był. Przecież nawet w moim niedojrzałym umyśle, król się przedstawił jako mocy wielkiej mąż, gdy ze Zbyszkiem występował do walki, z tym, którego ani Jagiełło, ani nawet Witold zmódz nie potrafił.
Zarzucał mu stary Tęczyński krakowski wojewoda, że milczący był, w sobie zamknięty, a żelaznego uporu. Mówiono, iż królowa matka zaklinała go i prosiła, aby z biskupem się pojednał, a choć nad nim wielką władzę miała — nie potrafiła nic.
Tyle wymogła, że król Polakom potwierdzenie ich przywilejów zapewnił, chcąc sobie rycerstwo pozyskać, ale w sprawie biskupstw na jeden włos nie ustąpił.
Dwu już swoich miał na biskupich stolicach, a u Zbyszka powtarzano to codzień, jakoby się miał przed Lutkiem z Brzeziany wygadać z tem, iż ani jednego na przyszłość kapitułom nie da wybierać, ani sobie z Rzymu narzucić.
Myśmy tedy czekali na obiecanego Kapistrana, który podczas się miał na Szlązku znajdować. W biskupie niecierpliwość rosła... aby go koniecznie ściągnąć do Polski, tak, że nawet spór z królem został na pozór zawieszony.
Małżeństwem króla nie zajmował się wcale ks. Zbyszek, ale, nie przykładając się do niego, rokował złe następstwa. Zbliżyły się ostateczne układy. Król do nich nieprzyjaznego sobie Oleśnickiego nie wezwał... Jan biskup włocławski i Jędrzej poznański, i z panów kilku było wyznaczonych, a z tych, co Zbyszkowi sprzyjali i z nim szli, wojewoda krakowski tylko.
W wigilię tego dnia, gdy wojewoda do Wrocławia miał wyjeżdżać dla zawarcia kontraktu, na wieczerzę przybył do dworca biskupiego.
Byłem na służbie w izbie, gdy ku wchodzącemu Zbyszek pośpieszył głośno wołając:
— Wojewodo mój, czy królowę nam sprowadzicie czy nie, czy posag jej sto tysięcy czerwonych złotych czy połowę tylko wynosić będzie, dla mnie to marna rzecz... ale, jeżeli wy mi z sobą Kapistrana tu nie przyprowadzicie, chyba mi się nie pokazujcie na oczy.
We Wrocławiu jest, dosyć już Szlązaków nawracał; zaklinajcie go, uproście, wymódlcie aby z wami razem przybywał... Zabierzcie go z sobą, a gdy będziecie pewni, że się da wziąć, gońca mi przyślijcie, abyśmy świętego męża godnie przyjęli!!
— Król mi i królowa matka toż samo zlecili — odparł wojewoda. — Mam w Bogu nadzieję.
— Niech Jan z Czyżowa, Jan z Koniecpola i Dzierżek z Rytwian nad kontraktem i umową ślubną siedzą, a Kapistrana mi pozyskajcie — dodał biskup. — Powiedzcie mu, z jaką my go tu pożądliwością oczekujemy. Dusze się rwią ku niemu... Chcę dożyć tego dnia.
A po chwili dorzucił wzruszony.
— Król im dał przytułek u św. Krzyża... ale ja klasztor wystawię, kościół mu zbuduję... Niech tylko przybywa.
Z takiem zleceniem wyjechał pan wojewoda do Wrocławia i wziął je do serca. Dziesiątek dni nie upłynęło, gdy goniec nadbiegł do biskupa z doniesieniem od wojewody, iż Jan Kapistran z posłami razem na pewno do Krakowa przybędzie.
Znowu tedy taż sama, a może większa jeszcze gorączka i niecierpliwość oglądania tak długo oczekiwanego, opanowała wszystkich. A że od miesięcy już dwu gościli w Krakowie towarzysze Kapistrana, z Władysławem Węgrzynem, którzy siła o nim opowiadali, że się rozgłosiły cuda, rozeszły powieści o wielkiej mocy z niebios mu danej — więc jeszcze z większem upragnieniem czekano dnia tego szczęśliwego i godziny, kiedy stopa jego dotknie naszej ziemi.
Na zamku, w mieście, we dworcu u nas, po klasztorach wszędzie sposobiono się na uroczyste przyjęcie Kapistrana, szczególniej zaś zakony św. Franciszka, do których reguły należał, chociaż ją obostrzył i ściślejszą uczynił.
Dominikanie, którzy zawsze byli we współzawodnictwie z synami św. Franciszka, bo jeden i drugi zakon patrona swego sławił i wynosił, także się przygotowywali witać Kapistrana jako wielkiego inkwizytora, którego obowiązki dotąd spadkiem do ich zakonu należały. Nie wyłączał się nikt, bo w nim i błogosławionego męża i jakby legata a misyonarza apostolskiego widziano. Sława taka go poprzedzała, iż nikt obojętnym być nie mógł.
Nadszedł nareszcie dzień ten pamiętny, we wtorek, w samo święto Augustynowe, gdy całe miasto od rana się poruszyło i można powiedzieć, że krom tych co w łóżkach leżeli, ruszyć się nie mogli, nikt z chrześcijan w domu nie został. Jedni za miasto i bramy, drudzy na rynki i ulice powychodzili — mieścił się każdy jako mógł.
Żydzi z obawy, aby przy tem umysłów rozkołysaniu, jak się to nieraz trafiało, szkolna młodzież i swawolne czeladzie na nich się nie rzuciły, zawcześnie się po swych domostwach pozamykali. Jednego z nich nigdzie najrzeć nie było można.
Dzień był jesienny, ponury i pochmurny, ale spokojny.
Wszystkie zakony z chorągwiami, z krzyżami, cechy miejskie, duchowieństwo świeckie, akademia, kapituła, biskup z całym dworem swym, w uroczystych szatach wyszły ku bramom na spotkanie.
Królowa też stara i król wyjechali dosyć okazale i dworno.
My z biskupem Zbyszkiem czekaliśmy nań na Kleparzu.
Choć oznajmiono było, iż na pewno przybywał, czekało się dosyć długo; a starzy ludzie powiadali, że nie pamiętali tylko wjazdy królewskie tak uroczyste i tłumne.
Ale na twarzach wszystkich radości dojrzeć nie było można, i jakby trwogę, gdy sędzia na winowajców przybywa.
Cicho było, oczy się zwracały na gościniec, którym przybycia oczekiwano, aż poszedł szmer, podniosły się głowy, królowa z siedzenia w kolebce wstała, młody król z konia zsiadł. Pokazał się wóz czterma końmi zaprzężony pana Jana z Tęczyna, bo jemu się dostała cześć towarzyszenia świętemu mężowi. Za nim jechali inni posłowie ze dworami swemi.
Zobaczywszy króla i królowę, wojewoda woźnicy dał znak aby stanął, i z wozu postrzegłem szybko wysiadającego człowieka średnich lat, ciemnej płci, z długą szyją obnażoną, w sukni prostej, grubej, brunatnej, z kapturem, powrozem podpasanej, u którego prosty drewniany, z dużym krzyżem wisiał różaniec. Nogi miał bose w trepkach drewnianych, a ręce niemal do kolan długie.
Inaczej ja sobie go wyobrażałem, ale takim jakim był, wydał mi się do innych ludzi wcale niepodobnym. Przynajmniej od naszych różnił się bardzo i widać było, że z innych krajów pochodził, bo i rysy twarzy i oczy i postawa osobliwe były i dziwne. Poruszał się prędko, wejrzenie miał śmiałe i ogniste, ale obejście się z ludźmi pokorne.
Królowę i króla pozdrowiwszy, którzy go w rękę całować chcieli, obie ręce na piersiach złożył i pokłonił się nizko. Ale gdy potem podniósł głowę a spojrzał dokoła, kogo oczy trafiły, ciarki po nim przeszły. Coś takiego przejmującego miał we wzroku.
Cisnęli się wszyscy do rąk, do nóg, a on błogosławił podniósłszy potem prawą rękę do góry i modlitwę szeptał.
W tej siermiędze prostej, z twarzą niepiękną, surową, czarną, wychudłą, bosy, biedny, stał w tej chwili po nad tłumami jako król i wódz. A nic go to nie strwożyło, nie pomięszało, ani orszak ów wspaniały, ani ludu tysiące, ani oznaki czci, które odbierał. Pozostał nieporuszony zupełnie, i gdy biskup przy nim idący dał znak, ruszyło się wszystko w procesyi do kościoła, księża pieśń śpiewać poczęli i wszyscy pieszo za Kapistranem i biskupem poszli do Panny Maryi.
Dla niego i dla towarzyszów, których z sobą miał, bo mu nietylko na nich nie zbywało, ale mu co chwila nowi przybywali, opróżniono umyślnie w rynku kamienicę Jerzego Sworca, z której można powiedzieć, że klasztor zrobiono.
Wygód ci nowi zakonnicy nie potrzebowali wcale, bo na gołej ziemi sypiali, posty bardzo surowe zachowywali mało nie codzień, w piecach sobie nawet opalać nie pozwalali, a zaraz oratoryum urządzili i klauzurę. Izba pierwsza, przy której służbę postawić musiano, bo ludzie się jęcząc i płacząc cisnęli, służyła do przyjmowania tych, których do Kapistrana przypuszczano.
Ponieważ biskup go przyjmował, a jam służbę u niego pełnił, mogłem i miałem zręczność się przypatrzeć życiu i obyczajowi świętobliwego męża.
Nawykliśmy byli wszyscy do niezmordowanej pracy naszego biskupa, który od rana do nocy prawie nie spoczywał, ale czem to było w miarę żywota tego człowieka, który wszystek czas swój trawił jakby w pobożnej gorączce.
W nocy ledwie parę godzin zasypiał, odprawiając w różnych terminach modlitwy z braćmi, a przez cały dzień kazał, spowiadał, nauczał, przyjmował ludzi, każdą chwilę wolną wnet obracając na modlitwę.
Czasu modlitwy mienił się zupełnie człowiekiem, twarz wyjaśniała, oczy zdawały powiększać, drżał w uniesieniu jakiemś i zdawało się, że zapominał porwany duchem do niebios, iż był jeszcze na tym świecie.
Nawykłym będąc do mojego świętobliwego ks. Jana Kantego, zdumiewałem się jak dwaj ludzie pobożni równie, tak mogli być do siebie niepodobni. Albowiem mój Jan spokojny był, łagodny jak baranek, i w modlitwie zatapiał się, nie upajał nią, — Kapistran zaś jakby uniesiony, rozgorzały, przybierał postać wrażającą grozę i trwogę.
Następnych dni postawiono przy kościele św. Wojciecha, na tem miejscu, gdzie wedle podania apostoł też ten do ludu przemawiał, ambonę drewnianą, którą obwieszono kobiercami i oponami kosztownemi, ale Kapistran te ozdoby wszystkie pościągać kazał.
Tuż przy nim stał jeden z kollegiatów naszych i w miarę gdy mówił, tłómaczył nam słowa jego.
Bliżej ambony były uczynione siedzenia i klęczniki dla królowej, króla, dworu, duchowieństwa i panów. Dalej rynek, jak zajrzeć, był pełniusieńki, a panowała wśród tych nabitych i ściśniętych ludzi taka cisza, iż zdawało się, że muchęby przelatującą posłyszeć można.
Mamże się ja kusić o to, abym opowiedział jak słowo jego działało, i w jaki sposób? Tego ani ja, ani nikt nie potrafi.
Działo się bowiem coś cudownego. Mało ludzi mogło dosłyszeć co mówił, inni niespełna rozumieli, przecież mowa jego poruszała serca, wyciskała łzy, nawracała, pociągała.
Nie widziałem kaznodziei tak mówiącego jak on: rzucał się niespokojny, ręce ku niebu wyciągał, padał, chodził, zniżał do ziemi, bił w piersi; sam dźwięk jego mowy brzmiał tak, że się robiło około serca trwożno, łzy cisnęły się do oczów.
Ci co wcale go nie rozumieli nawet, przejęci, przestraszeni łkali i mdleli.
Posłannik to był Boży i mocą Jego obdarzony, ale nie przynosił miłosierdzia i pokoju, tylko groźby straszne, pomsty za grzechy wołanie, katuszy piekielnych odgłosy. Ja to przynajmniej tak czułem, a ze mną drugich wielu.
Dopóki mówił, trzymał tak na uwięzi wszystkich i tylko łkania i wykrzyki boleści czasem mu przerywały, potem gdy kończąc zwrócił się do krzyża i padł przed nim, ręce wyciągając ku Chrystusowi, padało z jękiem na ziemię w proch co żyło.
Nie było człowieka, coby zimnym odszedł z oczyma suchemi.
I działy się cuda. Szli ludzie do spowiedzi gromadami, młodzież rzucała szaty rycerskie i przywdziewała odzież zakonną. Od pierwszego dnia poczęli się jawić do zakonu ludzie, padając do nóg Kapistranowi i O. Władysławowi, aby ich przyjęto.
Lecz nie dziwnemby to było może, iż pospolity lud tak czuł to słowo Boże, którego z ust natchnionych a płomienistych jak te nie słyszał nigdy. Patrzałem stojąc na biskupów, naszego pana i innych, na starszych duchownych, na tych co kaznodziejów wielu w życiu słuchali, nie było jednego, któryby tego nie doznał co prostaczkowie. Płakali i oni. Mąż był w tych chwilach natchniony, tak jak tylko apostoł namaszczony przez Boga być może.
Od pierwszego tego dnia poczęło się takie wszego ludu uniesienie pobożne, iż można było powiedzieć, że niemal spraw powszednich zapominano. Gdzieś przyszedł, coś usłyszał, wszędzie tylko kaznodzieja i apostoł był przedmiotem rozmów i podziwu.
Wynijść w ulicę nie mógł, żeby tłumy nie ciągnęły za nim. Znoszono mu do drzwi chorych, przywożono chromych, czatowano aby dotknąć kraju szaty jego.
Zaraz tedy z młodzieży co było pobożniejszych pobrało sukienki zakonne. Jednym z pierwszych był młodziuchny Szymon z Lipnicy, który później wsławił się życia świętobliwością i pokorą.
Razem z tym wstąpił do zakonu Rafał z Proszowic i Stanisław Kaźmirczyk, a wielu i wielu innych, nie licząc panów takich jak Melsztyński. W samym Krakowie stu i trzydziestu ich naliczono, którzy sukienki wdziali i po całym kraju potem regułę tę rozsiali.
Wieczora jednego już późną jesienią gdy kazał Kapistran, począł przeciw kosterstwu, płochym grom i zabawom mówić, stratę czasu, obrazę Bożą, zgorszenie ludzkie ukazując z tych igrzysk, które często mężobójstwy i krwią się kończyły.
Poruszył i przeraził tak słuchaczów, iż nazajutrz od świtu też pod kazalnicę znosić poczęli ludzie, kto co miał do gry jakiej służącego; warcaby, kości, kubki, karty, kule i kręgle, niektórzy nawet cytry i narzędzia muzyczne, choć one i do chwały Bożej służyć mogły.
Gdy potem apostoł wszedł na kazalnicę, a ujrzał ogromną tę kupę, bo nie do wiary się tego nazbierała gromada, gdyby góra w pośród rynku, dał znak, aby te narzędzia szatańskich pokus zapalono.
Rzucili się posłuszni z pochodniami i natychmiast ogień podłożono. Ogromnym płomieniem zajął się stos suchy we mgnieniu oka, a że Kapistran kazał i na niego się wszyscy patrzali a płakali, nie postrzegł się nikt, gdy ów stos buchnął ogniem, i zrywając się wiatr żarzewie i węgle a iskry począł unosić na najbliższe dachy, tak, że się na kamienicach gonty już zajmowały. Rzucili się dopiero ludzie na ratunek, uderzono w pożarny dzwon u Panny Maryi, a święty mąż żegnać zaczął ów pożar poczynający się, który szczęśliwie natychmiast ugaszono.
Wołał jednak, iż tylko miłosierdzie Boże grzesznemu miastu jak Sodomie i Gomorze spopielić nie dało, pokuty i poprawy oczekując.
W takiej gorączce to przebyliśmy, powiedzieć można, cały ów czas kilkomiesięczny, który Kapistran u nas spędził. Dla zakonników jego i nowej reguły, pod zawołaniem Bernardyna świętego, biskup na gruntach brata klasztorek i kościół założył, nie dopuszczając, aby z królewskiej łaski przy świętym Krzyżu zostali.
Budowano tymczasowo z pośpiechem takim, że żadne pono domostwo za pamięci ludzkiej tak prędko nie stanęło, jak ta fundacya biskupia.
Ks. Jan z Krakowa z biskupem i innemi duchownymi do miast też bliższych czynił wycieczki, a gdziekolwiek się ukazywał, wszędzie toż samo działo się co w Krakowie.
Jam też dusznie pewnie korzystał z tego wzmożenia się pobożności, bo nie byłem ostygłym ani obojętnym, a oprócz tego rad byłem, że o mnie zapomniano trochę wśród tego zajęcia nabożeństwy.
Mogłem niepostrzeżony czasem się wyrywać do mojego Gajdysa i z nim chwilę swobodniej pomówić. Spotkało mnie też szczęście to, że gdym raz z nim stał na poufnej rozmowie, a nie bardzośmy zważali co się około nas działo, aniśmy się spostrzegli, gdy król nadszedł.
Zrazum uciekać chciał, ale mi nogi w ziemię wrosły.
Tymczasem zbliżył się miłościwy pan szybkiemi kroki, nawołując Gajdysa.
— Toż syn twój? — spytał.
A gdy Litwin się skłonił milczący, król jeszcze podszedł ku mnie i czułem jak mi się przypatrywał; głowę miałem spuszczoną. Kazał mi ją podnieść i patrzeć śmiało. Choć z trwogą wielką byłem posłusznym.
Ujrzałem naówczas wielce dobrotliwe spojrzenie królewskie skierowane ku mnie, patrzał Kaźmirz i milczał. Spytał potem jak mi u biskupa było, na co milczeniem odpowiedziałem i nie nalegał już.
— Ucz się a sprawuj uczciwie — rzekł potem — ja o dzieciach sług moich nie zapominam, i o tobie też pamiętać będę.
Padłem mu do nóg. Zdał się mocno poruszony, i sięgnąwszy do kaletki, którą zawsze u pasa nosił (był to obyczaj ojca jego), dobył garść pieniędzy i wsunął mi je w rękę. Mnie ona tak drżała, że poupadały na ziemię i Gajdys je podnieść musiał, a teraz dopiero postrzegłem, iż były sztuki złota. Król się prędko bardzo oddalił.
Było tego daru pańskiego sztuk dziesięć i chciałem się niemi podzielić z Gajdysem, ale się obruszył, pogniewał, złoto w węzełek zawiązał i kazał mi go nie ruszając strzedz jak oka w głowie.
Ale fraszką było złoto owe, mnie wejrzenie królewskie niewypowiedzianie miłosierne droższem nad nie było. Zdawało mi się czytać w nim, że istotnie litość mieć będzie nademną i wyrwie mnie z tej niedoli i niebezpieczeństwa w jakiem byłem.
Obawiałem się bowiem bardzo, aby mnie siłą do seminaryum nie wzięto i w suknię kleryków nie obleczono.
Dlaczego do tego stanu ochoty w sobie nie czułem, sam zaprawdę nie wiem, ale Bóg snać powołać mnie nie chciał do siebie, inne gotując mi losy.
Tak rok się ten skończył, który żałobą okrył całe chrześcijaństwo, bo poganie owładali Konstantynopolem i moc ich urosła a krzyżowi świętemu zagrażała. Przeto i Jan Kapistran tę klęskę ukazując jako karę Boską, nietylko do pokuty wzywał, ale i do zbrojenia się i do ciągnienia przeciwko poganom, a połączenia wszystkich sił narodów chrześcijańskich.
Pomiędzy biskupem a królem nie przyszło pod ten czas do żadnego porozumienia i zgody. Stały przeciwko sobie dwa nieprzyjacielskie obozy jako przedtem, a gdy następnego roku przybyli posłowie pięćdziesięciu sześciu miast pruskich z prośbą do króla, aby ich z pod jarzma krzyżackiego wyzwolił i pruskie kraje, które niegdy do Polski należały, zajął w moc swoją, biskup nasz zamiast królowi do tego być pomocą, wystąpił przeciwko połączeniu Prus. Rokował z tego wojnę długą, kosztowną, wycieńczającą a bezskuteczną, w czem na poły miał tylko słuszność, wojna bowiem wistocie utrapioną była i długą, ale szczęśliwie się odzyskaniem Prus choć w części skończyła.
Dawniej nieprzyjaciel zakonu biskup Zbyszek, czy to, że za niemi z Rzymu się wstawiono, czy na przekorę królowi, teraz prawie za niemi przemawiał.
Nie pomogło to wszakże nic, gdyż i królowa matka i król i znaczna część panów rady za tem była, aby na garnących się nie odpychać Prusaków.
Tymczasem zbliżał się naznaczony termin weselny króla, a na zamku pomimo największego pośpiechu jeszcze nie wszystko było gotowem.
Królowa matka i młody król zarówno nie chcieli młodej pani ladajako przyjmować, ani się okazać nieprzysposobionemi. Wesele chciano z wielką obchodzić okazałością, a zamek tych czasów dosyć był opuszczony i wszystko w nim odnawiać musiano.
Za Jagiełłowych czasów król w nim mało przesiadywał, później też królowa Sonka po innych zamkach mniejszych, w Sanoku i na swych posiadłościach częściej przebywała. Kaźmirz także na Litwie rad polował i mieszkał. A choć byli urzędnicy, którzy murów i izb a wszelkiego ochędostwa w nich doglądać byli powinni, zaniedbano się wielce i teraz dopiero okazało się, iż na przyjęcie dostojnych gości, miejsca i sprzętu brakło.
Pracowano więc dniami i nocami, com na oczy swe widział do Gajdysa zaglądając.
Przed dniem nawrócenia św. Pawła, król już był w Krakowie, gdzie najprzedniejszej młodzieży rycerskiej dwa tysiące koni sposobiono, które naprzeciw młodej pani wyjechać miały i towarzyszyć jej do Krakowa.
Mnie się serce rwało patrząc na nich, tak im zazdrościłem pięknej postawy i swobody jakiej zażywali.
Jeszcze królowa nie przybyła do Krakowa, a nawet posły po nią nie wyjechały, gdy ta stłumiona wojna między kardynałem Zbyszkiem a królem, na innem polu znowu się zajęła.
Choć król na pozór się wcale nie mięszał do tego, między arcybiskupem gnieźnieńskim wiernym i miłym Kaźmirzowi a naszym Zbyszkiem spór się wytoczył o to, kto będzie koronował królowę.
Składał się odwiecznem prawem swojem arcybiskup, a nasz pan jako książę kościoła, po papieżu najwyższą dostojność kardynalską piastujący, nikomu się nie chciał dać posiąść.
Król stał na uboczu, nie rozstrzygając tego, bo sprawa była kościelna.
Kardynał za sobą miał świętego męża Kapistrana, a naówczas zdanie jego nad wszystkie przeważało. Przewidzieć więc było można, kto zwycięży. Sami nawet przyjaciele kardynała naówczas przyznawali to, że podchodząc w lata, a czując, że nie miał tego co za Jagiełły zachowania i przewagi, coraz zgryźliwszym, popędliwszym był i dumniejszym.
Gdy przed weselem listów mnóstwo różnych i pisania wszelkiego w kancelaryi kardynała namnożyło się, a skrybentów zewsząd ściągano, ktoś niepoczciwy, niech mu Bóg nie pamięta, i mnie nastręczył, żem musiał za stół siąść i do pióra się brać, do którego podówczas nie miałem ni chęci, ni wprawy.
Przewodził tu nad nami wszystkimi ulubiony kardynała, prawa ręka jego, ks. kanonik Jan Długosz, który się wstawił pismami swemi, pracowitością i pobożnością. Przy biskupie Zbyszku mało nie od dzieciństwa ciągle zostając, najlepiej ze wszystkich rozumiał go, odgadywał i tak myślał a czuł jak on.
Więcej tylko może jeszcze miał do króla Kaźmirza niechęci i wstrętu, a do wszystkich Jagiellonów tak samo i królowej matki nie cierpiał, na nią się krzywił, a słyszałem go naówczas prorokującego, że król Kaźmirz na tyrana urośnie. Lecz mąż to był niepospolity, choć namiętny, żywy, gorączka i ludzi czarno widzący, a podejrzywający łatwo. Pracowitszego nad niego trudno było znaleźć, bo i dziesięciu razem rozpoczętych robót się nie uląkł.
W kancelaryi miał jeden stół, w izbie biskupiej drugi, a u siebie w domu całe izby zarzucone księgami i pargaminami tak, że przejść nie było można i u drzwi stać musiał, kto tu do niego przybywał.
Wszystkie te folianty porozkładane, ponaciskane kamieniami, zakładkami poznaczone, stosami się dokoła pulpitu i kupami wznosiły, z których on potem swoje kroniki wybierając spisywał. Śpieszył się zawsze, niecierpliwił, gdy go kto dla marnej sprawy zatrzymywał.
— Nie znasz to wartość czasu! — wołał. — Cóż nad niego droższe, a ty mi go marnujesz i wydzierasz!
To też on i chwilki nie stracił.
Przybywszy do domu, gdy miał ćwierć godziny wolnej nie spoczął i szedł do pulpitu, albo pisać dalej lub napisane poprawiać. W ulicy nigdy powoli go nie widziałem idącym, biegł mimo wieku i ciała swego zdyszany, rzadko z próżnemi idąc rękami, bo książkę albo papier jakiś zawsze prawie niósł z sobą.
Dla akademii wielce wylanym, gorliwym był i młodzieży opiekunem troskliwym, lecz zarazem srogim dla niej, surowym i nieprzebaczającym.
Z urzędu i położenia przy biskupie, często mu wypadało na zamku się znajdować, ale unikał tego, wymawiał się i od króla a dworu uciekał. Kochali go razem ludzie i obawiali się, gdyż słowo i pióro miał ostre, a nie szczędził nikogo i prawdy w sobie zamknąć nie umiał.
Ja u niego łaski naówczas nie miałem, chociaż nie zawiniłem mu w niczem. Wyrzucał mi to ciągle, żem sukienki wdziać nie chciał, choć kardynał tego sobie życzył, o czem wiedział Długosz, bo dla niego biskup tajemnic nie miał żadnych. Był to może jedyny człowiek, który całe jego zaufanie posiadał.
Oprócz innych zalet kardynał go z tego wynosił, że była to chodząca biblioteka.
Pamięć bowiem wistocie miał nadzwyczajną i rzadko go ona zawodziła.
Szczęściem, że przy obrzędach ślubnych i koronacyjnych, kardynał musiał występować z całym dworem i wobec przybywających książąt, nie chciał pośledniejszym od nich się okazać, odebrano mnie więc z kancelaryi do pokojów. Książęta szlązkie z Raciborza i Oświęcimia na wesele przybyć mieli, spodziewano się i innych dostojnych panów.
Naostatek owe dwa tysiące rycerstwa tak ślicznie uzbrojone i przyodziane, że na nich jak na kwiatki patrzeć a patrzeć było można, wyciągnęli po królowę. Wszyscyśmy powychodzili im się przyglądać, a było na co! Wziął każdy co miał najlepszego i najdroższego, żeby się przed Niemcami w Cieszynie popisać, więc konie jak najśliczniejsze, zbroje szmelcowane i złocone, szyszaki z piórami farbowanemi, które na ramiona spadały, ladrowania przy koniach osobliwe, a kity, tarcze sadzone kamieniami, kołczany szyte srebrem i złotem, szable świecące od opraw bogatych. Mógł król z dumą na nich spojrzeć, bo mało który panujący dwa tysiące takiej młodzieży by postawił, chłop w chłopa.
Jechał z niemi po królowę, choć królowi krzyw był, wojewoda krakowski Jan z Tęczyna, bo z kardynałem trzymał on i inni z rodu jego, którego był głową. Ten się nigdy od posług nie wymawiał, boć jako wojewoda pierwszy był też do nich obowiązany, i ubiegać siebie nie chciał dać drugim. Z nim byli Stanisław Ostroróg kaliski i Piotr z Szamotuł poznański wojewoda, ludzie, jak ich zwano, królewscy, bo ci zawsze z panem byli i Jan z Tarnowa z żoną, aby była niewiasta do towarzystwa młodej pani.
Pomnę dobrze te dni, które poprzedziły przybycie Elżbiety, co później tak długo i szczęśliwie z panem naszym żyła; i muszę tu zapisać, że naówczas, jako było we zwyczaju ze wszystkiego prorokować, we wszystkiem widzieć znaki przyszłości, u nas na biskupim dworze duchowni, astrologowie, kto żył głosili najsmutniejsze dla małżeństwa królewskiego horoskopy.
Kardynał też, Kaźmirza nie lubiąc, przewidywał to, co mu życzył.
I to prawda, że wszystko się jakoś składało na opak, utrudniało, nie szło. Królowa już, już na granicach była i jechać a przybywać miała, a na zamku jeszcze w dwu przednich izbach podłogi nie były pokładzione, w innych tynki nie poosychały.
Nikt się pewnie tem tak nie poruszał do gniewu i nie narzekał więcej, nad starą królowę matkę Sonkę. Pani ta zawsze była do gniewów skłonną i bardzo zapalczywą, a gdy o jej dzieci i rodu godność szło, gotowa była poświęcić co miała. Król Kaźmirz znosił zwłoki po swojemu, milcząco i cierpliwie, pani matka krzyczała, biegała i oskarżała winnych i niewinnych, że naumyślnie na przekór czyniono jej i synowi.
Królowę młodą wieziono odebrawszy w Cieszynie przez Pszczyn, Oświęcim i Skawinę i już jechała, gdy z Krakowa posłać musiano do pana wojewody, aby trzy dni jeszcze w drodze zmarudził, bo na zamku gotowości nie było.
A tu, złym wróżbitom na pociechę zawzięła się plucha, słota, wicher, jakby naumyślnie aby drogi popsuć, miasto błotem napełnić i uroczystemu wjazdowi całą świetność odebrać.
Kardynał przypisywał to też gniewowi Bożemu przeciwko króla, który porywał się na kościół i przywłaszczał sobie władzę nad biskupami.
Stało się jak przepowiadano, bo gdy młoda królowa przybyła we czwartek po świętej Dorocie, a naprzeciw niej król młody wyjechał na koniu, którego rząd cały drogiemi kamieniami sadzony, od złota i szmelców różnobarwnych, na czterdzieści tysięcy złotych szacowano, on i drużyna w złotogłowach, w jedwabiach, królowa matka w kolebce pozłocistej — deszcz lał jak z cebra. Nie ustał ani na chwilę, gdy młoda pani się do kolebki matki przesiadała i gdy potem powoli z procesyą, z muzyką, przy odgłosie trąb i kotłów na zamek powoli ciągniono.
Obmokło wszystko, oślizło, a kolebka, choć w osiem koni zaprzężona, chwilami musiała stawać, tak koła głęboko zapadały.
Król i dwór, któremu szat bardzo kosztownych żal było, wszyscy jechali gniewni, źli, smutni, a owo wesele przy ulewie do rozpaczy niemal starszą panią przyprowadziło.
My z kardynałem czekaliśmy do późna na przybywającą w kościele na Wawelu; czekali i czekali, bo orszak, który miał tu stanąć z południa, nie przywlókł się po błocie aż o dobrym mroku.
Zaraz nazajutrz rozeszła się u nas pogłoska, że przyszła królowa Elżbieta bardzo była niepiękną, że król zobaczywszy ją, okazał niechęć wielką ku niej, aż go matka musiała zaklinać, aby jej nie objawiał i nieprzyjaciołom pociechy tej nie czynił.
Prawdą-li to było czy nie, nie wiem tego, alem później od tych słyszał co patrzali na dni pierwsze pożycia państwa młodych, że choć król zrazu się chłodnym okazywał, Elżbieta umiała swą wesołością, wymową, obejściem się tak go ująć bardzo prędko, iż sercem i duszą do niej przystał.
Patrzyłem potem na długie obojga królestwa pożycie i nie wiem czy kiedy spotkałem dwoje ludzi, coby tak jak oni dla siebie stworzeni byli. Król miał serce dobre i rozumu niemało, ale królowej to przyznać należy, iż nietylko mu nie ustępowała, ale umiejętnością obejścia się z nim, przypodobania się, o wiele go przechodziła.
Poznali się na niej ludzie wkrótce. Pani była acz młoda, rozumu i nauki niemałej, niepiękna ale miła, przenikająca ludzi, bystra i obchodząca się z każdym tak, że go sobie ująć musiała.
Poważna, baczna na siebie, nigdy się z pochmurnem czołem ani królowi, ani dworowi nie pokazywała. Twarz miała zawsze jasną, myśl swobodną, uśmiech na ustach, a im król zakłopotany chmurniej wyglądał, tem ona starała się być weselszą, aby te chmury z czoła jego rozpędziła.
Jakom rzekł, że się to małżeństwo w początku nie wiodło i przychodziło z trudnością, tak aż do końca tych obrzędów i uczt a uroczystości ciągle coś je mąciło.
Gdy przyszło do koronacyi, a arcybiskup z kardynałem, ani jeden ani drugi ustępować nie chcieli, postanowiono, aby ślub dawał Kapistran, a bodaj i koronę wkładał. Ale to nie mogło być. Przy ślubie nieumiejący języka mnich, musiał kardynała wezwać na pomoc. Przeciągnęły się nabożeństwa i koronacya dopiero w nocy się odbyła.
Nie mówię już o tysiącu pomniejszych przekorach i kłopotach, które króla na każdym kroku spotykały. Po nim, jak on zawsze bywał surowego i spokojnego oblicza, niewiele poznać było można, ale ludzie na dwór biskupi przynosili każdą plotkę, wiedząc, że kardynał się tem cieszyć będzie.
A co Kołek i Sroka i inni nadrwili się z młodej pani, z jej służby, ze strojów, z obyczaju, tego na wołowej skórze bym nie spisał.
Musiałem słuchać usta przygryzając, gdy mnie to w mojej miłości dla króla więcej jeszcze umocniało, widząc go niemal prześladowanym i zagrożonym.
Bo kardynał jak był nieprzyjacielem, tak pozostał nim, a im więcej się przekonywał, że króla nie zmoże, tym zapalczywszym się stawał.
Jednego wieczora u drzwi stojąc na straży, słyszałem gdy do Tęczyńskiego mówił:
— Bóg mi więcej dał niż zasłużyłem, wyniósł mnie łaską swoją do najwyższej dostojności kościelnej, przez długie lata władzę mi nad królem nieboszczykiem zlał, panem uczynił tego królestwa i wszystko to dziś na starość u schyłku zatrute tem, że jednego młokosa, któregom sam na tron ten wyniósł, pożyć nie mogę i dziś upokorzony, patrzeć jestem zmuszony jako po swej głupiej myśli rządzi się.
Pocieszał go wojewoda tem, że godnie walczył, że nie ustępował, żeć zwyciężyć się nie dał, ale pociecha była mała, bo kardynał nietylko sam panować chciał, ale rodzinie swej, synowcowi toż panowanie chciał zapewnić.
Ze wszystkiego co mówił wnosić było można, iż występując przeciw królowi biskup Zbyszek tak gwałtownie, miał na celu do niecierpliwości go przyprowadzić, do wybuchu, do porwania się jakiegoś zuchwałego przeciwko sobie i duchowieństwu. Rachował na gorącą krew młodego pana, ale się omylił, bo Kaźmirz płonął i bladł, jak ludzie mówili, ale taką zimną krew zachowywał, iż nią kardynała w pasyę wprawiał.
Postanowiono w tym roku poddanie się Prusaków przyjąć, do Prus ciągnąć, czemu kardynał także był przeciwnym i opierał się całą siłą napróżno.
Mało tego, że sam królowi na zawadzie stawał, ale z nieustannego publicznego narzekania na króla, iż Bóg za niego i grzechy jego Polskę klęskami nawiedza, w umysłach ludzi przekonanie się to ugruntowało.
Przyszedł mór na bydło, na ludzi, nieurodzaj, głód, wszystko to na króla składano.
Kaźmirz winien był wszystkiemu. Od przybycia Kapistrana już w umysłach niepokój się wziął, trwoga opanowała ludzi.
Święty mąż w rynku Krakowa każąc przepowiadał Polsce, że Turcy ją najadą, zajmą i że na tym samym rynku wielbłądy ich stać będą wkrótce. Zdobycie Konstantynopola świeże, o którem opowiadano, bo Greków dużo się naówczas po świecie rozproszyło, co na szturm ów i na śmierć pobożną Konstantyna patrzyli, i na Polskę trwogę rzucało.
Więc przepowiadali i inni straszny koniec a pomstę Bożą. Pobożny mąż Sędziwoj Sądek, modlący się przed obrazem Męki Pańskiej z wielką gorącością ducha, nagle widzenie miał straszne przyszłości i pieszo we włosiennicy poszedł do Brześcia, gdzie król podczas był, a tam w kościele wobec Kaźmirza po polsku kazanie prawił, nie wahając się królowi czynić wyrzutów, karcić go jak najwinniejszego i okrutną pomstę Bożą jemu zapowiadając, a z nim krajowi całemu.
Nietylko panu, ale potomstwu jego groził, a kazanie to gdy się po kraju rozeszło, że mąż był świętobliwy, przeciwko królowi ludzi podniosło.
Zdawało się, że tak ściśnięty i prześladowany ustąpi Kaźmirz, zwłaszcza iż pobożnym był zawsze a bogobojnym, przecież nic się nie zmieniło. Sędziwoj Sądek powrócił do Krakowa płacząc nad zatwardziałością.
Zbyszek kardynał, coraz więcej czując na tem, iż złamać uporu Kaźmirza nie mógł, choć mu się w Prusiech nie wiodło i długa wojna zapowiadała, począł chorzeć, niedomagać i na siłach upadać.
Już go nawet błaznowanie owo Kołka i Sroki nie zabawiało, zadumany siadywał, jakby nie słyszał co się wkoło działo.
Jakby umyślnie aby go rozdrażnić więcej, król naówczas żydom, którzy prosili o potwierdzenie dawnych swoich przywilejów, a jak mówiono znaczny za to podarek ofiarowali, w istocie dawne ich wolności na nowo przypieczętować kazał.
Znowu więc na niego urosła wrzawa i przepowiadano pomstę Bożą.
W wielkim poście, jak często był zwykł od zgiełku dla nabożeństwa się usuwać kardynał, i w Sandomierzu cichszym, czas jakiś na modlitwie spędzać, tak i teraz się tam wybrał. Brał ze sobą zwykle dwór niewielki, i jam też spodziewał się, że mnie podróż ta ominie, o co Pana Boga prosiłem. Stało się inaczej.
Strwożyłem się wielce, gdy stary Doliwa posławszy po mnie wyraźnie mi zwiastował, iż wola była kardynała samego, abym ja z nim do Sandomierza jechał.
Strach mnie ogarnął nie bez przyczyny, bo mi do seminaryum w Sandomierzu zapowiadanem było. Jeśli więc wieziono mnie tam, myślałem sobie, to nie dla czego innego, tylko aby zamknąć i do przyobleczenia sukienki zmusić.
Ani chorobą, ani niczem w świecie od wyraźnego rozkazu takiego wymówić się nie było można.
Posłusznym być musiałem, alem sobie w duchu rzekł, że gdy do ostateczności przyjdzie, raczej ucieknę w świat, niż się dam zamknąć do niewoli.
Dokąd mogłem się schronić, nie wiedziałem sam. Do Wilna bodaj, na dwór króla, któryby mi może opieki swej nie odmówił? Zresztą świat był szeroki, a ja w węzełku zaszytych miałem na piersi owych dziesięć sztuk złota, które mi się wydawały skarbem tak wielkim, jakby na całe życie starczyć mogły.
Zaczynało puszczać gdyśmy z Krakowa wyruszyli do Sandomierza, małemi dniami, po złych drogach, a jak to naówczas na najmniejszą rzecz zwracano uwagę, widząc w niej prognostyk jakiś, tak i przed tą podróżą dosyć nieszczęśliwych wróżb było.
Gdy kolebka biskupa z wrót podwórza wyciągała, padł koń jeden, a tylne koła o próg zawadziwszy wstrzymały wóz tak, że ludzie go podnosić musieli.
Dalej czasu podróży wszyscy widzieli, że stado kruków po prawej ręce naszej leciało ciągle i jakby towarzyszyło pochodowi.
Kardynał w drodze milczący był i niedomagał. Przybyliśmy dniem później niż naznaczono do Sandomierza, bo w kolebce pasy się porwały, koło rozsypało.
Mnie, com nigdy tu nie bywał, miasta i okolicy nie znał i nie widział, wydał się Sandomierz niewymownie smutnym i pustym. Mało co wypocząwszy, poczęliśmy przygotowywać się do spowiedzi wielkanocnej, gdyż do palmowej niedzieli tydzień tylko pozostawał.
Więcej czasu na służbie Bożej schodziło, niż na posłudze około kardynała, który też niemal cały dzień spędzał w kościele. Zrana msza po mszy wychodziły do południa. Potem śpiewanie pieśni i nieszpory do wieczora starczyły.
Ks. biskup choć widocznie cierpiący, smutny, słaby nie uwalniał się od kościoła. Wstawał zrana do modlitwy i trwał na niej do nocy, przed niedzielą palmową jednak zaniemógł tak, że doktór powołany, w łóżku mu kazał pozostać. Siły go nagle opuszczały.
Do ostatniej chwili jednakże nie zaniedbał swych kapłańskich obowiązków. Msza się odprawiała w drugiej izbie tak, że jej z łóżka mógł słuchać. Posłano po synowców i brata, dano znać do Krakowa. Lekarz milczał, ale z twarzy jego wyczytać było można, iż się strwożył. Wiek sam, a wielkie trudy jakie podejmował ks. Zbyszek siły wyczerpały.
Już się z łóżka nie ruszał, gdy Doliwa z rozkazu wyraźnego pana mnie do niego przyprowadził. Szedłem jak na ścięcie.
Odwrócił się ku mnie, popatrzył długo i odezwał się głosem zmienionym:
— Przywiozłem cię tu, abyś do szkoły duchownej wszedł i sukienkę wdział. Sierotą jesteś, bez ojca i matki, bez rodziny, nie masz nic lepszego do uczynienia, a Bogu podziękować powinieneś, że cię do siebie powołuje. Co na świecie lepszego spodziewać się możesz? W opiekę cię zdam, ucz się i módl.
To mówiąc i ani słuchać chcąc, czym co miał odpowiedzieć, rękę podniósł, pobłogosławił i snadź dał znak Doliwie, bo ten mnie natychmiast wziął pod pachę i uprowadził. Za progiem łzy mi się puściły dopiero.
Doliwa zaraz chciał do regensa mnie odprowadzić, ale po rękach go całując i prosząc wyjednałem to, ażebym do Wielkiejnocy przy dworze pozostał, na co choć niechętnie wreszcie zezwolił.
Nie zostawało mi nic nad jedną ucieczkę i najmocniejsze uczyniłem postanowienie uchodzić.
Tymczasem pogrzeb się przygotowywał zmarłego Koniecpolskiego, ludzie i duchowieństwo byli nim zajęci, choroba kardynała niepokoiła też i zaprzątała. Mało na nas zwracano uwagi.
Opatrywałem i obmyślałem środki, jakby się wymknąć ztąd niepostrzeżonym i ujść pogoni, którą nieochybnie wysłać za mną musiano. Nie znałem ani ludzi, ani kraju, anim najmniejszego nie miał doświadczenia. Bogu się potrzeba było polecić.
W niedzielę kwietnią zachorzał mocniej kardynał, okazało się jawne niebezpieczeństwo. W poniedziałek nie polepszyło się, owszem doktór znalazł, że ostatnia zbliżała się godzina.
We wtorek po kwietniej niedzieli, gdyśmy w kościele byli, i właśnie passyę śpiewano, postrzegłem wchodzących tych kilku co przy kardynale byli i z zakrystyi krzyż i lichtarze biorących szybko, a żywo coś między sobą szepcących.
W kościele, gdzieśmy stali, z ust do ust podawano sobie: kardynał nie żyje.
Gdym to usłyszał, zabrzmiało mi ono w uszach jakby wyrok na mnie wydany. Nigdy się lepsza zręczność nastręczyć nie mogła do ucieczki, jakby wszyscy żalem zdjęci przygotowaniami do pogrzebu wielkim żalem jakby ogłuszeni, na mnie zważać nie mieli czasu.
Upadłszy przed wielkim ołtarzem na kolana i pomodliwszy się gorąco do Boga, a rozpłakawszy nad losem moim, wymknąłem się z kościoła przez zakrystyę i wprost do izbym szedł, którą nas trzech zajmowało razem.
Tu jedną opończę tylko na siebie narzuciwszy, innej odzieży nie biorąc, bom się obciążać lękał, wśród zamięszania i gwaru jaki w podwórcu powstał, bo się już ludzie cisnęli posłyszawszy, że w dzwony pogrzebowe bito, wysunąłem się w ulicę i sam wcale nie wiedząc dokąd idę, na miasto się puściłem. Nieprędko ochłonąłem tak, żem myśli mógł zebrać.
Pieszo ucieczka wydawała mi się trudniejszą jeszcze, niż gdybym konia miał, ale do niego potrzeba było kulbaki uzdy i rzędu jakiegoś, a potem karmić go też po drodze. Chętniebym był jedną lub dwie sztuki złota z węzełka gdzieś pokryjomu dobył, aby mojego skarbu nie pokazywać i ważyłbym na kupno konia, alem ceny jego nie znał i nie wiedział gdzie go szukać.
Gdym tak pośpiesznie ulicą jeszcze szedł, nastręczył mi się mieszczanin, człek letni o kiju, z zapytaniem czy nie z zamku idę.
Odpowiedziałem potakująco.
— Prawda to, że kardynał zmarł? — zawołał przystępując do mnie.
Błysnęła mi myśl jakaś i odpowiedziałem prędko:
— Tak jest, a jam właśnie z tą wiadomością posłany do Krakowa, ale konia ani podwody mi nie dali i szukać ich muszę. Za podwodę najętą bym zapłacił, a no mi jej śpieszno bardzo potrzeba.
Zawrócił się skinąwszy na mnie stary i rzekł:
— Chodźcie za mną.
Tak na kłamstwo się odważywszy, dalej już w niem brnąłem, nie zważając na to, że choćbym podwodę do Krakowa dostał, na gościńcu wielkim łacno mnie ułapić mogą. Ale mi się w głupiej głowie przewracało.
Mieszczanin w drugą uliczkę zawróciwszy do dworka mnie zaprowadził, głośno wołając w podwórzu:
— Kulas! Kulas!
Ze stajni wyszedł na głos ten człek mały, z głową ostrzyżoną krótko, nakulewając na jedną nogę. Twarz miał plamistą, niedobrą, oczy niespokojne i wargę obwisłą, która go straszliwie brzydkim czyniła.
Począł mu mój mieszczanin o podwodzie prawić, a jam tylko jedno powtarzał.
— Składałem się tem, że o śmierci biskupa dać znać było zaraz potrzeba.
Kulas tymczasem konie swe chwalił i powiadał, że niemi bez popasu gotów po najgorszej drodze pięć mil robić.
— Na gościńcu — dodał — puściło do gruntu, alem nie głupi nim jechać. Ruszymy małemi dróżynami, które ja znam, gdzie jeszcze zamróz trzyma i droga twarda. Ani się opatrzycie gdy w Krakowie lotem staniemy.
Przyszło do targu, a jam ceny pieniędzy i podwody wcale nie znał. Spróbowałem tylko cenę zniżyć. Wdał się mój mieszczanin jako pośrednik, zgodziłem się na to co postanowił, alem wnet zaprzęgać kazał.
Miałem groszy kilka białych, które dałem zadatku. Wóz zaraz wyciągnięto i smarować go wziął się Kulas, a ja pod pozorem, żem nocnem czuwaniem strudzony był, siana sobie nasławszy, rzuciłem się na wóz, opończą nakryłem i... czekałem już co Bóg da.
Kulas mój, wnet parę koni wyprowadził, a mało poczekawszy, ruszyliśmy.
Gdym się znalazł w polu, na gościńcu, sam jeden, na łasce Bożej, nie wiedziałem czy się radować, trwożyć czy rozpaczać.
Kulas popędzał, ja choć leżałem sen mnie wcale nie brał. W początku wozy, ludzie, konni pomijali nas, a żem w głowie pogoń miał i strach okrutny, przypadałem na wozie, aby mnie jak najmniej widać było.
Strach to był próżny, gdyż jakem się później dowiedział, nie opatrzono się o mojej ucieczce, aż późno w noc, gdy się i nabożeństwo skończyło i wieczerza postna, do której mnie nie stało.
A nawet gdy hukano, wołano i szukano mnie napróżno, sądzono żem się gdzie w miasteczku obłąkał wybiegłszy, nie przypuszczając nawet, bym mógł uciekać. Jeden Doliwa, jak mi mówiono, głową potrząsał znacząco, ale jak gdyby nie miał ochoty zbytniej ścigać mnie, nie mówił nic.
Kulas tymczasem wiózł ku Krakowu bocznemi drogami, i pierwsze trzy mile konie szły dosyć raźno, ale ujechawszy je, popasać już musieliśmy, a dalej, choć woźnica krzyczał, poganiał, wiele obiecywał, wlekliśmy się bardzo powoli.
Obwiniał o to drogę i porę, bo według niego konie były zawsze najsłabsze na wiosnę, przez to, że leniały, a i ludzie też słabli w tych miesiącach, dla czego im krew puszczano.
Jechał powoli, ale za to mówił dużo, i gdybym był słuchał, wielebym się mógł nauczyć od niego, alem w głowie co innego miał.
Słowo się rzekło — do Krakowa, a dopiero teraz rozmyślanie przyszło: gdzie ja się tam podzieję, co z sobą pocznę, jak się ukryję, kto mnie przyjmie?
Jakby głos jakiś wewnętrzny naówczas szepnął mi, żebym się na dwór królewski i pod opiekę pańską się udał.
Jeśli nie sam, przez Gajdysa mogłem się przypomnieć, a gotówem był bodaj w stajniach przy koniach królowi służyć, niż gwałtem klerykiem zostać, coby mi wszelką nadzieję znalezienia rodziców odjęło.
Wiedziałem dobrze, iż suknię duchowną wdziawszy, posłuszeństwo ślubowawszy, już panem siebie być nie mogłem. Wreszcie, dlaczegom to uczynił, co mnie popychało, sam pono dobrze wówczas nie wiedziałem. Zrządzenie to było Opatrzności i losu mojego!
Com się nasłuchał Kulasa opowiadań przeróżnych, bo mu się gęba nie zamykała, tego nie spamiętam dziś, a no wiem, że śmiertelnie mi się długą wydała droga, z temi końmi co tak miały być nieznużone, a potem co chwila dla nich stawać było potrzeba, to żeby coś naprawić, to poić, to wytchnąć, to nakarmić, to by jakąś wątpliwość w uprzęży wyrozumieć.
Naostatek ukazał się, Bogu niech będą najwyższemu dzięki, Kraków, a jam ręce do modlitwy złożył. Zdawało mi się, żem już ocalony.
Kulas zajechał do gospody na Kleparzu, gdzie zwykle stawał i tu go opłacić przyszło, a z owej sztuki złota, którą osobno miałem nagotowaną mało co zostało.
Przybyliśmy późno wieczorem tak, że wątpliwem było, czy na zamku bram nie zastanę zamkniętych; przenocowałem więc na wozie w gospodzie, a jak dzień, nimby się ruch począł w mieście, wyszedłem postanowiwszy wprost się udać na zamek do Gajdysa.
W ulicach jeszcze ledwie się zaczynało ożywiać, gdym bramy przeszedłszy, naprzód do kościoła wstąpił, aby Bogu podziękować i prosić go o opiekę.
Wiedziałem, że o tej porze zwykle księża i wikaryusze, którzy na zamku nie mieszkali, udawali się na nabożeństwo, musiałem pilno się oglądać, aby który z nich nie zobaczył i zawczasu nie wydał. Udało się szczęśliwie wrota przebyć i wprost podążyłem ku stajniom, ale z sercem bijącem, bom nie był pewien, czy Gajdysa tam znajdę.
Znali mnie już tam niektórzy woźnice i od nich się dowiedziałem, że Gajdys wprawdzie był na miejsca, ale od wielu już dni leżał chory i źle o nim wróżono. Wskazano mi izbę małą, ciemną, gdzie na sianie wojłokami obwinięty biedaczysko wybladły i wynędzniały stękał.
Poznawszy mnie, z radością wielką się poruszył. Naówczas, gdy na twarz mu światło od drzwi padło, przestraszyłem się zobaczywszy tak zmienionym, że ledwie go poznałem. Żółty był jak wosk, skóra mu się pomarszczyła i oczy tylko strasznie połyskiwały. Nie dając mi mówić, począł jak w gorączce prawić, jak był nieszczęśliwy, że mu tu przyszło między obcemi chorzeć, a może i umierać. Płakał za Litwą swoją i Wilnem, za dworkiem, a tu mu wszystko się wydawało złe: powietrze, chleb, woda, ludzie. Mówił, że gdyby tylko mógł tam powrócić, na pewnoby wyzdrowiał.
Nierychło mi pozwolił przyjść do słowa i z kolei opowiedzieć, co się ze mną stało. Przestraszył się bardzo i załamał ręce.
Wstać i do króla iść prosić za mną nie mógł ani myśleć, bo się na nogach nie trzymał, użyć kogo za pośrednika powiadał, że nie było można, że on sam musiał mówić o tem z panem.
— Trzeba czekać — dokończył wzdychając. — Jeżeli Bóg da, że on tu zajrzy do koni i stajen, bo codzień chodzi do psów swoich, może się zwlokę do drzwi. Tymczasem siedź tu i czekaj rady innej nie ma.
Zostałem więc na usłudze przy chorym i w jego izbie sobie kul słomy położyłem, na co nikt nie zważał. Gajdysowi przy jakim takim dozorze, gdy było komu przynieść wody, ciepłej strawy, posłanie poprawić, okryć go ciepło, zrobiło się lepiej. I to pewnie pomogło, że miał z kim o Litwie mówić, bo teraz tylko o niej myślał, a Boga prosił, żeby tu nie umierać.
Po mojej podróży i strachu, jakiego doznałem, dwa dni leżałem u Gajdysa jak kłoda, gdy on mnie nie potrzebował.
Króla widać jakoś nie było. Chodził wistocie myśliwskie swe ogary patrzeć, bo te bardzo lubił, a do naszych stajni nie wstępował.
Sądziłem już, że mi przyjdzie ważyć się samemu zastąpić mu drogę, paść do nóg i prosić, aby wziął mnie w swoją opiekę, aż czwartego dnia... Gajdys, który głos jego dobrze znał, posłyszawszy, zerwał się i ku drzwiom pobiegł w samą chwilę gdy król przechodził.
Zobaczywszy go tak okropnie wymizerowanym król stanął. Gajdys się powlókł ku niemu i ostatkiem sił począł coś szybko mówić, do kolan się schylając. Poczciwy człek prosił tak za mną. Z za drzwi uważałem jak Kaźmirz się zarumienił mocno, zadumał, poruszył ramionami, stał jakby niepewny, co postanowi. Naostatek ręką zamachnął.
— Gdzie on jest? — spytał.
Gajdys zawołał mnie. Przybiegłem płacząc do nóg jego. Nie dał mi mówić, twarz przybrała wyraz surowy.
— Chodź za mną — rzekł krótko.
Wprost od stajen odszedłszy ku zamkowi, król skinął na stojące pacholę w barwie.
— Burczaka mi tu daj! — zawołał.
Staliśmy w pośrodku podwórca, król oglądając się do koła, obojętnie, ja za nim.
Z zamku wybiegł z siwą głową mężczyzna, starszy nad pokojowemi króla Burczak, z twarzą czerwoną, która od włosów posrebrzonych odbijała dziwnie.
Wskazał król mu na mnie.
— Weźmiesz to chłopię — rzekł — do moich pacholąt, pod szczególną opiekę. Sierota jest, którego ojciec mi niegdy służył.
Burczak się skłonił.
— Nie daj mu krzywdy czynić — dodał król — pamiętaj.
Burczak spytał na wpół mnie, wpół jakby woli królewskiej, pod jakiem imieniem ma mnie zapisać. Odwrócił się pan do mnie.
— Jaszkiem mnie zwano — zamruczałem — więcej nie wiem.
Na tem się skończyło, bo już król, jakby mu tego dosyć było, odwrócił się, a Burczak mnie z sobą ciągnął.
Do regestru mnie wpisali nadając imię Orfana, co miało znaczyć sierotę.
Tu jakie były początki mej służby dworskiej, opisywać nie warto. Wszędzie człowiek, nim się z nim oswoją i nim się on z ludźmi obędzie, musi przebyć wiele; tak też było i ze mną. Chłopcy w usługach króla, którzy tu już dawniej byli na dworze, obyczaj znali, kazali mi się wkupić różnemi posługami we względy swoje. Z początku nawet szło ciężko, aż gdy Burczak za mną się parę razy ujął, a i król dobre słowo rzucił, powoli się poprawiło.
Z królem a czasem za królową młodą chodziliśmy do kościoła, gdzie mnie z biskupiego dworu klerycy i księża poznali. Moja ucieczka była już głośną, a gdy się okazało, żem do dworu został przyjęty, nie dochodzono jak się to dokonało.
Obawiać się nie było już czego. Kardynał nie żył, nikomu, jak się mnie zdawało, nie szło o to, czem ja będę i gdzie się pomieszczę.
Roić więc sobie mogłem, że się dostanę choć za giermka później pomiędzy rycerstwo, do którego naówczas serce mnie ciągnęło.
Na dworze pańskim mogłem się przypatrzeć lepiej wszystkiemu, na co dawniej spoglądając z daleka, znałem więcej ze słuchu niż z własnego sądu.
Zdawało mi się, iż ze śmiercią kardynała skończy się ta wojna, którą on prowadził przeciw królowi, ale duch jego, który tak długo przewodził kościołowi, przeżył go. Tęczyńscy, Melsztyńscy, wielu z panów, wielu prałatów i kanoników tak samo się opornie stawili, nieufnie i zacięcie, jak za życia biskupa Zbyszka.
Oleśniccy, rodzina jego połączona z niemi węzły mnogiemi, przejednać się dać nie chcieli.
Król tak samo jak i w Gnieźnie i Przemyślu, na biskupów zalecił wybierać po swojej myśli, a po śmierci kardynała też do krakowskiej kapituły słał, aby Strzępińskiego obwołała. Stało się tak, ale na tym Kaźmirz się zawiódł.
Gdyby i śmielszy od niego po kardynale wziął krakowskie biskupstwo, byłoby mu je dźwigać ciężko. Kapituła była Zbyszkowska, w niej opór już się narowem stał. Biskup nowych dróg sobie torować nie mógł. Dlatego później trochę, gdy król od wszystkich kościołów zażądał sreber na wojnę przeciw Prusakom, Strzępiński choćby je był może rad dał jak inni, oprzeć się musiał, stanął twardo i wydania sreber odmówił.
Samo zaś to żądanie królewskie, aby duchowieństwo i kościoły przyczyniły się do obrony kraju, nowych mu nieprzyjaciół tylko przyczyniło. Poszło już we zwyczaj wszystko na króla zwalać, obwiniać go o każdą klęskę i co się złego stało przypisywać jemu.
Po śmierci kardynała gdy dzwon zwany Zbyszkiem urwał się i spadł, zaraz to wzięto za wróżbę pomsty Bożej, a gdy potem ów pożar, co się począł z domu płatnerza Tomasza, w popiół obrócił ulice Grodzką i Kanonną, kościoły śś. Piotra, Jędrzeja, Marcina i Magdaleny, kolegium jurystów i z górą sto domostw, powiadano, iż król był temu winien, bo żydom nadał przywileje.
Czasu tego pożaru mieliśmy i my na zamku strach niemały, bo gorzało silnie, a wicher niósł na zamek pozrywane dachów kawałki, i pilności trzeba było wielkiej, aby uchronić drewniane budynki, od którychby i inne się zajęły.
Trudno to spisać i opowiedzieć, na co się owych czasów patrzało i jak młody król miał wiele do przeniesienia, a z jaką on mocą ducha i cierpliwością wszystko pokonywał, nigdy się nie skarżąc.
Miał przy sobie małą wiernych gromadkę, która szła posłuszna mu gdzie wskazał, ale przeciwko sobie możnych panów, rycerstwa i duchownych daleko więcej.
Podporą i pociechą dlań była ta pani właśnie, o której czasu wesela głoszono, że król jej nie podobał sobie i narzekał, iż mu ją wyswatano.
Trzeba na nią patrzeć było, jak ona umiała nie rozdrażniając go, nie jątrząc ku nikomu, pocieszać, rozweselać, odwagi dodawać i jaki na umysł jego wpływ wywierała.
Gdyśmy z królem podróżowali nieraz, jeździli na zgromadzenia szlachty do Piotrkowa, do Brześcia, na Litwę, a napojono go żółcią i octem, aż litość brała, dopiero gdy się z królową połączył i ona mu otuchy dodała swem męztwem, odzyskiwał weselsze usposobienie. Pani była może uczeńsza niż niejeden kleryk, księgi czytywała chętnie, z ludźmi mądrymi rozmawiać lubiła, a miała dar taki ujęcia sobie wszystkich, iż jej nikt nie był nieprzyjacielem.
Do spraw krajowych nie mięszała się wcale na pozór, nie mówiła o nich, choć pono więcej warzyło jej milczenie, niż starej królowej matki namowy i prośby.
Ta bowiem pokoju synowi nie dawała, gorąco wszystko biorąc do serca, plotki wszelkie zbierając, podejrzywając ludzi, budząc trwogi, nakłaniając to do zgody, to do pomsty. Umysł miała taki i krew gorącą, która jej nigdy nie dawała spocząć. A ponieważ swojego czasu wiele czyniła i nawet kardynała umiała nakłonić na swą stronę, zdawało się jej, iż i teraz powinna królowi przewodzić. Szanował ją Kaźmirz i słuchał gdy mógł, ale był człowiek taki, którego przeciw jego przekonaniu nikt nie popchnął.
Zmilczał a swoje zrobił.
Zręczniejsza daleko młoda królowa wiedziała co można i trzeba, a że kochała męża, myśli też jego podzielała.
Król jednego dnia nie spróżnował nigdy, a jeśli miał spocząć, jechał na łowy zaraz, bo je bardzo lubił. Najmilszem mu było, gdy się mógł na Litwę dostać, ale go ztamtąd zaraz zazdrośni Polacy odwoływali. Wyrywano go sobie, bo Litwa już oskarżała, że nadto Polsce się oddawał, a tu znajdowano, że za mało.
W tym roku po zjeździe w Korczynie, gdyśmy z królem i z królową na Litwę jechali, przyszła wiadomość, że pobożny Jan Kapistran zmarł na Węgrzech, po którym żal był wielki, ale go zaraz świętym okrzyknięto.
W Krakowie potwarz na króla nową rzucono za sprawę, do której on się nie mięszał wcale: Mikołaj z Turska, który się zwał scholastykiem krakowskim, z bratem swym stryjecznym Mikołajem z Gnojnik, też kanonikiem, zadarli się z kupcami tutejszemi. Mieszczanie im dowodzili, że sobie potajemnie aksamit i pieniądze jakieś przywłaszczyli.
Sprawa się stała głośną; mieszczanie wiedząc może, iż król z duchownemi w wojnie był, więcej sobie pozwalali niż kiedy. To być może. Odgrażano się na duchownych tych, a zamiast się udać z niemi do sądu duchownego, postanowiono obu obwinionych ułapić.
Oba Mikołajowie ci w klasztorze św. Franciszka przebywający, zasłyszawszy o tem, uciekli. Poczęto ich szukać, śledzić i 14 lutego w poniedziałek ująwszy w kryjówce, publicznie na ratusz zaprowadzono.
Zuchwali sędziowie na stan i suknię nie zważając, wnet na męki ich dali, aż się do pieniędzy i aksamitów przywłaszczonych przyznali.
Dowiedziała się kapituła, gwałt uczyniono ogromny, aby ich odzyskać. Króla w mieście nie było.
Mieszczanie ani słuchać chcieli posłańców kapituły. Zbyli ich ni tem, ni owem.
Ani się śniło nikomu, ażeby się ważono karę domierzyć. Tymczasem gdy kapituła woła i protestuje, rajcy nazajutrz rano do bramy Florjańskiej wyprowadzić kazali obu i mistrzowi ich ściąć, a tamże w miejscu pogrzebać.
Nigdym tak zburzonego miasta nie widział, jak tego dnia, gdy się to dokonało. Zuchwalstwo mieszczan było bezprzykładne, zmyślono więc, że król sam rozkazał ściąć winowajców, choć się on do tej sprawy nie mięszał, a mieszczanie się tak zawinęli żywo, że czasu nie było coś począć.
Nikt też nie przypuszczał, ażeby się na to ważyli.
Zaledwie się to stało, pod wieczór już kościoły wszystkie na mieście zamknąć kazał biskup, popieczętować, dzwony umilkły, nabożeństwa ustały.
Na rajców, ławników i mieszczan klątwę rzucono.
Dopiero się oni pomiarkowali ochłódłszy, iż popełnili przestępstwo wielkie i że duchowieństwo przebłagać należało. Osobliwie niewiasty pobożne, chorzy, do których spowiednika nie można było uprosić, ani chrztu, ani wesela, ani na śmierć wiatyku, poczęli lamentować.
Miasto przybrało żałobną postać. Gdy król potem powrócił, a rajcy szli do niego z prośbą, aby się przyczynił za niemi, rzekł im krótko.
— Samiście piwa tego nawarzyli, musicie go wypić. Ja jakom o tem nie wiedział wcale, tak i wiedzieć nie chcę. Wiem, iż mnie też oskarżają o wspólnictwo z wami, nie chcę, aby się ta potwarz potwierdziła.
Musieli więc mieszczanie sami do biskupa iść, ale ten z niemi mówić nie chciał. Dopiero nierychło w poście, gdy panów i króla sobie zjednali rajcy, a duchownych ujęli i skruchę okazali, interdykt zdjęto i kościoły otworzono.
Dnia tego, choć w poście, radość była wielka i świątynie wszystkie ludem się przepełniały.
Pod koniec roku jechaliśmy na Litwę z królem i królową, już po narodzinach pierwszego syna Kaźmirzowego, z którego przyjścia na świat radość była wielka.
Piękniejszego dziecięcia, jak powiadali wszyscy, oczy ludzkie nie oglądały, a gwiazdziarze, którzy zaraz wróżyli z tego w jakim się znaku i konjunkturach narodził, powiadali, że miał panować szczęśliwie nad wielu krajami, co się po części sprawdziło. Dano mu imię Władysław, tak dla dziada, jak dla brata.
Odprowadziwszy na Litwę króla, gdy do Gdańska miał jechać, nas dwór swój większy nazad do Krakowa wyprawił. Jam był tak szczęśliwy, żem uzdrowionego Gajdysa odwiózł i znowu ten dworek zobaczył, w którym mi moje dzieciństwo upłynęło.
Tak mi ono żywo przed oczyma stanęło, i ta matka, która mnie tu dzieckiem do łona swego przyciskała, iż z Gajdysem mało nie codzień mówiłem o niej, twierdząc, iż jeśli żywą jest, nie mogła tej miłości dla dziecka się wyrzec i upomni się o mnie pewno.
Pamiętam, że stary naówczas głową potrząsając, odpowiedział mi:
— Zawiedziesz się na tem... Nic ja nie wiem, ale, jeśli żywą jest, więcej się ona dziś może lęka ciebie i radaby pozbyć, niż myśli miłować... Ale ty tego rozumieć nie możesz... Tyle ci powiem, abyś jej nigdy nie szukał i o nią nie pytał... Nawet macierzyńska miłość może się zmienić w nienawiść.
Nie czując się winnym w niczem, zakrzyknąłem, iż to być nie może, a nie przeczuwałem tego, co mnie wkrótce czekać miało i spotkać.
Tu ze smutkiem i boleścią przychodzi mi przystąpić do opowiadania terminu życia mojego, który gdyby nie był prawdziwym, wydałby się mnie samemu do prawdy niepodobnym.
Wszystko to jednak, co mam spisać o owych czasach, nietylko zmyślonem nie jest, ale w pamięci mej słabiej się dziś maluje niż było.
Z Wilna część dworu odprawiwszy król, nas też pacholąt kilku wysłał z Burczakiem. Pilno nam w powrocie nie było, więc małemi dniami ciągnęliśmy, niekiedy przystając i odpoczywając.
A że Burczak wcale dla nas surowym nie był, nam zaś w głowach młodych szalało, całą więc drogę tak przebyliśmy wesoło, ochoczo, przy porze pięknej, że rozkosz była o niej wspomnieć, a gdyśmy się ku Krakowu zbliżyli, niemal się serce ścisnęło.
Na zamku pustki wielkie znaleźliśmy, robić też nie było co, mogliśmy się zabawiać w podworcach uganiając, dziryty rzucając, z łuku strzelając, koni próbując, a swawole młode wyprawiając.
Burczak pod czas i na miasto nas puszczał, z tem tylko, abyśmy powracali nim wrota zaprą, z czego ja korzystałem znajomych moich odwiedzając, czasem do ks. Jana zachodząc, bom go jak ojca miłował.
Dnia jednego gdym powracał już na zamek pod wieczór, patrzę naprzeciw mnie kroczy Sliziak, którego już dla niedźwiedziego zarostu byłbym w piekle poznał, a wstręt miałem do niego.
Byłbym go rad uniknął i minął, ale zobaczywszy mnie drogę zaparł.
— Jam was już na zamku szukał! — odezwał się witając mnie i przypatrując mi.
— Dziękuję wam za to — rzekłem wesoło — jeżeliście się chcieli dowiedzieć jak mi się powodzi, pochwalić się wam mogę, żem Bogu dzięki do najlepszego pana się na dwór dostał i mam trochę łaski u niego.
Sliziak namarszczywszy się począł mnie badać, a jam tak głupi był, żem powoli chwaląc się wyśpiewał przed nim wszystko, bardzo się tem czwaniąc, że król mi szczególną okazywał łaskę.
Jeszczem nie dokończył opowiadania, gdy na zamku otrąbywać zaczęto zamykanie wrót, pożegnawszy go więc pobiegłem co żywo.
Nazajutrz Sliziak na zamek się przywlókł do mnie jakoś pod wieczór. Zasiedział się, zagadał i gdy już mrok padał, namawiać mnie począł, abym go do gospody odprowadził i wina się z nim osłodzonego napił.
Tak natrętnym był i nalegającym, żem się w końcu zgodził na to, nie zważając na późną godzinę. Zeszliśmy na miasto do jakiejś gospody aż na Kleparzu, do której przybywszy, to tylko dostrzegłem,, iż wóz kryty jeden stał zaprzężony, a konie posiodłane, jakby Sliziak się wybierał pod noc w drogę.
Weszliśmy do izby, gdzie nam wina zasłodzonego wistocie podano we dwu kubkach. Choć słodycz czułem w nim, ale z jakimś smakiem takim zmięszaną, że mi nie szło przez gardło. Sliziak pił i mnie koniecznie zmuszał. Wychyliłem prędko kubek mój, nalał mi drugi, próżnom się wypraszał.
Jeszczem go nie dokończył, gdy poczułem w głowie zawrót jakiś i senność, aż mi się wstyd zrobiło. Czoło pocierałem rękami, oczy otwierałem siłą, kleiły mi się dziwnie.
W końcu straciłem przytomność zupełnie i anim już wiedział, co się zemną działo. Kamiennym jakimś snem usnąłem.
Gdy mi znowu zmysły powracać zaczęły, dziwnem mi się to wydało, żem czuł iż leżę, a łoże ze mną na różne strony się przewala i waży. Z trudnością powieki nieco otworzyłem, ciemność panowała dokoła. Chciałem ręce podnieść i uczułem, że mocno były skrępowane.
Strach nadzwyczajny mnie ogarnął, nie wiedziałem co się dzieje ze mną, ani gdzie jestem. Nie mogłem przypomnieć sobie, jak się tu dostałem. Powoli do przytomności powracając, dorozumiewałem się, że mnie wieziono skrępowanego na wozie, a i usta miałem zawiązane tak, abym oddychać tylko mógł, nie krzyczeć...
Wóz zewsząd szczelnie zamknięty nie dopuszczał widzieć nic... przy mnie nie było nikogo. Słyszałem tylko tentent kilku koni, które zdawały się tuż iść, dokoła otaczając kolebkę.
Przypomniałem sobie, okrutny ból głowy czując coraz mocniej, jak mnie niepoczciwy ten Sliziak ściągnął z zamku do swej gospody i winem poił.
Co ze mną potem uczynił i dla czego związał i wiózł... tego pojąć nie mogłem. Byłem pewnym, że na śmierć wieziono mnie... aby się pozbyć... i przyszły na myśl przepowiednie starych Gajdysów.
Na odwadze i sile mi nie zbywało aby się ratować, lecz popróbowawszy więzy targać, przekonałem się, iż tego nie dokażę. Byłbym może je zębami rozgryźć się starał, ale usta miałem zawiązane.
Krzyknąć chciałem, a chusta głos mój tłumiła.
Jak dawno wywieziono mnie z Krakowa i jak długo podróż ta trwała — wyobrażenia nie miałem. Przez skóry, które wóz zewsząd osłaniały, przeciskało się bledsze, jakby wieczorne albo ranne dnia światełko. Głowę miałem rozbolałą i ciężką, ale sen już mnie nie brał, a łzy się z oczów lały.
Po niejakim czasie stanął wóz, rozsunęły się skóry nieco, doszło mnie powietrze świeże i głowa w żelaznym hełmie pochyliła się nademną. Nie był to Sliziak, ale człek nieznany mi zupełnie. Zobaczywszy, że oczy mam otwarte i twarz od krwi nabrzękłą, pogroził mi naprzód, zmarszczywszy brwi, a potem chustę mi od ust odjął.
— Milczeć! — rzekł groźno — a nie, to cię ubiję.
Zawołałem prosząc wody, ale głos miałem tak słaby, że ledwie dosłyszał. Zasunął skóry znowu, powtórzywszy mi, abym milczał i poszedł. Wkrótce powrócił z kubkiem wody i napoił mnie, nie rozwiązując. Zacząłem jęczeć i narzekać... kazał milczeć. Ulitowawszy się jednak, na rękach mi cokolwiek sznurów popuścił.
Wóz stał, snać konie popasały. Zdało mi się, że nad ranem być musiało. Ludzi kilku krzątało się dokoła, słyszałem rżenie koni.
Po niejakim czasie ten sam, który mi wodę podawał, wrócił... zajrzał znowu do mnie i spytał, czy jeść nie chciałem. Nie myślałem wcale o jedzeniu, czułem się chory i znękany, nie pojmując, co się stało ze mną i co mnie czekało.
Zacząłem go pytać... ale wnet mi usta zamknął, nakazując milczeć i grożąc.
Po krótkim wypoczynku usłyszałem, jak zaprzęgano znowu konie i wóz ruszył. Jechaliśmy tak cały dzień następujący, a ja ze zmęczenia, strachu i smutku uczułem się tak chorym, żem pod wieczór stracił przytomność. Przypominam sobie tylko, że ludzie się około mnie krzątali, rozwiązali, położyli wygodniej, mówili coś do mnie, poili wodą, podnosili głowę, która straszliwie bolała, a w końcu jeden z nich na wóz siadłszy, trzymać mnie musiał, bom się w gorączce rzucał i wyrywał.
Jak przez sen, widziałem nieznane twarze wąsate, ludzi jakichś... potem ciemności tylko i boleści pamiętam wielkie.
Gdym przytomność odzyskiwać poczynał i otworzywszy oczy mógł rozpoznać co się ze mną działo, znalazłem się na łóżku w małej izbie sklepionej. Stara kobieta z kądzielą w ręku, przędąc i drzemiąc, siedziała nademną.
Izba, w której się znajdowałem, dosyć czysta, otoczona ławami, w ścianach murowanych miała mnóstwo szaf i półek. Przy łóżku mojem był stół a na nim miski, kubki i garnuszki. Naprzeciw spostrzegłem kilka wychodów idących w górę ku drzwiom głęboko w mur wpuszczonym. Jedno okno zakratowane, wysoko wpuszczało światło.
Dokoła cisza była grobowa, tylko wrzeciono w rękach staruszki siedzącej przy mnie chwilami warczało.
Zwolna zaczęło mi się w głowie wyjaśniać, przypomniało coś... porwanie, podróż, Kraków. Westchnąłem mocno.
Natychmiast baba siedząca przy mnie odstawiła kądziel, wzięła kubek i chciała mnie poić... ale odepchnąłem napój.
Schylona przypatrywała mi się długo, mrucząc coś. Po chwili zapytała, czy głodu nie czułem. Ja sam jeszcze nie wiedziałem w tem przebudzeniu, do życia czego mi było potrzeba.
Zacząłem od pytania — gdziem był, co się ze mną działo, bo to najpilniejszem było. Nie dała mi mówić nic, a odpowiadać wcale nie chciała. Z kolei podawała kubek, przyniosła z komina w kącie miskę z polewką mięsną i chleb, pokazując mi je... a widząc, że nie chcę nic, siadła spokojnie prząść, nie spuszczając mnie z oczów.
Po krótkim namyśle jednak, postawiwszy kądziel, wdrapała się na wschodki ku drzwiom i wyszła, zamykając je za sobą. Zostawszy sam, śmielej się począłem rozpatrywać po izbie, spróbowałem podnieść się nieco, alem był tak osłabły i zbolały, że zaraz nazad na łóżko opadłem.
Baba po niejakim czasie wróciła i przyszła kusić mnie znowu jedzeniem tak, że nareszcie polewki się napiłem trochę, co mnie pokrzepiło; ale potem sen przypadł znowu, i nie wiem, jak spałem długo.
Zdawało mi się, że czasu tego snu szeptano nademną i pochylano się, alem przebudzić się nie mógł.
Nierychło dopiero otworzyłem oczy, czując się silniejszym nieco i głodnym. Stara baba owinięta w płachtę opodal siedząc, spała w kącie, a przy niej garnek stał z łyżką. Przez okno otwarte wchodziło świeże powietrze i promień wesoły słońca. Za niem słyszałem świergotanie ptaszków.
Podniosłem się na łóżku. Wtem i stara się przebudziła, oczy przetarła, a zobaczywszy mnie siedzącym, przyszła pośpiesznie. Nie opierałem się już teraz jedzeniu i przyjąłem miskę mi podaną z polewką i trochę mięsa. Chleb też mi smakował.
Stara pogłaskała mnie po głowie, wskazała, ażebym leżał, i na moich kilka pytań tylko niezrozumiałem odpowiedziała mruczeniem.
Siły mi teraz jakby cudem powracały, ale straszny niepokój i nieświadomość mojego losu dręczyła.
Ani tego dnia, ani następnego, oprócz starej, co mnie pilnowała, nikt nie przychodził. Od baby nic się dopytać nie było można. Służyła, karmiła, poiła, pilnowała... ale na pytanie odwracała głowę i niecierpliwie nakazywała milczenie.
Po tych dwu dniach zapragnąłem z łóżka wstać. Baba się nie sprzeciwiała, sama zaś wyszła precz i słyszałem, jak drzwi za sobą na zamek spuściła.
Przyodziałem się pośpiesznie, chcąc wyjrzeć, aby zmiarkować gdzie się znajdowałem... okno jednak tak było wysoko, że do niego się dostać nie mogłem. Izba choć nie tak była nędzną, jak więzienia, ale czyniła mi więzienne wrażenie.
Za co mnie tu zamknięto! jak to długo trwać miało? Bóg jeden wiedział. Siadłem płakać na wschodkach do drzwi zamkniętych wiodących, gdy te się otworzyły i w nich się Sliziak pokazał.
Wstałem wpuszczając go i rzuciłem się nań, wybuchnąwszy płaczem.
— Coś ty zrobił ze mną? za coś ty mnie niewolnikiem uczynił? Co ja ci winienem?
We wzburzeniu tem począłem mu nawet grozić.
— Ty nie wiesz, że sam król się mną opiekował, żem miał u niego łaskę wielką. Szukać będą za mną i nie ujdzie bezkarnie.
Sliziak moich wymówek słuchał zupełnie spokojnie.
— Hm — rzekł — tyś sobie sam tego nawarzył, ty sam. Więcej ci nie powiem, bo to do mnie nie należy. Sługą jestem, robię co mi kazano. Nie burz się nadaremnie i nie zrywaj, bo to nic nie pomoże. Siedzieć tu musisz, taka twoja dola.
A po chwili dodał szyderczo, jakby na wpół sam do siebie.
— Kto to wie? może dlatego właśnie, że król na ciebie łaskaw, spotkała cię ta niewola. A no... siedź i nie rwij się darmo, bo wyjść nie możesz. Mury grube.
Zacząłem płakać, rzuciwszy się na ławę. Nic to nie pomogło, Sliziak obojętnie patrzał i powtarzał.
— Głupi.
Wyszedł w końcu, ale za sobą drzwi nie zasunął. Zmiarkowawszy to, zaledwie miał się czas oddalić, rzuciłem się ku nim. Otwarły się. Za niemi był korytarz pół-ciemny z małemi okienkami, jak strzelnice, a obok izby, w której ja siedziałem, dwie do mojej podobne. Z korytarza wyjście znalazłem zaryglowane i to mi wytłómaczyło, dlaczego drzwi moich Sliziak na klucz nie spuścił.
Z tych izb sklepionych, jak moja, jedna wyżej leżała, niżej druga. W pośrodku znajdowała się ta, w której mnie osadzono. Z wyższej, pustej, że okno w niej niższe było, wychyliwszy się mogłem zobaczyć cokolwiek. Mur był z kamieni i cegły bardzo wysoki, spadający w głąb’ zarosłą krzakami, między któremi woda przebłyskiwała.
Głębina ta ciągnęła się szeroko, a naprzeciw widać było brzeg kamienisty, odarty, nagi góry jakiejś drzewami zarosłej. W prawo i w lewo mur tego zamku, gdyż poznałem, że to było zamczysko wielkie... rozciągał się daleko, a potem zaginał i na rogu sterczała jakby wieżyca, której tylko stopy mogłem dojrzeć.
Pod oknem, jak przepaść czarna, wydawał się ów przekop, w którym mruczenie płynącej wśród krzaków rzeczki dosłyszeć było można.
Na brzegu przeciwnym gęsty las, piękny, stary, nie ukazywał ani śladu ludzkiej stopy. Puszcza jakaś była dzika. Gdym oknem wydobywszy głowę przysłuchiwał się, czy na tym zamku nie pochwycę jakiego głosu, znaku życia, ruchu... oprócz szmeru rzeczułki w dole, nic nie mogłem usłyszeć. Głuche, straszne milczenie panowało dokoła.
Ponieważ z mojej izby do okna nie było przystępu, a tu przynajmniej choć drzewa mogłem widzieć i kawałek nieba, nie chciało mi się oderwać od tego widoku.
Tu mnie zwieszonego w oknie otwartem zastała baba i gwałtem prawie do izby pierwszej odprowadziła, choć prosiłem się jej, abym tu mógł pozostać.
Ten tylko pojmie, co to jest niewola w młodych leciach, gdy człowiek ruchu, swobody, powietrza potrzebuje, kto był jej w tym wieku pozbawiony.
Skazanym być na bezczynność i milczenie, na półdziecku, nawykłemu do biegania i do wesołych towarzyszów, śmierci się równa.
Stara pilnująca mnie, czy z natury była milczącą, czy też miała sobie nakazanem, aby nie rozmawiała ze mną, na natrętne pytania odpowiadała znakami niecierpliwości, gniewu i groźbami.
Służyła chętnie, ale potem zatapiała się w swej kądzieli i wpatrzona w nią, zdawała się do niej coś szeptać, z nią się pieścić. To jej starczyło.
Sliziak też nie przychodził; siedząc po całych dniach, drzemiąc i płacząc, zdawało mi się, że tak marnie zczeznę w tem więzieniu. Miałem nożyk u pasa, który się znalazł, począłem z drzewa przynoszonego do komina strugać, ale com wyrzeźbił, tom ze złości kruszył. Baba nawet do drugiej izby, do okna; gdym się jej prosił, nie puszczała.
Przeszły tak dni kilka. Przyszedł wreście Sliziak. Mnie z tej rozpaczy myśli najróżniejsze po głowie się snuły. Z nudów mi się przypominało, jakem w Rzymie u Dominikanów widział braciszków kaligrafujących i malujących rękopisma. Naówczas patrzałem na to ich zatrudnienie z politowaniem; ale teraz zdawało mi się, że szczęsliwym byłbym, gdybym choć to mógł robić, a czemkolwiek dni długie jak wieki skrócić.
Wpadłem na Sliziaka zaraz, że jeźli mnie uśmiercić nie chcą, choć oknem na świat powinni mi pozwolić wyglądać z drugiej izby, a potem zażądałem inkaustu i choć papieru, aby z nudów nie zdechnąć. Stary mruk wysłuchał tych moich próśb cierpliwie, nie odpowiedział nic, popatrzył na mnie, znajdując, że mi zdrowiej z oczów patrzyło... i poszedł, nic nie przyrzekając. Znowu dzień upłynął jak pierwsze. Sliziak dopiero trzeciego nadszedł. Izby zamienić nie chciał, ale czasem do okna pójść pozwolił. Nie było niebezpieczeństwa, bo pod nim głębina okrutna się znajdowała, a w niem krata wmurowana w kamienie, gruba i mocna sterczała. Najwięcej mnie jednak uradowało, że inkaust i papier obiecywał, a nawet księgę jakąś do przepisywania. Ale kiedy to miało przyjść, nie mówił.
Nigdym wielkiego ani do ksiąg, ani do pisania, ani do siedzenia za stołem pociągu nie miał... ale teraz com mógł czynić??
Na tę obietnicę Sliziaka bardzo czekać musiałem... ani skutek jej, ani on się nie pokazał. Natomiast przygodziło mi się coś takiego, co mnie i strachem i ciekawością o mało znów nie przyprawiło o chorobę.
Nie mając co czynić, po całych dniach na ławie siedząc, to na łóżku polegiwając, często drzemałem godzinami, a gdy przyszła noc, sen albo mnie odbiegał, albo był tak niespokojny, że lada najlżejszy szelest rozbudzał.
Wśród tych milczących murów pustych, gdy przyszły ciemności, nadeszła noc, trwogi się budziły czasem nieopisane, jakichś zjawisk, o których się nieraz nasłuchało. Przywidywało mi się, żem słyszał jęki, że mnie dochodził dźwięk kajdan z głębi tego parowu, który widziałem z okna. Budziłem się, krzycząc i lękając jakichś widm, szatanów i upiorów. Dopiero nad ranem, gdy świtało, zasypiałem snem twardym.
Jednej nocy, kiedym leżał w tych męczarniach; zdawało mi się, że w istocie w korytarzu chód słyszę, potem u drzwi szelest widzę i światełko. Otwierają się one. Na wschodkach postrzegam wysoką, całą obwieszoną zasłoną postać, w sukni długiej, z lampką w ręku.
Krzyknąłem przeraźliwie, baba się zbudziła i zerwała; postrzegła wchodzącą i przybiegłszy do mnie, zasłoniła mi usta ręką.
— Milcz! milcz! — poczęła groźno.
Wolnym krokiem widmo to zaczęło się zbliżać ku mnie. Lampkę postawiło na stole.
Nie mogłem rozpoznać ani twarzy, ani nawet postawy, bo cała była owinięta chustami, a głowę miała tak osłonioną, iż rysów wcale widać nie było.
Drżałem cały ze strachu. Baba dawała mi znaki a sama stanęła, jakby na straży. Widząc, że ta stróżka moja w zjawisku nic nadzwyczajnego nie widziała i ja się uspokoiłem nieco. Zwróciłem oczy na zakwefioną niewiastę, gdyż ze wszystkiego widać było, iż nią być musiała.
Nic nie mówiąc, podniosła ona lampkę ze stołu i oświeciła nią twarz moją, popatrzyła długo i zerwała się z jakąś grozą i oburzeniem. Wstała z ławy i odeszła zadumana. Chwilę trwało to... widziałem ją jakby w osłupieniu stojącą.
Ochłonąwszy nieco, dopiero teraz zmiarkowałem, że może ta niewiasta straszna los mój miała w swym ręku.
Nie odzywała się do mnie.
Wyciągnąłem ręce i począłem jęczeć.
— Za co mnie więzicie? za co zabijacie? Nikomum w życiu złego nie uczynił nic. Com wam winien!
Tupnęła na to niecierpliwie nogą. Nagle jakby jej myśl przyszła jakaś, rzuciła się ku mnie, na mnie. Chwyciła za gardło i nim się mogłem zasłonić rękami, porwała na szyi wiszący krzyżyk, dany mi przez matkę, usiłując go zerwać.
Był to największy w świecie skarb dla mnie, któregom bodaj życiem bronił. Zaledwiem się domyślił, czego chciała, gdy tak gwałtownie oparłem się jej i począłem odpychać ją, że nareszcie ustąpić musiała.
W czasie tego krótkiego pasowania się ze mną, na które przestraszona baba patrzyła z załamanemi rękami, słowo się jej z ust nie wyrwało. Czułem tylko oddech gorący i jakby zębów zgrzytanie.
Wyrwawszy się z rąk jej, uciekłem w przeciwny kąt izby. Popatrzyła na mnie, chwyciła lampkę i wyszła, trzaskając drzwiami.
Długo potem przelękły uspokoić się nie mogąc, nie szedłem do łóżka. Obawiałem się jakiej zdrady, podstępu, gwałtu, a krzyżyka mojego postanowiłem bronić, choćby życie stracić przyszło.
Rozedniało jednak, nie zjawił się nikt i nocna owa przygoda wydała mi się po dniu jak zmora jakaś senna.
Następnego dnia przyszedł Sliziak. Niósł z sobą co przyobiecał: papier, inkausty, pióra i gruby rękopism, do którego poskoczyłem ciekawością zdjęty. Były to objawienia św. Brygitty, które już u ks. Jana widywałem.
Ledwiem począł się skarżyć Sliziakowi na napaść nocną, gdy mi wnet zamknął usta.
— Śniło ci się — rzekł — milcz.
Nie dał mi mówić nic, wyszedł precz.
Następnej nocy anim się kładł, anim myślał spać; na kominku przyłożyłem ognia, aby się cokolwiek świeciło i siedziałem w trwodze, czy to straszne widmo znowu mi krzyżyka nie przyjdzie odbierać. Ale noc długa przeszła spokojnie. Wrażenie strachu tego zwolna się zacierać zaczęło.
Wziąłem się do czytania naprzód objawienia św. Brygitty. Nie szło to łatwo, bo rękopism był drobnemi głoskami pisany ze skróceniami, a jam wprawy wielkiej nie miał. Ale już po kilku dniach postrzegłem, że mi coraz zaczynało iść lepiej.
Z papieru miałem tę korzyść tylko, żem zamiast pisać na nim, przypomniawszy sobie widziane w Rzymie rysunki, które młodzi mnisi na marginesach barwami różnemi i złotem wykonywali, choć nie miałem innych farb oprócz rubrum i inkaustu, i ja też próbować począłem piórem nakreślać. Niezgrabnie to szło, ale ptaszki i kwiatki po dziecinnemu mazać próbowałem. Czas przechodził. W rękopiśmie objawień było kilka liter wielkich malowanych, a każda księga w nagłówkach miała malatury i marginesy. Siedziały też na nich ptaszki na gałęziach i kwiaty różne się plątały, razem z godłami Męki Pańskiej. Wziąłem się do naśladowania tych rysunków.
Ja, com się tak dawniej wszelką kancelaryjną robotą brzydził, teraz Panu Bogu za nią dziękowałem. Czytanie też św. Brygitty przeniosło mnie jakby w świat inny. Uczułem się lichym i maluczkim, choć nieszczęśliwym, lecz gdybym najwięcej cierpiał, nie godziło mi się narzekać na dolę moją, porównywając ją z męczeństwem samego Boga. Poznałem naówczas, jak wielkiem dobrodziejstwem księga być może. Sliziak dawszy mi raz, o co prosiłem, ani się pokazywał więcej. Zjawisko też owo nocne nie powróciło.
Miałem na myśli teraz, gdyby stary przyszedł, odezwać się do niego z tem, że przecie winowajcom nawet Mszy św. słuchać i spowiadać się dozwalają, za cóżbym ja miał tej pociechy być pozbawionym? Obrachowywałem sobie, że do kościoła jadąc, czy idąc, mógłbym sobie może radzić, a księdzu na spowiedzi skarżyć się na ucisk.
Lecz Sliziak się nierychło zjawił. Zdawało się, jakby o mnie zapomnieli wszyscy. Stara nawet, która mi posługiwała, na klucz mnie zaparłszy, szła precz, a jedzenie tylko przynosiła. Nocą zaś w innej izbie się kładła od niejakiego czasu.
Nadeszła zima. Nic się nie zmieniło. Ale jak człowiek do wszystkiego w świecie nawyka, na wszystko powoli obojętnieje, tak i ja w tej niewoli mogę powiedzieć, odrętwiałem.
Zjawił się w końcu Sliziak o kiju, zgarbiony, jakby z choroby ciężkiej dopiero wstał. Prawie go z radością powitałem, choć nienawidziłem człowieka tego, widząc w nim przyczynę wszelkich nieszczęść moich.
Zaledwie siadł, gdym rozpoczął to, do czego się przygotowywałem, żądając kościoła i księdza.
Było to tak słusznem i naturalnem, iż słowa przeciw nie umiał znaleźć.
Gdym naglił i naciskał, zamruczał:
— Jam tu nie pan, ja robię co mi każą; nie mogę nic.
— Powiedzcież o tem tym co mogą! — zawołałem. — Zabić na ciele może kto się Boga nie boi, ale na duszy zabijać straszniejsza odpowiedzialność jeszcze, za to rozgrzeszenia nie ma.
Stary zbył mnie milczeniem.
Zdaje się, że wysłanym był, aby odemnie rękopism objawień odebrać, alem powiedział wręcz, że nie dam póki innego mieć nie będę.
Sliziak, który jak sam się przyznał, w istocie z choroby powstał dopiero, obojętnym jakiś był, zastygłym, nie sprzeczał się. Wysłuchał com mówił, głową trząsł, poziewnął kilka razy i wyszedł.
Znowu długi czas go nie było. Obawiałem się już aby nie zmarł, bo możebym wcale nikogo potem nie widział. Z babą stróżką się rozmówić nie było sposobu, nie mówiła nic, a zmuszona krzyczała parę słów i uchodziła.
Tymczasem na mnie i odzież potargana w podróży zaczęła mi się padać i zużywać, bom ją we dnie nosił, a na noc się okrywał. Nikt na to nie zważał, nie pytał nikt.
Nie morzono mnie głodem, prawda, żyć mogłem tem co mi przynoszono, ale to była strawa licha, nędzna, zastygła, a nikt o mnie starania nie miał najmniejszego. Baba, której musiano zakazać rozmawiać ze mnę, obawiała się, patrzyła z ukosa i uciekała; Sliziak gdy przychodził jakby po to tylko, aby się przekonać czy jeszcze żyję.
W tem opuszczeniu i nędzy mojej, zostawiony sam sobie, czytając tylko księgę pobożną a znękanym będąc, całym duchem zwróciłem się ku Bogu, wzywając jego ratunku. Zdawało mi się, że modlitwy niewinnego prześladowanego stworzenia przebiją niebiosy i cud jakiś sprawić muszą. Wymyślałem więc sobie, przypominając com po świecie widział, w podróży z ks. Janem, w Rzymie, nabożeństwa osobliwe, posty i umartwienia.
Zrobiłem sobie krzyżyk z prostego drzewa i powiesiłem nad łóżkiem. Zrana klękałem na modlitwę i znaczną część dnia spędzałem na klęczkach.
Przychodząca baba najczęściej mnie znajdowała albo na ziemi leżącego krzyżem, albo przed krzyżem moim na gorącej modlitwie.
W końcu tak mnie całego objęło to nabożeństwo i w niem taką znajdowałem pociechę, żem prawie nic więcej nie robił, tylko powtarzał pacierze i modlitwy jakie umiałem, a nawet sobie sam nowe układałem i potem starałem się spisywać. Ale po polsku nikt nas wówczas pisać nie uczył, więc gdy przychodziło co się mówiło przenosić na papier, szło i źle i trudno.
Za każdym razem, gdy Sliziak przychodził, dopominałem się o kościół i księdza, nic mi nie odpowiadał.
Tak upłynęła zima, i ku wiośnie się brało, alem ja lik dni i miesięcy zgubił, a widząc, gdym się czasem wyrwał do górnej izby, przez okno drzewa w pączkach i wierzby w kotkach, domyślałem się, że Wielkanoc, to wesołe wiosenne święto się zbliżało.
Jednego dnia, gdym właśnie krzyżem leżał na modlitwie i płakał, otworzyły się drzwi i po wschodkach zobaczyłem wychudłego jak szkielet człowieka, w długiej czarnej sukni. Z czapki i różańca w ręku poznałem w nim duchownego.
Nie był on bardzo stary, alem nigdy w życiu nie widział nikogo, coby jak on miał tylko skórę i kości. Z pod skóry pomarszczonej i obwisłej żyły tylko nabrzmiałe widać i policzyć było można. Tak samo twarz niemal do trupiej głowy była podobna, bo zębów nie miał, usta szeroko zapadłe, a oczy głęboko osadzone.
Uradowałem się wielce zobaczywszy go, jakaś nadzieja mi w serce wstąpiła, lecz gdym oczy podniósł ku niemu, takim mnie przeszył wzrokiem, żem zdrętwiał. Pocałowałem go w rękę, siadł na ławie spokojnie i długo mierzył mnie oczyma.
Zdawało mi się, że go wzruszę i obudzę w nim litość opowiadając mu o sobie.
— Ojcze mój! — zawołałem — zlitujcie się nademną, ratujcie mnie. Niewinnego mnie porwano gwałtem, więżą i karzą bezprawnie!
Nie dał mi mówić więcej, namarszczył brew.
— Cicho! — rzekł — co ty wiesz? ażali ci co cię więżą prawa nie mają? Większe może niż kto inny.
— Ojcze, to być nie może! Król jest moim opiekunem! Ja jestem sługą jego.
— A! król! król! — chmurno począł ksiądz — ten bezbożnik, ten sługa Baala, ten świętokradzca, co duchownym chce rozkazywać i kościoły ograbia... król! Wkrótce on nad nikim i żadnego prawa mieć nie będzie, pójdzie boso z postronkiem na szyi całować stopy tych biskupów, którym swoją wolę tyrańską narzuca.
Z wielką namiętnością i gniewem wyrzeczone słowa te usta mi zamknęły, rozlałem się we łzy i niemęzko płakać zacząłem.
Ksiądz patrzył na mnie z obojętnością tych ludzi, co przywykli patrzeć na cierpienia, już się nawet nie litują nad niemi.
Chwila tak upłynęła. Rzuciłem się całować go po rękach, które mi wyrywał, i począłem błagać go, aby się wstawił za mną, by z niewoli tej ratował.
— To nie w mocy mej — odparł. — Skazał cię Bóg na los ten, znoś go cierpliwie, obróć cierpienie na zbawienie.
Potem widząc, żem się utulić nie mógł, modlitwę odmawiać zaczął, rozkazując mi ją powtarzać za sobą.
Gdy się ta skończyła, znowum powrócił do błagania go. Dał mi mówić długo.
— Wolnym chcesz być? — odparł — a wiesz, że ty czybyś nim zostawszy nie był potem zakałą i przyczyną wstydu i sromu a nieszczęścia dla tych, którym życie winieneś? Mówisz, że rodziców swych chcesz znać, bo ich nie znając miłujesz, a wiesz ty, czy ta miłość nie byłaby dla nich potępieniem i nieszczęściem. Jeżeli miłujesz ich, toś się zrzec powinien i ani myśleć szukać ich na świecie. Masz ojca w niebiesiech.
Gdym na to milczał, ksiądz powoli mówić zaczął.
— Jeżeli kiedy wolnym być możesz, to nie inaczej, aż na krzyżu, przyjmując ciało i krew Pańską poprzysiężesz, iż z kraju się oddalisz na zawsze, nigdy nie powrócisz do niego i zapomnisz nawet młodości i pochodzenia swojego.
Spojrzał mi w oczy badająco, alem nie odpowiedział nawet. Takiej przysięgi złożyć nie chciałem. Głową potrząsłem.
— Danoby ci na to środki, abyś precz z Polski mógł wyjść i do klasztoru wstąpić — mówił dalej. — Rozmyśl się, gdy przysięgę złożysz.... któż wie? zmiękczą się może serca, zjednasz litość.
Odwróciłem rozmowę, dopraszając się już tylko spowiedzi i komunii świętej, wysłuchania mszy świętej.
Nie przyrzekł mi nic i nie odmówił, zdało się jednak jakby litość go poruszyła nieco. Słowa były surowe, ale głos łagodniejszy. Mówił o poddaniu się woli Bożej jeszcze, potem wstał, przeżegnał mnie i wyszedł.
Zostałem sam. Nie wiem już jak i zkąd w moim ucisku i niedoli wzięła się we mnie moc taka, żem przysięgą żądaną nie chciał okupić swobody.
Ale gdy po wyjściu księdza pomyślałem o tem, że musiałbym się w kraju obcym zagrzebać w klasztorze, takiem więzieniu, jak to, w którem siedziałem, wolałem już niewolę tę, bo w niej mi zawsze jakaś nadzieja wyzwolenia cudem błyskała.
W kilka dni ksiądz powrócił. Mówił mi prawie toż samo co wprzódy, nie odpowiedziałem mu prawie. W końcu spowiedzi mnie wysłuchawszy, obiecał, że nazajutrz do dnia mszy świętej słuchać będę i komunię otrzymam.
Zasnąć nie mogłem tej nocy, tak nadzieja wyjścia choć na chwilę z tego więzienia przejmowała mnie radością jakąś. Była to w mem życiu jednostajnem zmiana przynajmniej chwilowa.
Zaledwie na brzask się miało, gdy zaszłapały kroki czyjeś podedrzwiami, otworzył je Sliziak niosący kaganek w ręku i zawołał:
— Chodź a pamiętaj, że jeśli się poważysz krok zrobić odemnie i zechcesz uciekać, ubiję cię na miejscu.
Z kurytarzyku wyszliśmy na powietrze, ale droga prowadziła chodnikiem pod murem wysokim okólnym ze strzelnicami. Z drugiej strony stała wysoka, bez okien ściana zamkowa. Minęliśmy furt kilka, nareszcie jedną Sliziak otworzył, wszedł sam naprzód w bramę ciemną, wpuścił mnie, zaryglował ją i pociągnął z sobą w podwórzec zamku ciasny, jak studnia wysokiemi otoczony murami, piętrzącemi się do góry. Żywej duszy tu widać nie było. Po wschodkach kazał mi z sobą na górę.
Drzwi znalazłszy otwarte, weszliśmy do małej zakrystyi, w której nikogo nie było oprócz znajomego mi księdza. Ten klęczał przed krzyżem i modlił się. Gdyśmy weszli, dokończył modlitwę, odwrócił się i spytał czy do mszy służyć umiem.
Nie mógł o tem wątpić, bo w każdej szkółce przecie od tego się niemal poczynało, że nas ministrantury uczono. Zamiast odpowiedzi, przykląkłszy wziąłem się zaraz pomagać mu do ubrania.
Przez drzwi ciasne z zakrystyi widać było ciemną, sklepioną, wysoką kapliczkę małą; z jednym ołtarzem w głębi, nad którym wisiał na krzyżu ukrzyżowany Chrystus, czarny, tylko duża srebrna korona świeciła mu na skroni i srebrne serce na przebitym boku.
Przy ołtarzu stały już ampułki i dwie żółte się świece woskowe paliły.
Chciałem pociągnąć za dzwonek gdyśmy z zakrystyi wychodzili, ale sznurka nie było. Kaplica stała pusta, czarna jak grób. W drzwiach zakrystyi kląkł tylko Sliziak. Mimowolnie potem oczyma potoczyłem po ścianach.
Tuż przy ołtarzu dwa grobowce kamienne ze ściany wystawały. Na jednym leżał wykuty mąż we zbroi sparty na ręku, z brodą długą; na drugim była niewiasta z nogami na psie spartemi, z różańcem w ręku. Gdym się ukradkiem przypatrywał im, nad pomnikiem grobowym postrzegłem okno, ale nie musiało ono wychodzić na podwórze, bo stało ciemne. Mignęło mi coś za niem, jakby białe zawicie głowy niewieściej.
W kaplicy panowała cisza taka, że ksiądz mszę odprawujący i ja nie śmieliśmy jej głośniej się odzywając przerywać. Dzwonek, który znalazłem pod ręką, dźwięczał zaledwie.
W czasie podniesienia jakby z tych grobowych kamieni nagle płacz i łkanie a jęk gwałtowny dał się słyszeć. Widziałem jak ksiądz drgnął. Sliziak się zerwał na nogi, a ja wylękły przypadłem do ziemi. Zkąd to szlochanie przejmujące pochodziło? nie wiem, ale nagle urwane i stłumione jakby siłą, ucichło.
Dziwnym sposobem płacz ów z grobów mnie też do łez pobudził. Pochylony na stopniu ołtarza płakałem tak nie mogąc się utulić, że gdy ksiądz się do mnie z komunią obrócił, musiałem twarz oblaną całą ocierać.
Skończyła się msza, wróciliśmy do zakrystyi, w której drzwiach Sliziak stał, a gdym księdza rozebrał, skinął na mnie i wyprowadził z sobą. Dzień się był większy w czasie mszy zrobił. Mogłem się teraz przypatrzeć lepiej murom, ścianom, kamieniom, bo więcej nic do widzenia nie było.
Głazy te przed wieki musiały być niegdyś wmurowane w ściany wysokie, bo na nich pleśń, mech i miejscami trawy rosły. Wązkie okna z kratami, otwory czarne, na podwórcu kilka ogromnych kul kamiennych, nic więcej nie zobaczyłem. Tąż samą drogą Sliziak słowa nie mówiąc zaprowadził mnie do więzienia mojego i zamknął w niem.
Zapewne litościwemu wstawieniu się księdza za mną winien byłem, że tego dnia mi jedzenie lepsze przyniesiono, chleb bielszy, któregom nie widział dawno.
A potem — poszło znowu wszystko trybem swoim.
Ponieważ bawiłem się ciągle około papieru i rękopismu, który mi dano, a z okna w górze umieszczonego światła mało padało, począłem się prosić do drugiej izby, w której niżej okno było, abym tam choć we dnie mógł siedzieć. Baba sama na to pozwolić nie chciała, ale drugiego dnia zgodziła się.
Miałem tu tę pociechę, żem w oknie siedząc, przez kraty mógł patrzeć na las, na drzewa, które właśnie zielenieć poczynały.
Mało co tu widać było, ale dla mnie starczyło tego. Wiało powietrze, dochodziła woń liści i trawy, mruczała woda, przelatywały jaskółki, świergotały wróble. Czasem gdym dalej odszedł, ptaszyna jaka siadała na zrębie okna, a to mi taką sprawiało radość, jakby ona z dobrą jakąś przychodziła wieścią.
Najczęściej jednak w oknie przesiadywałem, głowę między kraty wsadzając, aby dalej wyjrzeć i odetchnąć powietrzem.
Oprócz drzew i ptastwa, nie było tu nigdy innego widoku. Las na przeciwnym brzegu stał głuchy i pusty.
Wiosna spóźniona, teraz z dnia na dzień się żywiej zielenieć śpieszyła. Witałem liście. Wieczorem, gdy zmierzchało, baba przychodziła po mnie i zabierała nazad do izby pierwszej, z której nic widać nie było.
O południu jednego dnia, a była niedziela, bom to mógł poznać po stróżce mojej, która wdziewała na święto bieliznę świeżą i zawiązywała głowę chustą czerwoną, siedziałem jak zwykle osłupiały oknem patrząc na brzeg przeciwny i drzewa, gdy — cud! mignęło mi jakby się tamtędy dwu ludzi przeciskało gąszczami.
Wychyliłem się cały z ciekawością niewysłowioną, z sercem bijącem. Nie myliłem się. W istocie nad samym brzegiem, powoli szło dwóch ludzi, oglądając się na zamek pilno.
Przekop i rzeczka nie były bardzo szerokie, a ja wzrok miałem zawsze doskonały. Dostrzegłem zaraz, iż nieproste chłopy to były, ale jakby myśliwi co się zabłąkali. Prawie jednostajnie ubrani z mieczykami u boku, w czapkach takich właśnie jakie u dworu noszono, wydali mi się młodemi i jakby obcemi tu, bo szli wolno, rozglądając się pilno, stając, naradzając, ukazując na mury.
Myślałem, że mi się śni czy w oczach dwoi, gdy lepiej się przypatrując im, zdało mi się, żem poznał obu dworzan królewskich, których widywałem codzień, i byłem z niemi najlepiej.
Byłbym przysiągł, iż nie kto inny był, tylko Zadora z Bnina i Maryanek z Borów.
Ale jak i zkądby się tu oni wziąć mogli, Boże miłosierny!
Sam nie wiedząc co czynię, nietylko głowę, ale ilem mógł piersi wychylić przez kratę, wysunąłem za okno i huknąłem.
Przestraszyłem się potem sam, gdy głos ten mój odbity od murów rozległ się po okolicy. Zadora i Maryanek stanęli nad samym brzegiem oczyma szukając zkąd głos pochodził. Zdaje się, że Borowski mnie pierwszy zobaczył i ręką wskazał w tę stronę, na co ja też odpowiedziałem.
Ale w tejże chwili usłyszałem chód w korytarzu i ledwiem czas miał wydobyć się z kraty, przypaść do stołu i za papier pochwycić.
Baba weszła oczyma przestraszonemi patrząc na mnie, jakby krzyk mój posłyszała, ale zobaczywszy siedzącego spokojnie i schylonego nad stołem, przeżegnała się tylko i odeszła.
Gdym potem wrócił do okna, już tych dwu na przeciwnym brzegu nie było.
A tu muszę słowo o nich powiedzieć, bo na dworze pańskim nie miał Kaźmirz ludzi coby mu byli oddani tak jak oni. Zadora takim był, że nigdy nie pytał co król chciał, dlaczego i czy on temu podołać mógł, dość było aby skinął a szepnął — szedł w ogień i wodę.
Zaś Maryanek, który głowy takiej jak pierwszy nie miał, i samby może wielkim rzeczom nie podołał, trzymał się Zadory, nie odstępując go na krok. Nierozdzielni byli, gdzie jeden, tam i drugi, z tą różnicą, że pierwszy rozkazywał, drugi słuchał, a tak byli do siebie nawykli, iż spojrzawszy sobie w oczy rozumieli się. Maryanek mężny był, silny jak żubr, zapamiętały — Zadora przebiegły i zręczny.
Niebardzom był pewnym czy w istocie oni to byli, ale gdym na tę myśl wpadł, zdało mi się: nuż król ulitował się i kazał szukać mnie, nuż trop jaki znaleźli, nuż oni mnie wyzwolą!
W gorączkę mnie to wprawiło taką, żem chodził jak pijany.
Nazajutrz znowu do wyższej izby wpadłszy, pobiegłem zaraz do okna, ale nie zobaczyłem nic.
Na przeciwnym brzegu nie było nikogo.
Bojąc się, aby w przypadku gdyby znów przyszli, nie ominęło mnie widzenie się i przekonanie czy wistocie Zadora był, nie odchodziłem od okna ani na chwilę. Daremniem wysiadywał, nikt nie przyszedł.
Znów więc rozpacz ogarnęła, a po tej nadziei nadaremnej jeszcze mi boleśniej było niż przed tem.
Minęło dni kilka. Prawiem już do okna zaprzestał chodzić, gdy jednego dnia oparłszy się tu o kratę, poczułem jakby się uginała pod ręką. Lepiej się przypatrując postrzegłem, że była podpiłowana i tyle się tylko trzymała, aby nie widać było co się z nią stało.
Byłem najpewniejszy, że niedawno musiano kratę piłować. Na murze ślady świeżo postrzegłem zdrapane. Znowum oszalał bez mała. Tegoż dnia uparłem się z babą posprzeczawszy, że spać będę w tej izbie. Mówiłem, że mi w niższej zaducha dokuczała.
Sprzeczała się długo, przystała nareszcie, siennik mój rzuciłem na ziemię.
Noc była ciemna; miałem jakieś przeczucie, że coś się stać musi, że ktoś myśli o mem uwolnieniu. Ale nawet wyłamawszy kratę i wydobywszy się z okna, spuścić się z muru w dół nie widziałem sposobu, a drabiny zkądby mieli dostać. W tych myślach tom się kładł na posłanie, to zrywał do okna. Mówiło mi coś, że wolność odzyskam.
Tej nocy jednak czekałem napróżno i znowu nad ranem zasnąwszy, narzekać począłem i rozpaczać. Ale trzymałem się izby górnej i siedziałem w niej ciągle. Dwie noce przemęczyłem się tak i już mnie nadzieja opuściła, gdy trzeciego dnia ledwie zciemniało, a jam leżał na moim barłogu, w oknie zobaczyłem jakby głowę ludzką.
Rzuciłem się ku kracie.
— Jaszko? — spytał głos cichy, w którym poznawałem Maryana.
— Ja! ja — wyjęknąłem, pochylając się ku niemu.
— Żywo... krata się ino trzyma, wyłam ją na izbę, a sam leź, jest drabina ze sznura. Skręcisz kark, jam temu nie winien. Dwóch nas postronki nie zniosą.
Usłyszałem potem drapanie po murze i ucichło.
Jakom sobie naówczas rady dał, jeden Bóg wie. Z kratą nie było wiele zachodu, wykruszyła się zaraz tak, żem ledwie ją pochwycił aby z brzękiem nie padła. Jak stałem wysunąłem się przez okno, o resztki żelaza w murze kalecząc, alem tego ani czuł. Nogami naprzód począłem szukać sznura, potem rękami. Drabina się uginała i chwiała. Spuszczałem się trzymając co sił, ciągle oglądając, kiedy stanę na ziemi, ale mur wysoki był, i osłabłem niemal ze strachu i tego mocowania się, gdy naostatek poczułem, że mnie ktoś pochwycił za barki.
Pod nogami pluskała woda.
W przekopie ciemno było tak, żem ja ich a oni mnie widzieć nie mogli, a gdyśmy drabinę urwawszy poczęli iść, żeby się z tego dołu wydobyć, omackiem trzeba było chwytając gałęzie i krzaki przebijać się na brzeg drugi i miejscami wody po kolana mieliśmy.
Zadora i Maryan prawie się słowa nie odzywali.
Drugi brzeg urwisty niełatwy też był do wdrapania się, a Maryanek klął cicho, że nie trafił na wodowyje, któremi w dół schodzili. Pięliśmy się do góry i zsuwali, nim naostatek dostaliśmy się na górę i w las. A i tu po nocy do koni swoich Zadora i Maryanek ciężko drogi szukać musieli, na ludzi hukać nie mogąc, aby się nie zdradzić.
Zaczynało już dnieć, gdyśmy znaleźli konie stojące na polance, a ludzi uśpionych. W mgnieniu oka wszystko było pogotowiu. Dla mnie też koń stał osiodłany, czapkę mi znaleźli, bom jej nie miał, więc na siodła i w drogę. Nie było czasu ani się rozmówić, ani pytać, ani dziękować. Jak na koniu dosiedziałem osłabły i odwykły od niego, sam nie wiem. Jechaliśmy kłusem i czwałem prawie do południa, a drogami takiemi, że na nich pogoni się nie było co obawiać. Kraj był górzysty i leśny; dopiero pod koniec spuściliśmy się na płaszczyzny i we wsi, która u podnóża gór stała, na popas stanęliśmy. Gdym z konia zlazł, rozbity, zatoczyłem się na nogach i padłem. Wodą mnie i winem, które Zadora miał, musieli ocucać i krzepić.
Gdym się podniósł, począłem im dziękować.
Zadora śmiał się a tak szczęśliwy był, że mało nie dziękował sam za to, że mu się mnie uratować udało.
— Boże miłosierny — zawołałem przejęty wdzięcznością — ale jakżeście wy na ślad trafili?
— Nie potrzebowaliśmy go szukać — odparł Zadora. — Posłuchaj jak to było: król gdy się dowiedział, że ciebie zabrakło, a śledzić kazał z kim chodziłeś i gdzieś bywał, z początku zagniewał się mocno tylko. Ale ma on dosyć spraw na głowie, szczególnie z temi Prusakami, aby mógł myśleć o wszystkiem. Nierychło potem przypomniał sobie ciebie. Bodaj jakiś Litwin mu coś szepnął. Kazał mnie zawołać do siebie.
— Nie pytaj o nic — rzekł — zrób co powiem, nagrodzę cię dobrze.
— Miłościwy panie — rzekłem — i bez nagrody życie stawię.
— Jaszka Orfana porwano — mówił dalej pan. Szkoda chłopca. Jeżeli żyw jest, to nie gdzieindziej się znajduje (doniesiono mi), tylko w Nawojowie na zamku. Zamek stary i warowny, trudno się do niego dostać, — mówił król dalej — ale od czegoż masz rozum i ręce?
— Popatrzył król na mnie — ciągnął Zadora — a jam się do kolan mu kłaniając, uśmiechnął.
— Miłościwy panie! — rzekłem, — kiedy wiem kędy go szukać, spodziewam się, że Jaszka dalibóg dostanę, ale proszę o to, abym Maryanka z sobą wziąć mógł. Jak nas dwu będzie, nie sposób żebyśmy oba przepadli.
Król palec położył na ustach.
— Bierz i jedź, a o tem wszystkiem nie gadać mi, ani dokąd, ani po co, i powróciwszy, jeżeli Jaszko żyw, żeby mi on się nie ważył pleść co się z nim stało, gdzie był, kto go ratował. Patrzajcie, bo gniewny będę.
Dał mi pan podskarbi na drogę pieniędzy poddostatkiem — dokończył Zadora.
Jam słuchając jedno miał na myśli tylko, że król o mnie przecie dbał, dowiadywał się, łaskaw był na mnie i chciał ratować. Miłość moja dla niego wzrosła jeszcze i zawołałem, w piersi się bijąc.
— Dziej się wola Boża, będę żył tylko dla niego. Niewolnikiem jego chcę być, ostatnim sługą.
— Pamiętaj tylko jedno, gdy powrócimy — dorzucił Zadora — abyś o swoim losie, o tem co się z tobą stało, milczał. Król przykazał, rozumiesz.
— Gęby nie otworzę — rzekłem — choć, Bóg świadek, nie wiem i nie rozumiem, za co mnie biednego sierotę kto prześladować może. Com ja komu winien? co szkodzę, że po świecie chodzę?
Takeśmy popasając rozmawiali, niebardzo śpiesząc się z dalszą jazdą, bo Zadora i Maryanek może nietyle, ale ja byłem złamany i zbolały tak, żem sam nie wiedział, jak dłużej na koniu wysiedzę. Gdym się z tem odezwał, rzekł Zadora.
— Trzymaj się choć zębami kulbaki, a my tu nocować w pobliżu gór i Nawojowa nie możemy. Kto wie, co się gotuje? Jeżeli tam im, tym zbójom, tak bardzo o to chodzi, aby ciebie trzymali pod kluczem, mogą nas nagonić. Tu oni tak jak w domu, wioski i gospody do nich należą; krzykną, to im ludzie w pomoc przyjdą, a nam nikt. Nas dwóch, pachołków czterech, to sześć głów i sześć kordów, a twojego ja nie liczę, bo tobie się wprzódy odgryźć trzeba, nim zaczniesz wojować.
Ledwie tych słów domawiał, gdy koło gospody zatętniało. Maryanek wyleciał jak kamień z procy. Zadora się pochylił do okna i począł liczyć, ilu nadciągnęło, mnie się serce rozkołysało. Z izby słyszeliśmy tylko, jak Maryanek czeladzi się kazał do kupy ściągnąć.
— Cztery konie — odezwał się Zadora — jeżeli ich niema więcej, a nie nadciągnie, nie obawiam się.
Wpadł do izby z oczyma zaiskrzonemi Maryan. — Wielu? — Czterech. — No to niema co się płoszyć.
Ledwie skończył mówić, gdy na progu zobaczyłem Sliziaka. Głowę wsunąwszy przez pół otwarte drzwi oczyma po izbie szukał, pewno mnie. Jam w ciemnym kącie siedział za Zadorą i widać mnie nie było. Uderzyłem go łokciem i szepnąłem.
— Ten co mnie porwał!!
Zadora Maryankowi dał znak głową i zrozumieli się. Sliziak tymczasem niepewny w progu stał czy ma wejść, czy nie. Siedzący przy mnie zasłonił plecami tak, że nie byłem na oczach.
Zawahawszy się nieco stary niedźwiedź, pochwaliwszy Chrystusa u progu, ociężałym wsunął się krokiem. Ciarki po mnie chodziły.
Rozglądał się nic nie mówiąc do koła izby.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi? — hardo spytał Zadora.
— Z okolicy — odparł Sliziak — a wy?
— My z pod Krakowa — rzekł mój towarzysz.
Sliziak położył czapkę na stole i wyciągał się. Siadł na ławie, a tak mu przypadło, że mnie zobaczyć nie mógł.
Piwa sobie kazał dać szynkarce. Znali go tu widać, bo mu zaraz usłużono.
— Nie jechał kto dziś tędy? — zapytał gospodyni.
— Sołtys z Brzezan i dwu kmieci z Nawojowa.
— A obcych.
— Pierwsi oto ci co przed wami tu zaciągnęli.
Siedziałem jak na węglach, bo mi się zdało, że co chwila wilczemi swemi oczyma mnie wypatrzy i rzuci się, jak na swą ofiarę. Posępny pił Sliziak piwo. Zadora mu się przypatrywał jakby zawczasu mierzył siłę jego, na wypadek, gdyby się z nim potykać przyszło.
Porozumieli się oczyma z Maryankiem, jak to oni umieli, że im słowa na to nie było potrzeba. Maryan drzwi do stajni uchylił, aby zobaczyć, czy ludzie pogotowiu byli. Tymczasem ci, co z Sliziakiem przyciągnęli, pozsiadali, koniom uzdy zdjęli i poprowadzili je do żłobów. Zadora to wszystko musiał obrachować i wyczekawszy nieco, wstał, za rękaw mnie biorąc. Potem zaraz chwycił rękojeść szabli i kołpaczek nałożywszy, postąpił ku środkowi izby. Kiwnął głową Sliziakowi, ukazując na mnie.
— Bywaj zdrów, stary! — zaśmiał się.
Dopiero mnie zobaczywszy, niedźwiedź ów rzucił się, jakby go oszczepem przebito. Chciał na nas biedz, ale Maryanek mu z pochew jego własny kord wychwycił i z nim stanął naprzeciw.
— Ani mi się rusz, bo łeb rozpłatam! — krzyknął.
Myśmy z Zadorą we drzwiach już byli, widziałem tylko, jak się Zadora za głowę pochwycił oburącz. Wdrapaliśmy się na konie, gdy Maryanek ze zdobytą szablą nadbiegł i na swoją szkapę skoczył. Puściliśmy się kłusem wyciągniętym. Gdym mimowolnie odwrócił głowę, zobaczyłem tylko na progu karczmy ludzi ze Sliziakiem stojących, ale gonić nas nie myśleli. Było nas młodych siedem głów, a ich czterech.
Jak to młodym wesoło zawsze, gdy im cokolwiek los pofolguje, tak i my, ledwie odetchnąwszy z postrachu, aż do wieczora jadąc, ciągleśmy tylko żarty stroili. Ja najmniej, ale Zadora i Maryanek śmiali się, cieszyli, że się im tak udało, obiecywali sobie złote góry, trochę przedrwiwali ze mnie biednego, śpiewali, świstali, hukali, i tak nareszcie już po nocy zajechaliśmy do małej mieściny, której nazwiska nie pamiętam. Stanęliśmy na targowicy pustej, bo już ludzie się po domach pozamykali i mało się nawet gdzie świeciło. Zadora upatrywał tylko, dokądby zajechać. Wtem żyd wyszedł z jednych wrót i począł zapraszać do siebie. Niewiele myśląc więc, zaciągnęliśmy się do niego. Szopa była próżna.
— No, tu już bezpiecznie się wyspać możemy i niczego obawiać nie potrzebujemy — rzekł Zadora — a jutro przy pomocy Bożej w Krakowie będziemy.
Mnie, żem jeszcze niezupełnie ze strachu ochłonął, coś tknęło, że nimeśmy wjechali do gospody, tąż samą drogą, którą myśmy przyjechali, nadbiegł konny jakiś, stanął w rynku i z konia zsiadłszy, rozglądał się. Nikt na to nie zważał.
Zajechawszy do gospody, postawiwszy konie, Zadora poszedł sam za strawą, bo głodny był, a tu, o tej godzinie w gospodzie, oprócz chleba, jaj, piwa i miodu, nie znalazł nic. Kazał więc jajecznicę smażyć, łóżka słać, miodu przynieść i jak tylko nam misę podano, którąśmy w mgnieniu oka sprzątnęli, rozebrał się na siano spać.
Mnie było nie do snu.
— Słuchaj — rzekłem. — Choć to miasteczko i choć się tobie zdaje, że już nie mamy się tu czego obawiać, jabym na noc straż postawił.
Zadora i Maryanek śmiać się ze mnie poczęli. Zawstydziłem się mojego tchórzostwa trochę, ale powiedziałem sobie w duchu, że spać nie będę.
Jeszczem pacierzy wieczornych nie dokończył, gdy moi towarzysze chrapać poczęli. I mnie sen brał, ale ta myśl, że się mogę znowu dostać w ręce Sliziaka, który pewnie mnie żywić nie będzie, trwogą mnie przejmowała. Modliłem się siedząc na posłaniu.
Wśród tej ciszy nocnej, przerywanej tylko pianiem kogutów, najmniejszy szelest słychać było, ale oprócz głosów zwierząt i czasem zrywającego się wiatru, który po rynku się miotał, ucho nic nie pochwyciło.
Liczyłem sobie do dnia godziny, bo wiosenna noc krótka. Nad ranem samemu mi się już poczęło zdawać, żem niepotrzebnie się trwożył, gdy głuchy tentent naprzód, a wnet potem stąpanie około domostwa słyszeć się dało. Okiennice były pozamykane, ale szpary w nich takie, że wyjrzeć mogłem przez jedną. W mroku spostrzegłem koni ze dwadzieścia na targowicy, z których ludzie zsiadali i zdawali się zcicha ku naszej kierować gospodzie. Niewiele myśląc, zbudziłem Zadorę, który miał taki sen szczęśliwy, że się z niego zrywając, ledwie co oczy przetarłszy, był przytomnym.
— Koni i ludzi ze dwudziestu — szepnąłem mu — domostwo osaczają.
Skoczył jak był rozdziany do okna i spojrzał. Wistocie przybyła kupa rozstawiała się cichusieńko pod gospodą.
W mgnieniu oka zbudziliśmy Maryanka i wybiegli do sieni. Tu już ja spełna nie wiem, jak i co się z nami działo; uczułem, że na koniu siedzę. Zadora w pół ledwie odziany oklep z jednej strony, Maryanek z drugiej, wrota się zcicha otwierają, wyjrzeliśmy. Nie było na tyłach nikogo. Naprzeciw opłotkami biegła wązka uliczka, dobrze, że piasczysta, wiodąca ku zaroślom. Puściliśmy się nią.
Byliśmy wszyscy bezbronni, i gdyby nas napadli, chyba było kołki z płotów wyciągać; ale dostaliśmy się do krzaków i zaszyli w nie, nie dostrzegłszy za sobą pogoni.
Ludzie, broń, odzież, koni reszta pozostała w gospodzie. Zadora tu dopiero pokazał, jaki rozum miał i jak sobie wszędzie i zawsze radę dać potrafił. W zaroślach i w lesie był jak w domu, bez drogi się puściliśmy, a on tak kierował na pewno, jakby Kraków widział już przed sobą. Przytomności nie stracił na chwilę, strachu nie okazał najmniejszego, ledwie nie można było sądzić, że mu to pociechę sprawiało, iż się tak musiał wywijać, a pokazać co umie.
W drodze przez las zrobił się naprzód ranek półjasny, potem dzień. Jechaliśmy nieprędko, bo gąszcze były wielkie; ale we cztery godziny kawał drogi musieliśmy zrobić. Oba towarzysze moi milczeli, dopiero nierychło Zadora odezwał się.
— Wścieklem głodny! wczorajszą jajecznicę przespałem i na koniu wytrząsłem, żeby choć kawał chleba.
Ale co tu było mówić o chlebie, kiedy my ledwieśmy koszule mieli na sobie, głowy odkryte, nogi bose.
— Trzeba szukać ludzi — dodał Zadora i tak jak pies kiedy wietrzy, na różne strony nosem począł pociągać. Potem konia w lewo zawrócił i jechaliśmy milcząc znowu.
W pół godziny trafiliśmy na gościniec. Zadora z konia zlazł, ażeby się w śladach na nim rozpatrzeć. Jechaliśmy znowu, aż w lesie gospoda stoi.
Tu, jak nas ludzie we wrotach popasający zobaczyli obdartych, bez czapek, bosych, wybiegli aż ku nam. Zadora zsiadł, ale tak dobrej myśli, jakby z turnieju powracał.
— Co się gapicie — zawołał — zbóje na nas napadli w śpiączki, musieliśmy uciekać, niema czego wielkich oczu wyropiać? Nie nowina to u nas i w biały dzień. Spytajcie kupców, co z Krakowa do Lublina jeżdżą mimo Pieskowej Skały!!
Weszliśmy do izby, a Zadora na gwałt jeść wołał.
Znalazł się na popasie szczęściem człowiek, choć nieznany nam, ale na dworze bywały, Dzierżek z Bani. Jechał we cztery konie do Krakowa, do króla. Zadora się z nim w niewielu słowach rozmówił i nie zwierzając mu nic, powiedział tylko, że był z królewskiego dworu i jeździł z polecenia pańskiego, a zbóje go napadli.
Dzierżek miał z sobą odzieży dosyć i obuwia, aby nas okryć jako tako. Zmówiliśmy się razem z nim jechać.
— Mnie się widzi — rzekł Zadora — że nasi ludzie z końmi kędyś na drodze się znaleźć muszą i że oni cało wyjdą.
Nie tłumaczył, jak się to stać mogło. Dzierżek raźny i wesół, kazał kur kilka zarznąć i krupniku z nich zgotować. Wina baryłeczkę miał z sobą, bo był człek dostatni, i na popasie ochota się wzięła taka, jak gdybyśmy biedy i strachu nie zaznali.
Konie popasały, myśmy się pookrywali, no i dalej w drogę ku Krakowu. Ale już tego dnia stanąć ani było myśleć, nałożyliśmy spory kawał, zmarudzili czasu wiele, trzeba było w mil jakich dwie nocować. Ziściło się proroctwo Zadory, bo pod wieczór w gospodzie ludzie się nasi znaleźli i rzeczy, których odbiedz musieliśmy. Powiadali, że strachu się najedli niemałego, bo ledwieśmy z gospody wyskoczyli, już do niej włamali jacyś ludzie, i zobaczywszy ciepłe jeszcze posłania nie przypuszczając ucieczki, całe domostwo od wyżek do lochów strzęśli. Klęli i grozili, na męki chcieli brać, tumult się zrobił w miasteczku i dopiero nadciągający jacyś zbrojni zmusili napastników do ucieczki.
Zadory pachołek opowiadał, że widział tego samego obrosłego starca, który na popasie się z nami spotkał. Sliziak więc to był ze swoją jakąś gromadą, który się tak zawziął na mnie.
Tym razem jednak niebezpieczeństwo zdawało się zażegnane zwróciliśmy pożyczoną odzież Dzierżkowi, i tak się moja szczęśliwa przygoda skończyła.
Nazajutrz rano stanęliśmy w Krakowie, a ja jakom był z konia zsiadłszy ledwie, wprost poszedłem do kościoła Panu Bogu dziękować.
Króla podówczas na zamku nie było, wyjechał na łowy, królowa tylko sama. Miałem czas wypocząć dobrze, a potrzebowałem wczasu tego, bo dopiero gdym się uczuł bezpiecznym, musiałem ledz na łóżku i odchorować. Choróbsko jakby czekało na to, chwyciło mnie dopiero w Krakowie tak, żem leżał bezprzytomny w gorączce i musieli mnie pilnować i trzymać, bom się zrywał jak opętany.
W tej chorobie mojej doświadczyłem tego, co mi się nieraz w życiu potwierdziło, że człowiek przywiązuje do tego, komu wyświadczyć mógł dobrodziejstwo, więcej może niż ten, któremu ono było wyświadczone, do swojego dobroczyńcy. Tak ten Zadora a z nim Maryanek, którzy wprzódy dosyć bywali dla mnie obojętni, teraz gdym z ich łaski swobodę odzyskał, jak rodzeni bracia przystali do mnie. Pilnowali mnie z kolei, lekarza królewskiego przywoływali, poili, karmili, czuwali. Nigdym przez nikogo tak pielęgnowanym nie był. Wdzięczność też im wiekuistą poprzysiągłem.
Króla po powrocie zaraz widzieć nie mogłem, a wkrótce potem, gdy mnie choroba powaliła, on do Prus jechać musiał i tak się ściągnęło do jesieni.
Wstawszy potem, choć siły odzyskiwałem, nierychło mi one powróciły. Włosy mi wypełzły z głowy, które choć potem odzyskałem w części, ale już one nigdy takie bujne jak przedtem nie były. W sobie też samym na duszy czułem wielką odmianę. Dawna młodzieńcza buta i odwaga, owo śmiałe patrzenie na świat, nadzieje jakieś wielkie przyszłości, losów świetnych, wszystko gdzieś w chorobie wywietrzało. Pobożność cicha i potrzeba żywota spokojnego. Do rycerstwa już zbytniej nie miałem ochoty. Jednegom pragnął, aby mi król dozwolił z łaski swej zostać przy sobie, a cobykolwiek mi nakazał i przeznaczył, pragnąłem spełnić, bylem mu służył i pod jego opieką mógł się tulić. Jawnem to było dla mnie, że byli tacy, co mnie ze świata sprzątnąć chcieli, którym ja zawadzałem, a nie mogąc trzymać w niewoli, gotowi byli i życia pozbawić. Ta groźba nademną ciągła, ta obawa podstępu, zasadzki nowej, czyniły mnie nieśmiałym i trwożnym. Przez czas długi prawie nie wychodziłem z zamku, a gdym się potem ważył do ks. Jana Kantego, którego widzieć pragnąłem bardzo, zmówiłem się z Zadorą, aby mi do kollegium towarzyszył i z powrotem zabrał.
Rozkaz króla spełniając, gdym przed moim dawnym opiekunem stanął całując go po rękach, a on mnie dopytywać zaczął, co się zemną działo, że tak wynędzniałego i schorzałego widział — nie powiedziałem mu więcej nic nad to, że ciężką przebyłem chorobę.
Później dopiero ośmieliłem się wyznać przed nim, że król mi nakazał milczeć o tem, co mnie spotkało. Ale święty mąż bodaj nie potrzebował słów, czytał on na wskroś w człowieku. Nie dopytywał mnie więcej o nic, tylko o stan mojej duszy, a potem błogosławił i kazał mieć w Bogu nadzieję.
W Krakowie mało co znalazłem zmienionem. Spodziewałem się zawsze, iż ze śmiercią kardynała, który królowi nieprzyjaciół przyczyniał, serca się nawrócą ku niemu. Znalazłem w duchowieństwie i u panów tę samą niechęć co dawniej. Wyrzucano mu i to co czynił, fałszywie tłómacząc, i to o czem wcale nie myślał.
W tym roku narzekano na przeciągającą się wojnę pruską, która się dosyć nieszczęśliwie wiodła, i na to, że król po śmierci Władysława węgierskiego i czeskiego, słusznie o obu tych koron przypadające nań dziedzictwo upominał się. Rycerstwo nie było przeciwko wojnie, bo ono na niej zyskiwało i próżnować nie lubiło; ale ziemianie, którzy pobory, akcyzy i grosz musieli dawać, sarkali. A że i od duchowieństwa król ofiar wymagał, ono więc najgłośniej wołało, iż świętokradzkie to były zamachy.
Zarzucano królowi, że złą monetę bili jego myncarze, że kraj dla jego ambitnych zachcianek zubożał, że skarby wszystkie wojna pochłaniała, a naostatek posądzano go o zamachy na tych, co ważyli się przeciwko niemu występować.
Słuchając tego, co na zamek z miasta, zwłaszcza od Tęczyńskich przynoszono, bo tam wszelkie schadzki niechętnych się zbierały, żal brał biednego pana. Na burzę się zanosiło.
Gdy król do Krakowa powrócił, a jam już trochę sił odzyskawszy, włóczyć się zaczął, alem mu sam się na oczy nastręczać nie śmiał, zapytał raz Zadory, co się działo ze mną. Odpowiedział mu, żem po chorobie już wydobrzał nieco. Nie wołał mnie do siebie, tak więc pozostało jak było. Jadłem, piłem i nie robiłem nic. A że na zamku właśnie malarz wówczas najlepszy krakowski Jan Wielki ściany w dwóch izbach malował, nie mając co robić, siadałem, godzinami mu się przypatrując i rozmawiając z nim.
Mistrz to był w swojej sztuce, który wprzódy po Niemczech i podobno aż po flamskich krajach, przypatrując się jej i ucząc wędrował. Potem powróciwszy, osiadł w Krakowie, gdzie okazawszy co umiał, do cechu się wpisał, a teraz w nim już starszym był i można powiedzieć jedynym.
Nikt mu tu nie sprostał, nietylko w obrazach Matki Boskiej i Chrystusa bolejącego, ale w takich, do których wiele osób wchodziło. W tych on umiał tak ustawić ludzi, takie im dać twarze, że zdało się, jakby ich czarodziejstwem jakiemś przeniósł na płótno.
Człowiek był ubogi, a dziwnie wesoły i niedbający o grosz a zarobek. Gdy malować poczynał, aż mu się twarz śmiała i ręce trzęsły z radości. To było całe szczęście jego. Na twarzy ospowaty, blady, brzydki, gdy się ożywił przy robocie, prawie pięknym się stawał.
Korzystali z tego ludzie, że on niebardzo dbał o siebie. Była postawiona przez cech cena za obrazy, tyle za Matkę Boską, tyle za Chrystusa, ze złoceniem, z wyciskaniem ozdób albo bez nich; tyle z rękami, lub bez rąk. A chciał kto anioła mieć albo dwu, musiał osobno dopłacić. Ale on, gdy mu anioła się podobało namalować, robił darmo i śmiał się.
— Co mi to znaczy ta marna zapłata? — mówił. — Ja, kiedy malując, Pana Boga chwalę, tak mi w duszy ciepło a w sercu wesoło, że tego żadne skarby świata nie opłacą. Więc obraz daję tanio.
Widywałem go malującym i dużo czasu siedzącym nad deską; potem jednego dnia rano, machnął po swej robocie i zmazał... poszła w niwecz. Mnie żal było okrutny.
— Ale ba — wołał — nie godzi się w świat puszczać tego, co człowiek widzi niedobrem. Póki mam nadzieję, że mi myśl moja na deskę wypłynie, póty pracuję; gdy zrozpaczę, trzeba ścierać i na nowo próbować. Człowiek jest tak słabem stworzeniem, że niekażdej chwili to może, czego chce. Gdy momentu nie dopilnuje, nie zrobi nic.
Ze ścianami zamkowemi Wielki miał ogromną pracę tak, że niemal wątpił, czy jej podoła; ale razem ochotę do niej tak wielką, że byłby darmo malował. Na jednej z nich król chciał mieć turniej odmalowany, na drugiej koronacyę.
Było nad czem myśleć, gdzie tyle różnych postaci musiał malarz ustawić, a każdą wiedzieć, jak odziać, jak uzbroić i dać jej twarz osobną, ludzką. Więc brał Wielki wprost z tych, na których codzień patrzył i ubierał nieraz po rycersku pachołków, a żebraków po senatorsku. Jak mu twarz czyja przypadła do myśli, brał prątek ołowiu i na papierze ją sobie zapisał, a potem z niej na ścianę przenosił. Gdy mu dobrze wypadła, śpiewał i śmiał się.
Patrzeć nań i słuchać go pociecha była. Gdy czasem sam pozostał, a zajść go było niepostrzeżonemu przy robocie, kto go nie znał, mógł posądzić, że szalonym był. Do swoich obrazów śmiał się, rozmawiał z niemi, bawił się jak z dziećmi. Niekiedy przed własnem malowaniem klękał i modlił się.
Przytem był to najmilszy w świecie człowiek dla czeladzi cechowej i dla cechowych panów braci.
Nigdy się z niczyjej pracy, choćby najlichszej nie naśmiewał, i w każdej wyszukał i podniósł coś dobrego.
Swoje za to roboty bardzo surowo sądził. Raz gdy namalował Matkę Boską karmicielkę z dziecięciem Jezus, a była bardzo piękna i jam się nad nią unosić począł, rzekł mi smutnie:
— Co z tego! co z tego, że ona piękna jest, ale po ludzku... tak sobie mieszczaneczka poczciwa i bogobojna, a tej Boskiej macierzy, którą ja w niebiosach widuję gdy się modlę, na ziemię ściągnąć nie mogę, bośmy oglądać jej niegodni. Albo i Chrystus Pan mój, co rozwartą ukazuje ranę w boku, cierpi on, ale tak jakby człowiek cierpiał, nie jak Bóg.
Raz przy mnie młody, ledwie co wyzwolony malarz cechowy Siedłak przyszedł do niego prosząc, aby mu przeprucha swojego pozwolił do obrazu Matki Boskiej.
— Masz — rzekł Wielki — ale ci się to na nic nie zda, bo ty twój własny przepruch w duszy mieć powinieneś, a jak go tam nie ma, pożyczyć go nie można.
W tych właśnie czasach, gdy ja nie mając nic do czynienia, przesiadywałem przypatrując się jak Wielki malował, przybył burzą zapędzony aż tu do Polski niejaki Basilides, Greczyn, który tęż sztukę co nasz malarz w Konstantynopolu uprawiał, i był onego czasu w mieście a nawet w kościele św. Zofii, gdy sułtan konno wjechał w ściśnięty tłum. Cudem się on naówczas ocalił i zbiegł na wyspy, zkąd go wenecka galera zawiozła do Włoch, a ztamtąd do nas przywędrował.
Ten z sobą miał rękopism nieoszacowany o wszelkich obrazów malowaniu, z którego Wielki też uczył się i chwalił go, choć powiadał, że na zachodzie w Europie wiele rzeczy inaczej już czyniono a swobodniej. Greckie owo malowanie, mówił, piękne było, ale sztywne i chłodne, a losy nieszczęśliwego kraju w niem się odbijały, bo wszystkie ich święte obrazy grozy były pełne i srogości.
Wielki zaś powiadał, że Chrystusa i świętych inaczej jak miłosierdzia i dobroci pełnych malować się nie godziło, aby miłość obudzali.
Miał też i on rękopism mnicha Teofila niejakiego, z którego się uczył wielu rzeczy i bardzo go szacował.
Tak mi przy nim dosyć znośnie czas schodził, a gdym mu się przyznał, że ja też kaligrafując, próbowałem marginesy rysować w kwiatki, powiedział mi, że to była też niemała i inna sztuka, niepośledniejsza od malowań na deskach, której się uczyć trzeba było, a mało kto w niej dochodził do doskonałości. Czasami ów Basilides Greczyn, który też po słowiańsku umiał i zrozumieć go mogliśmy, siadał w izbie, a podparłszy się na ręku opowiadał nam o tych straszliwych dniach ostatnich Konstantynopola, na których wspomnienie łzy mu się lały.
Gdy począł mówić, przypominać, opisywać, od chwili pobudowania przez Turków zamku Laemocopia (Bagaz-Kessè), który cieśninę uczynił jakby zamkniętą, aż do tych ostatnich dni majowych, gdy Konstantyn padł nie chcąc przeżyć zdobycia stolicy, a potem i Notarasa ścięcie, wszyscyśmy z nim płakać musieli taką boleścią tchnęło każde jego słowo po straconej ojczyznie, grobach ojców, domostwach rodziny i całej przeszłości w gruzach.
Basilides mówiąc o tem drżał cały, narzekając na to, że Wenecyanie, Genueńczycy, papież, całe chrześcijaństwo opuściło ostatniego z Cezarów greckich i dało go na łup tej dziczy.
Z tego jednak, co o Konstantynopolu przed zdobyciem jego nam opowiadał, widać było, że zguba jego długiemi wiekami przygotowana, była nieuchronną, a całe męztwo i poświęcenie Konstantyna losu nieprzebłaganego odwrócić nie mogło.
Nie pomnę, aby cokolwiek w życiu na mnie uczyniło takie wrażenie jak boleść tego człowieka, który utracił ojczyznę i poszedł na tułactwo, wszędzie i zawsze nosząc się ze wspomnieniem niepowetowanej straty.
Basilides malował małe obrazki złocone i bardzo kunsztownie barwione, które na Ruś szczególnie sprzedawał. Mógł łatwo żyć z tego, ale od łez, które wylewał ciągle, wzrok mu słabł i ślepota groziła.
W tej to izbie, która i później się malowaną zawsze nazywała, gdy raz pod wieczór po wyjściu Wielkiego stałem zapatrując się na jego robotę, otworzyły się drzwi i wszedł niespodzianie król z ks. Lutkiem z Brzezia.
Poznawszy mnie podszedł żywo, i naprzód, gdym go w rękę całował pogłaskał mnie po głowie. Twarz mu sposępniała.
Ks. Lutek odstąpił ku ścianie, a król łaskaw począł się pocichu mnie wypytywać.
— Cóż? zdróweś to już?
A gdym odpowiedział, że czekam na rozkazy i radbym służbę począć, zamyślił się.
— Duchownym ty być pono nie chcesz — rzekł — między rycerstwem jako sierota bez domu a bez szczytu nie przebijesz się... co z tobą począć? Ucz się — dodał po chwili — dzieci moje podrosną, będziesz je kiedyś może dozorował, byleś statecznym był. Ale i bakałarzować im przyjdzie. Mówię ci, ucz się. Służba na dworze przy mnie nie ciężka. Zwolni cię ochmistrz od niej, staraj się czego nauczyć i dla siebie i dla mnie. Sierotą jesteś, a gdy mi nad tobą opieka przypadła, nie porzucę cię. O tem co ci się przygodziło nie rozpowiadaj, nie pomoże rozgłos, a zaszkodzi. Teraz ci się już nic stać nie może, a co było, trzeba puścić w niepamięć. Ojca i matki próżnobyś szukał, gdy oni ciebie nie chcą lub nie mogą wziąć, a ja ci opiekunem będę — powtórzył i dodał raz jeszcze: — Ucz się!
Tak byłem przejęty miłością moją i wdzięcznością dla niego, żem się nie zważając na świadka rzucił do nóg zaklinając, iż życie gotówem dać dla niego i jak pies być mu wiernym.
O psie wzmiankę posłyszawszy, król się mimowolnie rozśmiał.
O! mój Jaszku — zawołał — to darmo, psu w wierności żaden człowiek nie dorówna!
Zwrócił się potem do ks. Lutka i zapytał:
— Nieprawdaż, ojcze?
Tamten skłonieniem głowy potwierdził. Zaczem król począł rozpatrywać malowanie Wielkiego, osobliwie rycerzy turniejowych i ich uzbrojenie, dziwując się, że prosty człek ów Wielki, tak dobrze rozumiał wszelkiego oręża użycie, i twarze malował jak żywe.
Ks. Lutek ukazywał niektórych na ścianie podobnych do ludzi znanych i znajdował to nie właściwem, że się oni tu poznać mogli, ale król chwalił.
Gdy oni się tak przypatrywali, a ja na uboczu stałem, król mając już odchodzić, raz jeszcze się zbliżył do mnie i powtórzył mi to co wprzódy, abym się uczył i dobrej był myśli, bo on sług wiernych potrzebował, mając wielu niedobrych, na dworze siedzących tylko, aby nieprzyjaciołom królewskim donosili co się tu działo.
Tego dnia, powiedzieć mogę, skończył się pierwszy peryod żywota mojego, który o przyszłości stanowił. Dojrzałem w niewoli owej i przejrzałem, że przeciw losowi memu i przeznaczeniu płynąć nie powinienem był, ale się mu poddać, dziękując Bogu za to, że mi w potężnej prawicy króla a pana dał opiekę, za którą stać mogłem bezpieczny jak za szczytem.
Król naówczas już dwu synów miał: Władysława i Kaźmirza, a córkę, jeśli dobrze pomnę, jedną Jadwigę. Co roku też przybywały dzieci, te co były rosły, miałem już wyznaczone przyszłe miejsce moje około dozoru nad niemi. Począłem więc myśleć jak się do tego usposobić, nimby chłopcy podrośli. Do kilku lat musieli oni być na niewieścich rękach u królowej, ja zaś czas miałem nauczyć się i pomyśleć nad tem, jakbym im potem służył.
Ochmistrzem ani nauczycielem nie mogłem sobie pochlebiać, aby mnie uczyniono. Na to wybierano zwykle poważnych, starszych i uczonych ludzi, ale towarzyszem i niańką a stróżem pewnie być mi przeznaczono. Czuwać, aby się im złego co nie stało.
Sobie samemu nie ufając, chociaż od przygody mojej ze Sliziakiem nie rad wychodziłem sam na miasto, postanowiłem udać się do ks. Jana mojego i rady zasięgnąć, a wyspowiadać mu się ze szczęścia, jakie mnie spotkało.
Nie zapisałem tu jeszcze, że nazajutrz potem, gdy król mnie w malowanej izbie znalazł i przemówił, marszałek i ochmistrz oznajmili mi o wyznaczeniu dla mnie stałego jurgeltu, utrzymania dla dwu koni, sukna na odzież, kożucha i wszystkiego co dworzanie starsi pobierali.
Ochmistrz zaś objawił i to, że mogłem czasu zażywać jakom chciał dla nauki i do kollegiów chodzić, języków się uczyć, gdyż do żadnej służby nie byłem obowiązany, krom do stawienia się każdego wieczora na zamek.
— Patrzajże — kończąc to dodał łagodnie — iż szczęście własne masz w ręku, a teraz ono od ciebie samego zależy.
Szedłem tedy do ks. Jana, znając obyczaj jego w tej godzinie, gdym był pewien, że go na modlitwie i rozmyślaniu znajdę przed ukrzyżowanym Zbawicielem. Tak się stało; czekałem aż wstał, a choć się mnie spodziewać ani wiedzieć nie mógł że przyjdę, zwrócił się ku mnie tak, jakby się znaleźć spodziewał. Niejeden raz przekonałem się, iż miał takie przeczucia wszystkiego co go spotkać miało. Twarz jego pogodna i jasna, nigdy podziwienia, nigdy niepokoju żadnego nie zdradziła.
— Cóż chłopcze? — rzekł — oczy ci się śmieją? odżyłeś już.
A gdym go w rękę całował, on zaś mnie błogosławiąc, dodał:
— Przyniosłeś mi co nowego?
— Rady prosić przyszedłem — odparłem zcicha.
— U mnie zawsze jedna — rzekł ks. Jan — ora et labora, módl się a pracuj. To wszystko.
Chciałem i musiałem mu się wyspowiadać ze wszystkiego, słuchał cierpliwie. Nietylko dla mnie miał on tę świętą wyrozumiałość, że się wygadać dał zawsze z tem, o czem dawno wiedział i czego się mógł łatwo domyśleć. Widywałem go tak w ulicy słuchającego cierpliwie żebraków, skarżących się bab, stojącego w otoczeniu żaków.
— Bogu dziękuj! — rzekł spokojnie w końcu. — Drogę masz wyznaczoną. Ucz się, pracuj, staraj się godnym stać zaufania króla, a pamiętaj, jeżeli cię kiedy Bóg uczyni blizkim ucha i serca tego pana, abyś wiernym mu będąc, pochlebstwem i fałszem dla pozyskania łask się nie skaził. Posługują się czasem królowie i złemi ludźmi, ale niemi pogardzają. Cnota tylko trwałe daje poszanowanie, wiarę i powodzenie.
Radził mi potem do kollegiów uczęszczać, pilno słuchać, zapisywać to co z katedry wygłaszają, a czasu drogiego młodości nie marnować.
Przerwał ową rozmowę nadchodzący O. Jan z Dukli, pobożny i świątobliwy mąż, który należał do tych, co się wymową Kapistrana ująć dali do nowej jego reguły. Był on już dawniej w zakonie tym św. Franciszka i starszym się liczył, gdy Kapistran kazał w Krakowie.
Przybiegł naówczas ze Lwowa, aby go słuchać i ściślejszą regułę jego przyjął zaraz, a stał się nowego zakonu podporą i chlubą.
Odszedłem więc nie śmiejąc być natrętnym dłużej, aby na zamek powrócić.
Wesołej myśli, bezpiecznie kroczyłem ku Wawelowi, gdy w ulicy św. Anny jeszcze kolebkę spotkałem pańską, której z drogi ustąpić przyszło. Jakież było przerażenie moje i osłupienie, gdy pomijając ją, ledwiem się nie otarł o Sliziaka.
Stary jechał konno tuż przy stopniu. Rzuciwszy okiem w wnętrze, ujrzałem surowych rysów dumną twarz niewiasty lat średnich. Odskoczyłem w bok... postrzegł mnie Sliziak, brwi mu się jeszcze straszniej najeżyły gdy mnie poznał, a odrobina lica, które nie było zarostem okryte, pobladła. Rzucił się na koniu, jakby gonić chciał za mną.
W ulicy nie było się czego obawiać, przecież gnany strachem jak strzała, nieprzytomny, spłoszony puściłem się ku zamkowi.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.



JASZKA ORFANEM
ZWANEGO
ŻYWOTA I SPRAW PAMIĘTNIK.
(Jagiełłowie do Zygmunta.)
PRZEZ
J.  I.  Kraszewskiego.
TOM II.
WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

1890.



Rozpoczynając opisywać drugą część przygód życia mojego, bo ono się teraz inaczej obróciło, a wiekiem też wyszedłem z dzieciństwa, muszę powtórzyć to, com sobie w duszy ku pocieszeniu i pokrzepieniu mówił ciągle:
— Błogosławione niech będzie imię pańskie i wszystko, co z wyroków bożych na nas przychodzi, albowiem człowiek nigdy nie wie, czem się ma smucić, a z czego cieszyć, czego pragnąć, od czego uciekać, a Bóg tych co mu ufają losami kieruje ku dobremu końcowi.
Tegom ja w ciągu całego doświadczył żywota, a przekonałem się, że to czegom się lękał, wyszło mi na korzyść, a czegom się dobijał, na szkodę... Ludzkie sądy płytkie są, albo nie widzą tylko jedną stronę wszechrzeczy.
Przeraziło mnie wielce to spotkanie ze Sliziakiem, alem o nim nie wspominał nikomu, a na zamek powróciwszy, rzekłem tylko sobie, że się z niego nogą na miasto sam jeden nie ruszę. Tu pod opieką królewską czułem się bezpiecznym. Przecież Sliziak i ci, którym on towarzyszył, zawsze w Krakowie siedzieć nie mogli, a na zamkuby się pokazywać nie śmieli.
Tymczasem to, co już dawniej dla mnie jawnem było, choć naówczas niewiele spraw większych rozumiałem, coraz widoczniejszem się stawać zaczęło.
Król nasz miał przeciwko sobie wielki zastęp duchowieństwa i możnych panów krakowskich, którzy jakby spuściznę przejęli po kardynale Oleśnickim. Z za grobu jeszcze nieprzyjaciel ten czuć mu się dawał i nie dawał spokoju.
Właśnie pod ten czas gdy Sliziak się ukazał w Krakowie, zjechali się, jak opowiadano w zamku, Tęczyńscy niemal wszyscy, niektórzy z niemi spokrewnieni z Melsztyna, z Tarnowa, z Rytwian, i nie czyniono z tego tajemnicy żadnej, że się królowi na przyszłym zjeździe gotowali srogą wypowiedzieć wojnę.
Król i królowa mieli swoich, którzy im donosili o wszystkiem, ale odgróżki te dosyć sobie lekceważyli. Król, choć młody, znał już swoich do tyla, iż, co sam słyszałem, nieraz ks. Lutkowi z Brzezia powtarzał:
— Dać im się wykrzyczeć potrzeba. Gdy się nałają i nagrożą, przestaną na tem. Ja im wszelako ustępować nie myślę, a swoje uczynię, jako postanowiłem.
Dochodziły codzień wieści, iż Tęczyńscy z innemi wołali, że króla z tronu zsadzić potrzeba i na Litwę odesłać; bo mu tą Litwą ciągle wypiekano oczy.
Na to król z zimną krwią uśmiechając się odpowiadał:
— Gdym na Litwie zostać chciał, a korony przyjąć się wzdragałem, ciągnęli mnie gwałtem, przymuszali; teraz kiedym ją wziął, odebrać by mi radzi, ale tego nie dopuszczę...
Słyszałem, jak król zaraz potem dworskie swe pułki i straże kazał pościągać, powiększył je znacznie i uzbroił silniej. Nowe zaciągi na swój koszt zbierać polecił. Gruchnęła o tem wieść; więc i wnioski, że król zamach jakiś na szlachtę gotuje, gdy on tylko bronić się chciał od jej napaści.
Tuż pod zamkiem na mieście Tęczyńscy parę dworów swych mieli, tam tedy jawnie, w biały dzień schadzano się, zjeżdżano, obwoływano i przeciwko królowi spiskowano bezkarnie.
W mieście nic się tajemnicą zachować nie mogło, i cokolwiek w tem osiem gnieździe postanowiono, zaraz na zamek donoszono. Ale też i z zamku, nawet co król pocichu szepnął swoim, niepoczciwi jacyś na miasto wynosili. Dojść nie było można kto zdradzał.
Pomiędzy temi nieprzyjaciółmi króla gotowało się i wrzało, na zamku cicho było i spokojnie. Pan nasz mało kogo do rady przyzywał, najlepszą mu była królowa, a ta nigdy niczem ostraszyć się nie dając, mężowi też dodawała odwagi, powtarzając, iż twardo stać przy swoim powinien, władzy swej i prawom nie dając czynić uszczerbku, gdy i tak już siła u jego poprzedników i u niego panowie wytargowali...
Pani była, jak już wspomniałem, umysłu wielkiego i serca, mężna, stateczna, spokojna, i nie jak inne niewiasty, które niewczesnym strachem mężów niepokoją, owszem pokrzepiająca i dodająca męztwa.
Nieraz widywaliśmy pana, gdy z posępnem czołem do niej wchodził, a posiedziawszy przy królowej i posłuchawszy jej, wracał rozjaśniony i wesoły.
Zadora i inni codzień się wymykali na miasto, choć ich tam nikt nie posyłał, tropili, przysłuchiwali się co się tam działo, co gdzie przeciw królowi mówiono, z czem się odgrażano. Pomagali im w tem mieszczanie krakowscy, którzy wszyscy prawie stronę króla trzymali, a wielu z nich możnych, szczególniej Tęczyńskich nienawidziło.
A nie bez przyczyny.
Mieli Tęczyńscy z dawien dawna posiadłości w mieście znaczne, domy i place a grunta, z których miastu ani podatków, ani posłuszeństwa czynić i oddawać nie chcieli. Wprowadzali do miasta bez opłat wszelkich co się im podobało, sprzedawali tu pod ich imieniem i osłoną obcy przekupnie, a czeladź Tęczyńskich zbrojna z pachołkami miejskiemi wadziła się i ucierała.
Szlachcic zaś i słudzy jego do żadnego sądu nie dawali się pociągnąć. Ztąd spory i wrzawy, tumulty a bijatyki, ale w końcu mieszczanie ulegali i milczeli. To im już dojadło wielce.
Krom niewielu biedniejszych, którzy się przy panach żywili i kłaniali im za to... starszyzna, możniejsi, rajcy, zmuszeni ulegać tej panów przemocy, zębami zgrzytali. Teraz zaś, gdy możni przeciwko królowi jawnie spiskować i burzyć się zaczęli, łacno pojąć, że mieszczaństwo na jego poszło stronę, czatując tylko, czy się zręczność nie nada odpłacić za to, co tak długo znosili cierpliwie.
W mieszczanach król miał najgorliwszych sprzymierzeńców, ale miał przyjaciół a wiernych poddanych i w kraju, bo nie wszyscy z Tęczyńskiemi trzymali.
A naprzód Wielkopolska cała była niemal królewską, czego dowodem najlepszym, że gdy kardynała Oleśnickiego przeciw królowi opór potępić było potrzeba, Wielkopolanie się na to ważyli jedni, a Kaźmirz się do nich odwołał.
Stara waśń o lepszą między temi dwoma ziemiami odżyła teraz, i król, oprócz Litwy, miał się na kim opierać.
Tęczyńscy pomni tego, że oni i Małopolanie za Jagiełły rej wodzili, panowali i rządzili, Wielkopolan przekrzyczawszy i we wszystkiem uprzedzając, teraz też lekce ich sobie ważyli, nie zważając na nich wcale.
Wszystko to razem ująwszy, łacno wyrozumieć, jak naówczas w rynku i na zamku żywo się poruszali ludzie, a ci, co nie mieli wiele do czynienia, radzi z plotkami biegali tu na Wawel z miasta, to z zamku do Tęczyńskich dworu. Zadora, jak był chłop gorącego serca, niespokojny, który rad ogień podpalał, aby miał co gasić, kręcił się jak oparzony, wciskając gdzie tylko mógł. Nie zawsze przynosił co ważnego, często puste plotki, ale nigdy z próżnemi rękami nie wracał. Król ucha nie dawał tym gwarom, bo lada komu z niemi do siebie przystępu nie dopuszczał, ale przez starszyznę dochodziło do niego wiele.
W parę dni po mojem spotkaniu ze Sliziakiem, gdy we dworze Tęczyńskich właśnie się gotowało najmocniej, wpadł jednego wieczora zdyszany Zadora, z oczami błyszczącemi, uradowany, głosząc, że osobliwą historyę ułowił, która albo niepoczciwą potwarzą jest, lub Bóg wie z czego wyssaną wieścią, od której włosy na głowie z podziwu wstać mogły, bo nigdy nic podobnego na króla nikt się nie ważył wymyśleć.
Zkąd to wziął, mówić nie chciał, lecz zaręczał, że źródło było nie lada.
— Coś w tem tkwić musi — wołał — bo to pewna, że tam baba Nawojowa u Tęczyńskich rej wodzi i na króla najwięcej szczuje.
Opowiadał tedy Zadora, że gdy Kaźmirza młodziusieńkim na Litwę panować wysłano, podczas gdy sławnej pamięci Warneńczyk na Węgry został wyprawiony, aby kardynał Zbigniew sam mógł w Krakowie panować — jedni przeciw niemu spiskować zaczęli, drudzy go opanować usiłowali. Na życie nawet jego nastawano.
Na wileńskiem wielkorządztwie siedział naówczas wojewoda Gastold, człek przebiegły, skryty i zręczny. Ten królewicza zaraz w początkach w opiekę swą wziął i pilno około niego chodzić zaczął, zabawy mu wymyślając, polowania sporządzając, ugaszczając go w domu swoim. Tu, choć sam wdowcem był, mając tylko syna i córkę, znajdowało się zawsze na zawołanie towarzystwo wesołe, śpiewy i wszelka rozrywka, jaka młodego przyciągnąć mogła, choć Kaźmirz płochym nie był nawet za młodych lat swoich.
Naówczas ledwie wyrostkiem rządy na Litwie rozpoczynał. W domu Gastoldowym poznał W. książę córkę wojewody, młodszą jeszcze od niego a urody nadzwyczajnej. Dziewczę było nad swój wiek rozbudzone, żywe i śmiałe. Gastold zbliżania się do córki nietylko nie wzbraniał, ale nastręczał zręczność do niego, a kobiety przy pannie będące przez szpary patrzały na obojga zaloty dziecinne.
Ale w rok czy dwa, królowej matce doniesiono na co się zanosiło, że Gastold córkę bodaj myślał księciu wielkiemu za żonę narzucić. Pobiegła więc gniewna do Wilna, a co się tam stało, Bóg jeden wie; ale Gastoldówna na czas jakiś znikła, wojewoda gniewny wyjechał, Kaźmirz chodził bardzo frasobliwy i markotny, a ludzie, ludzie rozpowiadali, że Sonka się opóźniła z przybyciem, bo jej wprzódy Pan Bóg dał wnuka.
Był ślub czy nie, ale małżeństwo i miłość rozerwane zostały. Kaźmirz z rozkazu matki wyjechał do Grodna, potem na Ruś i nieprędko do Wilna powrócił. Gastold zaś, który był ciałem i duszą Kaźmirzowi oddanym, zajadłym się stał jego nieprzyjacielem.
Córka jego bogata wianem i dobrami po matce, piękna i młoda, wkrótce potem za jednego z Tęczyńskich została wydaną, gdy nadziei już nie było, aby król polski do niej powrócił.
Ztąd podżegana przez mściwą niewiastę większa jeszcze Tęczyńskich przeciw królowi nienawiść. Zadora opowiadał, że spisków wszelkich ona była duszą i sprężyną.
Baśń to była czy prawda, bo drudzy ją za zmyślenie mieli, utkwiła mi w umyśle mocno.
Spytałem naówczas Zadorę, co się z owem wnuczątkiem stało, o którem wspomniał, boć zawsze dziecko było królewskie. Ruszył na to ramionami i rzekł, że o tem nikt nie wiedział, bo je czy królowa matka, czy król młody, czy może Tęczyńska, sprzątnęła, aby świat go nie znał i oczu niem potem nie wykalano.
Dalej tedy ciągnę o losach moich. W rynku pod królami kamienicę miał naówczas bogaty kupiec i mieszczanin krakowski Mikołaj Kridlar.
Stały na niej wizerunki wszystkich dawnych monarchów, bardzo pięknie wyciosane, wyrzeźbione, pomalowane i złocone. Ludzie się im nadziwować nie mogli.
Przyjaciel mój, malarz Wielki, robotą około nich kierował, ale do rzeźbienia sobie wziął młodziuchnego pomocnika, o którym powiadał, że kiedyś po całym świecie zasłynie. Oni to we dwu dzieła tego dokonali. Wielki rysował, Wit Stwoszyk dłutował, a potem we dwu malowali i pozłacali; a gdy odsłonięto ścianę, zdało się, że z niej żywi patrzą królowie.
Kamienica przez to stała się najpiękniejszą i najsławniejszą w mieście całem.
Było naówczas i jest jeszcze obyczajem do dziś dnia, że każdy dom pokaźniejszy, znak jakiś, godło przybiera i od niego się zowie. Na jednych kamienicach stoją patronowie święci, Chrystus, Matka Boska, Krzysztof święty, na innych stworzenia różne, lew, baran o dwu głowach, jeleń, okręt, ale Kridlar swojemi królami wszystkich innych w kąt zapędził.
W pierwszych dniach, gdy mur odsłonili, gawiedź przed nim gapiąc się po całych dniach stała, ukazując sobie palcami i sprzeczając się, który Mieszko był a Bolek...
Z tej to próby zachwalony, począł młody Stwosz w Krakowie do kościołów i po dworach pracować.
Kridlar możny pan, miał tylko dwie córki, dziewczęta urodziwe bardzo a tak wypielęgnowane, wyuczone, że i szlacheckiemu dworowi zakałyby nie uczyniły. A że za niemi wiana się znacznego spodziewać było można, a szlachta już wówczas bogatemi mieszczankami krakowskiemi nie przebierała, oni też się nie mieli za gorszych od niej, do Kridlara nacisk był wielki z królewskiego dworu młodzieży i rycerstwa.
Zabawiano się tu wesoło bardzo, mało nie każdego dnia.
Kridlar otyły, rumiany, głośno się śmiejący, baryłkowaty, przysadzisty, wesoły człeczyna, szczodrym był i gościnnym. Pochlebiało mu to, że na dworze stosunki miał i dobrze się córki wydać spodziewał.
Dziewczęta, Martochna i Żychna, jak jagódki wyglądały.
Pociągało ku nim, że ogładę miały, a śmiałe przytem były, wesołe, śpiewające i każda z nich nawet kilku językami mówiła. Dbał o to ojciec. Zaczęli mnie, com od ludzi stronił i od kobiet dotąd uciekał, bo mi strach jakiś wrażały, namawiać Zadora i Maryanek, abym z niemi koniecznie do Kridlara szedł. Opierałem się, gwałtem prawie pociągnęli z sobą, dowodząc, że ja w samotności zdziczeję i zgłupieję.
Pierwszy to raz oglądałem dom taki zamożnego mieszczanina i zdumiałem się jego dostatkom. Obyczaj był poufalszy niż gdzieindziej, prostota większa, kłaniać się do stóp nie potrzeba było, śmiano się swobodnie na całe gardło, a przytem chleba i napoju w bród, co najprzedniejszego podawano, bo mieszczanin w to bił, że sprostałby, jak Wierzynek, królów nawet przyjmować.
Sypała się też do niego czeladź królewska. Ztąd języka dostawano o Tęczyńskich, których Kridlar był nieprzyjacielem jako drudzy, a pono nie od dziś z niemi miał coś na pieńku. Mieszczanie krakowscy od bardzo dawna odgrażali się na nich i na wąs motali, szepcząc: odpłacim my im to z nawiązką.
Tymczasem koso tylko spoglądając, ustępowano im z drogi.
Kridlar jak innych tak i mnie przyjął dobrem sercem, alem wszedłszy przestraszony zaszył się do kąta i nie śmiałem ust utworzyć. Było bo na co patrzeć i czego słuchać. Izba duża, gdyby giełda, sklepiona, oświecona mosiężnemi wielkiemi kilkoramiennemi świecznikami, ławami i stołami okrytemi w kobierce i szafami wielkiemi przybrana, wyglądała jakby od święta, choć dzień był powszedni. Wszedłszy na próg w głowie się zawracało, taki w niej wszędy gwar panował, tyle tam było śmiechu, brzęku i wesela. Oprócz Martochny i Żychny, na dziewczętach postrojonych, paniach starszych i młodych mężatkach nie zbywało. Wszystko to postrojone w łańcuchy, w zawoje złociste, w czółka perłami sadzone, w atłasy i aksamity, ręce całe w pierścieniach; dziewczęta w wiankach, jejmoście w rąbkach jak królewne.
Jam się tylko zdala przyglądał i przysłuchiwał.
Rad byłem, że Zadora i Maryanek zapomnieli trochę o mnie, gdy pierwszy z nich na upartego szukać mnie począł, znalazł, wyciągnął i poprowadził z sobą gdzie śpiewano i na cytrach grano.
— Patrzajno — rzekł mi żartobliwie ręką wskazując na dziewczę, które nieopodal na ławce siedziało — taż to smarkaty ten wyrostek jakby stworzony dla ciebie. Nim się rozmyślisz do niej zagadać, będzie miała czas wyrosnąć.
Spojrzałem bojaźliwie i — ujrzałem prawdziwe cudo, jakiegom w życiu nie widział. Była to dzieweczka zaledwie z dzieciństwa wychodząca, piękna jak aniołek, z czarnemi ogromnemi oczyma, któremi na przemiany, jakby strwożona, to zbyt bojaźliwie, to nadto zuchwale i niezręcznie do koła rzucała. W uśmiechu i wyrazie ustek było coś tak pociągającego, żem stanął jak osłupiały.
Oczy się nasze spotkały, i byłbym uciekł ze strachu, ale ścisk był taki, że zamiast w tył, popchnięty naprzód zostałem i znalazłem się tuż przy dziewczęciu i średnich lat jejmości, wystrojonej, która siedziała przy niej.
Ta, chociaż nieznajoma, wskazała mi miejsce przy sobie na ławie, w sposób tak rozkazujący, żem nierozmyśliwszy się, siadł posłuszny.
Zwróciła się ku mnie.
— Ze dworu waćpan jesteś? — spytała.
— Tak jest.
— A jak go zową?
— Jaszkiem Orfanem — rzekłem cicho.
Uśmiechnęła się — nie wiem czego.
— Cóżeś to tu po raz pierwszy, czy co? — poczęła dalej — boś strwożony jak trusia!
Nie śmiałem odpowiedzieć, spuściwszy oczy. Tak się jakoś obcesowo brała do mnie, że trwoga moja jeszcze się powiększyła; alem potem języka w gębie zapomniał, gdy, nachylając mi się do ucha, szepnęła.
— A co? odszedłeś już i odżyłeś po swej niewoli na zamku?!
O tej niewoli nikt w świecie nie powinien był wiedzieć i sądziłem, że nikt o niej nie wie. Najsroższe było przykazanie królewskie, abyśmy o tem milczeli. Nierychło podniosłem oczy i wybełkotałem, że niewoli żadnej nie znałem.
— Nie kłam — odparła śmiejąc się. — Tajemnicą to jest dla wszystkich, ale my kobiety przez ściany słyszemy i podpatrujemy.
— Zadora chyba zdradził! — westchnąłem niespokojny i zafrasowany.
— Ani on, ani towarzysz jego słówka nikomu nie pisnął — odparła żywo — a pomimo to wie się wszystko.
To mówiąc poklepała mnie po ramieniu.
— No, ze mną starą nie zabawisz się młodziku — rzekła wesoło — przysiądź się do Luchny. Wskazała na cudną dzieweczkę — i poznaj się z nią. Wasze wieki lepiej się z sobą godzą.
I popchnęła mnie tak, żem sam nie wiedząc jak przy Luchnie owej się znalazł. Starsza pani, jak gdyby nam przeszkadzać nie chciała, odwróciła się z rozmową do któregoś z przechodzących, a ja nieśmiało oczy podnosząc, ujrzałem przed sobą uśmiechniętą twarzyczkę ślicznego dziewczęcia. Czas jakiś patrzyłem na nią w zachwyceniu — nie wiedząc jak rozpocząć rozmowę.
— Waćpan tu tak pono obcy jesteś jak i ja? — zaczęła pierwsza szczebiotać.
— Po raz pierwszy w istocie; przyszedłem z towarzyszami — rzekłem — i oprócz nich nie znam nikogo — a wy?
— Jam ze wsi — odpowiedziała śmiało Luchna — ale miasto mi się bardzo, bardzo podoba. Tak tu gwarno a wesoło, a u nas tak cicho a często i nudno. Nie mogę się napatrzeć Krakowa, tak mi się pięknym wydaje. Po całych dniach z ciotunią biegam, a śni mi się potem com widziała po całych nocach.
A wy? — zapytała — słyszę, że ze dworu króla jesteście?
— Tak jest — odpowiedziałem. — Szczęście to wielkie dla mnie, tak dobremu służyć panu.
— No, i na dworze też wesoło być musi? — podchwyciło dziewczę ciekawie.
— Nie tak, jak tu — odparłem. — Zabaw u nas mało bywa, bo król jeśli się zabawia, to tylko łowami, a królowa dziećmi zajęta... Gdy obcy goście, książęta i panowie przybywają, uczty bywają wielkie, wspaniałość na nich królewska, ale wszystkiemu powaga steruje. Śmiechu słychać mało, śpiew rzadki.
— A! tom już dworu nie ciekawa — poczęło dziewczę — bo ja śmiać się i zabawiać lubię bardzo.
Spojrzałem na nią, usta miała na pół otwarte i rząd ząbków maleńkich, jak perełki białych wyglądał z za różowego warg rąbku.
Musiałem się mimowolnie uśmiechnąć też dla niej.
Tak się ta moja pierwsza w życiu rozmowa z dziewczęciem, które mnie oczarowało, rozpoczęła. Ani wiem, cośmy już mówili potem, ale znajomość się zrobiła bardzo łatwo i tak nam z sobą dobrze było, że gdy nikt nie przerywał, przesiedzieliśmy z godzinę, urywanemi słowy rozpowiadając sobie rzeczy różne.
Zajęła mnie tak Luchna, żem nawet o tem zapomniał, co mnie przeraziło, — o wydanej tajemnicy mojej niewoli.
Opowiedziało mi dziewczę jakby od niechcenia, w jakim jutro będzie kościele, na której ulicy ją spotkać można, w ostatku nazwało mi dworek, w którym z ciotką mieszkała.
Jak długo tu zabawić miały, nie wiedziała.
Po śpiewie wzięto się do skoków i Luchnę mi zabrano, a ja dopiero ochłonąwszy, gdy godzina powrotu na zamek nadchodziła, z Zadorą i Maryankiem wynieść się ztąd musiałem. Prawie w progu już byłem, gdy mnie Luchny spojrzenie spotkało ostatnie, uśmiech i skinienie głową.
Zdało mi się jakbym słyszał:
— Do zobaczenia!
Zaledwieśmy byli w ulicy, gdy na Zadorę wpadłem, rozpowiadając mu, co mi się zdarzyło i co mi do ucha stara szepnęła. Któż mógł tajemnicę zdradzić, jeźli nie on lub Maryanek. Obawiałem się, aby to nie spadło na mnie. Począłem im gwałtowne czynić wyrzuty.
Zadora stanął zdumiały.
— Człowiecze — zawołał — oszalałeś czy co! Ja! jabym miał przeciw przykazaniu pańskiemu postąpić! Przeżegnaj się! Klnę się na wszystko co jest najświętszem, gęby nie otworzyłem!
— A któż? boć nie ja! o moją skórę chodzi! — krzyknąłem.
— W tem sęk — posępnie rzekł Zadora. — Stara ta podejrzaną mi jest. Nie wiem nawet, jak się ona u Kridlara znalazła, bo to dumna szlachcianka, a bodaj mąż jej Tęczyńskich sługą!
Ostrożnym z nią być potrzeba!
Zadumał się frasobliwie on i ja.
Ogarniał mię strach, ale oczy czarne Luchny rozpędzały go.
Byliśmy już pod zamkiem, gdy Zadora dodał.
— Trzeba dojść, zkąd baba mogła wiadomość tę dostać, a na wszelki wypadek trzymać się od niej zdaleka. Kto wie, co w tem jest skrytego. Świętochna stara, bardzo siostrzenicę ci raiła... a to niebezpieczna rzecz i nie bez racyi, gdy się baba do kogo wdzięczy. Bogatym nie jesteś, imienia wielkiego nie nosisz... miejże się na baczności, abyś znowu w jakie pęta nie popadł.
Rozumnie mówił Zadora, ale mnie nie przekonał; czarne oczy Luchny tak mi się śmiały, żem dla nich zapomniał wszystkiego... Zmilczałem, postanowiwszy nazajutrz szukać dziewczęcia i widzieć je koniecznie.
— Co mi grozić może? co złego stać się? Przecież w tem niewinnem stworzeniu zdrady się obawiać nie godzi!
Do śmierci człowiek od niewiasty i jej uroku nie jest bezpiecznym; dał im Bóg siłę wielką, aby nas na próbę wystawił i cnoty wypróbował, ale w latach późniejszych, gdy się już przez niejeden ogień przeszło, doświadczenie uczy, a i serce się nie tak łatwo porusza. Pierwsza ona miłość zawsze najstraszniejsza, bo zaślepia i ogłusza, a rozumu pozbawia.
Tak było ze mną. Całą noc prześniłem i przedumałem o Luchnie, a nazajutrz rano byłem już w kościele św. Trójcy, gdziem się ją spotkać spodziewał.
Przybyłem tylko o jedną mszę zawcześnie i dopiero pod koniec jej zobaczyłem Świętochnę, za którą szła śliczna jej siostrzenica. Ciotka mnie wprzódy postrzegła niż ona, i zdało mi się, że po ustach jej przeleciał uśmiech jakby szyderski.
Spojrzała potem i ona na mnie... a tuż klękły słuchać mszy, która właśnie się poczynała. Ja też dla nich pobożny byłem.
Po nabożeństwie, już sam nie wiem jak ważyłem się we drzwiach je powitać. Świętochna pierwsza się odezwała do mnie.
— Odprowadźże nas do dworku, bośmy same, a w ulicach czem później na dzień, tem tłumniej.
Nie mogła mnie niczem nad to uczynić szczęśliwszym. Szedłem z niemi, na przemiany mówiąc z ciotką, a patrząc na siostrzenicę... Serce mi się w piersiach rozrastało z uciechy wielkiej.
Ale cóż? Droga ta od św. Trójcy do dworku Hermanów wydała mi się tak krótką, że stanąwszy w progu... smutny, żegnać począłem.
— Wstąp spocząć — odezwała się ciotka uprzejmie.
Znaleźliśmy się w izbie. Świętochna poszła zrzucić zwierzchnią suknię, zostałem sam z Luchną. Wczorajsza rozmowa rozpoczęła się z równą żywością, choć co chwila obawiałem się powrotu ciotki. Zabawiła jednak dłużej niż się tego spodziewałem. Powróciwszy usiadła i wybadywać mnie zaczęła o dwór, o życie moje, o króla, królowę i t. p.
Mówiłem bez wielkiego rozmysłu, co na myśl przyszło. Naostatek zabawiwszy dosyć długo, musiałem żegnać rad nie rad.
— Od czasu do czasu — odezwała się stara uprzejmie — możesz nas waćpan odwiedzić... My tu mało znajomych mamy, a moja Luchna się nudzi.
Wyszedłem jak pijany! Co się działo ze mną! co się działo... Radbym był w tej chwili przed całym chwalić się światem szczęściem mojem, a tu właśnie trzeba było zachować tajemnicę... Nie wiem, jak na zamku z twarzy mi nie wyczytali, żem szalał.
Co się ze mną niedoświadczonym działo! powtarzam raz jeszcze, tegom już drugi raz nie doznał w życiu. Obawa jakaś, zgryzota, niepokój razem i pragnienie, żeby to wszystko, co mnie czyniło tak nieszczęśliwym i szczęśliwym razem, nie ustawało, ciągnęło się jak najdłużej, przejmowały mnie całego.
Radbym był zaraz nazajutrz pójść do pani Świętochny, ale lękałem się być natrętnym. Trzeciego dnia poszedłem, dotarłem prawie do wrót, zląkłem się i uciekłem. Kto to wszystko opisze!
Zacząłem powoli bywać wreszcie i nabrałem większej śmiałości. Ciotka i siostrzenica dobrze mnie przyjmowały. Z Luchną jakoś dziwnieśmy się godzili i dobrze rozumieli. Rozmiłowałem się w niej straszliwie, alem już naówczas tyle rozumu miał, iż miarkowałem, że z tej miłości nic nie może być.
Sierota bez imienia, ubogi, jak się miałem posunąć do szlachcianki, o której sama ciotka powiadała, że wiano otrzymać miała piękne? O ożenieniu ani myśleć było.
Tegom tylko nie mógł zrozumieć, dlaczego pani Świętochna, mająca doświadczenie i widząca na co się zanosiło, nietylko mnie nie odpędzała, ale aż nadto dawała swobody w domu do zabawy z Luchną.
Posiedziała czasem z nami trochę, potem pod pozorem jakimś wychodziła do drugiej izby, od której drzwi zostawiała otwarte i rzucała nas samych.
Byliśmy z sobą jak brat z siostrą... codzień lepiej, serdeczniej codzień.
Razu jednego zastałem panią Świętochnę samą. Luchna, jak powiadała, na zęby cierpiała i wyjść nie mogła. Ciotka rozmowę ze mną zaczęła, tak rezolutnie i śmiało, jak była zwykła.
— A co, Jaszku — odezwała się — Lucha ci moja w oko wpadła, ba i w serce... No, cóż z tego będzie? Ja przeciw waszmości nie mam nic, chłopak jesteś gładki, uczciwy i stateczny, choć sierota i bez majątku... ale żeby z tego co być mogło, trzebaby dwór królewski opuścić i na wsi zamieszkać. To dworowanie na nic się nie zdało!
Spojrzała mi w oczy ostro, zmilczałem osłupiony i zdziwiony. Począłem potem bełkocząc dziękować jej pokornie, mówiąc, żem od króla cale zależał i gdyby się co stanowić miało, musiałbym go o pozwolenie prosić.
Uważałem już z dawniejszych różnych pogadanek, że pani Świętochna jakoś do króla serca nie miała.
Potrząsnęła głową.
— Nie masz po co ani się króla prosić, ani mu o tem mówić — rzekła — nie pozwoli ci, powie żeś za młody... Trzeba tak czy owak między nim a Luchną i nami wybierać.
Najlepiejbyś zrobił — dodała — żebyś nikomu nic nie powiadając, na koń siadł gdy my wyjeżdżać będziemy i za nami ruszył... reszta się znajdzie.
Poczęła potem różnemi mnie łudzić obietnicami, mówić o wiosce, która w posagu puszczoną być miała... zachwalać dziewczę, wynosić życie wiejskie, a obrzydzać dworskie.
Na to wszystko nie umiejąc nic odpowiedzieć, wyprosiłem tylko dzień jeden namysłu i uciekłem na zamek.
Rzuciło mnie jak w gorączkę!
Co tu robić? Własnemu rozumowi nie dowierzając, bo tu szło o los całego życia, do króla też czując przywiązanie wielkie, biłem się z sobą długo, aż nareszcie postanowiłem pod zaklęciem wielkiem wyspowiadać się przed Zadorą i o radę go prosić.
Zdziwił się niezmiernie, gdym go na osobność wziąwszy całą historyę moją opowiadać rozpoczął. Nie posądzał mnie wcale o takie wczesne rozmiłowanie, a słysząc o pani Świętochnie i jej dla mnie powolności, najeżył się i nasrożył.
— Człowiecze ty prostoduszny — krzyknął gdym skończył — głuptaszku jakiś, czyżeś tak ślepy, że nie widzisz, iż na ciebie sidła zastawiono? Jawna rzecz, że to pułapka. Świętochny mąż Tęczyńskich jest sługą, pochwycić cię chcą znowu, a tym razem tak zasadzą, że cię i król ani ja nie wydobędzie z dziury! Dziewczynę postawiono jak gęś na wilczym dole, abyś pokusiwszy się o nią wpadł do niego! Toż w oczy bije! Dlatego ci o tem tajemnicę zachować kazano, aby nikt oczów otworzyć nie mógł. Szczęście twoje, żeś mi się zwierzył.
Słuchałem i nie mieściło mi się w głowie, spróbowałem zaprzeczyć. Zadora się pogniewał, i jak był szparki, wprost łajać mnie począł, powtarzając, żem głupi był.
Ale jakżem ja mógł przypuścić, żeby Luchna, ona, te czarne oczy knuły taką zdradę czarną!
Nałajawszy mi, naburzywszy się Zadora poszedł, grożąc mi, że gdybym głupstwo takie na własną zgubę miał uczynić, wyda mnie i ochmistrzowi na wieży bodaj wsadzić poleci, jak pijanego, pókibym się nie wytrzeźwił.
Ze zmytą głową cały wieczór spędziłem na rozmyślaniach, a żem zawsze pobożny był, ofiarowałem się nazajutrz na mszę świętą u ołtarza N. Panny Różańcowej, na intencyę własną o dobrą radę.
Rano tedy, a była już jesień, wyszedłem opończą się otuliwszy. Nie dochodząc do kościoła, patrzę, Luchna moja małemi kroczkami, ze spuszczoną główką idzie zadumana wprost też do św. Trójcy. Za nią nie ciotka, ale stara sługa, którąm znał, i była mi, jak wszyscy w domu przyjazną.
Zbliżyłem się do niej. Cofnęła się naprzód jak przestraszona, postrzegłem oczy zaczerwienione i niby zapłakane, schwyciła mnie za rękę.
— Po mszy świętej — rzekła cicho, głosem zmienionym — w kruchcie stań, bardzo pilno mam wam coś powiedzieć. Sam Bóg was tu sprowadził...
Tknęło mnie bolesne przeczucie... wiedziałem już, iż coś złego nas czekało.
Modliłem się tem goręcej, a Luchna, na którą spoglądałem czasami, zdawała się poruszoną i przejętą.
Ledwie ksiądz nas przeżegnał, a ona się podniosła, czekałem na nią przy święconej wodzie. Dała znak słudze, odeszliśmy trochę na stronę.
Długo stała nie mogąc przemówić, głos się wreszcie dobył z jej piersi, drżący i cichy.
— Rozstać się nam trzeba — rzekła — rozstać może na zawsze. Dopiero wczoraj, przypadkiem dowiedziałam się, że wam grozi niebezpieczeństwo wielkie, a mnie użyto aby was wciągnąć w nie... Nie jedźcie z nami, ani za nami! Zaklinam was! Czyhają na to! Światabyście więcej nie zobaczyli. Nie powiem wam reszty, bo mi się nie godzi... ale wyrzeczcie się Luchny... dajmy sobie ręce i bądź mi zdrów na wieki.
Łzy się jej z oczów puściły, stałem oniemiały.
— Zkądże, jakim sposobem dopiero wczoraj dowiedzieliście się o tem? — spytałem.
— Nocą już, gdym w łóżku była, a ciotka mnie śpiącą sądziła — rzekła pocichu — nadjechał stary sługa pani Nawojowej.
— Ten, obrosły jak niedźwiedź? — przerwałem.
— On sam, Sliziak — ciągnęła dalej Luchna łzy ocierając. — Poczęli mówić z ciotką o tem, a ona się przechwalała, że z pomocą moją już was miała w garści. Zdrętwiałam posłyszawszy z czem się Sliziak odgrażał i postanowiłam, choćby mi na zamek biedź przyszło, przestrzedz was i oznajmić.
Mnie się tak dziewczęcia żal zrobiło okrutny, żem włosy z głowy rwać począł. Więc w lament uderzyłem na ten los mój, który mi dał tylko szczęście na chwileczkę, abym je na wieki utracił.
— Ma-li tak być — rzekłem — nie pozostaje mi nic, tylko sukienkę zakonną wdziać i Bogu życia mizernego resztę poświęcić.
Luchna z za łez uspokoić się mnie starała.
— Któż wie — odparła — jak się później rzeczy obrócą; mnie choćby za mąż wydać chcieli, nie przymuszą tak łatwo.. uczynię się chorą, a kogo mi postawią, potrafię to, że mnie obrzydzi... Czekajmy oboje, ja wam ślubuje wiarę do ostatka, wy mnie, a Bogu resztę polećmy. Patrzy on na serca, a uzna, żeby miał nad niemi miłosierdzie, to nam w pomoc przyjdzie,
Tak słowośmy sobie dali, zwróciwszy się oboje ku ołtarzowi; a że stara sługa znaki dawała, Luchna powrócić musiała, którą kawał drogi przeprowadziwszy, słowa już nie mówiąc, bo mi rozpacz gardło ściskała, pożegnaliśmy się.
— Nie przychodź więcej — szepnęła mi. — Z zamku dajcie znać tylko przez kogo z czeladzi, że król was z sobą zabrał na łowy, albo wysłał w świat.
Tak się tedy skończyło pierwsze w życiu szczęście moje.
Na zamek przyszedłszy, siadłem przybity tak, iż Zadora zobaczywszy to, łajać się zbliżył.
— Nie bądź głupim — rzekł. — Otrząśnij się i pluń na to. Dziewczyna żalu nie warta, kiedy się użyć dała za taką ponętę...
Nie mogąc się wstrzymać, skoczyłem mu na szyję, wyznając wszystko...
Zadorze to pochlebiało, iż tak dobrze zgadł wszystko, wąsa kręcił i powtarzał:
— A widzisz! trutniu! Starszych słuchaj... na gorąco dmuchaj, kiedyś się raz sparzył. Oto masz... Ale dziewczynie należy dobre słowo i dank za poczciwość.
Wszystko się tak potem stało, jak było ułożone. Świętochna przysłała dwa razy na zamek po mnie, powiedziano jej, że i za dwa miesiące nie wrócę. Zadora, który na wszystko miał oko, w kilka dni potem doszedł, że jejmość z wabikiem wyjechała na wieś do domu.
Ale w sercu i na oczach moich pozostała Luchna zapłakana, tak jakem ją raz ostatni widział w kruchcie, gdyśmy sobie wiarę poprzysięgali.
Życie mi osmutniało i zbrzydło.
Ratując się chodziłem do kollegiów, słuchając i nie słysząc, co tam prawiono, przesiadywałem przy Wielkim, gdy malował; naostatek, szukając sobie powołania, gdy do niczego mnie serce nie pociągało tak bardzo; ponieważ król do dzieci swych mnie przeznaczał, na bakałarza się sposobić zacząłem.
A że mi tego nie starczyło i myślałem, że dozorcy dzieci nie zawadzi też umieć zdrowiu ich radzić, począłem poglądać na medyków... aby i tej nauki coś liznąć.
Nadwornym króla naówczas był Paweł Gaskiewicz, krom innych.
Do tegom ja najwięcej śmiałości miał, bo był człowiek młody, wesół i niehardy. Suknię duchowną nosił, choć kapłanem nie był, ale w niej tak swobodnie sobie poczynał, że mu ona do niczego nie zawadzała.
Codziennie się prawie z nim na dworze spotykało. Kiedym z niewoli mojej powrócił osłabły wielce, on z rozkazu króla kordyał mi jakiś dawał, poił mnie nim i miał staranie, dopókim do siebie nie przyszedł.
Po Janie Wielkim, malarzu, człowiek to był, co mi najlepiej do serca przypadał. Buty w nim żadnej nie znalazłeś, choć z nauki i rozumu go wychwalano. Żartobliwy, sam z siebie i z drugich szydził chętnie, nikim nie gardząc, z lada prostaczkiem przestawał równie chętliwie, jak z najmędrszym człowiekiem, powiadając, że od głupich i nieuków rozumu się też uczyć można.
Gdy mi zaświtało w głowie, aby cokolwiek liznąć medycyny, przyznałem mu się do tego, opowiadając, że król mnie do dozoru dzieci przeznaczał, więc się to przydać mogło, gdy lekarza nie zawsze i nie wszędzie znaleźć było.
Gaskiewicz małego był wzrostu, prawie karzeł, głowę miał tylko dużą, zręczny był, zwinny, a gdy się ożywił, skakał i podnosił się na palcach. Lubili go wszyscy.
Słuchając mnie, usta szeroko tak otworzył, że w nich wszystkie zęby policzyć było można.
Milczał, ale skóra na głowie, którą władzę miał poruszać, jakby wcale do czaszki nie przylegała, zaczęła mu się przesuwać od czoła na tył, z tyłu na czoło i na boki.
— He! he! — odezwał się śmiejąc — to mi zuch! Trochę medycyny! trochę! Ale medycyna nie jabłko, żeby ją można na wpół przekroić i dać kawałek... a my wszyscy, cośmy zjedli wszystek jej rozum, takie osły jesteśmy, że nas często stara głupia baba w kąt zapędzi.
— No, proszę! trochę medycyny! — powtarzał i wziął się za boki — tęgi jesteś...
Wtem spojrzawszy na moją zasmuconą minę, spoważniał i rzekł za rękę mnie biorąc:
— Ucz się porządnie i staraj się nauczyć jak najwięcej; zobaczysz, że ci tego nawet za mało będzie! Żadna nauka człowiekowi nigdy nie szkodzi, chyba gdy mu jak zły humor do głowy pójdzie i ją zawróci. Czemu byś doktorem nie miał być? Po łacinie cię uczono, weź się do Hipokratesa i Gallena.
Prosiłem jego o pozwolenie, abym czasem mógł do niego przychodzić i z nauk jego korzystać.
— Ale ja nic nie umiem i sam się uczę, a czuję, że na tę naukę życia jednego mało — rzekł poruszając ramionami. — My wszystko zgadujemy, a nic nie wiemy.
Pomimo tych wymówek, Gaskiewicz mi i wstępu do siebie nie bronił i nie pogardzał mną, a różne rzeczy mi rozpowiadał, jakby do nauki przyspasabiając. Dziwak był jednak... Spytałem go czasem, dlaczego naprzykład takie lekarstwo ten a nie inny czyni skutek. Zaczynał się śmiać.
— Albo my wiemy? — odparł zawsze. — Mówią, że ametyst na żołądku nosząc upić się nie można. Który pijanica tego pierwszy próbował, nie wiem; ale to wiem, że jedno lekarstwo nie jednako każdemu skutkuje; cóż tu pytać przyczyny, kiedy co krok tajemnica! Ja lekarstwo daje wiekami stwierdzone i... darmo. Baba przychodzi, palcem kiwnie, zamróczy coś i chorobę odpędzi. Pytajże przyczyny?! Bóg jeden wie wszystko!!
Gaskiewicz u siebie królewską aptekę trzymał, tam dopiero było na co patrzeć. Słojów, słoików, flaszek, pudełek stało na półkach setkami, a były w nich takie ingredyencye, że na wagę złota i drożej je kupowano.
— Człowiek tak stworzony jest — mówił pocichu — że gdy mu czystej dasz wody a powiesz, że ona ma w sobie drogi i osobliwy lek, ozdrowieje od niej; więc te kosztowne proszki w ten sposób działają, iż naprzód myśl wyleczą, a przez nią ciało.
Ruszał ramionami.
Mimo tej niewiary lekarz był doskonały, tylko prostemi bardzo sposobami poczynał zawsze... i szczęściło mu się.
Gdy choremu poradzić nie mógł, bywało, że go posyłał albo do ks. Kantego, albo do innego jakiego świątobliwego człowieka.
— Niech cię on pobłogosławi i pomodli się — mówił — to lepiej niż apteka poskutkuje.
I było tak jak mawiał, choć ks. Jan się gniewał i zapierał, że on łaski takiej nie ma u Boga, aby mógł nią być pomocnym.
Ciekawość tych arkanów natury trochę mój smutek i utrapienie ukoiła.
Wtem też inne nadeszły wypadki, które nas wszystkich gorąco zajęły, bo w Krakowie i w całym kraju zagotowało się jak w kotle.
Lecz nim o nich opowiadać zacznę, muszę wprzód o jednym człowieku napomknąć, który na to co się dziać miało, wielki wpływ wywarł, choć nie chlubił się z tego.
Rok czy dwa temu wprzódy, powrócił do Krakowa z Niemiec, kędy go na naukę wyprawiono, możnych rodziców rycerskiego stanu młodzieniec Ostroróg Jan, z Wielkiej Polski, która cała, jakom mówił, królowi była oddana.
Jak skoro się tu ukazał w Krakowie, gruchnęła zaraz wieść, że osobliwej nauki i wielkiego umysłu był mężem. Chwalili go bez miary niektórzy, inni napadali nań za jakieś, jak oni mówili, niedowarzone myśli, które w świat bardzo zuchwale rzucał.
Król, który o nim zasłyszał, bo mówiono wiele, kazał mu się na dworze stawić, dokąd go ks. Lutek z Brzezia przyprowadził.
Widziałem go naówczas po raz pierwszy. Trudno było urodziwszego rycerza spotkać nad niego, a miał taką postawę pańską, że gdyby go w siermięgę przebrano, zdradziłaby twarz i ruch, że z wielkiej krwi pochodził.
W oczach i na czole też miał wypisany rozum wielki, nad lata stateczność jakąś i powagę. Wieczora tego gdy go królowi przyprowadzono, co zwykle z innemi pan nasz czasu nie tracił i prędko ich zbywał, z nim do późnego wieczora przy zamkniętych drzwiach na rozmowie pozostał. Nie było nikogo oprócz niego i ks. Lutka. Odchodzącego w progu król żegnał bardzo łaskawie.
Nazajutrz przybył znowu, a dni następnych był tak częstym gościem, iż to wszystkich oczy zwróciło. Poczynano mu zazdrościć; przepowiadano dostojeństwa wielkie, do których i krwią swą miał prawa.
Tu zaś nie krew, tylko rozum go tak stawił wysoko u króla.
Zkąd i jak nie wiem, w nieprzyjaznym naszemu panu obozie rozeszła się wieść, że młody ten Ostroróg z Niemiec jakieś niebezpieczne przywiózł królowi nauki i rady, jak miał rządzić w domu.
Przypisywano mu, że on króla w tem utwierdził, aby biskupów ani kapitułom samowolnie obierać, ani sobie dawał z Rzymu narzucać; że namawiał do tego, aby siłę zaciężną powiększyć, wzmódz się w posłuszne wojsko i przeciw krnąbrnym użyć bodaj siły, gdy słowo rozumne nie starczyło.
Duchowieństwo nań z obawą i niedowierzaniem spoglądało, czując nieprzyjaciela. Ostroróg wcale się ani o to, ani o inne wieści dbać nie zdawał. U króla był w jawnych łaskach, zresztą mało z kim przestawał, oprócz kilku uczonych, którzy ciekawi byli co od obcych przywiózł do domu. Z tem się on lada przed kim nie wygadywał.
Król i królowa tak go sobie szacowali, że w początkach, gdy po kilka dni na zamku go nie widziano, posyłano po niego, tęskniono za nim. Zamykano się z nim w istocie jakby na radę potajemną, zkąd też poszły te niedowierzania i obawy.
Że w tem wszystkiem, co o nim rozpowiadano, coś prawdy być musiało, rzecz niewątpliwa. Z uczonemi rozprawiając, podobno myśli nie taił. Potrząsano głowami twierdząc, że z tych rad dawanych królowi może wielkie urosnąć nieszczęście.
W obozie tych co na króla zagniewani byli, bo im nad sobą nie dawał przewodzić, szczególniej wiele o Ostrorogu rozpowiadano, a w końcu zmyślone czy prawdziwe poszły po rękach owe rady, które okrzykiem zgrozy powitano.
— Przededniem ś. Idziego, na który zjazd był w Piotrkowie naznaczony, wzięła się z obu stron zawierucha wielka i zaniosło na burzę. Widzieli to już wszyscy.
Królowi donoszono, że Tęczyńscy, Tarnowscy, Melsztyńscy i inni, co dawniej z kardynałem trzymali, wprost do tego zmierzali, aby pana z tronu zrzucić, królestwa pozbawić i wywłaszczyć. Gadano o tem na dworze głośno, powtarzano wyrazy tych, co się naradzali nad środkami, szczególniej Jana z Rytwian, starosty sandomierskiego, który z niepohamowanej mowy był znanym.
Z drugiej strony, gdy wszyscy co trzymali z królem, poczęli się ściągać zbrojno i gromadnie, a i pułki królewskie a straże otrzymały rozkaz ciągnąć z nim do Piotrkowa, Tęczyńscy głosić zaczęli, że się na nich zamach gotuje, iż więzić ich i sądzić zamierza Kaźmirz za to, iż praw swych bronić chcieli.
W tych to godzinach, gdy się z obu stron wybierano na nieszczęśliwą wojnę domową, pomiędzy panem a poddanemi jego, naszego króla widzieć było potrzeba.
Nam stojącym z daleka gniew piersi rozrywał, wrzało w tych co Kaźmirza kochali, a on? tak spokojnie to znosił, tak pogodnem czołem, jak gdyby sprawę najpowszedniejszą.
W tem była zawsze wielkość i moc jego, że gniewu nie okazał nigdy, jak gdyby wyżej stał nad tych, co się tam rzucali i miotali, a swej siły pewnym był, wcale się nie troszcząc o koniec.
Trzeba było widzieć tych co go otaczali, co doradzali, Ostrorogów, Szamotulskich, ks. Lutka, Kmitów, Gorków, Czechela i innych, jak chwili spokoju nie mieli, jak nieustannie biegali, naradzali się, grozili, przynosili wieści, obmyślali środki, a wśród tego wrzątku król stojąc czoła nie zmarszczył.
Więc ruszyło wszystko do Piotrkowa, a mnie też więcej przez ciekawość niż z potrzeby, napraszającemu się do orszaku pańskiego towarzyszyć mi dozwolono.
Prawdą to jest, że nigdy jeszcze król się tak ludno i zbrojno nie wybierał na zjazd żaden. Wyglądało to jakby jechał na wojnę, a on po drodze dobrej myśli będąc polował jak zwykle i bodaj o psach swoich mówił więcej niż o tem, co nas w tym Piotrkowie czekało.
Gdyśmy tu przybyli uderzyło nas zaraz, że i panowie krakowscy i z niemi trzymający Sandomierzanie takiemi kupami najechali i tak zbrojno, iż nie było się gdzie pomieścić. Dla królewskich straży zawczasu też miejsce na obóz wytknięto dokoła zamku, a Krakowianie się ściskali i rozkładali jak mogli. Ciasnota była wielka... który z panów nie przywiózł z sobą dla koni obroków, dla czeladzi chlebów, żywności na sprzedaż zabrakło.
Z wieczora już, gdyśmy z Zadorą poszli się rozpatrywać po mieście, można było zmiarkować jaka się gotowała zawzięta walka.
Wszyscy swoi niby, każdy gdzie padł tam siadł, Wielkopolanie obok Krakowian, pomięszani, ale tak się to wszystko dzieliło, koso na się patrzało, jakby do kordów porwać miało.
Słyszałeś za sobą przechodząc:
— Królewska służba! czeladź jego! A to nasi!
Maryanek poszedł do powinowatych swych, którzy z Tęczyńskiemi przybyli. Powitano go kwaśno, prawie mówić z nim nie chcąc.
Zadora znajomych dawnych od Melsztyńskiego zagadnął po swojemu zuchwale:
— A cóżeście to tak się uzbroili, czy ztąd prosto na Prusy myślicie!
Ci mu na to:
— Gołemi rękami nas nie weźmiecie, aniśmy tak bezpieczni, aby się nie mieć w pogotowiu.
— A któż was brać myśli? — odparł Zadora szyderczo. — Mnie się widzi, iż gdybyście się dawali, niktby was nie chciał.
Z wieczora na zamku ks. Lutek i Ostroróg zapowiedzieli królowi, iż nazajutrz przeciwko niemu wystąpią Krakowianie.
— A no, z Bogiem! — rzekł król — posłuchamy.
Do dnia królewscy ludzie rozkaz otrzymali, na wszelki wypadek stać pogotowiu i od zamku nie odbiegać. Inni, pono bez wiadomości Kaźmirza, we wrotach i w podwórcu, u komnat króla, wszędzie podwojone ustawili straże.
Gdy to zobaczyli Tęczyńscy, jeszcze ich gniew większy ogarnął... poczęli się tedy tłoczyć do izby obrad także orężno, jak gdyby się napaści obawiali i bronić do upadłego zamierzali.
W izbie samej gdy wszedł do niej król, jam nie był, bo tam lada kogo nie wpuszczano, a ścisk nastał okrutny, że i ci, co prawo mieli się tam znajdować, nie wszyscy się dostali. Zdala tylko słyszeliśmy podniesione głosy a wrzawę ogromną, i król zabawił długo, ale potem rozpowiadano, co się działo.
Wyrwał się przodem za wszystkich znany z prędkiej a śmiałej mowy starosta sandomierski i wpadł na króla, że się on zbroi na swe rycerstwo, że je nieprzyjaciółmi swemi zowie, że na nich zasadzkę gotuje. Wymówił to królowi, że Jan Kuropatwa, jakoby z jego ramienia, jadących na sejm do Piotrkowa ziemian więził i ranionych trzymał pod kluczem. Dalej wyrzucał mu to, że zawsze Litwie sprzyjał więcej niż Polsce, i ziemie od niej odrywał.
Zapalił się tak, widząc że król spokojnie słucha a drudzy go oczyma podżegają, iż ważył się marnowanie skarbu zadać panu, bicie złych pieniędzy, naostatek pogroził, iż ziemianie, jeźli nie po ich myśli rządzić zechce, w pomoc mu ani ofiarą grosza, ani życia nie przyjdą.
Po staroście sandomierskim drudzy, którzy głos zabierać mieli i obiecali, ulękli się przemówić.
Król bowiem nie okazawszy gniewu, usta zagryzał, lekceważąco słuchał, spoglądał z góry na mówcę i taki jakiś zachowaniem się tem strach wraził i poszanowanie, że im usta zamknął.
Ostroróg powiadał później, że gdyby król namiętnie wystąpił, sprawęby swą popsuł, a zimną krwią wszystko ocalił.
Gdy Jan z Rytwian drżąc cały, dokończył mowy, niemal się zuchwalstwu swemu dziwiąc i przewidując jaki koniec czeka to wypowiedzenie wojny, milczenie zapanowało w izbie. Król ani zbladłszy, ni zarumieniwszy się, jak siedział, tak zwolna począł odpowiadać nie staroście sandomierskiemu, na którego nie spojrzał nawet, ale izbie całej, jakby go za jej oratora uważał.
Wykładał z najzimniejszą krwią, dlaczego ziemię Łucką Litwie dozwolił zagarnąć, bo nie mógł zawczasu jej zająć; wspomniał o pieniądzach, a w ostatku rzekł, że nie mniej Polskę jak Litwę kochał, i oba kraje równe miejsce w sercu jego zajmowały.
Tak niewielą słowami ubił Kaźmirz wrzawę tę całą, rozognić się jej nie dając. Zwrócono się do spraw pruskich, uchwalono podatek.
Prawda, że Krakowianie mu się oparli, odkładając ofiarę, ale zresztą to, czego chcieli oni podnosząc wrzawę całą, do skutku nie przyszło.
Król w spór z niemi na słowa wdawać się nie chciał, pominął ich i odsunął, a gdy się Janowi z Rytwian nie udało go rozgniewać i wywołać waśń, nikt się po nim nie ważył tego próbować.
Mówiono na dworze, iż znalezieniem się tem król więcej uczynił niż odnosząc największe zwycięztwo. Tęczyńscy i wszyscy krakowianie postrzegli się, że się ich nie lęka i na plac z niemi występować nie myśli.
Młodym naówczas będąc, a zdala po za szrankami stojąc, sądzić o tem nie mogłem, tylko z tego co koło mnie poważni ludzie rozpowiadali. Wszelako nie dali nieprzyjaciele pańscy za wygraną. Wichrzyli dalej, tylko już o zrzucaniu z tronu, o wypowiedzeniu posłuszeństwa mowy nie było.
Ażeby królowi dokuczyć, pokoju mu nie dając, powtórny zjazd do Piotrkowa zwołano, na którym już zażalenia i skargi wszystkie spisane, postawić miano i chciano królowi Radę narzucić, bez którejby on nic czynić nie śmiał.
Pojechał król i na to zebranie na św. Mikołaj do Piotrkowa, a nie namarszczywszy się, wysłuchał tych dwunastu zarzutów, jakie mu czyniono, które łacno okazał próżnemi. Zamiast tego, coby ziemianie przeciwko niemu coś postanowić mieli, przeprowadził owszem król na zjeździe podatek na opłatę żołnierza pruskiego.
Wszystkiego tego dokazał jedną umysłu stałością, a tem, że się nie gniewał nigdy, a stał jako opoka, nie dając się poruszyć i przemagając tą stałością, której drudzy nie mieli.
Tamci się nawoławszy, nagroziwszy, w końcu zmęczeni i wysileni poddać musieli. Miał prawda i pan za sobą wielu, którzy w myśl jego szli posłuszni, ale ci też w szermierkę na słowa nie wdając się, tak jak pan, przykładem jego się zachowywali.
O całej sprawie z Krzyżakami, o której onego czasu najwięcej rozprawiano, o układach z niemi, o posłach do Rzymu, ja rozpisywać się nie mogę, bom mało był w to wtajemniczony, a na bliższe rzeczy zwracałem oko.
Następnego roku narodził się królowi syn Kaźmirz, jego imieniem zwany, który z urody swej do najstarszego Władysława był podobnym. W tymże czasie, właśnie gdy najwięcej zaprzątniętym był pan nasz z Krzyżakami wojną i układami w Czechach, nastąpiła okoliczność, która wiele krwi mu napsuć miała, a głośną potem się stała po królestwie całem.
Mówiłem już, iż postanowił król, czyli z porady Ostroroga lub po myśli własnej, ażeby kapitułom wyboru biskupów nie dopuszczać, gdyby nie był po myśli jego, ani też do nominacyi ich z Rzymu czekać rozkazów.
Dwa już biskupstwa tak wedle woli króla obsadzone zostały.
Właśnie jesienią roku tego zmarł na zamku swoim w Iłży, paraliżem dotknięty, Tomasz biskup krakowski, mąż świątobliwy, uczony, a słynący z tak nadzwyczajnej pamięci, iż do najpóźniejszych lat, cokolwiek posłyszał, bodaj najdłuższą mowę, cokolwiek przeczytał, powtórzyć mógł do słowa.
Zabierała się zawczasu kapituła, w obawie ażeby jej, jak innym, król nie odjął prawa wyboru, wezwać na stolicę takiego człowieka, któryby królowi miłym był, ale przez niego nie wyznaczonym.
Nim do wyborów przyszło, król naówczas w Prusiech bawiąc, przysłał w skok od siebie do kapituły proboszcza kaliskiego Żychlińskiego i miecznika krakowskiego Wiślickiego z zaleceniem, aby nikogo innego nie śmiano wybierać, tylko naznaczonego przez niego Jana biskupa włocławskiego.
A był ten Jan z Gruszczyna, Jana chorążego sieradzkiego, zawołania Poraj syn, wielkim ulubieńcem królewskim. Pisał się z Iwanowic. Braci miał, jednego kasztelanem kaliskim, drugiego podczaszym sieradzkim. Ród był możny i znaczny, on zaś sam człowiek giętki i powolny, dworak, zasługiwać się umiejący, przytem w obcowaniu miły, postawy pięknej i poważnej, włosów i oczu czarnych, obyczaju wielce ujmującego.
Królowi umiał służyć a wzbudzić w nim wiarę taką, iż go rad do wszelkich spraw zażywał.
Kapituła go się lękała i mieć go nad sobą nie życzyła. Byli tacy, którzy już przewidywali, że gdy na stolicy siędzie, a król zapotrzebuje na wojnę sreber kościelnych, dać mu je gotów, choć poprzednik odmówił.
Wrzawa tedy i postrach się stał wielki, o którym po całem mieście bębniono.
Rozpowiadam to, com słyszał, na co niemal patrzałem. Tęczyńscy i inni królowi niechętni pewnie też nieobojętni byli w sprawie, którą Kaźmirzowi na przekorę uczynić się spodziewali.
Przededniem Niepokalanego Poczęcia, na który elekcya naznaczoną była, tak się nią troszczono, rozgadywano o niej, obsyłano hasłami, jakby szło o największą sprawę cały kraj obchodzącą.
Nie wymyślono nad to lepszego nic, tylko by i króla nie posłuchać i razem mu się nie narazić, to jest wybrać po myśli własnej, ale takiego człowieka, coby panu miłym był.
A nikt bliższym mu i milszym się nie zdawał nad ks. Lutka z Brzezia, którego król nieustannie miał u boku swojego. Mówili sobie księża; iż przecie go Kaźmirz nie odepchnie, a oni przy swem prawie się utrzymają.
Ale z panem naszym, gdy raz co postanowił, wiedząc dlaczego to czynił, o lepszą iść było trudno.
Ks. Lutek, z obawy narażenia się panu, wyboru nie myślał przyjmować.
Dla dokuczenia więc królowi na inny się sposób wzięto, sądząc, że go tem pokonają.
Tęczyńscy i Mielsztyńscy postarali się o to, aby w Rzymie papież Pius II, krewnego nieboszczyka kardynała, syna wojewody sandomierskiego, Jakóba z Sienna, podczas w Rzymie bawiącego, mocą swą apostolską biskupem mianował.
Król więc już nie z kapitułą miał do czynienia, ale z papieżem i z Rzymem.
Brat stryjeczny kardynała, spadkobierca jego myśli i przyjaciel tych, co jawnie panu naszemu wojnę wypowiadali, na stolicy krakowskiej!
Król miał na głowie ciężką wojnę z Prusami, sądzono więc, iż sprawie tej nie podoła i ulegnie.
Z tym drugim Oleśnickim, miały się począć całą powagą duchowieństwa popierane knowania przeciwko władzy królewskiej.
Radowano się w obozie Tęczyńskich i Mielsztyńskich, iż królowi taki orzech dawano do zgryzienia, któremu on podołać na żaden sposób nie mógł.
Stanęły tedy rzeczy na ostrzu, iż albo król z całą powagą swoją miał upaść, uznać się zwyciężonym i pójść w niewolę, albo Rzym gotował mu wojnę i pomstę, właśnie gdy Kaźmirz potrzebował poparcia jego przeciwko Krzyżakom.
Niesłychana nigdy sprawa była na stole, na jedno biskupstwo trzech elektów: królewski ks. Jan, kapitulny ks. Lutek, rzymski ks. Jakób.
Posłano na zwiady do króla, co myśli. Spodziewali się ci, co z Jakóbem trzymali, że król pogniewa się, zagrozi, ale przed słowem a rozkazem z Rzymu ustąpi.
Z niezmierną niecierpliwością tedy oczekiwano powrotu wysłańców. Niedługo przybyli, ale przywieźli to, czego się nikt nie spodziewał.
Jawnie i głośno zapowiedział Kaźmirz, gdy mu doniesiono o nominacyi Jakóba w Rzymie, że go do stolicy nie dopuści.
Zdumieli się wszyscy... Poseł miał być do papieża wyprawiony. Wiedzieli Tęczyńscy, iż Pius II nie ustąpi, a dla własnej powagi Jakóba trzymać będzie, królowi zagrażając.
Czasu tego przyszło mi zostawionemu w Krakowie, wszystkiego tego, co się tu działo, być świadkiem i słuchać.
Jak przed owym zjazdem piotrkowskim, tak teraz niepokój był w umysłach nadzwyczajny, a nieprzyjaciele króla tuszyli sobie, że go przemogą.
Ks. Lutek ani myślał o zajęciu stolicy, chociaż kapituła przy nim stała. W Rzymie za Jakóbem przemawiano, a król choć się w tej sprawie nie odzywał chętnie, rozprawiać nie myślał, nagabywany nie odpowiadał, jedno w końcu powtarzając.
— Ks. Jan biskup włocławski wyznaczonym jest przezemnie na krakowską stolicę, innego nie znam i nie dopuszczę.
Wtedy spokrewnieni z Oleśnickiemi Jan z Tęczyna, Jan z Mielsztyna, Rafał z Tarnowa, Jędrzej Oleśnicki, pojechali do króla prosić za swoim powinowatym z Rzymu naznaczonym.
Ci, co naówczas przy królu byli, gdy się to poselstwo zjawiło, opowiadali potem jak je Kaźmirz przyjął.
Powitał je twarzą taką, jak gdyby nie wiedział z czem przyjechali. Jan z Tęczyna głos zabrał, słuchał go cierpliwie; przemawiali inni, nie przerywał im. W końcu gdy się wyczerpało wszystko, prośby i groźby, król, który przy stole stojąc oparty na nim ręką, w górę ciągle spoglądał, odezwał się z zimną bardzo krwią do starego pana z Tęczyna.
— Wzięliście mnie na tron królestwa tego, malowanym tu panem nie chcę być i nie mogę. Com rzekł raz, od tego nie ustąpię. Gdybym powolnym był, kłam zadałbym sobie i okazał, żem to uczynić chciał, czego dokonać nie mogłem. Mieliżbyście potem poszanowanie i posłuch dla tego, który sam się uznał w błędzie?..
Papież w Rzymie panem jest, a ja w Polsce. Szanuję władzę jego w tem, co religii tyczy, ale sobie narzucać moich biskupów nie dam. Za jednym poszliby wszyscy i mielibyśmy dwie tu głowy i dwie władze. Na to ja nie zezwolę. To moje ostatnie słowo.
Rzekł, głową im skinął i odszedł.
Napróżno już potem przez kapelanów, przez urzędników, przez różne osoby do króla trafiano. Zyskali tyle, że Kaźmirz zapowiedzieć polecił, iż wszelki opór skarci najsurowiej.
Z wielkiem w sercu oburzeniem przeciwko temu królowi, który praw duchowieństwa nie szanował, głosu z Rzymu nie słuchał, odjechali posłowie nie chcąc uledz.
Z ich porady miał ks. Jakób na przekór królowi wyświęconym być, z ich pomocą dobra biskupie zajechać. Sądzili, że gdy raz się dokona święcenie, wprowadzi rzymski nominat, król wreszcie ulegnie.
Niepotrafię zaprawdę opisać tego, a pamięć już dziś nie wszystko strzymała, co naówczas działo się, gdy królowi wojnę tę nową wypowiedziano, a on ją przyjął i nie ustępując na włos sam rozpoczął.
Ks. Lutek z Brzezia wcale się już nie mięszał do niczego, wszystkiemu zostając obcym. Tymczasem Tęczyńscy, Mielsztyńscy, Oleśniccy, do walki za swojego biskupa gotowali się.
Wyszedł dekret surowy królewski, skazujący Jakóba z Sienna na wygnanie zagrażający mu na osobie jego i mieniu, jeźliby się ważył sięgnąć po infułę.
Wszystko to działo się tak głośno, a najmniejszych nawet ludzi tak żywo obchodziło, iż nie było w Krakowie człowieka, któryby tego czasu zmuszonym nie był wypowiedzieć się z kim trzymał — z królem, czy z temi, co przeciwko niemu byli.
W rynku, na ratuszu, po sklepach, w ulicach stawali ludzie, udzielając sobie wiadomości, głosząc to, czego sobie życzyli: jedni blizkie zwycięztwo królewskie, drudzy jego upokorzenie.
Z tego, co się wyżej o mieszczaństwie krakowskiem mówiło, łacno zmiarkować, iż pan je całe miał za sobą. Życzyli wszyscy, aby niepomierne zuchwalstwo panów ukrócone zostało.
Ciż sami ludzie, co niedawno na nic się nie oglądając, dwu duchownych do kapituły należących ściąć dali, a czuli, że duchowieństwo im tego, ani zapomnieć, ni darować nie mogło, pragnęli teraz, aby król je do posłuszeństwa sobie zmusił i Tęczyńskim przewodzić nad sobą nie dał.
Wiedziano dobrze w mieście o tem, iż panowie z Tęczyna panu dokuczali, spiskowali przeciwko niemu, spokoju mu nie dawali. Mieszczaństwo króla po za sobą czując, śmielszem się coraz stawało.
Gdyby z Tęczyna panowie i ich sprzymierzeńcy całkiem ślepemi nie byli, a długą bezkarnością nie nawykli do tego, że im wszystko szło płazem, mogli byli dostrzedz, że ich tu tak jak dawniej nie szanowano.
Nie czapkowano im i nie kłaniano się, ani z drogi tak chyżo ustępowano, jak dawniej. Burknął niejeden, ale nie zważano na to.
Z rodziny panów z Tęczyna Andrzej, który dom miał w Krakowie i często się tu ukazywał, był jednym z najzuchwalszych. Niemłody już, rycerskiego rzemiosła, obozowy człek, do wojny więcej niż do obcowania z ludźmi spokojnego nawykły, słynął z grubiaństwa i opryskliwości.
Znano go z tego. Nie lubiono ich wszystkich, ale Andrzeja mieszczanie i lękali się i niecierpieli.
Na zamku nigdy prawie go nie widywałem, bo tam rzadko gościł; lubił z takiemi tylko przestawać, których bardzo szanować nie potrzebował. Najmilszem mu towarzystwem była szlachta z pod tej samej chorągwi, która mu dworowała.
W ulicach nieraz burdy wyprawiał. Mieszczanina i kupca na głos złajać, wyśmiać, popchnąć, nic go nie kosztowało.
Zdawało się, że dla niego, co szlachcicem nie było, szczytu nie miało i zawołania, to i człowiekiem zwać się nie mogło i do żadnych względów prawa rościć.
Jak ognia go się obawiano i unikano, bo nie jednemu za skórę zalał.
Było to w lipcu roku następującego. Król podówczas zajęty wojną w Prusiech, był pod Inowrocławiem, a my przy królowej na zamku, bo nie domagała. Czwartek to był, jak dziś pomnę, a dzień skwarny, tak, że my nie mając do czynienia nic a nie chcąc się dusić w skwarnych komnatach, wyszliśmy na wały.
Maryanek ze mną był, bo go korciło często się na miasto wyrywać, i rad był sobie towarzysza do wycieczki znaleźć.
Rzecze tedy do mnie.
— Gdybyśmy na chłodne piwo poszli do Michny?
Anim był za tem, ani od tego.
Pociągnął mię z sobą i śpiewając, ręce powkładawszy w kieszenie, przodował mi.
Szliśmy po mieście się rozglądając. Ruszało się dosyć ludu, jak to po skwarnym dniu, gdy chłód nadchodzi, zwykle bywa. Roiły się ulice. Zaszliśmy powoli tak idąc, śmiejąc się i dworując ku rynkowi.
Tu z Sukiennic, ze sklepów, z ławek, zewsząd lud napływał i gwarno było. Patrzym, kupkami się czegoś u ratusza gromadzą, a niektórzy ręce podnoszą i coś wykrzykują. Poznać było łatwo, iż się coś stało, o czem rozprawiano mocno biorąc do serca.
W samych drzwiach ratuszowych kupa stała największa, ściśnięta, jakby na coś oczekująca. Dobywały się z niej głosy jakieś, aleśmy ich zrozumieć nie mogli.
Maryanek, którego zawsze świerzbiało palca wetknąć gdzie nie było potrzeba, biedz począł; ja wstrzymać go chcąc, za nim.
Aniśmy się spostrzegli, gdy ludzie nas ścisnęli, otoczyli i znaleźliśmy się w tłumie, który jak fala się w burzę kołysał. Słyszę do koła wołania: Co się stało? — Drudzy powiadają: Klemens, płatnerz, jak szalony na ratusz pobiegł.
Aż tu, gdy tych słów domawiają, z ratusza wyrywa się ten, o którym mowa, Klemens sam z głową odkrytą, włosy rozrzucone, jak w domu przy warsztacie był, w skórzanym fartuchu, z młotem za pasem. W mieście płatnerza tego wszyscy znali, miał i z zamku robotę, bo najlepszy ze wszech był, a znał to do siebie. Mało się kto bez niego mógł obejść, bo nikt tak około zbroi wszelkiego rodzaju nie chodził, i nie znał się na niej lepiej nad niego. Pogruchotane na turniejach, nieraz umiał tak wyprostować i wypolerować, jak nowe. Z tego ocierania się o ludzi, którzy go wszyscy potrzebowali, a nieraz prosić byli zmuszeni, aby roboty się podjął, nabrał Klemens śmiałości wielkiej, i nikomu się nie kłaniając, sobie raczej kłaniać się kazał, gdy go kto potrzebował. Człowiek był znany z tego, że sobie nikomu nie dał przewodzić, nie bał się ani rajców, ani wójta, ale serca był dobrego, uczynny i za biednemi się rad ujmował. Słowo jego, gdy się odezwał, znaczyło wiele. Czeladź cechowa, rzemieślnicza, patrzała na niego na zborach jak na głowę swoją i wodza, skinienia wyglądając.
Wybiegłszy z ratusza Klemens, rękami machając, nie odpowiadając tym, co mu drogę zastępowali i zaczepiali, wprost począł się na rynek przedzierać ku kamienicy Mikołaja Kridlara, rajcy krakowskiego, tej, co pod królami była. Lud ciekawy płynął za nim, a mnie tak pchano, że choćbym nie chciał, inaczej nie mogłem uczynić, tylko za drugiemi musiałem.
Patrzę, stoi Andrzej Tęczyński, a z nim domowników kilku uzbrojonych przed samą kamienicą Kridlara, a podle niego rajca Kridlar i Walter Kesling. Tęczyński im coś gorąco dowodzi a wykrzykuje, Kridlar z Keslingiem odpowiadają. Stary pan przy mieczu, z głową dumnie podniesioną, coraz to więcej głos rozpuszcza, jakby skarżył, czy groził.
Wtem gdy Klemens go zobaczył zdala, zbladł. Stanął, namarszczył się, ogromną swą pięść zacisnął i wprost na Tęczyńskiego krokiem śmiałym iść począł.
Ten go nierychło zobaczył, aż tuż podle stanął.
Klemens płatnerz rękę do góry wzniósłszy, niemal ku twarzy Tęczyńskiemu gromkim głosem wrzasnął, trzęsącym się od zajadłości i gniewu.
— Myślisz, że ci to ujdzie! Jak Bóg żyw, nie! lepiej ci się to niebawem opłaci, niż sądzisz!
Słów tych nie pośpiał jeszcze dokończyć, a Andrzej jak dzik się rzucił, gdy go w kniei psi naskoczą i wrzasnął do swoich.
— A weźcież tego łotra! Małom mu dał... nauczę cię rozumu!
Stało się zamięszanie ogromne, wśród którego głosy tylko Kridlara i Keslinga słyszałem.
— Bójcie się Boga, co robicie. To rozbój... Na krzywdy są sądy.
Ale wkrótce wrzawa ich zagłuszyła, i ludzie, co szli z Tęczyńskim, na płatnerza się rzucili. Dojrzeć już nie było można dobrze, co się tam działo, bo Klemens się bronił jak lew, ale siła złego wiele na jednego. Na zbrojnych pachołków z gołemi rękami nikt się nie śmiał porywać. Kupę tylko zbitą czeladzi Tęczyńskich widać było, która na okół, kogo napadła, razami obsypywała, a w pośrodku Klemensa zmógłszy i na ziemię obaliwszy, znęcała się nad nim, tłukła i nogami deptała.
— Bij, morduj zuchwalca — krzyczał Tęczyński — pogłówne zapłacę... niech zna, na kogo się śmiał porywać.
Kridlar i Kesling zaczęli go za ręce chwytać i odciągać, wołali o pomoc, wszystko nadaremnie.
Dopiero gdy Tęczyński zobaczywszy na ziemi zbroczonego płatnerza, ustąpił i szedł precz, czeladź jego swą ofiarę zbitą i znieważoną w ulicy rzuciwszy, za nim pośpieszyła, bo zmiarkowała, że się mieszczan coraz więcej i zbrojnych cisnęło.
Po za sobą posłyszałem opowiadających, że to nie był początek, ale koniec sprawy, przed pół godziną poczętej.
Tęczyński zbroję był dał Klemensowi do odczyszczenia i naprawy. Miała być tydzień temu gotową. Spotyka go w ulicy, staje i woła:
— Ty, przechero! ja na wojnę nie mogę dla zbroi... czemu nie gotowa?
I pogroził mu zdala. Przypadł płatnerz.
— Jam nie wasz chłop ani najemnik... do rozkazywania mi nie macie nic. Gdy skończę, weźmiecie.
Tęczyński, jak porywczy był, przypadł wnet i po głowie uderzywszy Klemensa, za włosy go chciał ująć, ale ten pchnął silnie i krzycząc na ratusz pobiegł ze skargą.
Z tego wszystko potem urosło.
Gdy pachołkowie Tęczyńskiego odbiegli płatnerza, ten krwią zbroczony, po ziemi krzycząc się tarzał.
— Patrzajcie! patrzajcie, panowie rajcy, tak się z mieszczany tu obchodzą. Co nam dziś, wam jutro. Zbójom szlacheckim wszystko wolno, nawet tu na naszych śmieciach nie my gospodarze, ale oni.
Nie potrzeba było i tego wołania, bo Kridlar i Kesling gorąco to do serca wziąwszy, podnieśli Klemensa i poczęli krzyczeć.
— Na ratusz! na skargę do królowej!
W rynku gotowało się i kipiało co żyło; ludźmi jakby siła jakaś rzucała... Z kup do koła wyrywało się wołanie.
— Na gwałt uderzyć! Wrota zamykać, aby zbój nie uszedł. Kto żyw, niech ciągnie z czem ma. Nie ujdzie płazem...
Na wszystkie strony miotano się. Z po za ścisku, który mnie otaczając, ruszyć się nie dawał, dojrzałem i rozpoznałem tych, których mi niejeden raz pokazywano, iż bez nich w mieście żaden tumult z żydami, żadna zamieszka i bójka się nie obeszła.
Tesznar, Wolfram, Kusnieg, Szarlang, Wojciech malarz, któregom przy Wielkim widywał, pijanica i kilku innych zwijali się, ręce podnosili i zbierali do siebie ochotników.
Kridlar i Kesling tymczasem pobiegli na ratusz dać znać, aby inni rajcy się schodzili; gromady płynęły za niemi groźne i warczące.
Można już było zmiarkować, że gdyby rajcy nie chcieli, lud sam sobie gotów był szukać sprawiedliwości. Ledwie tem wstrzymać go mogli niektórzy, iż na zamek do królowej wysyłają.
Inni już i królowej znać nie chcieli, a mścić się na Tęczyńskim. W mieście niewiasty strach ogarniał, bo gdy się pospólstwo zburzy, nikt życia i mienia nie pewien. Z hukiem i trzaskiem wrota zamykano, uląkłszy się burzy, choć spełna nie wielu wiedziało od czego się poczęła, a nikt ani przeczuł na czem się skończy.
Ale grozę w niej czuć już było, i to, że nie łatwo fale się ukołyszą. Ja ciągle w tym ścisku zamknięty, jeszczem sobą nie władnął. Chciało mi się wyrwać, na zamek co rychlej dać znać, ale kroku zrobić nie mogłem. Pchano mnie i rzucano mną to w lewo, to na prawo; co najgorzej, że mi Maryanek się gdzieś przyzostał czy odbił. Ani go było widać.
Sam wśród nieznajomej gawiedzi siedziałem jak w łaźni.
Zgnieciony tak, żem ledwie się obronić mógł od uduszenia, sam nie wiedziałem jak się znalazłem pod ratuszem.
Rajcy ze wszech stron nadciągali, jak który stał, gdy mu znać dano; jedni w kaftanach, drudzy w sukni na jeden rękaw narzuconej, zdyszani, przelękli. Pisarze, wójt, ławnicy dobijali się przez tłum do izby radzieckiej, ścigani z ulic wołaniem, chwytani po drodze przez rozwścieczony tłum, domagający się pomsty za Klemensa. Niektórym pięściami grożono.
— Na tośmy was wybrali... brońcież teraz.
Chwila upłynęła w oczekiwaniu niespokojnem; lud nietylko że się nie myślał rozchodzić, owszem coraz większe gromady go napływały... rozżalenie, gniew rosły. Patrzałem na to nie jeden raz w życiu mojem, gdy się pospólstwo podrażnione lada czem do kupy zbierzy! już tam ani słowo, ani rozum nie ważą nic. Jeden podżega drugiego i chce go przesadzić; słowo rodzi coraz gorętsze, a od wrzawy do pięści niedaleko. Potem lada szaleniec ręką zamachnie i da znak, a runie wszystko.
Dokoła mnie poczęli mieszczanie wrzeszczeć.
— Zobaczymy! Posłali rajcy do królowej, zaczekajmyż co powie. Nie da ona sprawiedliwości, to ją sobie uczynim sami, choćby szyję przyszło dać! Krew za krew, jak chamów nas tu ćwiczyć będą.
Tem wołaniem ciżba się coraz rozjątrzała więcej. Ktokolwiek rozumniejsze, zimniejsze słowo chciał wcisnąć, zahukano go, zamilknąć musiał. Jeszcze gorzej owszem skutkowały perswazye, właśnie jak w łaźni gdy wodę na rozpalony kamień leją, a parą bucha.
Ja tu już spełna nie mogłem zrozumieć, ani się połapać co mówiono. Na zamku królowa[1], która pod ten czas słabości się spodziewała, wiedziała już[1], iż się w rynku burzyło. Zawołano do rady Pieniążka, podczaszego Obulca i marszałka.
Ale ci się wcale nie spodziewali, aby z tego co niebezpiecznego urosnąć miało, a może też im, Boże odpuść, nie wiele o panów Tęczyńskich chodziło, choćby im się i co nie bardzo miłego przygodziło.
Królowa przestraszona, kazała rajcom oświadczyć, iż uroczyście oświadcza i osiemdziesiąt tysięcy grzywien daje zaręki, że nazajutrz, bo tego dnia już noc nadchodziła, sprawę rozsądzi, zagodzi i załatwi.
Rajcy się tem zaspokoić nie dawali, oświadczając, że tu zaraz coś począć trzeba, bo lud okrutnie rozdrażniony pohamować się nie da.
Na co im starosta Pieniążek rzekł.
— Wasza sprawa mieszczan przywieść do opamiętania, wy za wszystko odpowiecie.
Rajcy, którym to na ramiona spadło, wyszli niezmiernie oburzeni i zniechęceni.
Kridlar wołał ciągle:
— Niechże się dzieje co chce... my siły nie mamy.
Tuż u wrót zamkowych czekał na nich lud z przewódzcami; kilku znaczniejszych kupców domagali się poskromienia, ratunku. Wtem Kridlar im rzucił w oczy z czem powracał.
— Królowa, a raczej starosta zbył nas czczą obietnicą. My już sami nie wiemy co poczynać. Musimy chyba wymierzyć sprawiedliwość, na jaką nas stało.
Tu od słowa do słowa, gdy jeden drugiemu poddawał co czynić, a nikt nie umiał skutecznie zaradzić, umysły się rozogniły i rozpasały tak, że ich żadną siłą powstrzymać nie było można.
Klemens z Lurgem i Szarlangiem, co miał do domu pójść, aby z oczów zniść ludowi, umyślnie pobity i okrwawiony stał i krzyczał, że sprawiedliwości nie ma, że rycerstwo mieszczan w biały dzień po ulicach morduje.
Kto nań spojrzał, serce mu się przewracało i z czem kto mógł i miał, począwszy od korda zardzewiałego, do drąga okutego, do wideł od gnoju, każdy biegł gotów bić i mordować.
Godzina była dwudziesta i trzecia, wieczór zapadał; miasto co się ukołysać miało, coraz straszniej, głośniej, zajadlej się poruszało.
W ulicach jedno słychać było.
— Bij, morduj!
Tyle tylko, że jeszcze nikt nie począł i nie dał hasła.
Rajcy się już opierać ani rozkazywać nie śmieli, dbając o własne życie, a co oni mieli ludowi, to tłum im rozkazywał.
Teszner, malarz Wojtek, Szarlang, których w każdym huczku ulicznym można było spotkać na przedzie, tu też oliwy do ognia dolewali.
Nigdy w życiu nie będąc w takich opałach, strwożony o siebie i o Maryanka, nie przewidując jak się skończy straszne zawichrzenie, nie mogąc się jeszcze wyzwolić z tych żywych więzów, w które popadłem, broniłem się tylko od stratowania i uduszenia.
W tłumie tym, który niemal całe miasto zalegał jednem jakby ciałem, cokolwiek na drugim końcu ulicy drgnęło, natychmiast z ust do ust przebiegało podawane, odbijając się stokrotnie. Czego oczy nie widziały, ucho chwytało mimowoli.
Poczęto krzyczeć naprzód, że rajcy lud wszystek pod ratusz zwołują, ale ten tak dobrze jak wszystek wypełniał rynek i oblegał ich.
Bramy miejskie dawno już pozamykali wiertelnicy i straże w nich postawiono mocne, z tem, ażeby żywej duszy nie wypuszczano, boby się winowajca mógł wymknąć.
Tymczasem, jak mi Borowski nazajutrz mówił, bo zawczasu się zawróciwszy, rychło mu się na zamek zbiedz udało, królowa słała a słała do p. Andrzeja Tęczyńskiego, zaklinając go, aby co rychlej z miasta uchodził, bo rozszalałe pospólstwo miejskie wprost na życie jego godziło.
Prosili go o to wszyscy przyjaciele, Secygniowski, Melsztyński i syn Jan, który z nim był, aby ustąpił, a naówczas jeszcze ujść lub się gdzieś skryć i wysunąć niepostrzeżonemu łatwo było.
Chociaż czeladzi i zbrojnych przy sobie miał niewielu — dumny pan, rozgniewany wcale jeszcze ustępować ani myślał, pewien będąc, że się na niego targnąć nie ważą.
— Niedoczekanie ich, abym ja się uląkł i przed niemi uchodził.
Od kamienicy do kamienicy tak przechadzał się sobie, krzycząc i ludzi potrącając.
Królowa powoływała go jeszcze na zamek, gdzie bezpiecznym mógł być, byle wrota zaparto, a niktby się na dworzec królewski rzucić nie śmiał. Ale z królem będąc źle, Tęczyński jemu ani królowej nic winnym być nie chciał.
Gdy się na niego gotowano i odgrażano, a tłumy zburzone pod ratuszem naradzały się jak mają ciągnąć i gdzie aby go ująć, ten tymczasem drwiąc z mieszczan, wodząc za sobą małą gromadkę, przechadzał się po Brackiej ulicy i dopiero, gdy już huknięto, że gawiedź płynie ogromną kupą, zamknął się dla obrony w domu Keslinga.
Właśnie kiedy się to działo i Wojtek z Szarlangiem dali hasło, a kupy się dźwignęły z miejsca, udało mi się ze ścisku wydobyć.
Miejsca luźnego trochę poruszenie to zrobiło, a ja korzystając ze swobody puściłem się naprzód. Tylko przeciwko prądowi nie było sposobu, pociągnięto mnie też na Bracką ulicę; alem pod domostwy się przesuwając, gdzie trochę miejsca było, przodem się wyrwał.
Wtem na wieży u P. Maryi, nie wiadomo z czyjego rozkazu, w jedną stronę dzwonu bijąc na gwałt, dano jakby hasło do napaści.
Mnie strach ogarnął, bo dokoła natychmiast ozwały się wołania:
— Bij, zabij! krew za krew!
Lud żywiej jeszcze poruszył się zapamiętały, a wskazywano już i krzyczano:
— Na Bracką ulicę! do domu Keslinga.
Wrzask straszliwy, który tłumy poprzedzał, wrzawa i huk przerażający, snadź i Tęczyńskiego w końcu zmusił pomyśleć o sobie; więc prawie w tej chwili, gdy już nadciągali zbrojni, opatrzywszy się, że w domu tym opierać się nie będzie mógł długo, bo był na pół drewniany i alboby go rozwalono lub podpalono — wyrwał się ztąd ze swemi, z Secygniowskim, z Melsztyńskim, czeladzią i synem do kościoła św. Franciszka.
Przodem biegnąc, widziałem ich jak nagle drzwi rozwarłszy, kupą zbrojną wyrwali się i biegiem popędzili ku kościołowi.
Na ostatku zdążał syn Tęczyńskiego, Jan, który miecz długi ciągnął za sobą, a ku ojcu patrzał i wołał coś, ale go posłyszeć nie było można.
Zdawał się jakby nieprzytomny.
Postrzegłszy, że do kościoła zdążają, miałem ich za ocalonych, ale ciekawość mnie gnała z niemi.
Jak świat światem, nawet największym zbrodniarzom, którzy się do świątyń i ołtarzów chronili, folgowano... Niepodobna było przypuścić, że zajadłe pospólstwo w kościele go szukać będzie.
Secygniowski, Spytek z Melsztyna i ilu ich tam było, śpieszyli popychając się, tylko Andrzej kroku nie podwoił, ani się oglądał. Jan ciągnął na samym końcu, ja z boku za nim.
Po drodze stało wszędzie dosyć ludzi i widzieli uchodzących, ale nikt się nie porywał.
Przybywszy pod wieżę kościelną, Secygniowski do drzwi przyskoczył, chwycił zamek i odtworzył je... Za nim Melsztyński i inni weszli zaraz, wszedł i Tęczyński. Tu było najbezpieczniej pewnie, bo drzwi zawaliwszy mocno, albo wschody w części zburzywszy, można się było trzymać przeciwko tysiącom. Bóg wie, co się stało, dosyć, że Tęczyński ledwie wszedłszy, nie dał się wstrzymać Secygniowskiemu, nie dał uprosić i wypadł zaraz nazad z jednym Dojszwonem, sługą swoim. Tłumy już wyjąc nadciągały, były tuż.
Tymczasem Secygniowski i Melsztyński, słysząc krzyki zaraz drzwi zawarli, a Jan, syn, w ulicy pozostał sam, bo o nim wszyscy zapomnieli.
Tuż był dwór wdowy Krzaczkowskiej, którą ja z tegom znał, że mi bieliznę pierała; domeczek nędzny.
Żal mi się opuszczonego zrobiło, a tu już gawiedź była na zawrocie, chwyciłem go, nie wiele myśląc, za rękaw.
— Chodźcie żywo, skryję was.
Skoczyłem do okna, bijąc w nie.
— Krzaczkowa, na miłość Bożą odmykaj, a żywo.
Poznała szczęściem głos mój, bo się już była zawarła i koronkę odmawiała, odryglowała drzwi. Miałem tylko czas jej rzec:
— Jeśli Boga kochasz, o żywot ludzki chodzi, ukryj gdzie chcesz.
Na poły martwe ze strachu kobiecisko, ręce łamała. Nie wiedzieć było, gdzie szukać schronienia. Spojrzałem do koła, piec tylko z czarnemi czeluściami stał otworem. W lipcu oddawna w nim nie palono, wskazałem go Tęczyńskiemu; zawahał się nieco, ale czasu do stracenia nie było, bo już ulicę tłum zbity napełnił. Wsunął się do pieca, a ja co żywiej zawaliłem deską otwór.
O siebie nie miałem się co obawiać, bo mnie barwa królewska broniła i dużo ludzi znało. Zostałem u Krzaczkowej na straży na czas jakiś, zalecając, aby gdy wyjdę, bezemnie nie wypuszczała schronionego, bom się spodziewał go skuteczniej ratować, niż on samby mógł, głowę straciwszy.
Dopowiem teraz już ostatka, na który choć nie patrzałem, ale mi go potem świadkowie naoczni dobrze rozpowiadali.
Z wieży wyśliznąwszy się z Dojszwonem razem, wpadł Tęczyński do zakrystyi. Zdaje się, że sługa ten prowadził go i miejsce jako najbezpieczniejsze mu ukazał. Nie wiedzieli już sami, co robili. Trwoga straszna opanowała wszystkich, słuchając tego ryku dzikiego, którym się miasto rozlegało. Tłumy oszalałe wyły zemstą i krwi a krwi wołały.
Ludzie miejscowi z Brackiej ulicy stali bezczynni, ale tłum nadciągający ich też nastraszył i zagrzał.
Nie myśleli bronić Tęczyńskiego, i na pierwsze zapytanie o niego, wskazali ku wieży i kościołowi. Widzieli, jak się tam z domu Keslinga chronili uchodzący.
Kościół, każdego innego czasu szanowany, teraz przy tem rozbestwieniu nic nie ważył, ani mógł bronić. Gawiedź świętości poszanować nie myślała, nie miała ani litości, ani pamięci na to co czyniła. W gorączce człek nie wie co mówi, ani co robi, a właśnie gorączką taką tłum biegł uniesiony. Tak samoby był na śmierć szedł, jak śmierć zadawał.
Pokrwawiony Klemens szedł przodem krzycząc i siepaczów pijanych za sobą prowadził.
— Krew za krew! Bij a morduj! — wołali Wojtek i Teszlar, siekiery do góry podnosząc.
Jedna kupa zaraz ku wskazanym drzwiom do wieży zatoczyła się i we mgnieniu oka, łupać je poczęła.
Tymczasem usłużni już nawoływali:
— Tam go nie ma! Samowtór do kościoła zbiegł, tu tylko jego pomocnicy.
Rozdzielili się napastnicy, bo im jednej ofiary mało było. Część nie przestawała się dobijać do wieży, bo im byle jakiej ofiary trzeba było, aby pragnienie krwi zaspokoić, druga rzuciła się na drzwi kościoła boczne. Nie wstrzymały ich one ani na chwilę, nikt się nie spojrzał nawet, że krzyż na nich stał, który powinien był bronić.
Namiętność poganami ich czyniła!
Dajszwon, któremu Tęczyński oddał z prędkości pieniądze, jakie nosił przy sobie, a miało ich być do dwóchset złotych, posłyszawszy huk u drzwi dobijających się oprawców, głowę stracił i nie wiedział gdzie się skryć, bo w zakrystyi kryjówki nie było. Wybiegł z niej w podwórze, ale tu wpadł w ręce ludzi, którzy właśnie wyłamawszy furtę, wtargnęli.
Schwycili go ci, co przodem szli i poznawszy w nim Tęczyńskiego sługę, mordować, odzienie na nim szarpać poczęli, domagając się, aby im miejsce ukazał, gdzie się skrył pan jego. Dajszwon bronił się zrazu bełkocąc, wreszcie ze strachu ręką drżącą ku zakrystyi wskazał.
Puścili go, popchnąwszy tak, że padł na ziemię, a gawiedź depcąc polała się wprost na zakrystyę.
Stała tam jeszcze monstrancya z przenajświętszym Sakramentem z nieszporów przyniesiona, ale i na nią nie zważano.
Tęczyński innego miejsca nie znalazłszy, za wielką skrzynię, w której ornaty składano, przypadłszy się schował, ale pleców jego część wystawała.
Natychmiast rzucili się pierwsi na niego, porwali i na rękach wynieśli w pośrodek zakrystyi. Tęczyński do miecza się miał, choć mu się z rąk wyślizgał, gdy w tem któryś z przewódzców, obuchem czy toporem go w głowę ciął tak, że mózg ze krwią trysnął i Tęczyński — Jezus Maryo! tylko krzyknąwszy, na ziemię się zwalił.
Tu go, czem kto miał, kijmi, drągami, nożami i siekierami dokonali. Pastwili się, choć już nie żył.
Zakrystya cała krwi kałużą stała.
Z krzykiem i wrzaskiem potem okrutnem, z urągowiskami szpetnemi trupa wywleczono ztąd za nogi.
Chłopiec od rzeźnika sznury do nich przywiązał, zaprzęgło się ich kilku i śpiewając a wrzeszcząc powlekli tak rynsztokami ciało, głową po błocie, aż pod ratusz. Tu je panom rajcom cisnęli pod nogi.
Końca tego onej tragedyi świętokradzkiej a nieludzkiej, naocznym świadkiem nie byłem; zakryłem sobie oczy, gdy trupa wleczono, a w koło niego, co najgorsi z pospólstwa, biegli, błotem ciskając, plwając i naigrawając się.
— Ot tobie! masz za swe — zbójco!
Nie dosyć było jeszcze na tem tłumowi pijanemu, bo pewnie połowa zbójów nie była przy zmysłach. Gdzie po drodze browar i szynk się trafił, chwytali konwie i pili. Wynoszono im ze strachu.
Około wieży cały obóz się położył, oblegając ją, choć księża wyszli, wzywając do opamiętania. Nie pomogło nic, żartowano jeszcze z nich bezwstydnie.
Do godziny piątej rano ciągle łamano drzwi żelazem okute, które się im opierały; a gdy się znużyli potem, nie ustąpili z miejsca i straż stała ciągle.
Secygniowskiemu, który oknem wyglądał, zapowiadano ten los, jaki przyjaciela jego spotkał.
Nazajutrz przez cały dzień, choć już szturmów przypuszczać poprzestano, oblężenie nie ustawało... aż rajcy się w to wdali, przyszli sami, i bezpieczeństwo życia poręczając, zabrali ich z sobą pod strażą na ratusz, zkąd trzeciego dnia zagodziwszy jako tako wypuszczono.
Szczęściem dla Jana, któregom ja u Krzaczkowej schował, nie opatrzono się wcześniej iż go na wieży nie było; sądzono, że z Melsztyńskim i Secygniowskim razem się tam ukrywa. Ja tymczasem w ulicę śmiało wyszedłszy, rozpatrywałem się.
Jeszcze raz starej gospodyni zaleciwszy, aby go bezemnie nie śmiała wypuszczać, pobiegłem do blizkiego narożnego domu kanonicznego, który natenczas już pod zamkiem trzymał jeszcze ks. Jan Długosz starszy.
Znałem go dawno, że serce miał litościwe, a oprócz tego Tęczyńskim sprzyjał. Byłem pewnym, że go zastanę na nogach, na modlitwie może, bo nocy tej mało kto w mieście spał. Obawiano się wszystkiego. Dzwon na wieży u Panny Maryi ciągle na gwałt jęczał.
Gdym wpadł zdyszany, chłopię mnie ledwie dopuścić chciało do pana. Na hałas u drzwi, wyszedł dopiero sam ksiądz Jan, z różańcem w ręku, a twarzą surową i namarszczoną, jaką zwykle miał. Dobrego serca był mężem i umysłu wielkiego, ale w duszy goryczy dużo nosił i z ust mu się wylewała rada, nikogo nie szczędząc.
Poznał mnie, czy przypomniał sobie, że u ks. Kantego widywał.
— Czego chcesz? dlaczego się dobijasz? co wśród tych pijaniców robisz? — krzyknął na mnie. — Czy to tu miejsce dworzaninowi i słudze królewskiemu!
Wtedy ja ośmieliwszy się, wołać począłem, że dla miłości Chrystusa proszę, aby mi z sobą chwilę pozwolił pomówić na osobności.
— Ojcze — dodałem — o żywot ludzki chodzi.
Nie mówiąc słowa, zawrócił, prowadząc do izby, w której pracował, a gdzie się obrócić było trudno dla ksiąg, pulpitów i papierów, co ją zawalały.
W krótkich słowach opowiedziałem mu, com uczynił. Zdumiał się i błogosławiąc krzyżyk mi nad głową uczynił.
— Ojcze — rzekłem — rady innej nie ma, chcemy-li życie młodszemu ocalić, ja go tu przyprowadzić muszę, a ztąd pogodniejszej chwili albo na zamek, lub za miasto.
— A jakże go ztamtąd weźmiesz? — zapytał — kiedy ta szuja oszalała ulice zalega?
Pilno to uczynić, dopóki nie zadnieje, bo go popoznają.
Na myśl mi przyszło, żeby mu opończę czarną księżowską i biret, jaki klerycy i księża naszali, zanieść, i tak odzianego przyprowadzić do domu ks. Długosza.
Nie było też do wyboru innego nic. Zwinąwszy węzełek, pobiegłem z nim do Krzaczkowej.
Gdy się do pieca zbliżyłem, wywołując go ztamtąd, pierwsze słowo, którem od niego usłyszał, było:
— A ojciec! ojciec! co z nim?
Nie chciałem mu serca zakrwawiać i szepnąłem.
— Nie wiem, a no pewnie się uratował ucieczką.
Oznajmiłem, że Długosz w swym domu czeka na niego. Nie wahał się długo, wyszedł do niepoznania osmolony sadzami, miecz swój ogromny w piecu porzuciwszy. Nałożyłem biret i opończę i pod rękę wziąwszy, wyciągnąłem go z sobą.
Nie było daleko od dworku Krzaczkowej do kamienicy kanoniczej, ale nigdy mi się w życiu droga dłuższą nad tę nie wydała.
Chociaż co najzajadlejsze pospólstwo pod ratuszem się znajdowało, nie brakło i tu oszalałych, pomiędzy któremi przechodzić musieliśmy, niemal ich potrącając.
Tęczyński szczęściem czy nie słyszał, czy nie zrozumiał krzyczących na całe gardło a rozpowiadających o tej zemście krwawej. Nikt po drodze nie zaczepił nas, i gdy przed otwierającemi się skwapliwie drzwiami domu księdza stanęliśmy, odetchnąłem lżej.
Wpuściłem go wewnątrz, a że mnie już tu nie było co czynić, ku zamkowi pośpieszyłem.
O sobie, z jakim szwankiem na ciele i duszy z tej gorącej łaźni wyszedłem, mówić zaniecham. Stłuczony, zbity, ogłuszony, strwożony tem com oglądał i przebyłem, rankiem już dobiłem się do furty, a potem do swoich. Maryanek i Zadora opłakiwali mnie już, nie widząc powracającego, i sądzili, że mnie też tam nieszczęście jakie spotkać mogło, a Zadora się już na zwiady wybierał.
Opadli mnie z krzykiem i radością całym widząc, abym im mówił co się ze mną działo, ale z przyczyn wielu całkiem się im spowiadać nie chciałem. Nie miło mi było chwalić się z tego, co było więcej dziełem przypadku niż mojem, a wreszcie na dworze taka niechęć była do Tęczyńskich, żeby mi to może wyrzucano, com z powinności chrześciańskiej spełnił. Musiałem zaraz do łaźni iść, a potem się wyleżeć, taki ból czułem w kościach i po ciele całem, które sińcami było okryte.
Doktór Gaskiewicz śmiał się nadszedłszy.
— Dobrze ci tak! a po coś szedł w tłok! Ciekawość prowadzi i do piekła i do guzów. Masz czegoś chciał.
Dał mi się czem wysmarować, i na tem się skończyło.
Dopóki na mieście gorączka ta trwała, nie miarkował nikt, co z tego jeszcze dla miasta i rajców wyniknąć może; dopiero gdy dnia trzeciego, po wydaniu trupa, który na ratuszu przez ten czas leżał, ostygać poczęli po troszę wszyscy, opatrzyli się panowie radni i miasto całe, że za tę chwilę wściekłej zemsty a wypitą krew drogo przyjdzie przypłacić.
Fraszka by byli Tęczyńscy sami, choć i tych siła się znajdowała a możnych i wielkiego znaczenia ludzi, ale wszyscy powinowaci ich, a dalej ziemianie i rycerstwo, tak ziemi krakowskiej jak i innych, porwali się na wieść o zabiciu Andrzeja jako jeden człowiek, miotając się i wołając, że nie będzie-li przykładnej zemsty i kary srogiej, wszyscy precz pójdą od króla z obozów, z wojska, służyć nie chcą i kraju takiego bronić, gdzie poszanowania dla przelewającego krew swą rycerstwa nie było.
Powstało larum ogromne i groźby a narzekania straszne, czemu zniechęcone duchowieństwo wtórowało.
Pewnem to jest, iż w początkach panowie rajcy i mieszczanie ufali w to, iż Tęczyńscy królowi miłemi nie byli, że pofolguje i zemsty srogiej nie domierzy. Ale tu nie o jednych Toporczyków szło, a o cały ten stan rycerski, który się czuł znieważonym i pokrzywdzonym, przeciw królowi powstając, iż on wszystkiemu był przyczyną.
Poszło to w istocie na korzyść nieprzyjaciołom pana naszego, bo jak zwykli byli na niego wszystko walić a rzucać, jak jemu przypisywali to ścięcie pośpieszne dwu księży, jemu podpalanie miast w Czechach, monetę fałszywą, wszystko co złego się gdzie przytrafiło, tak też i morderstwo na karb jego kładli, mówiąc, że powolnością swą mieszczan uzuchwalił, i przeciw szlachcie ich podżegał.
Na królowę zrzucono winę za to, że pierwszej chwili nie zdołała obronić Tęczyńskiego; chociaż oszczerstwo to było niepoczciwe, bo królowa porękę dawała, ludzi słała, czyniła co mogła, a łzami potem gorzkiemi krew tę oblała.
Wobec tego okrucieństwa ludu, który niem sobie najwięcej zaszkodził, zapomniano o tem, iż zuchwalstwo i duma zabitego Tęczyńskiego, obejście się jego z płatnerzem, było wszystkiego przyczyną, i że nie od dziś dnia ząb miano do jego rodziny, która się tu uważała z dawien dawna do rozkazywania i przewodzenia stworzoną, a żadnego prawa i urzędu znać nad sobą nie chciała.
Do króla, który na owej wojnie pruskiej trwał, a końca jej widać nie było, poszły ze wszech stron doniesienia, żale, groźby.
Pojechali Tęczyńscy sami, nie tak aby żałobę zanieść, a raczej, aby w obozie rycerstwu krzywdę opowiadając, przeciw królowi je zniechęcić i podburzyć.
Głośno się z tem odzywali, że za żadnego panowania mieszczaństwo tak rozzuchwalone nie było, a nie kto inny, tylko oboje królestwo do tego je przywiedli, przeciwko ziemianom starając się pozyskać.
Na zamku niepokoju zażyliśmy wielkiego; królowa zwłaszcza, choć pani mężna, bolała nad tem, iż małżonkowi, już i tak obarczonemu, trudności to nowych przyczyni.
Miał on ich i bez tego dosyć, bo się jeszcze i ta sprawa o biskupstwo krakowskie toczyła, w Prusiech pokoju nie było, ziemianie podatków na wojnę odmawiali, a tu przyszło jeszcze dla utrzymania rycerstwa w obozie porękę dawać, iż kara będzie domierzona przykładna. Inaczej rycerstwo się już gotowało, króla porzuciwszy, nazad do domów powracać.
I mogę to powtórzyć tu, com niejeden raz naówczas słyszał z ust samego pana, a co prawdą było i nierychło nią być przestało, że w Polsce nie było króla, któremuby cięższe przypadły rządy nad niego.
Miłości u ludzi, choć na nią zasługiwał, dorobić się nie mógł; nieprzyjaciele się mnożyli, trudności do zwalczenia rosły, a za to co dokonał nikt mu najmniejszej nie okazał wdzięczności.
Za ten jeden kraj pruski, który on odzyskał, nikt mu poczciwego nie dał słowa, choć się należała wdzięczność wielka; ofiary tylko czynione na tę wojnę wyrzucano mu ciągle.
Innego umysłu pan więcejby na tem cierpiał może, on przywykły był złe i dobre wszystko znosić spokojnie, a swe czynić, niewdzięcznością się nie zrażając.
W kilka dni po tej pamiętnej dla mnie nocy lipcowej, posłany byłem przez królowę na miasto i po raz pierwszy zobaczyłem je wytrzeźwione, a na oko spokojne. Wszystko niby do swojego dawnego trybu powróciło, ale wpatrzywszy się, czuć było, że po tym szale nastąpił niemały frasunek i późna skrucha.
Czuli to wszyscy, że morderstwo bezkarnie ujść nie może i tym co je popełnili, i tym, którzy mu nie zapobiegli.
Na Kridlara i Keslinga winę składano, że w pierwszej chwili stronę Klemensa wzięli gorąco i na ratusz pobiegli lud zwoływać, a potem poręki danej przez królowę nie przyjęli i na gwałt bić pozwolili.
Za skrzywdzonego płatnerza mogli się rajcy u króla domagać sprawiedliwości, ale jej sami sobie wymierzać nie mieli prawa, i to jeszcze tak krwawej i świętokradzkiej.
Na starszyznę teraz żalili się wszyscy, a każdy współudziału w rozruchu się wypierał. Ci, co najwięcej dokazywali, najpierwsi się skryli.
Nim król nadjechał i sprawa się przed nim mogła wytoczyć, już ją stokroć rozebrano i odsądzono na rynku, w Świdnickiej piwnicy, w Sukiennicach i w ulicach. Klemens niedługo czekając, nie mówiąc nikomu nic, warsztat swój porzuciwszy, na konia siadł i do Włocławia, drudzy mówili, że do Żegocia, gdzie rodzinę miał, odjechał, sądu nie czekając.
Inni też na Szlązk i do Węgier pousuwali się, ale rajcom mającym kamienice, sklepy, handel, uchodzić było niepodobna, choć się głową nałożyć obawiali.
Z ludzi poważniejszych nikt do tego morderstwa ręki nie przyłożył, to pewna, najnędzniejsza gawiedź tem okrucieństwem się zmazała; ale ratusz milczał i nic nie radził, a dał się ludowi rozpasać.
Tęczyńscy głosili, że chcą mieć pomstę tak okrutną, jak była zbrodnia.
Weselszej twarzy nikt teraz na mieście nie spotkał, ani śpiewu, ni muzyki. Chodzili posępni wszyscy. Troskliwsi mienie swe cichaczem wywozili, aby go im nie zabrano, bo grzywny musiały być wielkie.
Poszliśmy z Zadorą pod królów, aby języka dostać a Kridlara pocieszyć. Pustki zastaliśmy u niego, dziewczęta oczy miały zapłakane. On sam chodził z głową spuszczoną, ręce szeroko rozkładając, dowodząc i zaklinając się, że Tęczyńskiemu nigdy źle nie życzył, że ludzi nie jątrzył, ale wstrzymywał, a nieboszczyk sam wyzwał gawiedź przeciwko sobie, lżąc ją i płatnerza publicznie.
Zabiegano wcześnie na zamku i u ludzi, którzy do króla przystęp mieli, aby gniew pański złagodzić; ale nie było nikogo coby się pośrednictwa podjął, a duchowieństwo teraz scholastyka i kanonika ściętych wypominało i głosiło, że za nich też krwawa pomsta się należy, a Bóg sam ją weźmie.
Sprawa więc dla mieszczan źle stała zawczasu, a ci co się o życie nie obawiali, wiedzieli, że mieszkiem przypłacą, bo zbójcy grosza nie mieli, a co bogatsze mieszczaństwo ogromną główszczyznę złożyć musieli.
Na dziesiątki tysięcy grzywien zawczasu ją liczono. Króla powrót poprzedziła obietnica, że po przyjeździe swym sąd złoży i winnych ukarze. Czekali na to Tęczyńscy, a co w początkach po pogrzebie Andrzeja nikt się z nich w mieście nie pokazywał, w kilka niedziel wjechał w kilkadziesiąt koni sam cały kirem odziany, ludzie i wierzchowce w czerni, pan Jan, Andrzejów syn, w biały dzień ciągnąc do swojej kamienicy pod kościołem św. Michała.
Znać było, iż się już nie obawiał niczego.
Jak na dane hasło potem zewsząd się panowie z Tęczyna dla narad z nim ściągać poczęli, ale na zamku u królowej żaden się z nich nie ukazał.
Spotkawszy się z ks. Janem Długoszem przy zamkowym kościele jednego dnia, gdym mu się zdala pokłonił, palcem mnie ku sobie wezwał.
— Mówił mi pan Jan z Tęczyna — rzekł — że radby waszmości widział i wdzięczność mu okazał za to, żeś mu życie ocalił. Cóżeś to, tak dumny, że zajrzeć do niego nie chcesz, wiedząc, iż w mieście jest?
— Nie przez dumę to czynię — rzekłem — ale żebym posądzonym nie był, iż za dobry uczynek choćby dobrego słowa żądam. Com spełnił to dla miłości Chrystusa i z serca, nic mi się nie należy.
— Poczciwieś powiedział — odparł mi kanonik — wszakże gdy się komu dobro świadczyło, nie trzeba go upokarzać łaską. Idź wasze do niego, o zdrowie spytaj i pokłoń się. Choć królowi służysz, za złe ci tego nie wezmą.
Pokłoniwszy się odszedłem nie mówiąc nic, ale w duszy inaczej myślałem i iść mi się nie chciało. Wtem tegoż samego dnia, ulicą idąc, słyszę za sobą sykanie... obracam się, stoi pan Jan z Tęczyna w progu domu i znaki mi daje. Mimo woli przez myśl mi przeszło, jakim go teraz widziałem stojącym dumnie, a na on czas gdy do pieca u Krzaczkowej sadzałem.
Nie było sposobu, podszedłem z wesołą twarzą i pokłonem.
— Cóż to wy mnie znać nie chcecie! — zawołał. — Myślicie, że serce mam niewdzięczne? Jako żywo. Prosiłem Długosza, aby was do mnie nagnał, radbym się za żywot wypłacić, boście mi go przy łasce Bożej ocalili.
Przerwałem szybko.
— Dobrzeście rzekli, Bóg to sprawił a jam jego łaski narzędziem był, i sobie nic nie przyznaję; a proszę was usilnie, abyście mi dobrego uczynku nie psowali myślą o jakiemś wynagrodzeniu.
Zdumiał się trochę i wchodząc do dworu za sobą mnie pociągnął, na sługi wołając aby wina przyniesiono. Kazał mi tedy przy sobie za stół siąść i pytać począł o pochodzenie moje, o służbę, co zbyłem krótkiemi słowami opowiadając, żem u króla w opiece był. Wstał zaraz potem i łańcuch przyniósłszy wagi niemałej, cisnąć mnie zaczął i przynaglać, abym go wziął jako upominek, nie dla szacunku jego.
Broniłem się jakom mógł, aż gdy gniewać się począł już, musiałem nie obrażając go przyjąć.
Zaraz potem rozprawę począł o tej nocy strasznej, o losie ojca, i rozgorzał cały gdy przyszło do tego, jakiej pomsty Tęczyńscy żądać będą.
— Nie gawiedź pijana winna — rzekł zapalczywie — bo ta głupia pędzi na głos swojego pastucha, na głos dzwonu, na lada wrzask; winni rajcy, którzy zamiast hamować, bramy pozamykać kazali i na gwałt w dzwon uderzyć.
Mówiąc to bladł, to czerwieniał a trząsł się, ojca zaś wspominając łzy mu po twarzy ciekły, że ich powstrzymać nie mógł.
Zbierałem się odejść podziękowawszy i wysłuchawszy, gdy wóz się zatoczył przed dwór, a tuż do komnaty wpadła kobieta w czerni cała, poczem poznałem, że do Tęczyńskich należała; a z niemi powinowaci, przyjaciele i co było ziemian i rycerstwa, które z niemi trzymało.
Nie spostrzegłem twarzy gdy wchodziła, ale głos posłyszawszy, struchlałem. Poznałem bowiem w niej tę, która mnie prześladowała. Ona też twarz ku mnie obróciwszy, gdy zobaczyła stojącego za stołem, zbladła jak chusta i usta jej drżeć zaczęły. Zwróciła się do gospodarza, jakby go pytać chciała, co ten człowiek tu znaczył i robił.
Jan z Tęczyna uprzedzając pytanie, rękę ku mnie wyciągnąwszy, odezwał się.
— Oto jest ten dworzanin królewski, który mi życie ocalił.
Długo przyjść do siebie nie mogąc patrzała to na mnie, to po izbie, tylko oddech jej ciężki słychać było. Mnie też uchodzić się chciało co rychlej, a nogi miałem jakby do ziemi wrosłe.
Jużbym był odszedł, gdy namarszczoną twarz swą i oczy groźne ku mnie obróciwszy, odezwała się.
— Coście to za jedni?
Tak jak gdyby nie znała mnie wcale. Nie wiedziałem co powiedzieć na to, i milczałem, gdy ona oczyma temi i wejrzeniem ciągle mi się grozić zdawała.
— Sierotą jestem — odezwałem się po namyśle — bez ojca i matki. Bóg jeden wiedzieć raczy, ażali on sam mnie uczynił nim, odbierając rodziców, czy oni się mnie zaparli nielitościwie. Miłosierdziu tylko króla a pana winienem, żem żyw i nędzy nie znoszę, a w służbie jego zostając i mając opiekę, już się tak wielkim sierotą nie czuję.
Posłyszawszy o królu wzmiankę, niewiasta brwi namarszczyła srożej jeszcze, twarz jej pobladła, rękę, którą na stole trzymała, ścisnęła i uderzyła nią.
— Nie wierzcie królowi — poczęła gwałtownie. — Psy mu myśliwskie pewnie milsze niż ludzie, jeśli się na jego łaskę spuścicie, niewiele wskóracie. Znamy go dobrze wszyscy: miłuje łatwo, zapomina prędko.
Nie dając mówić jej, wziąłem gorąco króla obronę.
— Nie godzi mi się nawet słuchać — odezwałem się — nic przeciw panu mojemu, bo nietylko dla mnie, ale dla wszystkich najlepszym jest zawsze. Psy swoje miłuje, ale mu przez to i dla ludzi serca stanie, bo go ma wiele.
— Serca! — przerwała krzykliwie śmiejąc się — nigdy on go nie miał, nigdy!
Nastąpiło milczenie, gdy wtem nadchodzący Spytek z Melsztyna ku sobie gospodarza odciągnął; ja też uchodzić chciałem, ale siedząca u stołu dała mi nakazujący znak abym pozostał.
Miała w sobie władzę jakąś, żem musiał być posłusznym. Chwilę małą pomyślawszy, głosem zmienionym, niespokojnym, żywo mówić do mnie poczęła.
— Króla miłujecie? a on was? mówcie!
— Nie mogę się skarżyć — odezwałem się — małym dla niego jestem; ma on większe na swej głowie i ramionach brzemienia, a przecież kiedy niekiedy i o mnie spyta i o sierocie pamięta.
— Los wam wielki przyrzeka? — zapytała.
— Anim ja go żądny, ani mi król obietnic nie czynił żadnych — rzekłem. — Na co mi lepszy nad ten, gdy przy panu zostanę w służbie i życie mu moje poświęcę.
Zarumieniła się jej twarz mocno.
— Ocaliliście życie Janowi — przerwała — Tęczyńscy wdzięczni być umieją. Rzućcie dwór króla, Jan was weźmie do boku i rychlej u niego co zyskacie.
Pokłoniłem się milczący, lecz mogła z twarzy mojej czytać, że mnie namowy żadne od króla odciągnąć nie potrafią. Ścigany strasznym wzrokiem tej niewiasty, pożegnawszy gospodarza u drzwi, uszedłem co najrychlej, taką trwogę czułem i niebezpieczeństwo.
Dopiero kawał drogi ulicą odbiegłszy, lżej odetchnąłem, Bogu dziękując, żem cało się wyrwał.
Roku tego zmarła królowa stara Sonka, ruska księżniczka, do późnego wieku zdrowa i krzepka, a zawsze czynna jeszcze, którą sprawy krajowe i domowe tak obchodziły, iż się nic nie stało o czemby nie wiedziała, rady nie dawała i udziału nie wzięła.
Do syna przywiązana, do synowej też i wnucząt, ciągle się zabawiała niemi. Z owoców dostawszy febry, gdy Gaskiewicza ani z lekarzy żadnego słuchać a lekarstw przyjmować nie chciała, choroba i wiek górę wzięły.
Do króla musiano słać po rozkazy około pogrzebu, ciało w kościele Św. Michała złożywszy, a że on sam zjechać nie mógł tak rychło, pochowano ją w kaplicy, którą ona sama kosztem swoim zmurowała. Mówiono, że w spadku synowi okrom niewielu klejnotów, długi tylko zostawiła.
Króla tymczasem zdradziectwa onych miast pruskich wstrzymywały, które to mu się poddawały, to na stronę Krzyżaków przechodziły; i nierychło powrócił, a naprzód musiał zająć się sprawą mieszczan krakowskich, o którą Tęczyńscy i całe rycerstwo nalegało.
Sądzić ich miano nie w Krakowie, ale w nowem mieście Korczynie, dokąd ich też pozwano, aby nie burzyć mieszczaństwa znowu i do zamieszek nie dać powodu.
Wzięli sobie za obrońcę i rzecznika Śreniawitę, szlachcica Jana Oraczewskiego, który się za wielkie pieniądze podjął za nich stawać.
Doradził im też naprzód, choć niektórzy do Korczyna przybyli, aby się przed sąd nie stawili, gdyż mieli stary przywilej królewski, iż gdzieindziej przed sąd pociągani nie mogą być, tylko w Krakowie.
Oraczewski omal życiem nie przypłacił tego, że się dał mieszczanom kupić. Śreniawici i inni mieli to sobie za zakałę, że przeciwko szlachcie stawał za mieszczany.
Już się nań odgrażano, gdy do sądu szedł, tak, że go musiano otoczyć i zabezpieczyć, aby szablami nie został zrąbany.
Tu gdy przed królem stanął, zagadnięto go zaraz kędy miał i jaką moc przemawiania za mieszczan krakowskich. A że się nie opatrzył w pismo od rajców, bo nikt nie myślał, aby go o nie zagadnięto, skazano wnet samozwańca na trzy grzywny kary. Okazało się, iż ich nie miał dla zapłacenia, kazano go wziąć do więzienia.
Stało się to naprawdę, ażeby mu życie ocalić, bo gdyby nie pachołkowie, nie uszedłby z niem cało.
Tęczyńskich powinowaci zmówili się na powracającego napaść i zamordować za to, iż sprawę mieszczan śmiał popierać.
O czem królowi gdy zawczasu podszepnięto, rozkazał w ten sposób ochronić go, a potem puścić kryjomo, aby z życiem uszedł. Pierwszy ten krok w sprawie mieszczan na niczem spełzł, z czego też Tęczyńscy nie radzi byli, przypisując królowi, iż umyślnie folgował winnym.
Oprócz tego król trafił, powracając na umysły przeciwko sobie poburzone okrutnie z powodu tej sprawy o biskupstwo krakowskie, o którem wyżej było.
Starły się z jednej strony, opór żelazny duchowieństwa, z drugiej króla wola niezłomna.
Kanonicy wszyscy wołali głośno, iż męczeństwa pragną i gotowi są na nie, wywołać je chcieli, a król znał sługi gotowe, co się nie wahali targnąć na kapłanów.
Dnie to były smutku i żałoby.
Z kapituły, którzy się najwięcej i najgłośniej opierali, Pieniążek, starosta krakowski, pachołkom swym kazał pochwycić i z miasta precz wyświecić.
Nie było litości z jednej strony, a z drugiej bodaj żądano, aby na widok gwałtu, lud się przeciwko króla zburzył.
Nie patrzałem na to, ale miasto całe rozpowiadało potem i nie mogło się ukoić, gdy kanonika Krzyżanowskiego, Mikołaja Bohdana, wikaryów kilku i mansyonarzy, pachołkowie z ich domów wypędziwszy, jak stali w komżach i almacyach przez miasto, gdyby zbrodniarzy pędzili.
Lud się tłumnie zbiegał i towarzyszył im aż za wrota, nie mogąc zrozumieć za co wyświeceni być mieli, a wszelkie ich mienie rozgrabione.
Ale na króla jednakże mało kto co rzekł, bo miarkowano łacno, że bez wielkiej winy nigdyby takiej kary nie wymierzył.
Zawiedli się ci, co z tego męczeństwa sobie wiele obiecywali. Przez dni kilka rozpowiadano o tem, głowami potrząsano, wreszcie zabyto.
Ci, co króla bronić chcieli, dowodzili, że nie on rozkazy wydawał tak srogie, ale Jan, biskup włocławski, który się mścił na kapitule, co go przyjąć nie chciała.
Mało co duchownych posłuszeństwo królowi doradzało, inni papieżem się zasłaniali, a ci, co czasy kardynała Oleśnickiego pamiętali, zawsze się spodziewali, że do nich i do panowania powrócą.
W sobotę po św. Tomaszu, razem z królem z nowego miasta Korczyna przybyliśmy nazad do Krakowa. Ile razy pan nasz tu był, zawsze mnie to do służby, to na pokoje wyznaczano; nie wiem czy z rozkazu jego, czy z przypadku.
Teraz też ciągle byłem pod bokiem jego i wszystkiegom świadom był, co się działo, bo choć sam nigdy na podsłuchy niezwykłem był chodzić, drudzy szeroko rozpowiadali, co gdzie który pochwycił.
Sprawa mieszczan, jakem się mógł przekonać, nie tyle króla obchodziła, co biskupia. O tej gdy go zagadnięto, choć krwi zimnej nie tracił nigdy, oczy mu się zaostrzyły, a z ust jedno zawsze wychodziło:
— Taka jest wola moja, tak musi być, nie inaczej.
Im opór kapituły rósł więcej, tem król mocniej stał przy swojem.
Pieniążkowi nie rzekł nic, gdy mu z zażaleniem na niego doniesiono, iż pachołkami kanoników z miasta wyświecał. Myślano, że nagani — zmilczał.
Do tych, co się królowi przypochlebiając najraźniej mu do wszystkiego służyć gotowi, na nic się nie oglądając, należeli dwaj z Kurozwęk: Stach i Dobek.
W sobotę wieczór, zaledwie król przybył i do królowej naprzód szedł, bo się dla ulżenia sercu naprzód przed nią musiał uskarżyć i rozmówić o wszystkiem, co go spotykało, obaj Kurozwęzcy na zamku się zjawili.
Król do nich wyszedł. Wpadło mi w ucho, gdy starszy z nich parę razy nazwisko ks. Jana Długosza z niechęcią jakąś wymówił. Nastawiłem ucha pilniej.
Mowa była o tych, których z Krakowa Pieniążek wygnał, a Stach z Kurozwęk dowodził, że ci mniej winni byli daleko, niż Długosz, wychowanek i ulubieniec nieboszczyka kardynała, który wszystkich podżegał, do oporu zachęcał, na pamięć im przywodził jak w podobnych razach Oleśnicki stałością swą nieulęknioną zwyciężał.
Król milczał posępnie.
Nalegali oba Kurozwęzcy, iż póty się duchowieństwo nie podda, aż na Długoszu król przykład uczyni i równie go z innymi ukarze.
Posłyszawszy to, a znając pana, iż mu w tej sprawie biskupiej na sercu leżało aby zwyciężył, nie wątpiłem już, że Kurozwęzcy dostaną polecenie jego też z miasta, z kamienicy i z tego, co trzymał wyrzucić.
Żal mi się wielki stał, bom szanował człowieka tego. Znano go, jak niezbyt królowi chętnego; wiedziano, że Tęczyńskiemu dał przytułek, wszystko to groźnem mi się zdawało.
Nie myśląc długo, wyprosiłem się u ochmistrza dla zmyślonej potrzeby na miasto. Nigdy mi nie zbraniano tego, bom też nie nadużywał swobody.
Dom kanoniczny tuż był blizko, pobiegłem do niego. Pewien byłem, że zastanę Długosza nad księgami lub modlitwą.
Poratować go nie było w mej mocy, ale przestrzedz czułem obowiązek.
Zobaczywszy mnie u siebie o tej porze niezwykłej, rozśmiał się smutnie. Położył pióro, z którem siedział nad księgą, i zwracając się ku mnie, spytał, czy znowu dla kogo schronienia nie potrzebuję?
— Nie, ojcze mój — rzekłem — a nawet może zdradę popełniam teraz, wynosząc z zamku com przypadkiem usłyszał, ale mi Pan Bóg grzech ten przebaczy.
Spojrzał na mnie ostro i głową potrząsł.
— Mów jaśniej — rzekł — czas drogi.
W krótkich słowach zamknąłem opowiadanie moje. Słuchał nie mrugnąwszy, nie ukazując ani zdziwienia, ni przestrachu, patrzał w ziemię.
Gdym skończył, zwolna głowę podniósł i oczy.
— Dawno się tego spodziewałem — rzekł spokojnie, ani to mnie minąć mogło. Bóg zapłać za dobrą wolę twoją, chłopcze, bo przynajmniej papiery a księgi w bezpieczniejsze miejsce ukryję. Zresztą nie pożywią się u mnie. Skarbów nie zbierałem i nie mam ich. Księżowskie mienie w kościoły i na bursy poszło, jak było powinno.
— Ramionami poruszył.
— Lepiej może do nowego grzechu im nie dawać pobudki i z oczów zejść.
To mówiąc wstał, spojrzał na stół i księgi, jakby mu je żal było rzucać, westchnął i podszedłszy ku mnie, za głowę ścisnął błogosławiąc.
Powróciłem co żywiej na zamek, z własnem sumieniem się spierając, czym dobrze uczynił i za czyją stroną ono przemawiało.
Tak naówczas pewnie wielu innych doznawało niepokoju, drogę widząc niejasną: kto tu słusznie miał, a kto winien był. Posłuchać było duchowieństwa, to król na klątwę zasługiwał, a we dworze na duchownych winę nieposłuszeństwa zuchwałego składano.
Że Kaźmirzowi wojna ta domowa niemiłą była, i że ją co rychlej rad był ukończyć, dowodziła sama użytych środków gwałtowność.
Ustąpić nie mógł. Ustępował rycerstwu, czynili co chcieli ziemianie, wojsko się buntowało... gdyby uległ duchownym, resztęby władzy i poszanowania postradał.
Nazajutrz przebudziwszy się, gdym ochłonął, wyrzucałem to sobie, iż darmo Długosza nastraszyłem, albowiem nie mogło to być, aby na tak powszechnie szanowanego człowieka targnąć się miano.
Aliści do południa nie doczekawszy już, na zamek skargę przyniesiono, iż Kurozwęzcy dom kanoniczny Długosza złupili. Król na to krótko rzekł i surowo:
— Na gorszą karę zasłużył.
Zrozumiało wreszcie duchowieństwo, że króla nie zmoże, zawsze jednak jeszcze się na Rzym oglądało. Kaźmirz milczał, bo też posłów tam i pisma od siebie wyprawił.
Sąd na mieszczan naostatek zwołany został. Przez królowę zawczasu starali się u króla o miłosierdzie; nie mógł jednak ani chciał folgować istotnie winnym, a i rycerstwo zniechęcone trzeba było na nowo pozyskać.
Kazał im powiedzieć tylko, że nastawać na gardło nie będzie nikomu, ale od sprawiedliwości nie może osłonić winnych.
Z tych część jakaś dawno uszła z Krakowa. Klemensa nie było. Oprawców nikt nie myślał oszczędzać, szło o rajców.
Na zamku się toczyła sprawa, a w mieście, choć zbiegowiska nie było żadnego, niepokój panował i trwoga straszna. Od wyroku królewskiego nie było już powołania chyba do Boga.
Rajców wszystkich ocalić nie było podobna, instygowali na nich Tęczyńscy za zwołanie ludu, bicie we dzwony i zamykanie bram.
My, cośmy na zamku byli, do końca nie wiedzieliśmy na kogo padnie wyrok.
Z trwogą oczekiwano.
Na zamku radzono, pisano, biegano, wstawiała się królowa, ale Tęczyńscy pilnowali i nalegali, król pobłażać nie mógł.
Po Trzech Królach w sobotę wreszcie pan nasz z dekretem posłał do ratusza kasztelana kaliskiego Mikołaja Skórę z Gajów, i Pieniążka z Witwic starostę.
Sądzeni jako winni, bo na nich przysięgą instygował Jan Tęczyński, który widział jak ścigali ojca jego, byli z pospólstwa: Jan Tesznar, Wolfram kuśnierz, malarz Wojciech, Szarlang, który ostrogi robił, i Mikołaj dowódzca wiertelników miejskich; a z rajców, co się najgłośniej odzywali i ruszali: Konrad Lang, Leymither, Szarlej i Marcin Bełza.
Ratując resztę, miasto musiało ich poświęcić, i tamże zaraz ich staroście Pieniążkowi wydano, chociaż miano nadzieję, że się u starosty rabsztyńskiego wykupią.
Siedzieli na ratuszu dzień, a nazajutrz przededniem, aby ludu nie rozżalać, cichaczem ich o zmroku przeprowadzono do zamku.
Pięć dni trwało nim do wykonania dekretu przyszło, tymczasem im spowiadać się i żegnać z rodzinami dozwolono.
Przez ten czas poruszono wszystkie sprężyny, aby u Jana Tęczyńskiego wyprosić zwolnienie kary.
Marcin Bełza, rajca, który wielkim był dobroczyńcą zakonu świeżo przez Kapistrana założonego, tak zwanych od ich kościoła Bernardynów, miał za sobą wszystkich tych mnichów, którzy razem z gwardyanem swym, jakoby w procesyi szli do kamienicy Tęczyńskich, w imię Chrystusowe miłosierdzia się dopraszając dla niego.
Tęczyński ich zbył gniewem i nic nie przyrzekł, ale gdy odchodzący świątobliwy mąż Szymon odezwał się do niego z wymową do serca trafiającą, choć nic nie odpowiedział, przecież później ochłonąwszy, życie mu darował.
A tu okazało się jawnie, jaką Tęczyńscy żywili niechęć do króla i królowej. Z rajców najmniej albo i całkiem winnym nie był Mikołaj Szarlej. Padano do nóg królowi, aby on się wstawił za nim, sam uczynić tego nie mógł. Tknięta łzami i błaganiem królowa, poruszyła się mocno i postanowiła iść a prosić za nim starostę rabsztyńskiego.
Widok był osobliwy i serca dla królowej pozyskujący, gdy pani ta pieszo z małym dworem sama poszła do dworu Tęczyńskich za Szarlejem prosić. Spodziewano się, że niewieście, królowej, nie potrafi odmówić Tęczyński.
Ale stało się przeciwnie.
Przyjął królowę starosta zimno, z poszanowaniem, ale niewzruszonym cale umysłem; właśnie dlatego może nie chcąc przebaczyć Szarlejowi, aby okazać, że króla i królową niewiele sobie waży. I to, co Bernardynom wyświadczył, Elżbiecie odmówił.
Odrzekł dumnie, iż krew ojca ma do pomszczenia i odpuścić nie może tym, co się do przelania jej przyłożyli. Napróżno powtarzała prośby swe królowa, stał niemy, nie dał się przebłagać.
Było to ostatniego dnia przed spełnieniem wyroku.
Gdy królowa zmięszana ze łzami na oczach na zamek powróciła, wyszedł naprzeciwko niej Kaźmirz, a nie pytał nawet o skutek, tak był pewien iż nic nie otrzyma.
Zniósł to ze swoją zwykłą pozorną obojętnością; zamknęli się potem oboje i nie rychło wyszedł król z twarzą spokojną.
W mieście królowę wynoszono, a na Tęczyńskiego wszyscy bili, iż się okrutnym okazał.
W piątek piętnastego stycznia wyprowadzono winowajców pod kościół św. Michała przed kamienicę Tęczyńskich, w której progu stał syn zabitego, otoczony tłumem powinowatych, krewnych i przyjaciół.
Tu wśród szlochania i płaczu ludu, który się zszedł na to smutne widowisko, Piotr Waszmut sędzia sandomierski wyrok głośno odczytał.
Domagał się starosta rabsztyński, aby tuż przed jego domem wyrok spełniono na nich, ale przeciwko temu król się oświadczył. Pospólstwo i tak przyprowadzone było do rozpaczy, obawiano się rozruchu, a wiedzieli świadomsi, że się zmawiano gromadnie na kata wpaść, winowajców odbić. Kto wie naówczas, jakby się ta krwawa historya zakończyła.
Pomimo nalegań Tęczyńskiego, odprowadzono na zamek Konrada Langa, Leymithera, Szarleja, malarza Wojciecha, Szarlanga i Mikołaja rotmistrza, i tych pod jedną z wież zamkowych, którą zowią Dorotką albo Tęczyńską, oprawcy ściąć dano.
Ciała ich potem król kazał miastu oddać i pochowano je razem w jednym grobie u P. Maryi.
Nasz znajomy Kridlar uszedł był ze strachu pod opiekę Melsztyńskich, o których różnie prawiono, był-li winien czy nie, i że się okupił, ale zapadł wkrótce potem z tego co przecierpiał, chorzał i niebawem zmarł. Klemens też nie żył długo.
O tej sprawie dlategom się szeroko tak rozpisał, bo ona nie pozostała bez skutków i zostawiła po sobie w sercach i umysłach niezatarte ślady; na mój zaś własny los, czego się nigdy spodziewać nie mogłem, wpłynęła boleśnie, jak to zaraz opowiem.
Król do Tęczyńskich dawniej serca nie mający, zachował żal za lekceważenie pani, która nadaremnie błagała; królowa także im tego darować nie mogła, zwłaszcza gdy innym, jak Bełzie, przebaczono, na wieży ich tylko w Rabsztynie wytrzymawszy.
Tryumfowali panowie z Tęczyna, że się stało po ich woli, grzywny też wielkie ściągnęli z miasta, ale pomiędzy niemi a mieszczaństwem na wieki była niezagodzona nienawiść.
Gdy się to działo dni onych, mnie przypadło z jednym z dworzan królewskich, szlachcicem z Rożyców, któremu imię było Jacek, o mało co się zwaśnić. Pół żartem, pół naprawdę zelżył mnie, wyrzucając sieroctwo i pochodzenie moje, za co policzkiem się zaraz wypłaciłem.
Przypadli drudzy aby bójce zapobiedz; rąbaliśmy się potem, podali sobie ręce, bo Zadora przykazał, a co on zawyrokował, to się zawsze spełnić musiało.
Jacek Rożyc, choć pozornie przejednany ze mną, onego policzka mi darować nie mógł.
Chłopek był usłużny i zręczny i umiejący się królowi tem przypodobać, że psy pańskie karmił, a one go na podziw znały i lubiły. Przebiegły był, umiał z tego korzystać. Brano go na łowy dla psów, a on do pana się cisnął i dobierając chwili gdy sam był, od niechcenia mu różne rozpowiadał rzeczy, któremi sobie usłużył a drugim mógł zaszkodzić.
Miano na niego posądzeń dosyć, iż z językiem biegał na tych, do których miał urazę.
Nie bardzom się go obawiał, ani wystrzegał, bom w łasce pańskiej miał ufność wielką.
Tymczasem, jak się to później odkryło, do Niepołomnic z królem pojechawszy Rożyc mój, który wiedział, nie wiem zkąd, żem ja starostę rabsztyńskiego do pieca sadzał, że za to od niego łańcuch dostałem, a nawet żem ks. Janowi Długoszowi wieczorem dał znać, iż na niego Kurozwęzcy intrygowali — wszystko to królowi wyśpiewał.
Chwalił ci on mnie niby z tak bardzo dobrego i litościwego serca, ale wiedział o tem dobrze, iż się królowi podobać nie mogło com czynił dla tych, którzy mu niechęć jawną okazywali.
Pan nasz właśnie za żonę był na Tęczyńskiego zażalony, a Długoszowi przebaczyć nie mógł, bo mu przypisywano wszystek opór kapituły, która go słuchała i szanowała, jeszcze z czasów kardynała będąc do tego nawykłą.
Powróciwszy z Niepołomnic król, gdym mu się na oczy nastręczył, nie rzekł mi nic, ale też, przeciw zwyczajowi swojemu, nie dał mi dobrego słowa, ani wejrzeć chciał na mnie.
Lecz że tych czasów trosk miał wiele i chmurny chodził, nie zważałem na to. W parę dni potem, ochmistrz, starszy nad nami, wołać mnie każe do siebie.
Lubiał mnie dosyć. Tylkom wszedł, spojrzałem mu na twarz, którą miał zawsze przezroczystą taką, iż w niej czytać było można, zmiarkowałem zaraz, iż coś złego nademną zawisło.
Milczał chwilę włosy pocierając.
— A co, Jaszku — odezwał się zwolna — niedobrą ci wieść mam zwiastować. U króla łaskę straciłeś.
Załamałem ręce.
— Tak jest — dodał. — Wiesz, że u pana naszego co raz rzecze, to nieodwołane. Wie król, żeś się wmięszał z Tęczyńskiemi do zwady z mieszczanami i starostę ratował, żeś od niego łańcuch dostał, żeś ks. Długoszowi biegał donosić, co tu o nim na zamku mówiono. Dziś zrana nakazał mi król, abym cię ze dworu odprawił.
— Ma on przyjaciół znadź dosyć, opieki mojej nie potrzebuje. Wypłaćcie mu żołd, dajcie na drogę i niech nie przychodzi mi na oczy, ani żegnać się ze mną. Niech sobie idzie kędy chce, wiedzieć o nim nie chcę.
— Wstawiałem się za wami — mówił dalej ochmistrz — ale napróżno. Pan słuchać nie chciał. Sam winieneś, Jaszku, sam... a straciłeś więcej niż myślisz.
Łzy mi się z oczów polały, stałem niemy. Wiedziałem i ja, że ten wyrok był nie do odwołania, i domyślałem się komu go byłem winien.
W jednej chwili z bezpiecznego żywota pod skrzydłem pańskiem, przechodziłem do najstraszniejszego sieroctwa i niedoli. Wiedzieli wszyscy, żem u króla na opiece był, precz odpędzony nie mogłem się spodziewać, aby mi kto dał przytułek. Musiano mnie posądzić o to, żem się łaski pańskiej stał niegodnym. Nawet gdybym winnym był, kara mnie spotkała nad miarę ciężka.
Mogłemci, korzystając z niełaski króla, do Tęczyńskich iść, a byliby mnie chętnie, na przekór jemu przygarnęli, alem tego uczynić się wzdragał.
Pochlebiałem sobie, że się król później ulituje nademną.
Z żołdu, który mi wypłacić miano, wprawdzie przez czas jakiś żyć mogłem, a w ostatnim razie i ów nieszczęsny łańcuch starosty sprzedać, ale wszystko to nie starczyło.
Coś postanowić, życie jakieś nowe rozpocząć trzeba było, a nie wiedziałem dokąd i jak się obrócić. Powołania w sobie nie czułem naówczas żadnego.
Wyszedłszy od ochmistrza wprost do izby naszej powlokłem się, aby zabrać węzełki moje, bom wiedział, że tu mi długo pozostać nie dadzą.
Ludzie zaraz podpatrzyli, że ściągam rupiecie i chodzę jak struty. Dowiedział się Zadora i jak burza wpadł.
Rzuciłem mu się na szyję, opowiadając co mnie spotkało.
— Sprawa to Rożyca — rzekł — nie ma co nawet jej dochodzić. Już my mu tu, mimo jego psich umizgów, taką łaźnię zgotujemy, że jej długo nie strzyma. Ale co to wam pomoże, iż on ztąd wyleci.
— Co z sobą myślisz czynić? — zapytał Zadora.
— Uderzyło to we mnie jak piorun niespodzianie — odpowiedziałem — myśli zebrać nie miałem czasu. To tylko wiem jedno, iż za Tęczyńskich ukarany, choć do nich serca nie mam, nie udam się ku nim. W mieście będę szukał sobie chleba kawałka, bakałarstwa, pracy jakiej, a bodaj się i rzemiosła uczyć.
Zakrzyczał Zadora na mnie.
— Gdybyś się tego dopuścił, znać bym cię nie chciał!! Możesz u szlachcica rycersko służyć jako zaciężny; a gdy raz ręce sobie zmażesz rzemiosłem, toś przepadł. Pisać i czytać umiesz, a łaciny dobrześ liznął, prosta rzecz, że sutannę wdziejesz. Toć już lepiej, gdyby innego się nic nie znalazło.
Na to ja głową potrząsałem, bom się nie czuł stworzonym na księdza.
— Chociaż król, gdy raz słowo rzecze, nigdy go nie odwołuje — dodał Zadora — nie oddalaj się z miasta. Przesiedź jakiś czas bodaj u Krzaczkowej w komornem... my tu za tobą się wstawić nie wstawić, ale coś uczynić sprobujemy. Krom Rożyca nieprzyjaciół nie masz.
Tegoż dnia wieczorem ze łzami na oczach z zamku się wyniosłem tak, aby ludzie nie spostrzegli gdym wychodził i nie urągali się a nie dopytywali. Na dworze tylko o tem mówiono; poczuł zaraz Rożyc, iż go posądzono, chciał się oczyszczać, ale nikt z nim nawet nie mówił, odwracali się wszyscy od niego milczący.
Nie czyniono mu wymówek żadnych, ale też ich i słuchać nie chciano.
Zadora, który do mnie zabiegał, opowiadał mi potem, że Rożyc do króla skarżyć się chodził, na co mu on odparł. — Kiedy ci tu źle, ruszaj z Bogiem. Co mi do uszu podałeś, bezkarnie ujść nie mogło, a niemniej straciłeś towarzysza i przyprawiłeś go o zgubę.
I Rożyc tedy wkrótce po mnie się ze dworu wynosić musiał, alem ja z tego pociechy nie miał.
Pierwszych dni, gdy mnie to srogie spotkało nieszczęście, siedziałem u Krzaczkowej w nędznym jej dworku przybity, pognębiony tak, że z miejsca się nie ruszając, jak padłem na ławę, tak cały boży dzień z niej nie wstałem.
Krążyły mi myśli wszelakie po głowie, a jedna się drugiej nie trzymała. Do Wilna powracać do starych moich nie było po co, do Tęczyńskich, gdybym z głodu marł, nie chciałem. Tu w Krakowie chleba szukać nie wiedziałem jak i gdzie.
W parę dni dopiero, pomodliwszy się na myśl mi przyszło iść do ks. Jana Kantego i jemu się wyspowiadać z winy i kary.
Nie widziałem go dawno, alem zastał tak jakbym wczoraj dopiero odszedł. W tym mężu świętym nic się nie zmieniało, nawet wiek nie wyrażał się na twarzy dziwnie jasnej, pogodnej a tak błogo uspokojonej, jakby nic ziemskiego dotknąć jej nie śmiało.
Nimem go w rękę pocałowawszy usta otworzył, dał mi się dorozumieć, że o wszystkiem był uwiadomiony. Zkąd i jak: pytać nie mogłem.
— Pamiętaj Jaszku — rzekł — że Pan Bóg tych, których miłuje, probuje i dotyka. Nie narzekajże, a myśl jakbyś złe na pożytek swój duszny obrócił.
Chciałem się tłómaczyć, żem wcale się do winy nie poczuwał, ale mi przerwał łagodnie, że w istocie występku nie popełniłem żadnego i rychlej nagrody niż kary mogłem się spodziewać.
— Przecież, dziecko moje — dodał — takie są czasy ciężkie i boleściwe, że i cnota cierpieć musi. Widzisz sam jak wielu duchownych, kapłanów, ludzi sędziwych poszło na wygnanie: jak inni łaskę stracili... Bóg wie co czyni.
— Ojcze miłościwy — rzekłem — Bóg wie pewnie co dopuszcza na nas, ale my, to jest ja ubożuchny na umyśle, drogi przed sobą nie widzę. Wskażcie mi ją.
Pomyślał nieco w górę oczy podniosłszy.
— Do jakiejkolwiek pracy się weźmiesz, byleś nie próżnował i na rozpustę się nie rzucił, dobrze będzie. Szukaj w sobie ku czemu powołanie czujesz, a módl się.
Nie wiem dlaczego, rady mi odmówiwszy, pobłogosławił i odprawił. Trochę męztwa wlał we mnie, ale w głowie jak było mętno, tak zostało.
Z kollegium wyszedłszy w ulicy napotkałem Wielkiego. Poznał mnie i zbliżył się. Na zamku dla zimna ścian malować był poprzestał, pracował nad czem innem w domu. Ktoś mu już o mnie musiał coś powiedzieć, bo przystąpiwszy rzekł zaraz.
— Cożeście to z dworskiego życia skwitowali?
— Ono mnie skwitowało, nie ja się dobrowolnie zwolniłem — rzekłem. — Pogniewał się król na mnie.
— Wiem — rzekł Wielki — choć pan sprawiedliwy jest, ale łaska pańska niepewna zawsze, a życie ono dworskie nie każdemu zdrowe. Znajdziecie co lepszego.
— Nie tak łatwo, rzekłem wzdychając.
Wielki popatrzył mi w oczy.
— Takie lekkie życie, do jakiegoście nawykli, nie trudno znaleźć. Na konia siąść, szablą wywijać, do turnieju stanąć, komu tego dosyć, ten długo szukać nie potrzebuje zajęcia. Gdybyście jako ja biedny człek do czynienia mieli z myślami, które w ciało przyoblec potrzeba, z żywotem, który stworzyć musimy tak jak z niczego, dopierobyście poznali, jak trudne ludziom przypadają zagadki do rozwiązywania.
Ręką zamachnąwszy poszedł dalej.
Zazdrościłem mu, bo szczęśliwszy był od wielu, choć się na swe powołanie uskarżał. Jedna chwila mu płaciła za trud wielki, gdy to co na myśli miał, ujrzał żywem przed sobą.
Bijąc się tak z myślami, powróciłem do tej, którą już miałem wprzódy, aby leczenia i medycyny uczyć się, i z niej chleba szukać sobie.
Ale Gaskiewicz, który mi dosyć okazywał życzliwości, przez to, że na zamku mieszkał i tam aptekę miał, mnie wywołanego ztąd przyjąć do siebie nie mógł. Innego nauczyciela więc szukać mi było potrzeba.
Z Gaskiewiczem się teraz i spotkać było trudno, bo z obowiązku swego przy aptece na zamku prawie ciągle siedzieć musiał, a królowa też to dla siebie, to dla dzieci i dla dworu go ciągle potrzebowała. Nie miałem nadziei się nawet z nim zejść i poradzić, a myśl uparta uczenia się medycyny prześladowała mnie. Przeznaczeniem snać było mojem, abym nie z jednego pieca chleb jadł i wszelkiego rzemiosła próbował.
W niepewności tej co mam z sobą czynić, niecierpliwiłem się nad stratą czasu i oddany sam sobie, to u starej Krzaczkowej na ławie przesiadywałem, ręce we włosy wraziwszy, stękając, to po ulicach latałem jak oparzony, niby losu tego szukając, który mi się powinien był nastręczyć.
Miałem wielką wiarę w opatrzność i większą niż w mój słaby rozum własny. Kilka dni tak zeszło nadaremnie, aż około południa w sobotę jedną, gdym się tak biedził z sobą, przed Krzaczkowej dworkiem hałas słyszę, wołanie i stukanie we drzwi. Poszła stara gospodyni otworzyć, a przez w pół uchylone zobaczyłem starostę rabsztyńskiego, który z towarzyszącym mu często Secygniowskim stał u progu.
Pokazywał mu ów piec, w którym się ukrywał, a zobaczywszy gospodynię, głośno począł do niej.
— Należy ci się za to nagroda, żeś Tęczyńskiemu życie zachowała. Dopominają się Tęczyńscy pomsty nad mordercami, ale i zapłacić za dobre umieją. Oto masz, abyś pamiętała o rabsztyńskim staroście.
I worek jej z pieniędzmi wcisnął, gdy staruszka go za kolana chwytając dziękowała.
Chciałem się skryć aby mnie nie zobaczył, ale rzuciwszy okiem ku izbie, zawołał.
— Hę! a i ten tu jest.
To mówiąc wszedł prędko, ku mnie zmierzając. Wstałem z ławy.
— Kazałem was szukać, Orfan! — począł żywo. — Wiem już o tem, że król was za mnie i ks. Długosza ze dworu wyświecić kazał. Prosta rzecz, żeś się powinien był zgłosić do mnie. Dlaczegoś tego nie uczynił?
Milczałem namyślając się jeszcze nad odpowiedzią, gdy dodał nakazująco.
— Chodź, masz u mnie dworzanina miejsce, pewno nie gorsze od tego, jakie było u króla.
Skłoniłem się dziękując.
— Nie mogę przyjąć łaski waszej — rzekłem. — Prawda, że król JMość zagniewał się na mnie, że miejsce utraciłem, ale nie mniej do pana mojego przywiązany jestem, a wy, panie starosto, liczycie się do nieprzyjaciół jego.
Namarszczył się strasznie Rabsztyński.
— Ani się z tem taje, że go nie miłuję — wybuchnął — i nie ja jeden, jest nas dosyć, którzy przez niego cierpimy. Jak on nam, tak my jemu. Zjeść mu się nie damy.
Popatrzał na mnie dumnie i uśmiechnął się szydersko.
— Gwałtu ci tu zadawać nie myślę — rzekł — z Panem Bogiem. Patrzaj tylko, gdy król cię nie chce, abyś łaską moją gardząc, nie zczezł marnie; a potem sam nie przyszedł się prosić, gdy będzie zapóźno, bom ja taki, że raz słowo rzekłszy nie cofam go. Teraz czas, potem nie wezmę, choćbyś się jak modlił.
— Królowi chcę wiernym, pozostać — rzekłem — choćbym i głodem przymarł.
— Szczęść Boże! — zaśmiał się Tęczyński.
I odwrócił się odemnie, a pomyślawszy chwilę, jeszcze raz ku mnie spojrzał.
— Dwa dni ci daję do namysłu, bo mi cię żal — dodał — potem klamka zapadła.
To powiedziawszy, do Secygniowskiego coś mówić zaczął i powoli ze dworku wyszedł.
Zostałem w miejscu zmięszany, ale przy swem stojąc i dwu dni namysłu nie potrzebując wcale, bom Tęczyńskim służyć ani chciał, ani myślał. Byliby się z tego chwalili przeciw królowi, a onby do mnie większy jeszcze żal miał. Wolałem i biedy zaznać, tymczasem ważąc i rozmyślając co pocznę.
Nazajutrz, jeszczem nie odział się, gdy zapukano do drzwi i Krzaczkowa do komory, w której nocowałem, wprowadziła kogoś. Choć przyciemno było poznałem Sliziaka i aż mnie dreszcze przeszły. Wchodząc Pana Boga chwalił głosem takim wesołym, jak gdyby pomiędzy nami nigdy nic nie zaszło, a ja do niego żadnej nie mógł mieć urazy.
— Starosta rabsztyński rozpowiada, że was na dwór swój chciał zabrać, a wyście łaską jego pogardzili. Przyszedłem wam powiedzieć, żeś oszalał!
— Słuchaj stary — wyrwało mi się zburzonemu — gdy człowiek się raz da ująć i oszukać, winien ten co go zdradził; gdy drugi raz podejść się dozwoli, sam wtedy na siebie narzekać powinien. Nie wiem za co i dlaczego mnie prześladujecie i nasadziliście się na mnie.
Wtem Sliziak mi przerwał gwałtownie.
— Wy tego nigdy wiedzieć nie będziecie dlaczego my się tak wami opiekujemy i nie powinniście! Darmo na to nie wysilaj rozumu.
Tu się w piersi uderzył.
— Klnę ci się teraz jednak — dokończył — że nic ci nie grozi. Jak skoro królowi nie służysz, król się tobą nie opiekuje i obojętny jest, możesz być o siebie spokojnym!
Nagle zamilkł, jak gdyby się i tak zanadto wygadał.
— Nie bądź dzieckiem — rzekł — nie gardź tem co ci się stręczy. Starosta rabsztyński życzy ci dobrze i o losie twoim pomyśleć może, a u króla kto raz łaskę utracił, ten jej nigdy nie odzyska, to darmo... Zginiesz marnie.
— A dlaczegoż nagle taką wielką litość macie nademną? — odparłem — wy coście jej wówczas mi nie okazali, gdy potrzebowałem najwięcej?
Potrząsnął głową stary.
— Mówiłem ci, że tego nie będziesz wiedział i rozumiał nigdy — przerwał.
— A jakże mam mieć wiarę w to, czego nie rozumiem? — zapytałem.
Sliziak się zadumał.
Obejrzał się po nędznej komorze, w której byliśmy, jakby miejsca sobie szukał dla przysiądzenia, zobaczył pustą skrzynię w kącie i rozpostarł się na niej. Zmienił rozmowę i głos.
— Cóż ty myślisz z sobą czynić? — spytał.
Nie miałem ochoty się przed nim tłumaczyć i odpowiedziałem mu umyślnie, że pewnie do Wilna lub na Litwę powrócę.
— Abym cię przekonał, że teraz nikt złego ci nie życzy i owszem, powiem to — rzekł Sliziak — iż jeśli pomocy potrzebować będziesz, przez kogokolwiek się zgłoś do Nawojowej, będziesz ją miał.
Nie odpowiedziałem na to, czułości tej nie dowierzając. Począł mnie potem badać, jak mnie ze dworu odprawiono, czym bez grosza był, czy mi na podróż starczyć mogło co miałem. Na wszystkie te natrętne pytania zbywając go półgębkiem odpowiadałem. Zaczął mnie potem do stanu duchownego nęcić i nakłaniać jak dawniej, a gdy milczałem, naostatek nadąsany poszedł precz.
Dwa dni dane mi przez starostę rabsztyńskiego upłynęły, a ja wcale się nie wahałem i zgłosić do niego anim myślał. Chodziłem z tą myślą nauki jakiejś, wahając się jeszcze, gdy przypadek mi nareszcie Gaskiewicza nastręczył.
O mojem wygnania ze dworu słyszał doktór, bo o tem bardzo głośno było, ale mnie nie widział. Poznawszy zatrzymał się sam w ulicy. Zawsze żartobliwy i szyderski, tym razem z politowaniem patrzył na mnie.
— Co myślisz? — zapytał obcesowo.
— Tak samo jak dawniej, uczyć się pragnę — rzekłem — dajcie mi nauczyciela! będę wam do śmierci wdzięcznym.
Głową począł kręcić.
— Chce ci się być medykiem! — ruszył ramionami — chleb to ościsty i gorzki, na jedną pociechę sto zgryzot przynosi. Nie widzę tu nikogo coby ci mógł i chciał być pomocnym, krom Jana Welsza? Idź do niego, próbuj. Medyk sławny a człowiek zacny, ale surowy. Powiedz, że ja was mu zalecam.
Welsza tego niejeden raz spotykałem do kollegiów chodząc, był i ks. Janowi Długoszowi i Kantemu przyjacielem, a lekarzem ich niemal wszystkich kollegiatów. O ile Gaskiewicz swoją naukę starał się żartobliwością i wesołością okrasić, aby nią ludzi nie straszył, o tyle Jan Welsz nosił ją z powagą i surowością, z namaszczeniem jakiemś, które go nigdy nie opuszczało. Zdało się na niego patrząc, iż doktorskiego biretu, togi i pierścienia nigdy nie rzucał.
Przeto też, gdy Gaskiewicz do łoża chorych przynosił z sobą pociechę i nie trwożył ich, Welsza się obawiano. Sama postać smutkiem była i żałobą jakąś okryta. Każde poruszenie obrachowane się zdawało i jakby agendą jakąś przepisane.
Szanowali go wszyscy, lecz nie zbliżano się poufale.
Jakże tu było mnie do tego majestatu dostąpić i jaki mnie tu czekać miał nowicyat!
Drżałem myśląc, a jakkolwiek mi było pilno coś począć, dwa dni chodziłem zbierając się na odwagę, jak do niego przemówić, jak się wprosić.
Stał w kollegium mniejszem.
Sam siebie zburczawszy, wreszcie poszedłem do niego.
Wszyscy oni kollegiaci ile ich było, bardzo ubogo wyposażeni, mieszkali też w izbach tak skromnych, iżby ich najuboższy z kupców krakowskich nie chciał. Całym sprzętem były księgi i wyobrażenia Męki Pańskiej lub jakieś godła pobożne. Zbytek też ich na tem polegał, aby siła rękopismów mieć.
Tak samo Welsz w jednej większej izbie z małą celką na łóżko przy niej, mieścił się na piętrze. Doktora się można było domyśleć po zapachu, jaki od medykamentów na półkach się rozchodził.
Zastałem go nad księgą.
W krótkich słowach opowiedziawszy mu o sobie, wpraszałem się na służbę. Gdym skończył, długo mi odpowiedzi nie dawał.
Zaczął potem pytać o łacinę, o nauki i mały examen odbył ze mną.
W ciągu tego badania, które się coś obiecywać zdawało, nie odezwał się z niczem stanowczem. Wspomniałem umyślnie, żem przy ks. Janie Kantym był wprzódy, że ks. Jan Długosz łaskaw był na mnie, a i o Gaskiewiczu nie zapomniałem.
Przeszedł się po izbie razy kilka.
— Źle za tobą świadczy, żeś ze dworu odprawę dostał — rzekł — ale pomijam to. Przenieś się na próbę do mnie, miesiąc, dwa, zobaczymy czy z ciebie co zrobić[1] można... Trochę się nauczyć, moje dziecko — dokończył — częstokroć gorzej jest niż nic nie umieć. Ci co się całe życie uczą, wiedzą przynajmniej, że nic nie umieją, gdy tacy co liznęli odrobinę, sądzą, że wszystkie zjedli rozumy.
Nazajutrz rano do lichej izdebki tuż obok, Welsz mi się przenieść kazał. Krzaczkową pożegnawszy, pośpieszyłem do dnia i przed południem do posług byłem gotowy.
Z natężoną ciekawością czekałem nauki tej, której żądny byłem, ale na wstępie mnie zawód spotkał. Dano mi moździerz i cuchnącą jakąś materyę do tłuczenia i tarcia. Nazwiska jej nawet od Welsza się nie dowiedziałem. Potem ziele mi kazał gotować, inną jakąś wodę cedzić, worki czyścić i pierwsze dni na tem płynęły.
Nauczyć się nie mogłem nic, bo nie mówił do mnie tylko tych słów kilka, które niezbędnie potrzebne były.
Samem z napisu na słoju potem doszedł, że jednego dnia Bolus armenius rozcierałem; drugiegom pomagał do robienia plastra, który nazwisko miał Urguentum currosivum, potem inny Urguentum fuscum robiliśmy, ale do czego one służyć miały, zostało dla mnie tajemnicą.
Na jednej półce stały szeregiem wina lekarskie, de Boragine, et buglossa, citoniorum, Alkenkengi, Enfrogine, deopilationis i t. p. Pouczyłem się ich nazwisk tylko. Welsz widział we mnie sługę, ale ucznia znać nie chciał jeszcze.
Sądząc, iż próbował mnie w ten sposób, cierpliwy byłem.
Część też dnia, gdy doktora nie było w domu, miałem wolną; ale gdybym i chciał był zajrzeć do ksiąg jego, a sam próbować się nieco oświecić, zakazanem mi to było tak surowo, iż nie ważyłem się tknąć żadnej.
Welsz mało na mnie patrzał, mniej mówił jeszcze, dawał rozkazy, doglądał ich spełnienia, naganił często, nie pochwalił nigdy.
Wszystko to cierpieć musiałem, bom w nim ufność miał, że gdy godzina moja wybije do przybytku mnie dopuści.
Na to się jednak nie zanosiło wcale.
Życie pędziłem smutne. Po roztargnieniu jakie na dworze każdy dzień przynosił, towarzystwie młodzieży wesołej, wygodach jakie mieliśmy, tu niemal zakonne panowało milczenie, post i ubóstwo. Ale jakżem ja się na to mógł uskarżać, gdy sam Welsz tak samo żył kaszą, rybą, cienkiem piwem i mleczywem a chlebem czerstwym i czarnym?
Co z jego wiktu zbywało szło dopiero na mnie, a tylko gdy Welsz w kollegium nie obiadował, oddawano mi porcyę jego.
Grosza cokolwiek mając, ratowałem się od głodu, od przekupek sobie coś przynosząc.
Za całą zabawę mi służyło, gdym podchwyciwszy jakiś przepis, ukradkiem mógł spróbować, medykament jaki sam przygotować. Tak naprzód ów najfundamentalniejszy wszystkich cyrulików wyrób: Emplastrum de lapide calaminaris, od jednego z nich, zapłaciwszy mu w sekrecie się nauczyłem robić.
Drugi mi sprzedał sekret wielce skutecznej: Cervarii; ale z tem przed Welszem się ukrywać musiałem. Wszystkich też win lekarskich i różnych ingredyencyj nazwiska pilno sobie zapisywałem.
Szczęściem może do izdebki mojej Welsz nie zaglądał, boby mi ta moja nauki chciwość przedwczesna, pewnie była surowo naganioną.
Mamli się przyznać? Jak z wielką bardzo gorącością garnąłem się do mistrza tego i do źródła, tak teraz, po miesiącach niewielu ogarnęło mnie znużenie i zniechęcenie nad wyraz wszelki.
Życie mi zbrzydło, tęsknota nękała; czułem, że do tego chleba i powołania chyba stworzony nie byłem, albo droga, którą szedłem, nie przystała mi.
Patrzałem chciwie na księgi, których mi tknąć nie było wolno, tak jak spragniony spogląda w studnię, gdy z niej zaczerpnąć nie może; mówiłem sobie: Kiedyż się to skończy?
Welsz nie zważał na mnie, ja pytać go nie śmiałem.
Całą pociechą moją było, gdy w godzinach wolnych na miasto się wyrwawszy, szczęśliwym trafem albo Zadorę lub Maryanka, czy kogo z dawnych towarzyszów mogłem napotkać. Dopóki zima trwała, do malarza Wielkiego chodziłem przypatrywać się jego robocie i z nim pogawędzić, ale z wiosną począł znowu na zamku pracować, a tam przystęp mi był wzbroniony.
Ci, co mnie dawniej wesołym a ciekawym wszystkiego znali, z trudnością teraz w znękanym i milczącym poznać mogli.
Przychodziło do tego, żem z rozpaczy rozmyślał porzucić mistrza i w świat gdzieś iść! ale dokąd?
Nie zawsze nawet moich dawnych towarzyszów mogłem spotykać, bo król, królowa, dwór przenosili się z miejsca na miejsce, zamek pustoszał na czas.
Wiosna przyszła i lato, a mnie to brzemię życia nowego coraz mocniej dolegało. Czułem to dobrze teraz, że czy urodzony byłem do innego zawodu, czy nawykłem od dzieciństwa do ruchawszego między ludźmi obracania się, a w tej ciszy klasztornej usychałem.
Welsz nie zdawał się nawet widzieć tego, żem wychudł, zżółkł i chodził jak z krzyża zdjęty.
Raz, gdy mnie z lekarstwem pod Floryańską bramę wyprawił do kupca, który był zachorzał mocno, a ja od niego powracałem z głową spuszczoną, w wyszarzanym kubraczku, trafiło się, że króla powracającego z podróży na drodze napotkałem.
Jechał konno i oglądając się na wszystkie strony; zdawało mi się, że okiem rzucił na mnie i wzrok jego jakiś czas się zatrzymał. Stałem czapkę zdjąwszy, minął mnie prędko. Zadora, który przy wozach jechał, zsiadł z konia, aby się ze mną przywitać.
Szczęśliwy człowiek kwitł zdrowiem i weselem, tak mu na świecie dobrze było. Zobaczywszy mnie, aż zakrzyknął nad mizeractwem, w jakiem mnie znalazł.
— A toć się w śmierć zamęczysz! — zawołał. — Rzuć do licha te głupie medykamenta! Tobie konia, ruchu, swobody potrzeba. Dosyć spojrzeć, aby poznać, żeś ucząc się leczyć, sam chory.
Radził mi doktora porzucić, a dworskiej lub rycerskiej służby szukać. Ale łatwo to było powiedzieć.
Za szlachcica się, jak drudzy, podawać nie chciałem. Nadto dumny byłem abym kłamał, a nieszlachcicowi, niepewnego pochodzenia człowiekowi niemal wszystkie drogi były zaparte. W kościele nawet do wyższych dostojeństw przystęp był wzbroniony. Zostawał klasztor, mieszczański jaki zawód, lub rzemiosło.
W większej zaś części cechów nawet nie przyjmowano czeladzi, która się urodzeniem prawem nie mogła wywieść. Mnie to sieroctwo moje zabijało.
Dlatego samem nie wiedział dokąd się obrócić.
Na myśl mi przychodzili Tęczyńscy, ale zapóźno, i wstręt też do nich czułem, bo, choć król nademną litości nie miał, kochałem go jak dawniej i nigdybym przeciwko niemu stanąć się nie ważył.
Żalu nawet do niego nie czułem tak wielkiego, jakby sądzić można, tłumaczyłem sobie co uczynił własną winą moją.
Upłynęło dni kilka od tego w ulicy widzenia mojego z Zadorą, gdy z południa, na spokojnym korytarzu naszym strasznie zamaszysto i głośno ktoś się począł o mnie upominać.
Poznałem Zadorę i otworzyłem drzwi. Wszedł nie miarkując głosu, o com go musiał przestrzedz, bo u nas panowało silentium.
W izdebce mojej ziołami i korzeniami różnemi silnie czuć było. Pokręcił nosem.
— Udusić się i zdechnąć można, żyjąc w takim smrodzie — zawołał na wstępie. — Co za dziw, że ty tu chorujesz! Otwórz okno! Wiesz, co mnie tu sprowadziło? — odezwał się.
— Nie domyślam się.
— Ratować cię chcę — dodał. — Wybij sobie z głowy tę aptekę, mam co innego.
Patrzałem na niego jak w tęczę.
— Oto co jest — rzekł, przysuwając się do mnie. — Wczorajszego dnia starosta krakowski, Pieniążek, znacie go? dopytywał nas po dworze czybyśmy mu do wiernych usług przybocznych, piśmiennego dworzanina naraić nie mogli. Zaraz przyszedłeś mi na myśl.
— Ale on nieszlachcica przy sobie nie ścierpi — rzekłem.
— Nie pyta o szlachectwo, ani o urodzenie i pytać nie będzie — mówił dalej Zadora. — Rozgadałem się z nim o was. Człek dobry, sługa królewski wierny. Życie u niego dostatnie, żołd pewnie będzie znaczny, to dla was miejsce jak żadne.
— Zapomnieliście tylko o tem, że starosta prawie ciągle na zamku być musi i takiego piśmiennego dworzanina za sobą ciągnąć, a cóż król na to powie?
Zadora się rozśmiał.
— Myślałem o tem — rzekł. — Starosta o was posłyszawszy, bardzo gorąco się domagać począł, abyście do niego przyszli na rozmowę. Ja wieczorem zaraz królowi służąc, gdy o staroście się wspomniało, od niechcenia napomknąłem o tem, że Orfana chciał wziąć, ale się wahał, aby wygnany ze dworu nie był na zamku źle widziany.
Król ramionami poruszył tylko.
— Więc ma dlatego głodem mrzeć, żem ja go nie chciał? — odparł. — Niech go sobie Pieniążek bierze jeśli wola, byle mu wierniej niż mnie służył.
Zagryzłem usta! Król więc mi ani zapomniał dotąd, ani przebaczył!
Siedzieliśmy milczący czas jakiś, ale Zadora wnet tak gorąco nastał na mnie, tak prosił, namawiał, zaklinał, iż się zgodziłem nazajutrz iść do Pieniążka.
Nie powiem jednak, aby mi od Welsza, przecierpiawszy tu już miesięcy kilka, łatwo odchodzić było. Sromałem się sam siebie, żem nigdzie miejsca zagrzać i wytrwać nie umiał. Czułem, że na odchodnem słuszną dostanę naganę.
Zadora mi usta tem zamykał, że z nastręczającego się szczęścia korzystać należało.
Król nawet, widząc przy Pieniążku dawnego dworzanina, mógł się dać przebłagać. Starosta miał u niego zachowanie wielkie.
Lecz wprzódy, nim o tej mojej nowej losu zmianie mówić zacznę, o samym Pieniążku cokolwiek się rozpisać muszę.
Wiadomo to wszystkim, iż Pieniążków ród prawi są Odrowążowie, ciż sami, których krew dwu świętych patronów dała nam.
Znaczenie ich niegdyś było wielkie i mierzyli się z najmożniejszemi w kraju, chociaż przeciwko sobie mieli też nieprzyjaciół wielu i w tej walce z niemi, choć niezłamani, straty ponieśli niemałe.
Majątkowo też gorzej się im teraz działo. Z tej rodziny nasz starosta krakowski był prawie najpierwszym, i trzymając z królem a jemu służąc, spodziewał się do dawnego blasku Odrowążów powrócić.
Człek był już w latach, umysłu trochę niestałego, charakteru miękkiego, a pomimo to, gdy się przy czem zaciął, uparty.
Król go może przedewszystkiem z tego cenił, że miał w nim takiego sługę, który nie pytał nigdy dlaczego i co Kaźmirz mieć żądał, a wszelki jego rozkaz spełniał ślepo.
Gdy inni teraz w tym drażliwym sporze o biskupstwo, jak mogli króla samego łagodzili, a postanowienia jego surowe starali się tak spełniać, aby kapitule krakowskiej, i tak już uciśnionej, nie narażać się, Pieniążek i Obulec, o którym już wspomniałem, z niezmierną ścisłością i bez najmniejszej folgi, dziesięciny, majętności, kamienice opierającym się kanonikom zabierali. Pieniążek się tem zawsze tłumaczył:
— Króla rozkaz mam, pan tak chciał.
Tem sobie wielce duchowieństwo naraził, ale tak jak nie lękał się Tęczyńskich też dla króla poświęcić i przeciwko nim występować ostro, tak i kapitule mocno się dał we znaki.
Tem dziwniejszem się to wydawało, że syna młodszego miał w stanie duchownym i w tejże samej kapitule.
Syn ten, o czem wszyscy wiedzieli, zatruwał mu życie, ale nie tyle on może temu był winien, co ojciec. Jedną tą myślą opanowany tylko jakby rodzinie dawny jej blask przywrócić, starosta jednego z synów koniecznie mieć chciał w stanie duchownym, pokładając nadzieję w królu, że go do najwyższych dostojeństw doprowadzi.
Patrzali na to wszyscy jak zubożałe rodziny Jastrzębce po arcybiskupie, Oleśniccy po kardynale, ogromnie się wzmogli z dochodów znacznych krewnych swoich. Nie było prawie prymasa ani biskupa, któryby i kościołowi świadcząc, i życie prowadząc wystawne, familii nie zbogacił.
Rachował na to Pieniążek i syna prawie gwałtem postrzygł.
Opowiadano o nim, że nietylko najmniejszego do stanu duchownego powołania nie miał, ale w młodości tak prawie jak zaręczonym będąc z dzieweczką, którą miłował bardzo, siłą od niej musiał być oderwany.
Ojciec tak zabiegał, iż pannę za mąż wydano za innego, a Jan musiał rad nie rad suknię oblec i księdzem zostać.
Stało się to na większe jego nieszczęście i zgubę, jak się później okazało. Księdzem się zwał i ojciec się o wyposażenie go starał, ale życie prowadził takie, że tylko zabiegi starosty i znaczenie ojca mogły go obronić od surowych kar kościelnych.
Pieniążek, gdy mu o tem starsi duchowni mawiali, powtarzał ciągle:
— Wyburzy się to piwo, wyburzy, dajcie czas tylko.
Ojcowskie groźby i prośby nic nie pomagały. Gdy się mógł tylko wyrwać mu, a starosta miał słabość do niego i zbyt był powolnym — dokazywał, przebrawszy się po świecku, polował, latał z dobranemi towarzyszami, a co gorzej, do tej pani, w której dawniej był rozmiłowany, dojeżdżał i bawił u niej tygodniami.
Mąż człowiek dobroduszny, ślepy, nietylko gacha nie odpędzał, ale gościnnie go przyjmując, zabawiał się z nim, polował razem, i przestrzegany, z posądzających żonę szydził.
Rozpowiadano o tem, gorszono się, ojca przestrzegano, który syna karcił i upominał, ale pieszczone dziecko ani jego, ani innych słuchać nie chciało, rodzicowi odpowiadając zuchwale:
— Księdzem nie chciałem być, kazaliście mi; nie dziwujcież się, że złym jestem, bo do tej sukni mnie Pan Bóg nie stworzył.
I wistocie więcej go było na łowach, w wesołych zgromadzeniach, pomiędzy kobietami, niż w kościele i chórze. Przez miłość i poszanowanie dla ojca, pokrywano te sprawki syna, ale można było przewidzieć, że gdy biskup nowy na stolicę wstąpi, pobłażać zgorszeniu temu nie będzie.
Z kapituły mało kto już z ks. Pieniążkiem przestawał, odwracano się od niego i każdy unikał, aby nie być posądzanym, że podobne jak on życie prowadzi. On zaś, ufając może ojcowskiej powadze i znaczeniu, pomimo napomnień nie myślał wcale ani się ukrywać z tem co czynił, ani życia zmieniać.
Ojciec, choć powiadał, że się to piwo wyburzy, niespokojnym był bardzo.
Od niejakiego czasu bowiem księdza w Krakowie tak jak nie było widać, a dobrał sobie dwór, sługi i towarzyszów łotrowstwa takich, iż oni go jeszcze na większe rozpasanie prowadzić mogli.
Chociaż zmiana w życiu mojem pożądaną mi była, nie bez trwogi i wahania się, skłoniony namowami Zadory a pozwoleniem królewskiem bardziej jeszcze, nazajutrz włożyłem co najlepszą odzież i udałem się do starościńskiego dworu.
Tu, ktoby Pieniążka starego nie znał i nie słyszał o nim, patrząc na to co się działo, człowiekaby się domyśleć musiał. Dwór, podwórze, ganek, dokoła pełne były ludu najrozmaitszego gwaru, krętaniny, nieładu, wśród której pachołkowie, dworzanie, kto chciał gospodarował. Starosta wybiegał sam, krzyczał, ludzi posyłał, chował się nazad do izby, jednych rzucał, drugich wołał, nie skończywszy sprawy, inną poczynał. W tym zamęcie trudno było sobie dać radę i trafić do ładu.
Żydów szczególniej z podarkami, ze skargami, mieszczan, ludzi pobranych za różne przewinienia, odartusów, a obok tego szlachty ubogiej z prośbami, podróżnych, cudzoziemców pełno było.
Kilku urzędników starościńskich, starszy nad pachołkami, pisarze kręcili się wśród nich i nie odnosząc do starosty, rozstrzygali pomniejsze sprawy. Co chwila podnosiły się bolejące głosy, wołania, a gdy hałas ten rosł, wybiegał sam Pieniążek na dwór, krzyczał, rozpędzał, gniewał się i powracał do izby nic nie zrobiwszy.
Ludu i służby choć mnogo było jak u możnego pana, choć na nich dostatek niby jakiś widnym się zdawał, wszystko to nie trzymało się jedno drugiego, chodziło samopas i karności brakło.
Gdym się tu znalazł, w początku mi tak się to wydało dziwnem, niemiłem i strasznem, żem się chciał wycofać, nie pokazawszy staroście. Ale zapóźno było, bo ten, co tam marszałkował, już mnie o nazwisko spytał i poszedł oznajmić, a tuż i Pieniążek sam ukazał się, wołając mnie do siebie.
W izbie sklepionej, zadusznej i ciemnej taki tłok panował jak w podwórzu i tu suplikantów było różnych, począwszy od progu do stołu gromada cała, z papierami jedni, drudzy z twarzami, które za nie stały...
Skryba siedział za stołem dosyć nędznie odziany i pióro gryzł. Starosta wprowadziwszy mnie, natychmiast się obrócił do pisarza, coś mu szepnął a w głos oświadczył, że już czasu niema, i że sprawy później załatwi. Poczem nie odpowiadając na wołania i prośby, drzwi do komory bocznej otworzywszy, wszedł szybko i mnie za sobą wprowadził.
Milcząc naprzód długo mi się przypatrywał, a i ja czas miałem się z blizka z nim zapoznać.
Na oko był człowiek krzepki, otyły, poważny, a w twarzy i postaci mający coś wielce groźnego i potężnego. Zdawało się, że musiał mieć wolę silną i być nieubłaganym. Twarz duża, długa, z podbródkiem, z wąsem dużym, zdala się widziała straszną, a przypatrzywszy się jej, coś w niej drgało takiego, iż niepewność jakąś okazywało.
Głos miał hetmański, krzykliwy, a pomimo to niewrażający posłuszeństwa. Widać tylko było, że mu o to szło wielce, aby przed nim drżano i obawiano go się.
Począł nagle głosem prędkim i zająkliwym, śpiesząc, plącząc się, odchrząkując a oczyma mnie mierząc.
Waszeć mi potrzebnym będziesz. Słyszałem już o was, wiem... Łacinę znasz, pisanie piękne, w głowie dobrze, ja właśnie amanuensa szukam. Skryba ten dla urzędu jest, a dla osoby mojej nie mam nikogo. Ale naprzód wiedzieć masz, że tu we wszystkiem co się dzieje i dziać będzie, tajemnica się ma zachować ścisła. Język za zębami trzymać, pierwsza rzecz.
Tu przerwawszy sobie nagle, rozpoczął wyliczać co mi daje za pracę: suknie, żołd, stół, pomieszczenie; o każdej z tych rzeczy niedokończywszy o jednej, przechodził do drugiej, powracał do pierwszej, tak że połapać mi się było trudno. Tylem tylko zrozumiał, że mi tu zbywać na niczem nie może, choć nie bardzo mi szło o wielką płacę. Potem znowu wpadłszy na inną drogę, skarżyć się począł, iż zaufać tego czasu nie ma komu, że potrzebuje takiego, któryby mu służył jak ojcu, a on mu rodzicem chce być.
Nie dał mi długo odpowiedzieć sobie i gdym poczynał, on na nowo swoje powtarzał. Szło mi o to jedno tylko, abym choć kilka godzin w dniu miał wolnych, bo zawsze uczyć się czegoś chciałem, mając to na widoku, że może kiedy do królewskich dzieci się dostanę.
Nauka wreszcie sama dla siebie wabiła mnie, i inne drogi mając przed sobą zamknięte, w niej pociechy i ratunku szukałem.
Starosta uznawał słuszność żądania mojego, ale razem przewidywał, iż tak jak on dniem i nocą na tym starościńskim urzędzie pokoju nie miał, tak i mnie za niego ręczyć nie mógł.
Słowem rozmowa się tak splątała, że pono ani on nie wiedział com mu obiecywał, ani ja mogłem wyrozumieć co mnie czekało. Skończyło się na tem, żem prosił, abyśmy wzajem się przez ćwierć roku wypróbowali.
Przystał na to.
— Jestem pewny — dodał — że waść ze mnie będziesz rad. Ostry jestem, wymagam porządku i dyscypliny, ale na serce rachować możesz. O! u mnie wszystko tu jak w obozie na skinienie, w szeregi... ale nikomu się krzywda nie dzieje i wzgląd jest na słabość ludzką.
Sam potem starosta chciał mnie do przeznaczonej mi izby zaprowadzić. Znalazło się jednak, że w niej bednarze rozeschłe beczki i statki obręczami nabijali, ktoś okno był wyjął, ławy stały całe, ale oprócz nich ani łóżka, ni żadnego sprzętu.
Zrobił się o to rumor okrutny w całym dworze. Kto tu śmiał bez wiedzy starosty bednarzy mieścić, izbę tak spustoszyć. Zawołano marszałka, ten winę zwalił na klucznicę, ta na sługi, a w końcu przykaz wydano najsroższy, aby do wieczora było jak w szklaneczce czysto.
Niebardzo mi się temu wierzyć chciało i on sam wątpię, aby temu dawał wiarę, ale żądał natychmiastowego przeprowadzenia się, tak że ledwie z powodu Welsza wyprosiłem się do jutra.
Z moim doktorem przeprawa poszła daleko łatwiej niż się spodziewałem, wysłuchał mnie milczący, głową zawahał, zamruczał coś i dodał.
— Niestałego umysłu jesteś... a kamień tylko na miejscu obrasta. Będziesz się tak z kąta w kąt przerzucał, nigdy miejsca nie zagrzewając, i marnujesz się; wszystkiego potroszę umieć, znaczy na głupotę pracować... ale co począć z temperamentem? Tyranami są temperamenta. Trudno, trudno! Idź-że z Bogiem!!
Zaśmiał się.
— Tyle tylko, żeś się jednego plastra u mnie nauczył.
Dał mi rękę do pocałowania i po chwili wrócił do książki.
Zdawało się, że istotnie temperament mój wyrozumiawszy, musiał być do tego przygotowanym. Resztę dnia spędziłem na mieście ze znajomymi, chcąc zażyć swobody, bom przewidywał, że raz się zaprzągłszy do starosty, niewiele mieć będę czasu dla siebie.
Nazajutrz, gdym moje szczupłe węzełki tu sprowadził, znalazłem izbę jeszcze bez okna, na podłodze wiury bednarskie, ale tarczan stał w kącie oparty nogami o ścianę i stół, osobno nogi, osobno stolnica czekał na mnie. Pacholę gadatliwe, z włosami rozczochranemi dane mi było do usług, które plotło dużo, ale się wyrwawszy z izby nie wracało.
Szczęściem przywykły byłem sam sobie służyć, a marszałek też wziął okno do serca i naostatek izbę kazał uprzątnąć.
Dano mi wiedzieć, że starosta już trzy razy po mnie przysyłał, szedłem więc do niego. We wczorajszej izbie takie same było zbiorowisko ludzi. Urzędowy skryba siedział gryząc pióro za stołem, mnie za pańskiem krzesłem miejsce u ucha starosty wyznaczono.
— Oswajaj się waść przysłuchując, bo to tu nie łatwa rzecz sobie z tylą sprawami radę dawać.
Najgorszem to było, że wistocie sprawy nie przychodziły w porządku jedna po drugiej, ale wszystkie razem w jeden kłębek nierozplątany się zbijały.
Mówił ktoś, drugi mu przerywał, starosta przywoływał trzeciego, czwartego sobie przypomniawszy tego rzucał, ludzie podnosili głosy usiłując się przekrzyczeć, słowem sądny to dzień był.
Starosta nogami tupał, łajał, ale sam ten nieład mnożył.
Stałem tak z godzinę za wielkiem krzesłem pana, alem niewiele się nauczył. Wtem wpadł dworzanin, powołując do króla; zerwał się Pieniążek i wyruszył natychmiast. Jam tu już nie miał co robić, ale pozostać mi kazał i czekać na siebie.
Skryba Sołtysów syn z okolic Bochni, chłopak nie w ciemię bity, po wyjściu pana dopiero na mnie wcale nie zważając, wziął się do spraw, z któremi przybyli nie odchodzili.
Prędko i umiejętnie przesłuchiwał skarżących się i proszących, widziałem jak mu ten i ów coś w dłoń wcisnął, a on na papierze sobie zapisał i w pół godziny izba się opróżniła.
Zostaliśmy sami, szydersko się popatrzał na mnie.
— Co wy, miłościwy panie, przy staroście robić będziecie — rzekł — tego nie wiem. Widzi mi się, że chyba słuchać lamentów jego i listy poufne do syna pisywać. Nie byłoby tu co tak dalece robić, gdyby ład jaki był, ale starosta go nie zaprowadzi nigdy... a jakby był, to go zaraz zamąci.
Uśmiechnął się.
— Dobre panisko, ale sobie samemu nieprzyjaciel srogi.
Starosta, który natychmiast miał powrócić od króla, pojechał tymczasem na miasto, poszedł na ratusz, dał się zaprosić do któregoś z ziemian i nie przyjechał do dworu aż wieczorem późnym.
Od skryby wiedziałem, że bodaj do północy na niego czekać powinniśmy, poczem nas odprawi z niczem, nakazując jak świt do roboty stawać, chociaż robić co nie będzie.
Stało się jak Sołtysiak przepowiedział, powrócił zmęczony starosta, narzekając, że mu tchnąć nie dają, że się w śmierć zapracuje, odprawił skrybę, mnie za sobą do sypialni jeszcze iść kazał, i dopiero w łóżku ległszy odejść dozwolił.
Następnych dni kazał mi to i owo zapamiętać, musiałem przy nim ciągle być, ale do roboty nie dał mi nic, ciągle powtarzając: iż Panu Bogu dziękuje za to, że mnie ma pod ręką, bo lada chwila nawał być może do czynienia. Służba to była wistocie ciężka i upokarzająca, bo starego żal się robiło, a w niczem mu pomocnym nie mogłem być.
Kładnąc się wieczorem do łóżka zabierał mnie z sobą, aby jeszcze żale i lamenty rozwodzić przedemną, ale tu przyszło już do istotnych zwierzeń.
Naprzód mi o synu tym księdzu napomknął, powoli wynurzać się zaczął, rozpłakał, ręce łamał i wygadał się ze wszystkiem.
Właśnie szło o to, ażebym list groźny do niego napisał, a starosta zaklinał się, że uchowaj Boże większego zgorszenia, sam go, chociaż duchownego zamknie i w więzieniu trzymać będzie. Ważyłem się mu powiedzieć, że jeżeli groźby dotąd nie skutkowały, możeby inaczej należało przemawiać do niego, starać się poruszyć serce, zakląć na miłość ojcowską i t. p.
Myśl ta bardzo mu się podobała. Kazał mi tedy raptularz nazajutrz przygotować, a wolnym czasem razem mieliśmy go odczytać.
Z tem szedłem do izby, gdy nazajutrz rano podwórzec nasz, w którym nigdy spokoju do późnej nocy nie było, wrzawą taką się rozległ, iż równemi nogami porwałem się z łóżka.
Sołtysiak wpadł do mnie.
— Dopieroż mieć to będziemy ciężką przeprawę — zawołał — ksiądz Jan przybył ze swemi.
W podwórzu rżenie koni, ujadanie psów, śmiechy czeladzi słychać było bez żadnego dla ojca i urzędnika poszanowania.
Starościńska służba cała latała jak oparzona, ksiądz archidyakon gnieznieński, dziekan łęczycki, gdyż takie nosił tytuły, w towarzystwie ichmościów Plichty i Komeskiego, sług swych wiernych, a dworzan i czeladzi dziesiątka rozgaszcza się we dworze. Ojciec ani mógł, ani chciał mu się w czem sprzeciwiać.
Przyznaję się, żem ciekaw bardzo oglądać tego syna marnotrawnego, odziałem się żywo i zbiegłem do izby starosty.
Siedział on tu, ale nie mając czasu się przyodziać, jak z łóżka wstał, kożuch tylko na siebie narzuciwszy, w koszuli jednej syna przyjmował.
Ksiądz, którego trudno było poznać, iż duchownym się zwał, w sukni krótkiej, w butach z ostrogami, młody, przystojny mężczyzna, z oczyma bystremi, z włosem długim wedle obyczaju ówczesnego w puklach na ramiona spływającym, żwawo biegał po izbie. Tylko jego głos słychać było, gdyż starosta cicho się odzywał i siedział jak przybity.
Gdym wszedł, skinął stary na mnie i dał znak, abym nie przeszkadzał ich rozmowie, cofnąłem się więc. Wtem odwołał mnie nazad i wskazał na sypialnię, abym tam na niego czekał.
Drzwi tylko cienkie przedzielały mnie od izby, w której dalej się rozpoczęta ciągnęła rozmowa. Głos ojca był błagający, syna szyderski.
Rad nie rad słuchałem.
— Co komu do tego jak ja żyję! — wołał ks. Jan — ja za siebie sam przed Panem Bogiem odpowiadam. Wyrostkiem nie jestem, bakałarzów nie potrzebuję.
— Nietylko bakałarz, ale rózgaby się przydała — przerwał starosta — tak, tak. Wstyd czynisz Odrowążom. Pomnisz na Jacka i Czesława.
— Ale ba! Wszyscy Odrowążowie świętemi być nie mogą — rozśmiał się syn. — Ja do stanu duchownego nie miałem powołania i nie mam, a Dorotkę jakem kochał tak ją miłuję. To darmo. Przecież Jakób, mąż jej, nie skarży się na mnie? Cóż komu do tego!
— Jakób ślepy jest i dobroduszny — zawołał ojciec — a przecie Mikołaj brat jego, wojewoda mazowiecki, przyjeżdżał umyślnie do mnie z żalem na was.
Rzucił się ks. archidyakon gwałtownie.
— Ja go rozumu nauczę, pana wojewodę — krzyknął — a cóż to, czy Jakób Boglewski dziecko, opieki potrzebuje? Niech pilnuje swojego nosa i swej żonki a w drogę mi nie lezie, bo mu pokażę, że ja szablą nie zapomniałem władać.
Słychać było jak ojciec w dłonie plasnął.
— A milcz-że!
Chwilę krótką cisza panowała w izbie, chód tylko żywy archidyakona słyszałem, który zcicha sobie poświstywał.
— Przybywam głodny jak pies do ojcowskiego domu — począł — a tu zamiast nakarmić mnie, morałami przyjmuje. Ale jak Bóg miły, ja to wszystko wiem dobrze. Kara Boska, języki ludzkie, zgorszenie, a to a owo, o tem słyszałem wiele... Jeść mi się chce.
. Wtem stukać zaczął gwałtownie. Wpadł zapewne marszałek, bom usłyszał:
— Do stu katów jeść dawajcie.
— Ale nie tu — przerwał ojciec — do izby tej zaraz się zaczną schodzić ludzie. Niech jeść dadzą naprzeciwko.
Miał ojciec znowu począć admonicye, gdy drzwi się otworzyły. Musieli wnijść przyjaciele, a słudzy ks. archidyakona i jeden począł.
— Ani koni ani psów niema gdzie wygodnie pomieścić.
— Myśmy głodni — dodał drugi.
— A i ja głodny jestem — rozśmiał się ksiądz. — Do tego przyjdzie, że ja tu ojca mając starostą, gospody sobie na mieście szukać będę musiał.
Zaburczał coś stary, musiano dać znać, że jadło przyniesiono i starosta sam wzdychając wtoczył się do izby, w której na niego czekałem.
Twarz miał zmienioną i zbolałą, trząsł głową nic nie mówiąc. Dwie łzy powoli toczyły mu się po policzkach.
— Słyszałeś? widzisz jak mnie Bóg pokarał! Co z nim robić! Ani Boga, ani rodzica, ani ludzi nie słucha.
I po chwilce powtórzył.
— A! pokarał mnie Bóg! pokarał.
Zadumał się i jakby na wpół do siebie począł.
— Albo i to towarzystwo? Plichta! Komeski, wszakże to znane łotry, kostery i zbóje. Na Komeskiego kupcy lubelscy instygowali, że ich z drugiemi na gościńcach rozbijał. Plichta nie lepszy. Ci, choćby chciał się poprawić, nie dadzą mu.
Ośmieliłem się zcicha podszepnąć, iż na tych towarzyszów, jeżeli były skargi, możnaby się postarać aby pociągnięci byli i do więzienia dani, a takby się ta niebezpieczna przyjaźń rozerwać musiała.
— To go nie znasz! — zawołał starosta — on mnie, ojcu, tu za nich gotów zrobić taką chryję, że całe miasto o niej wiedzieć będzie. Muszę ich znosić aby pokój mieć, a w starościńskim dworze ich przyjmować, bo na mieście burdy wyprawiać będą.
Naprzeciwko, gdzie ks. archidyakon siadł z Plichtą i Komeskim do śniadania, zawzięła się wrzawa taka, że zagłuszyła powszednią tutejszą. Siadłszy jeść i pić, kazali sobie nosić tyle, ile mogli znieść; archidyakon jeszcze do swego stołu kogoś przywołał i już nie wstał aż dobrze po południu, śpiewając takie pieśni, że ojciec sobie uszy zatykał.
Płakał i powtarzał nieustannie:
— Pokarał mnie Bóg, pokarał.
Następnych dni kilka Pieniążek gościł u ojca, zapraszał coraz nowych z ulicy przyjaciół, tego rodzaju co Plichta i Komeski; noszono im miód, wino i cały dwór być musiał na usługi. Do ojca prawie nie przychodził archidyakon i lekceważył starca w oburzający sposób.
Nie wiem jak i czem moja powierzchowność w oko mu wpadła. Dopytując o mnie dowiedział się snadź, że u króla byłem na usługach. Powiedział ojcu, że jemu takiego amanuensa nie szkodziłoby mieć i że mnieby wziął do siebie.
Rano przychodzę do starosty, który mi tę nowinę z twarzą rozjaśnioną zwiastuje.
— Zmiłuj się — woła ręce łamiąc — jeżeli Boga kochasz, przystań do niego. Jesteś stateczny, możesz go powstrzymać, będziesz miał zasługę wielką.
Zakrzyknąłem chwytając się za głowę.
— Jak to! — zawołałem — tam gdzie ojciec nie może nic, jabym młodzik coś potrafił. Zlituj się pan.
Starosta, który z rozpaczy najniedorzeczniejszych myśli chwycić się był gotów, uparł się i nalegał.
Oświadczyłem tedy stanowczo, że za nic w świecie do archidyakona w służbę nie pójdę.
— Raczej panu staroście za nią podziękuję — dokończyłem. — Nie może to być.
Widząc mnie tak upartym, stary wreszcie nalegania zaniechał a archidyakon przez ojca się dowiedziawszy, żem służbą jego wzgardził, ani już patrzył na mnie.
W Krakowie zbyt księdzu było ciężko ciągle się o duchowieństwo surowe ocierać, spotykając oblicza chmurne a i niejedno słowo ostre, niewygodnie gościć długo. Zabawiwszy kilka dni, pociągnęli do Łęczycy, i myśmy na starostwie, ojca nie wyjmując, lżej odetchnęli.
Ja na mojej tej utrapionej służbie, która się inaczej jak niewolą nazwać nie mogła, pozostałem.
Byłbym doprawdy szukał może innej, ale Pieniążek się przywiązał do mnie, a jam żałował go i litował się nad nim.
Nawykł był wylewać przedemną serce swoje, często pocichu, choć u młokosa, rady zasięgał; wiedziałem, żem mu był potrzebny.
Sołtysiak, choć nie zły człowiek, więcej swojej kieszeni niż starosty dobrej sławy i godności strzegł, musiałem więc na wodzy go trzymać, ostrzegać i nie dopuszczać, aby słabości pana nadużywał.
Naprawdę nie robiłem tak jak nic, alem na chwilę się oddalić nie mógł i musiał być z uchem pogotowiu. W poufnych sprawach czasem mnie posyłał.
W wolnych godzinach com miał czynić? czytałem. Czytałem co popadłem, com dostał i komentarze nad biblią i kroniki Kadłubkowe, do których właśnie Dąbrówka pisał objaśnienia, i łacińskich starożytnych pisarzów, bo ci byli podczas w wielkiem zachowaniu i coraz nowych wydobywano, których wprzódy nikt tu nie znał.
Oprócz tego, ponieważem czasu podróży z ks. Janem trochę liznął włoszczyzny, a kilku Włochów na dworze się i w mieście plątało, więc i języka tego poduczałem się, nie chcąc go zapomnieć.
Czasu tego gdym u starosty był, dopuścił Pan Bóg na to miasto nasze drugą plagę wielką, bo sprawę z Tęczyńskim za pierwszą liczyć było można.
Z księży Dominikanów przy św. Trójcy, któryś alchemią się zabawiając, gdy nieostrożnie z ogniem się obchodził, wszczął się ogień straszny, który przy wiosennym wietrze, było to bowiem ostatnich dni kwietnia, tak się straszliwie rozszerzył, iż kościół św. Franciszka, pałac biskupi, ulice Grodzką, Złotniczą, Szeroką, Poselską, Bracką, Gołębią i Żydowską w proch i żużle obrócił. Gorzało zaraz po nieszporach począwszy do drugiej z północy, a ratunku nie było żadnego, choć tłumy ludu stały, bo i wody brakło i zręczności a odwagi.
Miano to za dopust i karę Bożą, na stolicę królestwa ściągniętą sprawą Tęczyńską i prześladowaniem biskupa.
Wspomniałem już o tem jak naówczas na króla wszystko składano, jemu winę przypisywano, za niego mścił się Bóg, on sprowadził klęski i t. p.
Czasu pożaru już duchowieństwo to głosiło i nie alchemik był winien — ano król, bo właśnie był nakazał księżom, co biskupa wyznaczonego nie uznawali, dziesięciny zagrabić.
Nie wchodzę w to, czy sprawiedliwa była rzecz i czy podczaszy krakowski Obulec, drugi tak dobry sługa króla jak starosta, nadto sobie nie pozwalał, aliści raz przecie musiał pan nasz do posłuszeństwa sobie zmusić.
Ci, co mu w tem pomagali, mogli łagodniej postępować, na Obulca bowiem srogi krzyk był.
Zjawiły się na niebie znaki groźne, a wszystko to jako przestrogi królowi, jako do niego wymierzone ludzie tłómaczyli. Astrologowie duchowni większe jeszcze klęski nam zapowiadali.
Sądzono powszechnie, iż naostatek Rzymowi król oprzeć się nie będzie mógł i ustąpić musi, w czem mylili się ludzie.
A kto króla znał, ten mógł zawczasu przepowiedzieć, iż się pożyć nie da.
Tymczasem ks. Jakób z Sienna, którego Rzym mianował, tułał się u Tęczyńskich i Melsztyńskich schronienia szukając. Ci za nim się wstawiali, jeździli, prosili nadaremnie, a w końcu tyle uczynili tylko, że choć król im to wyrzucał, opieką swą go do ostatka osłaniali.
Być może, iż innego z Rzymu wskazanego kandydata Kaźmirzby był dopuścił w końcu, ale Oleśnicki, popierany przez nieprzyjaźnych mu Tęczyńskich, na żaden sposób na tej stolicy cierpianym być nie mógł.
Oswoiwszy się z położeniem mojem, choć nie było mi tu tak jakbym pragnął, trwałem już przy staroście.
Pytał mnie gołowąsa często o radę, gdy sam nie wiedział co czynić, a żem mu sercem poczciwem służył, słuchał i mogłem go niekiedy wczas ostrzedz. Domowi o tem przekonawszy się, obchodzili się ze mną dobrze i nie mogłem się skarżyć, ażeby mi tu źle było.
Ale życie uchodziło bez celu i widoku na przyszłość, samem nie wiedział czem byłem i jaki koniec mnie czeka. Raz też niepomiernie się zatapiałem w książkach, ucząc się cokolwiek mi się nastręczyło, to znowu nie chcąc zupełnie zaniechać rycerskiego rzemiosła, zaprawiałem się do konia, wkładałem zbroję, jeździłem z dawnemi towarzyszami wyprawując gonitwy. W tych mi też niezgorzej się powodziło, lecz gdym wspomniał, że rycerstwo dla mnie z powodu sieroctwa niedostępne, zniechęcałem się do niego.
Rodziców zaś, których przedtem szukać tak pragnąłem, teraz już zaprzestałem dochodzić, widząc w tem wyrok Boży, abym ich nie znał nigdy.
W tem rozerwaniu ducha, ktoby zdala na mnie patrzał, musiałby był posądzić o wielką niestateczność, bom się przerzucał od jednego do drugiego z gorącością wielką, a w niczem nie trwał. Sam to sobie wymawiałem, lecz natura i los mój nieszczęśliwy takim mnie czyniły.
Ponieważ niekiedy i wielka pobożność ogarniała mnie, a drugiego czasu widywano nad księgami ślęczącego, wszyscy mi prorokowali, że na sukni zakonnej skończę, o czem ja nie myślałem wcale.
Czas upływał bez troski przynajmniej o chleb powszedni, chociaż na jutro nic oszczędzić nie mogłem.
O Luchnie też nie zapomniałem, chociaż ani od niej, ani o niej wieści żadnej nie miałem. Niewiele polegałem na danem mi słowie jej, bo nie było w mocy dziewczęcia dotrzymać go; powszechnie bowiem albo rodzice lub opiekunowie losem dziewek rozporządzali, a te się rozkazom ich opierać nie mogły. Z mej strony zaś w poprzysiężonej wierności wytrwać łatwo było: raz, że mi się żadna sposobność nawet nie nastręczała do obcowania z kobietami, a powtóre, żadnaby z nich człowieka bez łomu i domu, bez rodziców i imienia wziąć za męża nie chciała.
Wprawdzie łatwoby mi było, tak jak wielu innym, zjechawszy pomiędzy ubogą szlachtę, jakiej siła była na Mazurach i w Wielkiej Polsce, wyprosić sobie i za miły grosz dostać przyjęcie do herbu i rodziny — alem do kłamu wszelkiego wstręt miał zawsze, a moje sieroctwo nosiłem z jakąś głupią nadzieją, że z niego wyjdę kiedyś choćby cudem. Czyniąc się zaś innym niż byłem, przybierając nazwisko obce, zdało mi się, żem sobie zapierał drogę do spodziewanego zawsze pozyskania nazwiska i rodziny.
Utrapieniu temu wielkiemu sieroctwem mojem, które mi dolegało wielce, starałem się ulgę uczynić tem, żem myśl natrętną o niem odpychał i postanowił najmocniej zdać los mój na łaskę Bożą. Powiedziawszy więc sobie:
— Stań się wola Twoja — czem innem się zaprzątałem.
Ponieważ starostę Pieniążka, urząd jego do Krakowa przywiązywał, i on się ztąd oddalał rzadko, więc i ja przy nim będąc, nie opuszczałem miasta.
Tymczasem król ciągle najwięcej wojną pruską i układami z zakonem był zaprzątnięty i albo w obozie siedział, albo na zjazdach i traktatach bawił, lub wolniejszym czasem na Litwie się łowami zabawiał, i w Krakowie go mało co widać było.
Miasto też przez czas jakiś spokojnem było, i po pożarze się odbudowywało szybko. Gdzie mury pozostały, tam je polepiono i pokryto niebawem, a drewniane dworki jak grzyby rosły.
Lata ubiegały. W r. 1464 we wtorek po Wielkiej nocy, trzeciego kwietnia, po tym pokoju miasto znowu zakłócone zostało niespodzianą na żydów napaścią.
Zaciągi czyniono naówczas na wojnę krzyżową przeciwko poganom. Jaki to tam lud się pod te chorągwie ściągał, gdy w domu co było lepszego, król zabierał do Prus, łatwo pojąć. Ludzie szli tacy, których nikt nie chciał, łotrzyki a zbójcy czyhający na łupież tylko.
Tej gawiedzi pijanej a niesfornej, kupa po drodze wtargnęła do miasta dla spoczynku. Nie mogli rajcy, tym, krzyże noszącym żołnierzom Chrystusowym, odmówić dachu. Wkrótce jednak przyszło pożałować, że ich wpuszczono, bo lepiej się było u wrót wykupić, a do miasta ich nie wpuszczać.
Stanąwszy tu, gdy się z miejskiemi konfratrami zwąchali a dowiedzieli, iż żydów w Krakowie było dosyć, o których powiadano, że mieli wielkie bogactwa, zuchwała ta gromada postanowiła napaść ich i złupić, sądząc, że jej to ujdzie płazem.
Z pomocą więc ulicznej gawiedzi, wieczorem, cała tłuszcza krzyżowa runęła na synagogę i na żydowskie domy.
Napad był tak niespodziewany, że w początkach nikt się im nie opierał; ubito ze trzydziestu, domów kilka splądrowano, a przestraszone żydowstwo, którego mieszczanie bronić nie chcieli dlatego, że ono nie miasta, ale zamkowego sądu i rządu słuchało i im podlegało, schroniło się do domu Jana Tęczyńskiego, kasztelana krakowskiego, który nieopodal się znalazł.
A że stara waśń między mieszczany a Tęczyńskiemi zawsze była pamiętną, dano im tu przytułek. Tymczasem i starosta z pachołkami swemi, choć siła ich przeciwko krzyżowcom nie stawała, wystąpił.
Noc nadeszła i wszystko się zdawało uspokojone, chociaż żydzi nie dowierzając na dziedzińcach się i po szopach rozłożyli.
I mieli słuszność, iż nie zaufali uspokojeniu, bo nazajutrz rano gromada dom Tęczyńskich obległa i szturmować zaczęła.
Obudzili się dopiero panowie rajcy, bo łupieztwu, gdyby początek uczyniono, poszłoby i po innych. Nadbiegła czeladź biskupia, starościńska, ludzie podskarbiego p. Jakóba z Dębna, rozpędzono napastników, a żydów strwożonych myśmy na zamek dla bezpieczeństwa zaprowadzili.
Winę tego rozruchu i grabieży włożono na miasto, nie bez przyczyny, gdyż w pierwszej chwili żydów nie chciano bronić, odpowiadając, że kto ich sądzi, ten ich osłaniać powinien.
Wygnano precz tę hałastrę natychmiast, a ratusz trzy tysiące czerwonych złotych musiał grzywien zapłacić.
Stało się to w okolicy królewskiej, dla której sromotnem było, że u siebie gospodarować dawała lada przybłędom, ale rajcy odpowiadali tem, że król JMć przecie w królestwie swem panem będąc, łotrowstwom zapobiedz nie mógł. Co prawdą było, gdyż się namnożyło takich kup swawolnych, które na kupców i na podróżnych się zasadzały po gościńcach, jednych odzierając, drugich zabijając i łupiąc.
Pomiędzy temi rycerzami byli zaprawdę i szlacheckiego rodu, którzy z tego czynili sobie rzemiosło; trzymali ludzi, posyłali szpiegów i zbrojno najeżdżali nawet dwory zamożne.
Król w tym roku i następnym w Prusiech bawił, we Lwowie, na Rusi i ze dworem w Kaliszu a Brześciu.
Z Krzyżakami wreszcie z niemałym trudem wkrótce potem pokój podpisano, czasu którego w Toruniu zmarł z królem tam będący Sędziwój z Lezienic, wojewoda sieradzki.
Siła też najznaczniejszych ludzi, biskupów, duchowieństwa, prawników do pisania traktatów z przewrotnym zakonem użytych było.
Kiedy się właśnie toczą te układy, a my w Krakowie przesiadujemy, starosta coraz we mnie większą ufność pokładający, nocy jednej późno powróciwszy do domu, mnie już z łóżka wyrostkowi kazał przyzwać.
Nie było to bezprzykładnem, a nieraz się trafiało, że po to tylko iść mi do siebie kazał, aby miał przed kim się na los swój żalić, szczególniej na syna archidyakona.
Na tego żadnej rady nie było, dochodziły wieści tak groźne, iż starosta w rozpacz wpadał.
— Zgubi nas wszystkich — powtarzał.
Wiedzieliśmy, iż nietylko u Boglewskich przesiadywał najczęściej, ale jawnem było, iż z panią Dorotą miłowali się, wszelkiego pozbywszy sromu.
Ojca słowo nic u niego nie ważyło.
Wszedłszy do starosty, zastałem go klęczącym przy łóżku, z rękami złożonemi i twarzą łzami zalaną. Za łkaniem przemówić nie mógł. Chciał powstać, nie miał siły, pomógłem mu się dźwignąć... rzucił mi się na szyję.
Na pytanie moje odpowiedzieć długo nie mógł, alem już pewnym był, że o synu tym nieszczęsnym wiadomość jakąś odebrał.
Trząsł się cały i głosem zniżonym począł.
— Na rany Chrystusowe! Jaszku, bierz konia i ludzi najlepszych, nie patrz na noc a jedź. Nie wiem co się stało, ale krwawą burdę jakąś archidyakon u Boglewskich popełnił. Ludzie mi nie powiadają co się stało, sprzeczne są wieści. Ruszaj na miejsce, dokąd chcesz, dostań języka, wyrwij mnie z tej niepewności.
Chciałem go dopytywać, co mu doniesiono, ale stary się plątał i widać było, że albo z pewnością nie wiedział, co się w Boglewie stało, lub tego, co mu powiadano, powtarzać nie chciał, wiary nie dając.
Dobył natychmiast worek pieniędzy, konie kazał i ludzi w skok gotować, a mnie tak naglił, żem się nawet rozmówić z nim nie mógł, pędził tylko, abym jechał.
Musiałem mu być posłusznym.
Noc już była, bramy miejskie pozamykane, ale starościńska straż towarzyszyła mi z rozkazem, aby mnie z miasta puszczono.
Tak nagle, ledwie się przepasawszy, w słotę okrutną, po nocy w drogę samoczwart puścić się musiałem.
Koni mi nie kazano żałować, to też ich nie szczędziliśmy, drogę jak najprostszą wybierając, przewodników opłacając, a tak że trzeciego dnia już w mil dwie od Boglewa stanąłem na spoczynek w gospodzie.
Po drodze tak dobrze jak z nikim się nie spotkawszy, o nic też rozpytywać nie mogłem; tu dopiero szlachty, dwu panów Robockich zastawszy, którzy koniom popasali, gdym z rozmowy ich o Boglewie coś pochwycił, przystąpiłem do nich zapytując, czyby nie wiedzieli, co się tam stało.
— Jakże wiedzieć nie mamy? — podchwycił starszy Marek, gdym mu się, jako dworzanin starosty krakowskiego nazwał. — Naokół o niczem nie mówią, tylko o tej historyi krwawej. Jakóba Boglewskiego zabito.
— Kto? jak? — krzyknąłem przerażony.
— Kto? Gach! — odparł drugi Robocki — a do tego duchowny i dygnitarz, ks. Jan Pieniążek.
Porwałem się przecząc, ale mi usta zamknęli.
— Posłuchajże wasze, bośmy sąsiedzi, a Marek zaraz po dokonaniu zbrodni na miejscu był i na swe oczy trupa oglądał. Całemu światu wiadomem było, że Pieniążek do pani Doroty Boglewskiej od lat wielu dojeżdżał. Pan chorąży czerski na to nie zważał, bawili się z nim razem przyjacielsko. Przestrzegali go ludzie, że zdrajcę żywi w domu, śmiał się z tego. Człek był łagodny i spokojny... Trwało tak długo, archidyakon do Boglewa jak do domu zajeżdżał, a tygodniami przesiadywał. Przybywał nie sam, zwykle ze sługami i dworem, a że chorążego ludzi opłacał i umiał ich sobie pozyskać, panią miał za sobą, fraucymer jej też, więc mu tu było wygodnie i bezpiecznie... Chorążego wieczorem podpiwszy, gdy ten spać legł, a skryba jego Adam Jaszczułkowski na straży przy nim siedział, Pieniążek czynił, co chciał... Naostatek przebrała się miara, ślepy chorąży cokolwiek przejrzał, ludzie go podbudzali, a szczególniej brat, wojewoda mazowiecki. Ale i teraz chciał w dobry sposób pozbyć się gacha i we cztery oczy mu oświadczył, iż go więcej w domu cierpieć nie będzie, bo mu brat i ludzie tem dojadają.
Oparł się archidyakon, lecz na ten raz chorąży twardo stanął.
— Zadajcie kłam ludziom, co na moją żonę i na was potwarz rzucają; oddalcie się, inaczej wojewoda mi tę krzywdę uczyni, że się sam za mnie jak za małoletnim i niedołężnym ujmie... Jedźcie i nie powracajcie.
Na to oświadczenie podsłuchująca wpadła żona, stał się hałas wielki i kłótnia, ale chorąży nie ustąpił; wyłajała go żona, stukał archidyakon, zawrócił się od nich i szedł precz do swej sypialni... Co się potem stało, różnie opowiadają. Pieniążek do gościnnej izby ze swemi przyjaciółmi poszedłszy, wezwał do niej Jaszczułkowskiego, którego mówią że spojono, czy też obietnicą zapłaty ujęto... Chorąży spał spokojnie, gdy Jaszczułkowski z Plichtą i Komeskim do izby jego wtargnęli, i skryba go spisą, którą przyniósł, w piersi raził, w czem mu dwaj przyjaciele księdza pomagali, tak że ciało całe na sztuki niemal zrąbane i skłóte nazajutrz znaleziono... Czy sam Pieniążek ze zbójcami był, nie wiadomo... We dworze wnet wrzawę domownicy podnieśli, niektórzy z nich pouciekali, inni pobiegli do urzędu, jeden pojechał do wojewody... W początkach chciano wszystko złożyć na kłótnię z Jaszczułkowskim, ale się znaleźli świadkowie, którzy wszystko widzieli i słyszeli... Nazajutrz Pieniążek ze swemi do Łęczycy umknął a i pani Dorota przewidując, że pociągniętą być może, z domu niewiadomo dokąd uszła... Dworzanie nieboszczyka tymczasem ciała zabitego i wszelkiej pozostałości tak dobrze strzegli, że gdy brat zabitego Mikołaj, wojewoda mazowiecki, nadbiegł, listy nawet pochwycił jejmościne, z których wspólnictwo i zmowy przeciwko mężowi jawnie się okazały. Samą też winowajczynię pono w ucieczce pochwycono.
Gdy mi to Roboccy opowiadali, włosy na głowie stawały i płakać się chciało nad losem ojca.
— Cóż się z Pieniążkiem stało? — zapytałem strwożony.
— Nie dał się ująć, a może też i niebardzo z tem pośpieszono; teraz zaś, gdy z Łęczycy z nowemi przyjaciółmi w świat się puścił, sukienkę duchowną zrzuciwszy, niełatwo kto go dostanie.
Takim sposobem wiadomość otrzymawszy, gdym już we dwie mile od Boglewa był, a o prawdzie tego, co mi opowiadano, wątpić nie mógł, rozmyśleć się musiałem, co dalej czynić. Będąc sługą Pieniążków, wojewodzie mazowieckiemu w ręce wpaść bezpiecznem nie było. Posądzić mógł o jakie wspólnictwo z winowajcą, o wywiadywanie się na korzyść jego.
Do miejsca więc dotrzeć nie było sposobu, lecz do sąsiedniej wioski dostawszy się, tu dzień cały na przysłuchiwaniu się opowiadaniom spędziłem.
O niczem też więcej nie rozprawiano, a choć się różniły wieści te i ludzkie języki, jak zwykle, przerabiały je, każdy na swój sposób — jedno się przecież stale powtarzało, to jawna wina księdza, którego okolica znała jako zuchwałego i rozpasanego człowieka.
W Boglewie, jak mi mówiono, wojewoda, który do brata przywiązanym był, wszelkie zbierał dowody winy bratowej i głośno się odgrażał, że ją wedle prawa żywcem zakopać da, a współwinnemu, gdyby i do papieża przyszło z żałobą iść, nie przebaczy.
Tak nieszczęśliwe moje poselstwo sprawiwszy, nie pozostawało mi już nic, tylko do Krakowa powracać. Konie były pół żywe, więc pośpieszyć nie mogłem, a nie było też z czem, bo starosta na to, co się stało, radzić już nie byłby w mocy, i pocieszyć go nie miałem czem.
Powlokłem się więc nazad, dawszy spocząć koniom i sobie.
Drugiego dnia, gdyśmy bory przebywali, w nędznej gospodzie pod noc stanąć przyszło. Zaparta szopa wewnątrz pełną być musiała, bo nam jej otwierać nie chciano.
Ludzie starościńscy ze mną jadący, nie nawykli do tego, aby komu ustępowali, gwałtem się do zapartej gospody włamywać zaczęli.
Nimem ich powściągnąć mógł, otworzyły się wrota i ludzi kilku z szablami na nas wypadło.
Z izby też gospodarz z łuczywem wybiegł i przy świetle jego, z wielkiem mojem podziwieniem i strachem, zdało mi się, żem poznał archidyakona. Już do bójki przyjść miało, gdym na próbę w głos krzyknął, iż ze dworu starosty Pieniążka jesteśmy.
Na ten głos przypadł do mnie archidyakon, gdyż on wistocie był, nacierając kto byłem i z czem jechałem.
Księdza już w nim nic nie pozostało, przebrał się był bowiem po rycersku, miecz przypasał i raczej do zbójcy był podobnym.
Na zapytanie nie wahałem się odpowiedzieć, że właśnie za nim wysłany byłem, abym języka dostał.
Tak broń złożywszy, razem z nim wszedłem do gospody.
Kroczył przodem zuchwale, a nie widać było po nim, aby za zbrodnię popełnioną skruchę miał wielką. Gniew nim tylko miotał.
— A! starosta was wysłał za językiem? powiedzcież mu, że Boglewskiego nie stało... Jam nie winien, nie tknąłem go. Gawiedź pijana uprzątnęła, ale na mnie i na żonę winę zwalą. Nie myślę też się dać ująć; sutannę zrzuciłem, księdzem nie będę, a gdy dla mnie tu bezpieczeństwa nie ma, no,.. to i drugim ze mną bardzo bezpieczno nie będzie.
Począł się śmiać dziko i zwracając nagle ku mnie, spytał:
— Nie mówili wam, co się z Dorotą stało?
— Uszła była, lecz powiadają, że ją pochwycono. Listy też jej ma w ręku wojewoda.
Zachmurzyło mu się czoło.
— Mnie nie wezmą! — odezwał się porywczo — nie dam się. Jeśli mi ojciec nie postara się o środki do ucieczki... no... będę, jak drudzy, polował po drogach na kupców. Ludzi do tego znajdę. Jest takich dosyć co chorągwi szukają.
Ręką zamachnął, ale pomimo tych odgróżek twarz miał zrozpaczoną i posępną. Stał kubek z napojem jakimś, wychylił go zapalczywie duszkiem i padł na ławę.
Podniósł powoli głowę.
— Co tu myśleć — rzekł — dobrze, żeście mi w ręce wpadli, ludzi starościńskich i was zabieram. Nie jestem z tą małą garścią bezpiecznym.
— Ja się zabrać nie dam — odparłem stanowczo.
Poruszył głową nienalegając.
— No, to jedź sobie do stu katów sam — odparł — ojcowskie sługi do mnie należą, tych nie dam.
I zerwawszy się z ławy, do szopy biegł do swoich, ja też za nim, aby mi czeladzi nie bałamucił, ale drzwi przedemną zaparł.
Usłyszałem głosy, wrzawę, spór i nawoływanie, poczem jakoś ucichło i archidyakon powrócił zwycięzko.
— Czeladź mojego ojca zostanie ze mną, przykazałem im, słuchać muszą; wy, jeśli cało chcecie wynijść, nie zadzierajcie zemną. Życia ludzkiego tak dalece nie ważę, podziękujcie, jeżeli was puszczę. Tegobym może nie uczynił, ale ojcu donieść powinniście o mnie... Powiedzcie mu, że w lasach tych siedzieć będę, że kupę zbiorę i żywić się postaram jako zmogę. Chce-li tego uniknąć, niech mi da z czem ujść, choćby za morze, już mnie tu nic nie trzyma.
Nie chciałem z nim rozprawiać, anim myślał nawracać. Dałem mu pleść co chciał, a sam w kącie na ławie siadłszy, całą noc przebyłem drzemiąc, dopókiby nie rozedniało.
O brzasku ksiądz też na ludzi zawołał o konie, nie chcąc tu być dłużej; poszedłem do czeladzi, sądząc, że ochłonąwszy pojedzie ze mną, ale pachołkowie księdza pilnowali moich i jak więźniów ich trzymali.
Ani mi dali przystąpić do nich. Musiałem sam sobie konia wyprowadzić, a miałem wierzchowca doskonałego, deresza, którego ledwie zoczywszy Pieniążek uzdę mi z rąk wyrwał i zabrał go sobie. Sakwy nawet i siodła nie mogłem ocalić, gdyż natychmiast swoich koni podosiadawszy, jednego luzem prowadząc, mnie pieszego zostawili, śmiejąc się na pożegnanie.
W sakwach suknie i część pieniędzy starosty się znajdowała, szczęściem żem coś grosza miał w małej kalecie u pasa.
Zostałem tak więc pośród lasu sam jeden i pieszo.
Dróg nie znając, gdy w puszczy łatwo się obłąkać było, musiałem pozostać oczekując ażali na wielkim gościńcu nie trafi się podwoda ku Krakowu lub kupcy albo szlachta, coby mnie poratować mogli.
Ległem na siano, o razowym chlebie i wodzie pośniadawszy, bo w gospodzie mało co więcej znaleźć było można. Trafił się dzień tak nieszczęśliwy, że oprócz dwu żebraków na odpust idących i jednego kmiecia z podwodą, który mi nie mógł być żadną pomocą, nie doczekałem się nikogo do wieczora. Pod noc dopiero kilku jezdnych nadciągnęło.
A i na tych doznałem zawodu. Dwu z nich rannych było, a trzeci, któremu się zbójom z rąk wyrwać udało, nie miał jak tego jednego konia, na którym uciekł.
Opowiedziałem im przygodę moją nie mianując nazwiska tego, który mnie pieszym uczynił i odarł; oni też o swojej mówiąc, gdy mi napastnika i jego ludzi opisali, poznałem zaraz, że nie kto inny tylko Pieniążek ich złupił, próbując szczęścia.
Tak rozpoczął życie nowe, o którem nawet staroście, dla srogiego żalu jakiego doznać miał, nie godziło mi się powiadać.
Nocowaliśmy razem, a że szlachta odarta i pokaleczona niedaleko ztamtąd zamieszkiwała, wyprosiłem, aby mi nazajutrz konia na sprzedaż przyprowadzili.
Tak o głodzie, dosyć czasu zmarnowawszy, nędzną szkapę opłaciwszy we dwoje, ruszyłem już sam Bogu się oddając. Dowlókłem się tak na tej marsze, co ledwie nogi dźwigała, do Krakowa nareszcie, a gdym wrota miejskie ujrzał, serce mi zabiło z radości i z niepokoju.
Com miał ojcu powiedzieć, co zataić?
Cichaczem wprowadziwszy konia do stajen, szedłem naprzód wypocząć. Nie było się z czem spieszyć. Marszałek i Sołtysiak, z któremi się spotkałem, oznajmili mi, że staroście wszystko już było wiadomem, bo mu bezlitośnie dał o tem znać listem wojewoda mazowiecki, jego za syna czyniąc winnym.
Starosta w łóżku leżał, modlił się i płakał.
Myśli zebrawszy poszedłem do niego. Porwał się zobaczywszy mnie.
— Wszystko już miłość wasza wiecie — rzekłem — nic nowego nie przywożę.
— Zgubił siebie ten człek — załamując ręce odrzekł starosta — a i nas okrył sromem. Śmierci mu już życzyć tylko.
Długo nie mogłem się zebrać na to, aby mu o mojej przygodzie opowiedzieć, lecz skryć całkiem dla ludzi, których z sobą miałem, nie było podobna.
Gdym o spotkaniu w lesie wspomniał, jęczeć począł i płakać, ale miłość ojcowska w nim na chwilę górę wzięła, bo kochał to dziecię i spytał, czym go chorym lub zbolałym nie znalazł?
Zabójstwo Boglewskiego, choć to były czasy, w których nie zbywało na wypadkach, a miały się czem umysły zajmować, przeraziło i zaniepokoiło cały nasz świat. Nie mówiono tylko o niem, każdy je po swojemu tłómaczył i obracał tak, aby tego niem dowiódł, co mu potrzeba było okazać.
Duchowieństwo tłómaczyło je tem, że mu wpływami obcemi narzucano księży, że karności nie było, bo praw wyborów i rządzenia sobą pozbawionem było.
Ledwie nie głoszono, iż król znowu winien był temu, że Pieniążek Boglewskiego zamordować kazał bo ojciec jego był sługą powolnym króla i surowym prześladowcą opierających się.
— Otóż masz, jak cię Pan Bóg za nasze dziesięciny pokarał.
Starosta bowiem i Obulec dziesięciny zabierali i majętności tych, co biskupa Jana uznać nie chcieli.
Z drugiej strony królewscy mówili.
— Patrzcie co to są duchowni i czy nie słuszna rzecz, iż król powściągnąć chce ich samowolę.
Co dalej z Pieniążkiem miało się stać, przewidzieć było trudno; tymczasem zebrawszy sobie ludzi, po lasach się tułał, po gościńcach i na dwory najeżdżał, gdzie wiedział, że siła czeladzi nie było. Gwałtem sobie gospodę z nich czynił, jeść, pić i obroki dawać rozkazywał, siedział dzień i dwa, zabierał co mu się podobało i ruszał dalej.
Szczególniej na Mazowszu, które znał dobrze, a w lasy ono obfitowało, udawało mu się tak bezkarnie snuć, ludzi szacować i drwić z tych, co za nim gonili.
Były bowiem wydane listy gończe, ale nikt tak bardzo się nie troszczył o pochwycenie Pieniążka, a wiedziano dobrze, iż się nie da wziąć gołą ręką i bronić będzie, bo nic nie miał do stracenia.
Wprawdzie mimo zbrodni niesłychanej i winy jawnej, jako duchownego władza świecka nie mogła karać, a duchowna byłaby go oszczędziła, zamknąwszy na życie do więzienia — ale rozpasanemu człowiekowi do skruchy i pokuty było daleko.
Osobliwsze też pobłażanie okazano dla Doroty Boglewskiej, którą zakonnicy warszawscy św. Franciszka wyprosili, że jej ujść i skryć się dano tak, że kary uniknęła.
Uczynili to nie dla niej, ale dla Rogalów z Sudocina, których była dzieckiem, aby sromotna kara i jej wspomnienie nie spadło na rodzinę.
Adama tylko Jaszczułkowskiego pochwyconego osądzono na ćwiertowanie i wyrok na nim spełniono. Ale tego wojewodzie mazowieckiemu nie było dosyć, chciał za krew brata i żonę niewierną karać i Pieniążka uchwycić.
Z jego to naprawy rozstawione były czaty i ludzie czyhali na archidyakona, ale on zwinniejszy od nich był i pod nosem im się przesuwał naigrawając.
O wszystkiem zaś będąc uwiadomiony przez ludzi przebiegłych, których do posług zażywał, gdy mu ci dali znać, iż Dorota uszła na Pomorze, o tem już tylko myślał, jak się z nią połączyć.
Do tego jednak potrzeba mu było pieniędzy, których nie miał, a od ojca je chciał wyciągnąć.
Był więc tak zuchwałym, że Plichtę, który do zabójstwa należał, przebranego przysłał do nas do starosty z pismem, wprost się domagając, aby mu tyle a tyle grzywien przysłał, chce-li, aby imię jego nie zostało zhańbionem.
Wiedział dobrze i on i Plichta, że starosta go sprawiedliwości nie wyda.
Nigdym człowieka na takie srogie męki wystawionym nie widział, jak był naówczas Pieniążek stary. Silniejszej woli a mocy nad sobą, każdy inny wiedziałby od razu co ma czynić i przebolawszy szedłby obraną drogą.
W staroście miłość dla syna, przywiązanie do imienia i rodziny, chęć uniknięcia sromu i obowiązki sumienia walczyły. Widywałem go tak pasującym się z sobą, modlącym, z rękami zaciśniętemi, z czołem okrytem potem, oddanego na łup myślom, które go jak owe Harpie, szarpały.
Nie mówił nic, lecz widać było co cierpiał, jak się uspokajał postanowienie uczyniwszy, potem się wahał i wyrzucony z kolei, znowu drogi szukał a znaleźć jej nie mógł.
Dzień w dzień chodził do kapłanów, duchownych, do zakonników radząc się, bolejąc, skarżąc. Żałowali go może, gdyż politowania był godzien, ale zarazem milczeniem powtarzali to, co gdzieindziej głośno mówiono.
— Masz za prześladowanie nasze... Oto cię Pan Bóg pokarał na dziecku i na tym, który kapłanem uczyniony, zakałą się stał dla nas.
Plichtę po naradzie starosta odprawił z groźbą, fukiem, grosza nie dał, konia jego ze stajen kazał wygnać, jego samego jak zapowietrzeńca wypędzić ze dworu, i zapowiedział mu, jeśliby śmiał tu bawić dłużej, że go do więzienia wtrąci.
Synowi zaś kazał tylko rzec, że go za dziecko swe znać nie chce, wyrzeka się i zakazuje mu zgłaszać się do siebie.
To uczyniwszy, biedny rozpłakał się potem jak bóbr, bo mu Jaśka tego żal było a ratunku nie widział.
Pocieszałem go jak mogłem, choć w takiem cierpieniu Bóg jeden a czas drugi tylko pociechę przynoszą.
Oprócz straconego syna miał Pieniążek przed sobą nieunikniony gniew króla, zmniejszenie znaczenia swego i plamę rodzinie uczynioną. Wyrzucali mu ją wszyscy Odrowążowie.
Srogie były starca męczarnie przy jego słabym charakterze, lecz Bóg cuda sprawia.
Co rano przychodziłem do starosty gdy w łóżku leżał jeszcze, wrzekomo po rozkazy a wistocie dla słuchania skarg i użaleń nad losem, jaki go spotkał. Byłem już do tego nawykłym i niemal jednemi słowami zawsze starałem się go pocieszać.
Tego dnia gdym z proga spojrzał na bladą twarz jego, postrzegłem w niej zmianę wielką. Widać było wysiłek ogromny, ale jakieś postanowienie twarde.
Zerwał się z łoża i nie poczynając jak zwykle od opowiadania mi o złowrogich snach swoich i t. p., zawołał.
— Jedziecie ze mną.
— Dokąd? — zapytałem.
Zawahał się nieco.
— Król mnie posyła, sprawa to bardzo ważna; wybierzcie się tak, abyście choć i miesiąc zemną mogli trwać.
Widząc go osłabłym, znękanym, a i wiekiem przyciśniętym, odezwałem się, że mógłby go kto zastąpić.
— Nikt — odparł żywo i silnie — nikt. Sam muszę jechać. Wolę zresztą tułać się już po gościńcach niżeli tu siedzieć i w każdych oczach czytać albo pogardę, albo równie upokarzającą litość.
Wnet się przyodziewać zaczął, a oddział, który mu miał towarzyszyć, był już gotowym. Dobrano najlepszych ludzi, najwytrwalsze konie, a i liczba naznaczona niemała, bo wynosiła przeszło pięćdziesiąt koni.
Ani marszałkowi, ani nikomu z nas starosta zwierzyć się nie chciał dokąd mieliśmy iść, co tem dziwniejszem było, że nigdy przed nami się z niczem nie taił, a miał zwyczaj wygadywać się do zbytku i mimowoli.
Byliśmy pewni, iż rozkaz króla otrzymał.
Nie siląc się na odgadywanie, wyruszyliśmy z Krakowa.
Uderzyło mnie i wszystkich jedno. Starosta, którego znano przez lat wiele zawsze jednym, słabym, wahającym się, niepewnym co czynić, gadatliwym, zmieniającym postanowienia, zupełnie teraz był innym. Milczał, nie skarżył się, rozkazy wydawał stanowcze, nie tłómaczył się z nich, rady nie potrzebował.
Z kierunku drogi zmiarkowałem, iż albo na Mazowsze lub do Litwy zmierzamy, co dawało do myślenia, iż się gdzieś może z królem połączymy.
Takeśmy zaciągnęli do nędznej mieściny w okolicy Czerska, której nazwiska nie pamiętam.
Na noclegu starosta żydów kazał zwołać i na osobności długo z niemi konferował i radził. Nazajutrz mieliśmy odpoczywać dzień cały. Postrzegłem, że żydy się rozbiegły, ruch pomiędzy niemi był wielki, a starosta cały dzień z głową rękami uciśniętą za stołem siedział milczący.
Wieczorem żydki mu jakąś wiadomość przynieśli. Tu, gdy już noc zapadała, a myśmy się zabierali odpoczywać, nagle Pieniążek wydał rozkaz na koń siadać, samopały gotować i ruszać.
Człeczyna jakiś w kurpiach, ni to kmieć ni szlachetka, z włosami długiemi, na szkapie nędznej czekał na nas. Był to przewodnik, ale dokąd i po co prowadził, nie powiedziano nam.
Kazano ciągnąć w milczeniu największem.
Z mieściny wyjechawszy, chociaż noc była ciemna, za przewodem zdążając jechaliśmy bezpiecznie, a trwało to niemal do północy, cośmy po gwiazdach poznawali.
W zaroślach nakoniec ukazał się jakby dworek czy chata.
Przewodnik zawrócił do Pieniążka i ukazał mu go. Stary drżącym głosem wydał rozkaz, ażeby dwór tak opasano dokoła, iżby się z niego żywa dusza wymknąć nie mogła.
Gdy mówił, tak mu się słowa plątały w ustach niewyraźne, jak gdyby je łkanie przerywało.
Starościńscy ludzie do różnych wypraw dosyć byli nawykli i zręczni. Zmiarkowawszy więc, że szło o pochwycenie jakiegoś zbiega, natychmiast się ustawili, osaczyli zabudowania, a nas gromadka na podwórzec wpadła ze starostą.
Psy ujadające zdradziły nas, bo w pierwospy ludzie twardym snem byli ujęci, we dworku się zrobiła wrzawa, zaczęli się z szop i stajen pokazywać w koszulach zbudzeni, a tych starościńscy ludzie zaraz chwytali i wiązali. Taki rozkaz był. W podwórzu ognia naniecono.
Wtem ze dworku na wpół odziany wypadł ksiądz Pieniążek i oko w oko z ojcem się spotkawszy osłupiał...
— Wiązać go! — zakrzyczał starosta.
Ten uszom swym wierzyć nie chcąc, gdy się z obroną ociągał, pachołków dwu skoczyło, obalili go i skrępowali.
Pieniążek na koniu stał, z ustami zaciśniętemi jak skamieniały, a w blasku ognia widziałem, że mu się łzy toczyły po twarzy.
— Ojcze! — krzyknął leżący na ziemi.
— Ojca tu nie ma! — zawołał starosta — jest sędzia tylko, jest z urzędu szukający pomsty. Nie mam syna! Znieważyłeś matkę swą, kościół, zhańbiłeś siwe ojca włosy... kara cię minąć nie powinna.
— Na koń z nim i zamną! — dodał zwracając się do swoich. — Kto mu pofolguje, szyją mi za to odpowie.
Wszyscy my, cośmy starostę znali, pewno nie mniej od syna byliśmy zdumieni jego postępkiem. Było w tem coś tak bohaterskiego, tak strasznego razem, tak potężnego, iż człowiek ten obudzał dla siebie poszanowanie.
Ksiądz, którego na konia wrzucono, w początku tak był przerażony, iż się nawet nie odzywał; potem go szał jakiś porwał, zaczął krzyczeć, łajać, pienić się i rzucać, ojciec jechał wzdrygając się za każdym wrzaskiem, ale nieporuszony.
— Wydasz mnie więc katom... ty! ojciec własny... ty, coś winien jako ja, boś mnie w tę przyodział suknię... ty bezlitościwy oprawco!
Raz tylko zatrzymał się na koniu Pieniążek i nie śmiejąc oczu na niego obrócić, aby od widoku tego nie zmiękł, odparł:
— Wydam cię... tak, abyś pokutował i duszę zbawił, abyś jeśli nie w tem, to w przyszłem życiu był ocalony. Niech cię sądzą, a Bóg miłościw będzie. Lepiej gardło dać, niż brnąć w zbrodniach bez opanowania. Wydam cię, bom powinien.
Gdybym na to wszystko własnemi nie patrzył oczyma, gdybym nie był świadkiem, nie wierzyłbym może temu, tak jak w całej Polsce w początku miano to za baśń; a gdy się ludzie przekonali, iż starosta heroicznego tego czynu dokonał, inaczej go szacować zaczęto.
W tym słabym człowieku, był przecież mąż wielkiego ducha.
Stawił syna starosta sam przed sądem, a gdy łkając i cały zalany łzami dopełniał tego czynu, nie było człowieka, któryby z nim razem nie płakał.
Archidyakon, który w drodze krzyczał, rwał się i ojca a matkę przeklinał, potem jakby zdrętwiał. Milczał i dał z sobą czynić co chciano, ale skruchy nie okazał żadnej.
Zaraz potem stary Pieniążek uprzedzając króla, sam urząd swój złożył.
Miłosiernie jeszcze dosyć osądzono winowajcę, którego w więzieniu w Iłży w głębi wieży osadzono, i pozostał tam półczwarta roku, a potem już i słychać o nim nie było.
Pieniążek mój cały się potem oddał pobożności i usunął się od świata, więc i dwór swój rozpuszczał. Chciał w początku zatrzymać mnie, bo był nawykł, ale i mnie i jemu się to nie mogło zdać na nic.
W tej bezczynności lat kilka spędziwszy, pragnąłem innego życia, i pożegnawszy starostę, który mnie po ojcowsku odprawił nagrodziwszy, pozostałem w Krakowie rozpatrując się, w którą mam iść stronę, co z sobą robić. Króla podówczas jak zwykle, nie było na zamku, Zadory też poczciwego przyjaciela mojego, z którym radbym był mówił i radził.
Wprosiwszy się w komorne u znajomego kupca Suki, czas spędzałem na modlitwie i rozmowach ze znajomemi. Ciągnęło mnie do kollegiów, do nauki, a i inni namawiali, ale potrzeba było sukienkę wdziać i stan razem duchowny obrać, a tegom się obawiał.
Nawet smutna historya młodego Pieniążka nauczyła mnie, iż płocho a bez powołania wdziewać sukni i obowiązki z nią połączone brać na się, nie godziło się. Może i wspomnienie Luchny, które mnie nie opuszczało, jakąś niedorzeczną karmiąc nadzieją, wstrzymywało.
Pomiędzy kupcami i mieszczanami mając znajomych i przyjaznych wielu, gdym we dnie z professorami i po kollegiach się zabawiał, wieczorem zawsze miałem gdzieś iść i odpocząć w weselszem towarzystwie.
Ciężkie w tych czasach na mieszczan krakowskich spadły brzemiona, bo w kilku sprawach od zabójstwa Tęczyńskiego począwszy i gardłem i majątkiem odpowiadać musieli — można sądzić było, że się to da uczuć na mieście, w rzeczy jednak inaczej się składało.
Miasto było bogate, handlowe, i nie zbywało na nowych ludziach, gdy zabrakło tych, co rej wodzili. Dorabiali się tu fortun w oczach kupcy, a używać ich umieli.
Po domach dobrej myśli i zbytków nawet więcej było niż należało. Musiano prawami ciągle powstrzymywać bogatszych, aby dumnej szlachcie nie narażali się równając z nią. Zakazywano sukni, łańcuchów, klejnotów, szat wzorzystych, marnotrawstwa w weselach i chrzcinach — ale prawa nie pomagały, i zamożni mieszczanie tak się nosili, jak i szlachta nie mogła lepiej.
Mieli niektórzy i kolebki i woźniki takie, że im panowie zazdrościli, palcami wytykając gdy w ulicy spotkali.
Po domach wieczorami muzykę i śpiewy słyszeć powszedniem było, a wtem się szczególniej naówczas lubowano i w kościołach i przy zabawach gędźby, a głosów pięknych dobierając.
Wiadomem to było powszechnie, że ów słynny z rozumu arcybiskup lwowski Grzegorz z Sanoka, muzyce a śpiewami los swój szczęśliwy w początkach był winien, chociaż później rozum okazał taki, że pamięć o tem się zatarła.
Jam też właśnie podówczas po raz pierwszy widział rodziców i tego jeszcze w dziecięcym wieku chłopaczka, który mizernego szewca będąc synem, później się szlachcicem i powiernikiem króla i papieżów domownikiem stał, a nieprzyjaciół sobie pewnie tem więcej zjednał niż wielbicieli.
Lecz w tych leciech nie zanosiło się wcale na to, co urosnąć miało.
Wiadomo to powszechnie, jak przy weselach równie mieszczańskich i pańskich, ludzie są potrzebni, którzyby z sobą wesołość przynieśli, zabawić umieli, błaznować i dobrej myśli dodawać. Wyrzucano to nieboszczykowi kardynałowi Oleśnickiemu, iż jako mąż był poważny a wielkiemi dostojeństwy okryty, przecie się w błaznach, trefnisiach i zabawach takich marnych kochał, a często godziny całe spędzał słuchając wesołków.
Cóż za dziw, że potem i mieszczanie uczty żadnej nie wyprawiali, ażeby do niej dwu, trzech wesołków i trefnisiów nie najęli, a śpiewaków i cytarzystów nie zaprosili.
Na weselu u jednego z Keslingów pamiętam, popisywał się ze śpiewem człek, który w istocie i umiejętnością pieśni wielu i głosem, a najwięcej humorem wszystkich zdumiewał.
Pamiętam go, był statury dużej, z twarzy nie szpetny, oczu biegających, ust ruchomych, mowy szparkiej, odpowiedzi łatwej, a umiejący rozśmieszyć i ubawić, choćby na śmierć skazanego.
Wszędzie go też mieć chciano.
Gdym się o niego dopytywał, coby zacz był, ruszył ramionami zagadnięty i rzekł:
— Nie łatwo to powiedzieć, czem ten Ciołek jest. To pewna, że szewcem był, choć już dziś kopyto porzucił, że żonkę ma ładną a zalotną, że teraz miodem i winem szynkują, a w domu ich zawsze pełno i nigdy się na ochocie nie przebiera.
Pójdźcie tam kiedy, przekonacie się sami; wiechę już wywiesili przy Grodzkiej ulicy.
Stary Ciołek śpiewał, na cytrze grał, figle różne okazywał, każdemu łatkę gotów był przypiąć, z siebie i z drugich drwił... człek był przy uczcie przedziwny, ale w życiu unikano go, bo wstydu nie miał, za groszem gnał, a potem go rozrzucał i nie sromał się ludzi pociągać do domu wystrojoną jejmością, która się do wszystkich wdzięczyła.
Niewiem już z kim potem, bo nie sam, zaszedłem raz do Ciołka na Grodzką. Nie podobało mi się tu, choć bardzo przyjmowali gościnnie; jejmość czarnooka, strojna, umalowana, z pierścieniami na wszystkich palcach, przysiadała się, uśmiechała, namawiała do kubków.
Tłok tu był zawsze i szlachty i z królewskiego dworu młodzieży i wszelkiego próżniactwa.. Siedziano późno w noc, przy okiennicach zamkniętych. W komorze kostery ciągle grali, choć surowo w mieście kości były zakazane. Wszedł kto taki, kogo się obawiano, znikały one w kieszeni jejmościnej, a tam ich nikt nie śmiał szukać.
Piękna gosposia, wesoły gospodarz, dobry miód, było już tego dosyć, aby ludzi ściągnąć, a jeszcze jedna osobliwość łączyła z tem był to synaczek Ciołków, Erazmek, którego przezywano Rozumkiem, naówczas lat nie wiem ośm, czy więcej mieć mogący. Chwaliła się z nim matka, ojciec go po rękach nosił i pokazywał, całował i popisywał się.
Prawda, żem w tym wieku chłopaka podobnego jemu nie widział. Nie dziecko to już było, ale dziwowisko jakieś i cudowisko.
Piękny jak matka, a bardzo szlachetną mający twarzyczkę, żywy, rozumny, od ojca się śpiewać i grać nauczył, nie wiem od kogo czytać i pisać, a i staremu z nim puścić się w rozmowę nie było bezpieczno, tak miał już gębę wyprawną, dowcip osobliwy i głowę otwartą.
Zdawało się, że czego nie umiał i oczem nie wiedział, to odgadywał. Pieszczony, więc śmiały nikogo się nie uląkł, a choć szewca i szynkarki syn, tak się nosił, jakby do korony się czuł stworzonym.
Ciołek stary całując go, mawiał:
— Ten świat zdobędzie, gdy zechce!
Rodzice się za nim rozpadali, ale go psuli i inni, bo go po domach dla popisu wodzono, karmiono, chwalono, dziwowano mu się, z czego mu wielka pycha urosła.
Dawali go do szkoły do P. Maryi, a tam się to wesołe chłopie uczyło tak łatwo, że wszystkich prześcigało.
Od rodziców począwszy każdy naówczas prorokował Rozumkowi, że daleko zajdzie, ale tam, gdzie się on później dostał, nikt się go widzieć nie spodziewał.
Niżej o tem rozpowiemy jak mu się poszczęściło osobliwie.
W pamięci mając, iż w kościele św. Trójcy moją umiłowaną Luchnę widziałem raz ostatni, gdy kościół po pożarze wprędce znowu pokryto i otwarto, chodziłem się do niego modlić.
Jednego ranku gdy w ławce ukląkłem, patrzę Nawojowa Tęczyńska, ta która mnie prześladowała i na życie moje godziła, klęczy modląc się, a za nią druga niewiasta, której chociaż nie poznałem, serce mi bić na widok jej zaczęło. Gdy głowę podniosła — o Boże miłosierny, Luchnę poznałem! Tak, ona to była, chociaż zmieniona, blada i zmęczonej twarzy. Postrzegłszy mnie, znak głową mi dała, abym się ani zbliżał, ani jej chciał poznawać.
Nie odpędziłaby mnie może nawet Tęczyńska, choć niewymownie się jej obawiałem, czując w niej razem matkę i nieprzyjaciółkę, ale Luchny rozkaz był dla mnie świętym. Tylem tedy pociechy miał, że się z za słupa przypatrywałem jej, a niekiedy chwytałem wzrok ku mnie skierowany, ale msza mi jak jedno oka mgnienie przeszła.
Za słupem pozostawszy widziałem jak wychodziły obie powoli. Nawojowa się obróciła, jakimś wzrokiem smutnym a roztargnionym odnowionym murom się przypatrując, i nim miałem czas za słup się skryć, zobaczyła mnie.
Myślałem, że nie pozna.
Brwi się jej ściągnęły strasznie, wzdrygnęła się i nagle dała mi znak abym się zbliżył.
Nie śmiałem być nieposłusznym, podszedłem powoli! Zmierzyła oczyma moją dosyć ubogą odzież i rzekła tylko nakazująco.
— Pójdźcie za mną.
Luchna pod ten czas ani spojrzała na mnie. Z boku widziałem twarz jej bladą jak ściana.
Wyszliśmy razem z kościoła, a Nawojowa ani się już obejrzała na mnie, szła zadumana i nadąsana, co poznać mogłem po rzucaniu ramionami i chodzie niecierpliwym.
Wiedła mnie tak za sobą aż do dworu starosty rabsztyńskiego, który zajmowała.
Tu w sieniach Luchna się obejrzała ku mnie z politowaniem jakiemś i znikła pośpiesznie. Nawojowa prowadziła mnie do wielkiej izby gościnnej, w której nikogo nie było. Stanąłem u progu. W milczeniu zrzuciła z siebie zasłonę, okrycie, a czyniąc to i niekiedy mierząc mnie oczyma okazywała taką niechęć, taką złość prawie i wstręt, że nie mogłem pojąć po co mi iść za sobą kazała, nie mogąc spojrzeć na mnie bez odrazy.
Było to tak wyraźnem, że omylić się nie mogłem. Czekałem jak na mękach, podczas gdy ona im dłużej się nie odzywała, tem snadź wewnątrz burzyła się mocniej, aż gdy zniecierpliwienie jej doszło do najwyższego stopnia, wybuchnęła.
— Wiecznież ja ciebie na mojej drodze będę spotykać? — krzyknęła. — Co tu robisz? Czego tu siedzisz? mało ci świata? Czemu rady poczciwej nie słuchasz i nie pójdziesz się gdzie zamknąć w klasztorze? Spodziewasz się? czego się ty spodziewać możesz?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć zrazu, boć Nawojowa nie miała żadnego prawa ani mi narzucać swej woli, ani pociągać do zdawania rachunku.
Namyślałem się nieco.
— A dlaczegóżbym nie miał czynić, co się mnie podoba? — odparłem. — Król mnie odpuścił dając wolę, szukam sobie chleba i służby jak umiem. Miłość wasza możecie się nie troszczyć o mnie.
— I nie troszczę się też — wybuchnęła — ale radabym nigdy cię nie spotykać, nie widzieć i nie słyszeć o tobie.
Szybkim krokiem, obejrzawszy się po izbie, przystąpiła blizko tak do mnie, żem uczuł oddech jej przyśpieszony. Widząc, że nikogo nie było dodała pośpiesznie, ale stłumionym głosem:
— Ty wiesz, że jestem matką twoją, tak, jestem nią, za grzechy moje, za pokutę na srom! i brzydzę się tobą, tak jak nienawidzę zdrajcy, co się zwie ojcem twoim. Dlatego patrzeć na ciebie nie mogę, śmierci ci życzę, jak jemu. Idź, uchodź, niech się pozbędę raz ciebie, gotowam do ofiar... Wdziej suknię i zagrzeb się gdzie w klasztorze, a niech ja o tobie nie słyszę i nie wiem, jakby cię na świecie nie było... I dla niego chcę, abyś zginął, aby, jeżeli ma litość jaką nad tobą, zamiast niej, zgryzotę miał tylko. Jako matka mam prawo ci rozkazywać i tobą rozrządzać.
Pierwszy to raz od mojego dzieciństwa przyznawała się do macierzyństwa. Serce mi uderzyło takiem dziwnem uczuciem jakiemś błogiem, że mimo nienawiści, jaką mi okazywała, ukląkłem chcąc rąbek jej szaty ucałować.
— Zlitujże się nademną! — wyjąknąłem — matką się wyznajesz, okaż macierzyńskie serce. Nigdy ci wstydu nie uczynię, nie wydam tajemnicy, zamknę ją w sobie, ale nie odpychaj mnie.
Nawojowa cofnęła się ze wstrętem.
— Precz, nie tykaj mnie! — zawołała. — Ty jesteś jego dzieckiem nie mojem, a co tylko od niego idzie, co go przypomina, znienawidzone! przeklęte! Precz odemnie!
I rzuciwszy się w tył, poczęła głosem wzburzonym.
— Idź, zagrzeb się, ukryj gdzie chcesz! Spodziewasz się od kogoś może uznania, łaski, opieki. Nikt, nikt się nie zaopiekuje tobą, bo by się zdradził, ani ja, bo jesteś dla mnie ohydą!
Wstałem zwolna.
— Nie czuję się winnym w niczem i nikomu — rzekłem. — Za cóż mam być karanym i pokutować?
— Boś się nie powinien był rodzić! — krzyknęła, załamując ręce i zaczęła płakać z gniewu. — Całe moje życie zatrute przez niego i przez ciebie.
Szlochała, oczy zakrywszy, ja milczałem; co się w mojej duszy działo, tego wypowiedzieć nie umiem. Byłem przybity, nieszczęśliwy nad wyraz wszelki, umęczony, wylękły, a po nad temi uczuciami, jakby cudem, górowała słodka ta myśl, żem znalazł, że miałem matkę.
Nienawidziła mnie ona, ale tu nienawiść z innego płynęła źródła, jam był nie winien. Radbym był dowieść jej czemś, żem chciał jej być posłusznym, że gotów się byłem poświęcić.
Ale opuścić kraj, zamknąć się gdzieś w nieznanym klasztorze, wśród obcych ludzi, było to zstąpić do grobu. Stałem ze spuszczonemi oczyma zadumany.
Nawojowa chodziła po wielkiej komnacie, poruszona, pomrukując wyrazami niezrozumiałemi, stawała naprzeciw mnie, wpatrywała się i zakrywała sobie oczy.
W ostatku wyciągnęła rękę ku mnie i grzmiącym zawołała głosem:
— Precz!
Pochwyciłem rękę tę, którą zbliżyła ku mnie i wyrywającą się, łzami oblewając, całowałem.
Krzyk się wyrwał z jej ust, targnęła silniej, wychwyciła mi ją i w chwili gdym wychodził, padła na poły omdlała na krzesło.
Krzyk jej posłyszawszy sługi, wchodziły właśnie, gdy ja drzwi za sobą zamknąwszy, uciekałem z tego domu, w gorączce jakiejś i jakby nieprzytomny.
Nie myśląc nawet dokąd się skieruję, samym zwyczajem i nałogiem skierowałem się do mojego mieszkania, padłem tu na łóżko, i rozmyślając a dręcząc się ległem na nie.
Miałem to postanowienie, by, jeżeli nie z kraju ustąpić na zawsze, to przynajmniej z Krakowa się wynieść i nigdy tu nie powracać. Uznała się matką moją, winienem jej był to, abym życia nie zatruwał. Szerokie kraje nasze dawały mi możność przeniesienia się i skrycia w odległej ziemi jakiej, na Rusi, na Mazowszu, w Wielkiej Polsce, na Litwie wreszcie.
Ale uchodząc z Krakowa musiałem się wyrzec tego, co mi było najdroższem, nadziei, aby król kiedy znowu do łaski mnie swojej przypuścił.
Musiałem się skazać na wiekuiste sieroctwo.
Niepewnym jeszcze, co mam czynić, ale już szukającym służby jakiejkolwiek w oddalonym gdzieś kącie, Zadora mnie powracający znalazł.
Nie miałem ja tajemnic dla niego, ale tego, co mi wyznała matka zwierzyć mu nie mogłem. Nie przyznałem się nawet do widzenia z nią.
Powiedziałem mu tylko, że mi Kraków obrzydł, że chcę zmienić powietrze i ludzi, a gdzieindziej może szczęśliwszym będę niż tu, bo mi się jawnie niepowodziło.
Zadora się nie sprzeciwiał, żądał tylko, abym mu dawał znać o sobie.
W rozmowie z nim, gdyśmy rozbierali dokąd się mam udać, Zadora mi poradził Wielkopolskę, szczególniej dlatego, że ona królowi sprzyjała i on tam miał najwierniejszych sobie. Nie mogłem przewidzieć wówczas, nie znając tam nikogo, jak nieszczęśliwie a właśnie tam popadnę, gdziem nie był powinien.
Parę dni zajęło mi pożegnanie przyjaciół i łaskawych.
Poszedłem i do ks. Jana Kantego, który zawsze z jakiemś politowaniem nad losem moim przyjmował mnie, ale mi rad swych skąpił, jakby go coś od tego powstrzymywało.
Nie sprzeciwiał się temu, abym jechał szczęścia szukać na Wielkiej Polsce.
O jaką służbę starać się miałem, sam dobrze nie wiedziałem, gotów byłem przyjąć wszelką, jakaby mi się nastręczyła: dworską, żołnierską, a bogdajby kancelaryjną.
A tu dodać muszę, abym wytłumaczył, co mi się przygodziło, że Wielkopolska naówczas, chociaż pod jednym królem i prawem jednem, po staremu wielkorządców miała, i na zjazdach Krakowianie z Sandomierzanami, a Wielkopolanie osobno się trzymali. Ścisłych stosunków pomiędzy dwoma ziemiami nie było, owszem panowała jakaś zazdrość i wzajemna niechęć.
Dlatego, co się działo w Wielkopolsce małośmy wiedzieli.
Poczuwała się Wielkopolska do tego, że dawniej przedniejszą część królestwa tego stanowiła, że jej znaczenie i rządy Krakowianie odebrali tak jak korony z Gniezna uwieźli, że bez nich wszystko stanowić chcieli.
Na wspólnych zgromadzeniach pewnym prawie mógł być król, że przeciw Krakowianom poprze go Wielkopolska, a nawzajem, żądali czego tamci, krakowscy panowie stawali przeciw nim.
Jam tyle tylko wiedział o Wielkiej Polsce, wybierając się ku Poznaniowi, że Piotr z Szamotuł, kasztelan i starosta poznański, królowi miły, wierny sługa jego, był tam najznaczniejszym i wszystkiem władnął.
Ale już po drodze rozpytując ludzi, szukając wiadomości o tem, gdzieby służbę jaką najłacniej znaleźć można, przekonałem się, że u kasztelana więcej dworu było, niż potrzebował, i do niego się dostać nie było podobna. Czyniono mi za to nadzieję, że u innych łacno ją znajdę. Wymieniał mi jeden i drugi Władysława z Domaborza, o którym głoszono, że ludzi siła zbierał i zawsze ich potrzebował.
Powiadano, że hojnym był, sługi swe wynagradzał szczodrze, i to mi tylko nie w smak w nim się znalazło, że do Toporczyków należał, zatem był w jakimś związku krwi z Tęczyńskiemi, choć w Krakowie o tem wcale słychać nie było.
Nie dojechawszy do Poznania, bo tubym się był może inaczej rozsłuchał i rozpatrzył, na popasie mi się trafiło zetknąć z gromadką zbrojnych, której dowódzca wesoły a gadatliwy człek, gdyśmy się rozmówili, oświadczył się mnie wprost do Domaborza z sobą prowadzić i ręczył że służbę dostanę.
Oddział jego, powracający z jakiejś wycieczki, o której śmiejąc się półgębkiem gadano, wiózł z sobą łup i tak mi się wydał, jakby wprost najazd gdzieś szczęśliwie dokonawszy, z grabieżą śpieszył do pana.
Ale naówczas trafiało się nieraz, że ludzie sobie sami musieli sprawiedliwość czynić, i nikogo to nie dziwiło. O zbójectwo żadne pana takiego, jakim głoszono Władysława z Domaborza, ani mi się śniło posądzać.
Wiedziałem, że synem był wojewody inowrocławskiego, Macieja, a za żonę miał córkę Wacława, księcia na Raciborzu, której siostrę wziął Ostroróg.
Słyszałem o tem, że do Prus królowi oddziały prowadził, które się o należny żołd potem zbuntowały, ale to zagodzono.
Dowódzca oddziału, mazur Szeliga, który bez miary wiele opowiadał, i rad był, że nowego człowieka do słuchania schwycił, już gdyśmy w drodze byli do Domaborza, wygadał się z tem, o czem nie wiedziałem dotąd i zapóźnom się dosłyszał tego, że Domaborski z Piotrem z Szamotuł starostą był w otwartej wojnie.
Nicem nie rzekł na to, ale mi się zrobiło markotno, bo wojna ze starostą tyle znaczyła, co z królem. Teraz zaś z rąk się wyrwać Szelidze nie było sposobu. Ciągnął mnie z sobą, wiele z tego obiecując, żem do wszystkiego im służyć mógł i do konia i do pióra, a oni właśnie takich potrzebowali.
Poznacie naszego Władka! — mówił, poufale tak pana swojego zowiąc — takich ludzi na świecie mało. I głowa u niego i serce, i ręka równie tęga. On powinien w Wielkiej Polsce ster trzymać, dopieroby z tem i królowi i nam i ziemi całej dobrze było. Ale na to potrzeba, abyśmy się wprzód Szamotulskiego pozbyli.
I śmiejąc się dodawał.
— Niechaj no! przyjdzie i do tego!
Z tych rozmaitych nieostrożnie wygadanych wiadomostek, już mi dojeżdżając do celu nie w smak było, żem się wplątał i dał tak ująć lekko.
Nie byłem jednak związany niczem i obiecywałem sobie, że nie ugodziwszy się z Domaborskim, będę się mógł wycofać.
Zdala zamczysko i dwory pańskie wydawały się bardzo pokaźnie i obronnie. Osada była znaczna, ludzi mnóstwo, dwór, żołnierz, straże, jak gdyby jutro na wojnę ciągnąć mieli.
Ruch na zamku o trzech podwórcach ogromnych panował wielki. Szeliga mnie z sobą do swoich izb zabrał, kazał spoczywać, a sam oświadczył się panu mnie zalecić.
— A no, musicie poczekać, bo nasz Władek siła na głowie ma, przystęp do niego niełatwy.
W istocie postrzegłem, że ludzi tu różnych napływało wielu, posłańcy wychodzili i przybywali ciągle, oddziały wyprawiano, inne ściągały, a szlachty różnej było mnóstwo. Na dolnym zamku, jak go tam zwano, stoły były ciągle zastawione, gawiedzi koło niej mnóstwo, przyjęcie niewytworne, ale piwa i mięsa lada jakiego nie skąpiono.
Ponieważ i mnie tam do jednego stołu posadzono, a uważano za swego, w rozmowie zaraz dowiedziałem się, że jeden oddział powracał, który plebanię sąsiednią złupił.
Inni opowiadali o kupcach z Kijowa, których przed niewielą tygodniami z życiem tylko w koszulach puścili.
Uszom niedowierzałem, ale niepodobna było wątpić, wielki ten pan, wojewody syn, Toporczyk, łupieżą się po gościńcach zabawiał, nie znajdując w tem nawet nic zdrożnego.
Mówiono wprost, że oddział cały miał królowi służyć, a żołdu nie odebrał, więc radził sobie jak mógł. Z głodu umrzeć nie chcieli, a rozpuszczać ludzi nie życzył sobie Domaborski.
Jednem uchem to mi wpadało, a drugiem o dworze pana, jego wspaniałości, bogactwie, i wesołem życiu na zamku.
Do dnia następnego, gdym miał otrzymać posłuchanie, czas był się po zamku rozpatrzeć, bo nikt tego nie bronił.
Zbrojownie, skarbce, składy, stajnie, spichrze zajmowały wiele miejsca, a koło nich służby też niemało było. W górnym zamku sam pan mieszkał i przyjmował, a tu urzędnicy byli jak na wojewodzińskich dworach liczni i wspaniałość widać było niemal marnotrawną. Razem wszystko tak się mi dziwnem zdawało, żem nie mógł zrozumieć, co się tu sprawiało i jak to razem się trzymało z sobą.
Karność była niby surowa, a mimo to rozpusta wielka.
Jednych sadzano do więzienia za lada słowo, drudzy krzyczeli pijani i uchodziło im płazem.
Oprócz duchownych, których tu wcale widzieć nie było, wszelkiego stanu ludzi jak mrowia się ściągało, za rozmaitemi sprawy, z któremi aż na górny zamek ich prowadzono.
Na dole gawiedź zbrojna miała rozpasane języki i wygadywała o sobie i swych wyprawach dziwne rzeczy, którym się wierzyć nie chciało, gdy na górnym zamku coś jakby tajemniczego się odbywało: narady, zjazdy, znaki i hasła niezrozumiałe.
Już mi się tu przykrzeć zaczynało, gdy rano trzeciego dnia, Szeliga mnie poprowadził na zamek górny do pana. Tu może aby mi okazać jego możność i bogactwo, przewiódł całym szeregiem izb, bogato poprzystrajanych i kazawszy jeszcze czekać w przedsieni, gdzie czeladź liczna stała, wwiódł do sypialni Domaborskiego.
W sile wieku, olbrzymio zbudowany, krzepki, zuchwałego oblicza, stał właśnie trzem różnym urzędnikom wydając rozkazy.
Gdym próg przestąpił, dosłyszałem ostatek wyrazów do uzbrojonego rycersko, przed nim stojącego mężczyzny, głośno wyrzeczonych.
— Zakrystyę wasze opatrz, a co się sreber znajdzie, zabrać; król bierze też na wojnę, a mnie dla żołnierzy potrzeba.
Skinął i odprawił go.
Spojrzał potem z góry na mnie, ale mu moja wysmukła postać i chudzizna a bladość nie bardzo się podobały. Zmarszczył się i usta wydął.
— Mówił mi Szeliga, że służby chcecie, u mnie jest do woli — rzekł — ale do szabli z was niewielka byłaby pociecha. Mnie takich potrzeba, coby już z pałek wyszli, a na was jeszcze młode pierze... Ale piszesz i czytasz?
Potwierdziłem to.
— Mnie w mennicy pisarza potrzeba — rzekł bystro spoglądając na mnie, i gdy spostrzegł na twarzy wyraz zdziwienia, rozśmiał się szydersko. — Tak, jest na zamku mennica... Prawda bez królewskiego pozwolenia szelągi u mnie biją, a no, nie ma czem ludzi płacić, radzić sobie muszę. O tem nie powinni ludzie wiedzieć wiele, bo to moja sprawa... Pisarzem przy mennicy chcesz być?
Nie umiałem odpowiedzieć.
— Co tu pytać? — przerwał nagle, nie doczekawszy się odemnie słowa. — Wziąć go do mennicy... na próbę.
Odwrócił się odemnie.
— Nie mam w tem doświadczenia — odezwałem się i takiej służby nie życzyłem sobie.
— A ja właśnie pytać o to was będę? — zawołał Domaborski. — Jeżeliś w moich rękach, mnie takiego potrzeba, nie masz co mówić nawet, ja nie lubię nieposłuszeństwa.
Skinął na Szeligę.
— Wziąć go do mennicy.
— Przecież niewolnikiem nie jestem — odezwałem się oburzony.
Domaborski nogą uderzył o podłogę.
— U mnie rozprawiania nie ma... Kto się mi w ręce dostał, ten tak skakać musi, jak ja mu zaśpiewam.
— Słyszałeś? — zwrócił się do Szeligi. — Prowadź go do mennicy i stróża mu dodać, kiedy rozumu nie ma.
Nimem się opatrzył, wyciągnięto mnie siłą z izby i wpośród szydersko mruczących i spoglądających dworzan Szeliga uprowadził. Muszę mu oddać tę sprawiedliwość, że chociaż się śmiał ze mnie, starał pocieszyć po swojemu.
— Ja ci mówiłem bo — rzekł — naszego Władka trzeba znać, on gdy czego zechce, nie patrzy jak dostanie, ale nagradza dobrze. Krzywdy mieć nie będziesz, robota niestraszna, potrzeba tylko żydów mincarzy dozorować, bo kradną. Moneta i tak niewiele warta, a oni ją gorszą jeszcze robią niż im nakazano.
Niewielem słyszał i zrozumiał z tego co mi już potem Szeliga kładł do ucha, a widząc, że się oprzeć nie potrafię, dałem się poprowadzić do wieży.
Drzwi jej żelazne stały zaparte wewnątrz, ledwieśmy się dostukali. Otwarto nam. Na dole piece jakieś, ognie i warsztaty nakształt kowalskich przesunęły mi się przed oczyma, kilku ludzi zwijało się koło nich, a dwóch żydów, których po stroju, nakryciu głów i z mowy było poznać łatwo, dozorowali nad niemi.
Dzwoniły blachy wyciągane i krajane, stękały kowadła i młoty.
Wschody murowane prowadziły ztąd do górnej izby, do której Szeliga mnie wciągnął za sobą. Tu zastałem starego z długą brodą żyda, ze szkłem w ręku, nad rozrzuconemi po stole szelągami.
— Pisarza pan kasztelan ci przysyła, Rebe Nathan — rzekł Szeliga. — Ten rachunek będzie prowadził i klucz ma mieć od skrzyni.
Żyd mało co podniósłszy głowy, spojrzał na mnie zimnemi, obojętnemi oczyma, zamruczał coś i zaczął znowu porzucone na chwilę szelągi przebierać. Nie odpowiedział ani słowa.
Uderzywszy mnie po ramieniu Szeliga, szepnął w ucho.
— Bierzcie się do tego co wam nakazano, inaczej nie będzie.
Nim odpowiedzieć mogłem, wyszedł.
Żyd ani zważając na mnie, swoje dalej ciągnął.
Zostawiony z nim sam, zrozpaczony stałem długo jak osłupiały. Nathan w końcu zlitowawszy się podniósł głowę i wyjąknął pytanie, zkądem się ja tutaj wziął i kto mnie nastręczył.
Byłem tak oburzony tą niewolą, w którą popadłem, żem z goryczą wielką opowiedział mu wszystko, narzekając i przeklinając.
Żyd, słuchał ale szelągi wciąż przebierał; odsuwał jedne na bok, drugie zsypywał do stojącej skrzyni otwartej. Na moje opowiadanie długo nic nie rzekłszy, wytrzymał tak, aż się szelągów przebrało. Naówczas podniósł oczy zaczerwienione, ręce złożył i powoli mówić zaczął.
— Z panem Domaborskim sprawa trudna. Myślicie, żem ja tu z dobrej woli?
Ruszył ramionami.
— Najgorsza rzecz — dodał — że jego pochwycą w końcu, a nas winnemi z nim uczynią bicia fałszywej monety. To są plewy nie pieniądze, one nic niewarte, a co ich on w świat puścił, albo dziw? Jemu tak dużo potrzeba.
Siadłem na pustej skrzyni. Żyd wstał i powoli zszedł na dół, zkąd dochodził nas tu głuchy łoskot uderzeń młota i śmiechy ludzi pracujących w izbie pod naszą. Rozglądnąłem się po komorze sklepionej, w której mnie zamknięto. Miała dwa okna u góry i drzwi zamczyste do dalszych izb. Stół, skrzynia, ławka, półka, na której żyd trzymał swoje miski i garnuszki — więcej tu nie było nic. Com miał robić, nie wiedziałem, ale mi do roboty nie było śpieszno. Myślałem, że opierając się przymusowi, w końcu dokażę tego, iż mnie wypuszczą.
Nathan powrócił wkrótce z jednym worem w ręku, a drugi za nim niósł zasmolony parobek i rzucił go na stół.
— A co! — odezwał się żyd siadając — poczynaj waćpan robotę.
— Ani myślę gwałtowi się poddać.
— Wolisz pójść do lochu? — zapytał żyd. Wysypał szelągi i dodał poczekawszy trochę.
— Trzeba człowieka znać, nie jątrz go na siebie, zły jest... no a oszukać go i uciec z zamku będziesz mógł poczekawszy. Tu wielkiego ładu nie ma!
Głową potrząsł.
— Co w skrzyni jest, albo przeważyć albo przeliczyć trzeba, potem zapisać. Ja i owszem wolę, że rachunku zdawać nie będę.
Około południa żydówkę wpuszczono, która Nathanowi jedzenie z podzamcza przyniosła. Poszwargotał z nią i siadł pomodliwszy się jeść. Mnie też jadło dosyć nędzne parobczakiem przysłano. Siadłem obok jeść milczący, ale mi do gardła nie szło.
Do wieczora nie wziąwszy się do rachunku żadnego, przesiedziałem na skrzyni, żyd już na mnie nie zważał. Gdy zmierzchło zamknął ją, klucze mi oddał i płaszcz nadziawszy wyszedł. Miał izbę osobną na zamku. Szeliga zjawił się po mnie, a od Nathana dowiedziawszy się, żem nic nie chciał poczynać, nałajał mi.
— Jutro musisz się wziąć, a nie to ja zapytany nie skłamię i czeka was kuna, chleb i woda. Nie lepiejże się zdać od razu? Wiekować tu nie będziesz!
— Ale ja i dnia tu nie chcę być! — zawołałem.
— Cóż tu mówić o chceniu, kiedy jest mus? — rzekł obojętnie Szeliga. — Trzeba rozum mieć, głową muru nie przebić.
Izbę mi lichą dano na dolnym zamku i stróżów miałem dokoła. Na podwórzec mi wyjść samemu nie dawali; słowem było to więzienie. A nie ja jeden u kasztelana tak byłem z musu sługą, znajdowało się wielu pobranych na drogach i po dworach, których na zamku trzymano, bo mu ludzi zawsze mało było.
Następnych dni widząc, że się nie wyrwę ztąd łatwo, musiałem się poddać w milczeniu, obiecując sobie przy pierwszej zręczności wyśliznąć, bodaj wszystko com miał porzuciwszy.
Udałem uspokojonego i Szeliga mnie pochwalił za to, ale że w naturze ludzkiej jest często niepoczciwa chęć pomszczenia się swoich cierpień na drugich, ze złości wziąłem się do ścisłego obrachunku żyda Nathana i jego pomocników.
Ztąd między nami przyszło do zwady, a że żyd nierównie był odemnie przebieglejszy i zręczniejszy, więcej on mnie dokuczył niż ja jemu.
Zyskałem na tem tylko tyle, że żydzi radzi się mnie pozbywali i nie mówili nic gdym z wieży wychodził na podwórce, błądził po nich i w tem życiu tutejszem się rozpatrywał, które do żadnego innego podobne nie było. Można je było nazwać dwoistem, gdyż działy się rzeczy, z któremi się tajono i nie chciano aby na jaw wychodziły, z drugiemi się zaś popisywano.
Gdy zjeżdżali na zamek znaczniejsi ziemianie, rycerstwo, urzędnicy, wszystko tu przybierało inną postać, spokojną, poważną i nieróżniącą się w niczem od zwykłej na zamkach możnych panów.
Występował kasztelan wspaniale, przyjmował gościnnie, obdarzał i starał się okazać niczem więcej jak pospolitym, spokojnym panem wielkopolskim.
Na niedostępne podwórce zamknięte naówczas chroniła się ta gawiedź podejrzana, te gromady żołnierstwa, które nocami wymykały się i wracały z jakichś wypraw bardzo dwuznacznych.
Żadnemu z tych nie wolno się było pokazać, gdy Domaborski występował, szczególniej kiedy do niego przybywali powinowaci żony, albo Ostroróg z siostrą jej ożeniony.
O Ostrorogu posłyszawszy, którego choć zdala na zamku widywałem, a wiedziałem o nim, że był mąż zacny i rozumny, którego i szanowano i lękano się — powziąłem jakąś nadzieję, że do niegobym mógł ze skargą się docisnąć i wyrobić sobie uwolnienie.
Ale ja należałem do tych, których zamykano gdy obcy przybywali i tylko przez Szeligę mogłem się dowiedzieć, że na zamku się gość jakiś znajdował.
Całą nadzieję w tem miałem, że z czasem więcej mi zaufają i dadzą swobody, ale na to czekać było potrzeba, a życie na wieży z Nathanem, wieczorem z Szeligą albo z samym sobą, Bóg jeden wie jak ciężkiem i nieznośnem było.
Dość powiedzieć — niewola, bo to w sobie wszystko zamyka. Swobodny człowiek może długie lata nie poruszyć się z miejsca i nie czuć tego, że się przykuł do niego, ale niech go tylko przymus w niem uwięzi, a stanie mu się nieznośnem.
Nawykłem był też w Krakowie do innych ludzi, obcując ze świętobliwemi, poważnemi, uczonemi, wreszcie z młodzieżą, w której i rozum często i naukę, żywość i wesołość zastępują. Tu trzeba było obracać się wśród takich, z któremi rozmówić się było trudno: Szeliga był żołnierzem-rabusiem... Nathan nienawidził chrześcian, którzy jego i innych współbraci prześladowali, reszta gawiedzi była nieokrzesana i dzika.
Podwórzec ten nasz nieszczęśliwy, cały był zamieszkały przez to co na zamku się znajdowało najplugawszego, było to jakby śmietnisko, na które zrzucano co gdzieindziej zawadzało i śmierdziało, z czem się potrzeba było ukrywać.
Hałastrę tę musiano trzymać grozą, nieubłaganą surowością, a czasem jak bydlęta karmiąc i pojąc do syta. Więc bywały dnie hałaśliwego wesela, śpiewów, szumu, a wrzawy, a po nich cisza straszna i kaźnie, niekiedy bunty krwawe, bójki i morderstwa.
To był chleb powszedni i ja musiałem się z tem obyć, gdy nocą obudził wrzask, a parobek przyszedł dać znać obojętnie, że któryś z ciurów drugiego przy kościach ubił.
Za bunty zwłaszcza, gdy się okazała zmowa, wprost bez sądu w tym samym dziedzińcu wieszano i czasem przez dzień cały wisiał tak trup okręcając się z wiatrem na postronku, póki go nie odcięto. A ktoby kasztelana widział, gdy książąt braci żony albo Ostroroga przyjmował, nie posądziłby go nawet o to, co się tu z jego wiedzą działo.
Tak samo jak fałszywą monetę ukrywano, umiano i wycieczki na kupców i na gościńce składać na innych.
Na kasztelana choćby kto i posądzenie miał, trudno uwierzyć było, żeby się dopuszczał takich bezprawiów.
Z Nathanem się ciągle gryząc o rachunki, wcale do czego innego doszedłem niż się spodziewałem. Żyd, którego Domaborski często do siebie przypuszczał i nie wierząc mu, jednak go do rady przyzywał w wielu razach, zręcznie sobie postąpił. Zachwalił on mnie jemu jako bardzo zdolnego pisarza i kancelistę, a że właśnie brakło amanuensa kasztelanowi, który pisać ani czytać nie umiał, postanowił mnie wziąć do tego obowiązku.
Kazawszy zawołać, tak samo jak za pierwszym razem, objawił mi swoją wolę, nie pytając jak mnie z nią było i dodał.
— Tylko nie myśl ani uciekać, ani mnie zdradzać, bo ja długie ręce mam. Będziesz dobrym, będzie ci dobrze, a najmniejsze podejrzenie...
Dokończył pokazując na gardło.
Wolałem stokroć być już pisarzem przy nim, niż w mennicy.
Nie uwolniło mnie to od nadzoru, a choć ten nie był tak widocznym, przekonałem się, że nie ustawał i że miano oko na mnie.
Przyznać trzeba zresztą kasztelanowi, że gdy z kogo rad był, nagradzał szczodrze, tak samo jak karał nielitościwie.
Wielkiej pracy przy nim nie było. Izbę mi dali lepszą, a tu część dnia trawiąc bez zajęcia, wziąłem się do zabawki mojej więziennej, począłem pisać, kaligrafować i rysować na papierze com widywał w manuskryptach innych.
Kartki te rozprószone leżały u mnie na stoliku i ktoś jedną z nich pochwyciwszy, na której Ojcze nasz, Pozdrowienie anielskie i Wierzę wykaligrafowałem bardzo ozdobnie, zaniósł do kasztelanowej. Zapytała męża snadź o amanuensa i za tem poszło, że mi pieśni pobożne i modlitwy dla pani pisać kazano.
Tu już próżność moja i chętka pochwalenia się z tem czego nie umiałem, bodźca mi dodała.
Wysadziłem się na jak najpiękniejszą kaligrafię, za co mi się nawet oprócz pochwały, dostała osobna od kasztelanowej nagroda.
Samej pani naszej nigdym nie widywał tylko zdala, niepiękną była, ale książęcy ród w niej i krew się okazywała, powagą i wielką o strój bogaty starannością. Dwór jej na pół niemiecki także był wytwornie odziany i oddzielnie się od mężowskiego trzymał.
Ze wszystkiego mogłem wnosić, że jak dla obcych tak dla żony, tajemne Domaborskiego roboty zakryte być musiały i ona się ich nawet nie domyślała.
Z listów, które mi pisać kazano, jedna rzecz jawną była, to nieprzyjaźń i wypowiedziana wojna między Piotrem z Szamotuł a Domaborskim. Starosta wielkopolski posądzał go o to wszystko, czego się on zapierał, nawet sprawa fałszywej monety już do niego dojść musiała. Odgrażał się Szamotulski, iż na nic się nie oglądając, jeśli kasztelan się kajać nie będzie, przed sąd go postawi i jak pospolitego buntownika i warchoła, bodaj na gardle ukarze.
Śmiał się z tego starosta i kasztelan Nakielski, dobrze się obwarowawszy w Domaborzu i powiadał.
— Niechże no mnie Szamotulski wprzódy dostanie!
Gdy się to działo, na zamku ludzi coraz więcej się zbierało, na podzamczu aż obóz dla nowych oddziałów rozbić musiano. Pytałem Szeligi coby to znaczyć miało?
— A co ma być? — odparł. — Król nam nie płaci, dopominamy się nadaremnie, kasztelan zebrał ludzi i pójdzie się upominać o swoje.
— Przeciwko królowi? — zawołałem ze zgrozą i zdumieniem.
— Król naszym dłużnikiem jest i nie płaci — rzekł Szeliga — trzeba go zmusić do porachunku.
Nie chciało mi się wierzyć, aby Domaborski mógł taki bunt podnieść jawny, ale się na wojnę gotowało wszystko i nie było to już tajemnicą żadną.
Co dnia się spodziewano rozkazu ciągnienia, gdy od Szamotulskiego pismo przyszło groźne, aby kasztelan natychmiast ludzi rozpuszczał i rękojmię dał, że żadnego niepokoju w kraju nie wzbudzi i buntu podnosić nie myśli.
Przypadło na mnie i czytać je i na nie odpisywać. Musiałem to co mi kazano odpowiedzieć. Domaborski rękojmi dać nie chciał a i spokojnego zachowania się nie obiecywał, ogromne żądania do króla wystosowując, za które domagał się sum tak znacznych, iż się śmiesznemi wydawały.
Inaczej wprost się odgrażał na sąsiednie powiaty i zamki królewskie ciągnąć i sam sobie domierzać sprawiedliwość.
Zaledwie listy te odprawiono, gdy nagle ruszyło się co żyło, wyciągnął sam kasztelan, zabrano ludzi, oprócz tych, którzy załogą na zamku pozostać musieli; zostaliśmy w opustoszałym grodzie, który zaparto, jakby oblężonym był, bo się najścia starosty Szamotulskiego obawiano.
Szeliga mi wychodząc szepnął, że wprost idą na królewski Człuchów i dobywać go będą. Część sił oddzielić musiał Domaborski dla osadzenia Nakła, Węgrowca i Pakości, które trzymał, a z resztą wyruszył śpiesznie, aby znienacka opanować naprzód opatrzony Człuchów.
Po wyjściu jego z zamku, cisza głucha tu zapanowała, czekaliśmy niespokojnie wiadomości; była to istna wojna przeciw królowi, i to już po raz drugi podjęta.
Upłynęło dni dziesiątek, nim naprzód pojedyńczy ludzie ranni, potem stada bydła i łupież z Nakielskiego przyciągać zaczęła, a naostatek dowiedzieliśmy się, że Domaborski od Człuchowa został odparty i do domu powracał, nic nie dokazawszy, krom i okolice Nakła i Człuchowa zniszczył i ograbił.
Nadjechał i kasztelan sam gniewny, zburzony, już wcale się nie tając z tem, że wojować będzie z Szamotulskim, z królem i nikomu się poddawać nie myśli.
Czego się od króla domagał, trudno zrozumieć było — to tylko na jaw wychodziło, że Szamotulskiego nad sobą cierpieć nie chciał.
Ludzi znowu coraz więcej ściągać zaczęto i nowe oddziały z nich gromadzić, choć to raczej rabusie były niż żołnierze.
Odgrażając się a miotając bardzo czynnie kasztelan się gotował do nowej jakiejś wycieczki, gdy szwagier jego Ostroróg nadjechał.
Właśnie mi naówczas pismo kazano do Szamotulskiego nowe z odpowiedzią układać, które pod jego okiem pisałem, nieustannie mu je odczytując, gdy dano znać o Ostrorogu i ten zaraz wszedł do izby, tak że mnie tylko drzwi od nich przedzielały.
Wyjść mi precz nie było wolno. Podsłuchiwać pewnie anim myślał, ni mi się śniło, ale mimo woli mej, rozmowa podniesionemi głosy prowadzona, dochodziła do mnie.
Domaborski w początkach ją wesoło zagaił. Było to w jego obyczaju, że po sobie troski nie rad dawał poznać, ale wprędce się ton zmienił.
Rozpoznałem głos Ostroroga.
— Miły bracie — mówił surowo — dopóki czas, zlitujcie się sami nad sobą. Co czynicie? wojnę przeciw królowi i królestwu rozpoczynacie. Gdzież rozum, gdzie siła?... Szamotulski na was wyciągnie z całem rycerstwem. Zginiesz!
Domaborski szydersko syczał.
— Nie tak mnie on łatwo weźmie! Mam i ja ludzi! Czemu mi nie płacą? Nie ma król pieniędzy, niech zastawem ziemie da, zamki puści.
— Zapłacą ci! — przerwał Ostroróg — jak innym się uiszczono, ależ nie kordem się tego od pana domagać. To bunt!
— Szamotulskiemu to bunt, bo ten mnie nienawidzi — krzyknął Domaborski. — Gdyby nie on, król by mnie zaspokoił. Nie przeciwko niemu, ale ze starostą, z tym wrogiem walczyć muszę. Gdybym ludzi rozpuścił, jutrobym był życia niepewnym.
Mówił wybuchając, przerywając sobie, a gdy Ostroróg go hamować chciał, usta mu zamykał.
— Ty jesteś klechą, jurystą, jam żołnierz — wołał. — Gdybym tobą był, inaczejbym się ze starostą rozprawiał, a jako Domaborski, mieczem muszę. Razem go wziął, nie porzucę aż koniec uczynię.
— Koniec? jaki? — zapytał Ostroróg.
— Król mi puści zamki i ziemie, żołd zapłaci i Szamotulskiego precz wyżenie!
Ostroróg zakrzyknął.
— Toś oszalał!
Śmiał się kasztelan.
— Zwij jak chcesz, próżno wodę warzymy.
Wtem szwagier mu począł wyrzucać napaście na dwory, na plebanie, na kościoły, naostatek i tego nie taił, że go o bicie monety fałszywej obwiniają.
— Ciury głodne, to darmo, musimy szukać chleba gdzie napadniem — zawołał kasztelan — król za nas zapłaci. Moi ludzie muszą żyć. Fałszywe szelągi żydy puszczają, ja o nich nie wiem nic! Szamotulski wszystko wali na mnie, zbójcą i fałszerzem czyni, ale na jego skórze z nim obrachunek uczynię.
Przerwał mu Ostroróg — zawrzało, zahuczało i ucichło.
Ciszej potem naradzali się z sobą, tylko Domaborski wybuchał niekiedy, sprzeciwiając się, nie poddając, słuchać nie chcąc rad rozumnych.
Nie wiem, na czem się skończyło, ale kłamstwo i zuchwalstwo kasztelana nie uległo.
Ostroróg snadź zmiarkowawszy, iż tu słowo i rozum nic nie pomogą, umilkł.
Powiedli się potem wieczerzać do komnat innych, a o mnie tak dobrze zapomniano, żem musiał, listy porzuciwszy, gdy zciemniało do komory mojej powrócić.
Nazajutrz jeszcze przez dzień cały na zamku pozostał Ostroróg, zapewne aby kasztelana z pomocą żony skłonić do porozumienia się z Szamotulskim.
Wyszło to mnie, jeśli nie na korzyść, to na chwilowe próżności mojej połechtanie. Wiedziano o tem, że Ostroróg wszelkich ksiąg i rzeczy pisanych był ciekawym. Okazano mu kaligrafię moją, a choć może niewiele była ona warta, gdy pod czas i on skryptora nie miał, zażądał natarczywie od kasztelana, aby mu mnie odstąpił.
Nic o tem nie wiedziałem, gdy zażądano abym szedł do pana.
Zastałem go w izbie samego, zachmurzonego, czerwonego, chodzącego niespokojnemi kroki. Ostro naprzód mnie zmierzył, gdy na progu chód posłyszał.
— Jest tu brat mój — odezwał się szorstko — człek pisma ciekawy, półklecha, podobało mu się pisanie twoje, chce z wami mówić... Zażąda pisania, nie bronię, ale, patrz! język za zębami! Co u nas się dzieje, o tem paplać wara. Skarżyć się nie masz za co a mnie obwiniać, niech cię Bóg strzeże!... Słyszałeś to raz: długie ręce mam, króla się nie boję, chłystka powiesić u mnie jak orzech zgryźć. Pamiętaj!
Powtórzył to parę razy, groził mi i milczenie moje biorąc za przestrach, z niechęcią wskazał mi dokąd mam iść, aby się z Ostrorogiem rozmówić, po namyśle sam krocząc za mną.
Ostroróg zimno naprzód mnie badać począł, zkąd i co zacz byłem. Powiedziałem mu, że sierotą jestem, że król nademną opiekę miał, żem u niego na dworze był, ale odpuścił mnie.
O tem, jak tu w pułapkę wpadłem, nie mogłem mówić, bo kasztelan tuż stał nademną.
Z pochwałą się wyraziwszy o pisaniu mojem, radził mi potem, abym pióra nie rzucał i na bakałarza się sposobił, bo takich ludzi do szkółek wielu potrzeba było. Stanęło potem na tem, że mi miał manuskrypt dać, którybym kilkakroć dla niego przepisał, a że łaciński był, o łacinę też mnie zapytał.
Stał Domaborski nad nami ciągle, rozmowie się nie dając przeciągnąć — a ledwie się skończyła, dał znak, abym precz szedł.
Na tem dnia tego było dosyć.
Nazajutrz rano w podwórcu spotkałem od ludzi swych wracającego Ostroroga. Poznał mnie i skinął.
W twarzy jego malowało się coś niepokój wielki zdradzającego. Przebiegły i bystro wglądający we wszystko, musiał coś pochwycić w czasie pobytu swojego, co mu do myślenia dało, iż Domaborski nie tak czystym był, jak się chciał okazać.
Naprzód od rękopismu począwszy, gdy się obejrzał wkoło, że nas nikt nie słucha, przystąpił do mnie i spojrzał mi w oczy głęboko.
— Słuchaj — odezwał się — mów mi prawdę szczerą, co ty tu robisz? Jesteś-li po dobrej woli?
— Nie godzi mi się ust otworzyć — odpowiedziałem prędko — sprawa to gardłowa. Proszę, nie pytajcie mnie... Jedno rzeknę tylko, że niewola sroga.
Chciałem odejść, bom się lękał, aby nas nie ułapiono na rozmowie, gdy Ostroróg spytał żywo.
— Mów, biją żydzi na zamku monetę?
— Panie — zawołałem — zlitujcie się nademną, usta mam groźbą straszną zapieczętowane; o życie idzie.
Zrozumiał to i zamilkł, a mnie odpuścił i z głową spuszczoną poszedł na zamek.
Ode drzwi potem zawróciwszy się, gdy ja już w sieniach się skryłem, wyszedł Ostroróg na podwórce znowu, i tak jak gdyby się przechadzał tylko, rozpatrywać się począł... Skierował się ku zamkniętym wrotom tej części, która dla obcych była zapartą, przypatrując się im chwilę i w górę wyrosłej wieżycy.
Kasztelan snadź, czy mu o tem znać dano, czy sam postrzegłszy, tu nadbiegł... Stali u zapartych bram na rozmowie i widać było, że Ostroróg zamek chciał oglądać, a pan go nie puszczał.
Nie otworzył mu i na swem postawił, ale pewnie tem podejrzenia szwagra utwierdził.
Przed południem Ostroróg odjechał.
Szeliga, który za drzwiami w sieniach był gdy się żegnali, szepnął mi potem, że Domaborski miał w podejrzeniu szwagra, iż więcej wiedział niż mówił, i niechętnym mu był.
Wszystko się potem w dziwny sposób u nas poczęło mięszać i plątać.
Kasztelan chodził niespokojny, odgrażał się, posyłał listy i ludzi. Szeliga głową potrząsając, coś złego wróżył.
Domaborski sam prawie się nie oddalał z zamku, a gdy mu potrzeba było jechać, otaczał się takim orszakiem zbrojnych, jakby się lękał napaści.
Nadeszła wiosna. Ja w tem zamknięciu, co się na świecie działo, nie wiedziałem wcale. Jakoś około połowy maja, podróż, o której oddawna mówiono i do niej się przygotowywano, przyszła do skutku. Kasztelan miał do Kalisza jechać.
Sprawa musiała być sądowa jakaś, do której pisarza było potrzeba, bo i mnie się w drogę kazano gotować. Taki jakiś niepokój panował na dworze, iż nawet nie zważano na to, że ja po niewoli zaciągnięty, w podróży najłacniej mogę zbiedz. Zapomniał o tem kasztelan.
Jam rad był, że choć się z tych murów wyrwę i świata trochę zobaczę.
Jechał Domaborski tym razem z niezbyt wielkim pocztem, ale po pańsku. Szły i wozy za nami. On sam od niejakiego czasu ciągle zły i niecierpliwy, przodem na koniu z głową spuszczoną jechał, jakby mu pilno było i stanąć w miejscu, i powracać co rychlej do domu.
Nie dawał długo popasać, z rana jak świt zrywał się w drogę.
Pod noc stanęliśmy w Kaliszu, gdzie on miał własny dwór, ale dawno zaniedbany. Teraz tylko ludzie wysłani przodem, na przyjęcie pana trochę go oczyścili.
Odsunięty od innych domostw, otoczony ogrodem, opasany parkanem mocnym, stał na uboczu, ale nieopodal od zamku. Nimeśmy do miasta wjechali, wyprawił kasztelan przodem Szeligę po coś. Zatrzymał się nieco i dopiero, gdy on powrócił, ruszyliśmy.
Nas po pustych izbach, w których tylko słomy i siana rzucono na posłanie, pomieszczono. Z wieczora ledwie co było jeść. Beczkę piwa kazał z miasta przyciągnąć kasztelan, i zabraliśmy się do spoczynku. Kogoś się wieczorem spodziewał, dwa razy posyłając, a nie doczekawszy się, poszedł spać i wrota zamknięto.
Kazał jednak u bramy straż postawić.
Ze mną Szeliga leżał, który się nie rozbierał, tylko żelaztwa, co na sobie miał, zrzucił. Stękał czegoś i przewracał się z boku na bok, zasnąć nie mogąc.
Około północy było, gdym poczuł, że mnie trącił ręką. Otwarłem oczy. Szeliga stał i zdawał się przysłuchiwać.
— Nie słyszysz? — rzekł do mnie.
— A cóż słyszeć mam? spałem.
— Stąpanie jakieś za parkanem, jakby ludzi gromada nas osaczała.
— Co się wam śni! — roześmiałem się.
Cisza była w istocie, ale wnet i ja jakiś szelest głuchy posłyszałem.
Szeliga się przeżegnał i z izby wyszedł na palcach.
Ledwie był za drzwiami, gdy z ogromnym łomotem do wielkich wrót się dobijać zaczęto. Ludzie ze snu zbudzeni, porwali się nieprzytomni. Ja chwyciłem za odzież nie mogąc zrozumieć, coby nam w mieście zagrażać mogło i jeszczem się po ciemku odziewał, omackiem, gdy w podwórzu i w izbach sąsiednich powstał krzyk, wrzawa, bieganie takie, iż głowę straciłem.
Przez otwarte drzwi zabłysło mi światło pochodni w wielkiej sieni, spostrzegłem zbrojnych ludzi wpadających do domu, a w chwilę potem skrępowanego kasztelana, którego pochwyciwszy na rękach prawie nieśli, choć się im wściekle broniąc opierał,
Trwało to tak krótko, że gdym dobiegł bliżej ku drzwiom, już tu było ciemno i pusto, przeniosło się wszystko w podwórze z hałasem tym i tumultem, potem za wrota, aż wkrótce we dworze była cisza znowu.
Kilku naszych ranionych stękało w podwórzu, wtem Szeliga wbiegł.
— Kasztelana pochwycili! Zasadzka była na niego. Starosta Szamotulski na zamek go wziął. Trzeba do Ostroroga słać, nie przybędzieli kto w pomoc, po nim już. Życie mu wezmą.
— Ależ bez sądu człowieka nie karzą — odpowiedziałem.
Machnął ręką tylko.
Oprócz Domaborskiego ze dwora nikogo nie zabrano, tak śpiesznie im było głównego mieć sprawcę. Zostaliśmy bezpańscy, nie wiedząc co czynić.
Mnie, choć już teraz nic nie przeszkadzało, precz iść i swobodę odzyskać, rażony tak byłem nagłością wypadku, iż o sobie nie myślałem.
Nie miałem też z czem w świat iść, bo w Domaborzu zostawiłem moje rupiecie. Dzień się robił, więc spać jużeśmy się nie kładli. Szeliga dwa razy do zamku biegał, nie wpuszczono go, wrócił z niczem i posłańca tylko do kasztelanowej wyprawił.
Z zamku się o niczem dowiedzieć nie było można, oprócz iż sędziego powołano i że sam starosta Piotr tam był.
Cały dzień upłynął tak w milczeniu i nieświadomości. Szeliga, choć znał dobrze pana swojego i wszystkie sprawy jego, przecie żal mu go było. Przywiązał się do gwałtownika, który czasem dla swoich dobre serce miewał, a jak sam broił, tak im wiele też dozwalał.
W ciągu dnia tyleśmy wiedzieli tylko, iż go sądzono; ale sąd nie mógł na takiego człowieka wypaść doraźnie, aby wnet o losie jego wyrokowano. Szeliga powiadał, że go w więzieniu trzymać będą a do króla poszlą.
Z temeśmy się spać pokładli, a że wszyscy zmęczeni byli wielce, schwycił nas sen taki, że już jasny dzień był, gdyśmy się przebudzili.
W progu stał nieznajomy człek.
— Któren tu starszy z Domaborskiego ludzi? — zapytał.
Szeliga się podniósł.
— A co? — rzekł.
Posłaniec, jakby mu słowo, które przyniósł, ciężko było wymówić, kazał czekać na nie, potem głosem cichym rzekł:
— Weźmijcie wóz, a zabierzcie sobie ciało.
Szeliga słyszał i nierozumiał.
— Jakie? gdzie?
— Pana waszego, boć go przed godziną na zamku ścięto.
Wydało nam się to tak nieprawdopodobnem, żeśmy wierzyć nie chcieli, ale Szeliga odział się i na zamek poszedł.
Niestety, prawdą to było. Starosta pochwyciwszy warchoła, przed sąd go postawił, wszystko mając przygotowane do tego, aby mu winy dowiódł. Ci sami żydzi, którzy fałszywe szelągi puszczali, stawali świadczyć kto im je dawał; drudzy co z rozkazu Domaborskiego rozbijali dwory i zakrystye łupili, na oczy mu to zadawali, iż ich słał, że łup na zamek mu odwozili. Wypadł wyrok na śmierć. Ale kasztelan nie wierzył i nie dopuszczał, aby go wykonać miano. W nocy starosta posłał mu księdza. On to jeszcze postrachem tłómaczył sobie, nad ranem jednak gdy kat przyszedł i pieniek suknem okryty ustawiono, a wyrok mu przeczytano, dopiero upadłszy na duchu, spowiadał się ze skruchą.
Starosta mimo zaklęć i prośb jego, aby do króla o potwierdzenie wyroku słał, uczynić tego nie chciał.
— Pokoju w kraju mieć nie będziemy, dopóki takich jak wy żywić zechcemy. Król raz wam przebaczył.
— Krew moja spadnie na was! — wołał kasztelan.
— Pan Bóg osądzi, czym ją przelał niewinnie — odparł starosta.
Co tam zresztą między niemi zaszło w ostatniej godzinie, różnie opowiadano, ale koniec był taki, iż kasztelana ścięto.
Osłupieli wszyscy słysząc o tem. Drudzy po cichu mówili, iż starosta Szamotulski zdawna ząb miał do niego i pomścił się jakiejś osobistej urazy. Inni twierdzili, że się to stało nie bez wiedzy i przyzwolenia królewskiego, aby postrach rzucić na możnych, którzy żadnemu prawu nie chcąc podlegać, za bardzo się rozpasywali i przeciwko panu swemu i przeciwko zakonom.
Maleńkiej szlachcie, której możni byli zawsze solą w oku, podobało się to, że nie poszanowano ani imienia, ani dostojeństwa — panowie sarkali. Wzburzyły się umysły.
Mnie tu już nie trzymało nic, wolnym się stałem i mogłem myśleć o sobie, ale przygoda ta do Wielkopolski mnie zraziła i dziwna jakaś tęsknica ku Krakowu ciągnęła. Zdało mi się, że gdzieindziej jak tam żyć nie można. Wprawdzie powinienem był unikać Nawojowej, aby jej oszczędzić boleści, bo mi żal było tej matki, choć nią dla mnie być nie chciała, lecz myślałem, że w takiem mieście jak Kraków, łatwo się w kąt zaszyć i nie być na oczach nikomu.
Com miał robić tam, niedawno uciekłszy, teraz powracając znowu, nie wiedziałem — czułem tylko, że dla mnie życie wszelakie tam było, a gdzieindziej tęsknica i pustki. Przychodziło na pamięć i to, że Ostroróg mnie mieć żądał, że u niego służba byłaby dobrą, bo mąż był rozumny i stateczny, ale już do tego kraju wstręt czułem i rad byłem co rychlej go opuścić.
Mało co miałem w Domaborzu, ale i tego porzucić nie godziło się przy ubóstwie mojem, musiałem więc z Szeligą i innemi za ciałem jechać, któreśmy wieźli w prostej sosnowej trumnie, tyle tylko, że dla ciepłej pory smołą ją wylać i chmielem zapchać kazał Szeliga. Okrywszy płachtą czarnego sukna, wieźliśmy zwłoki nieszczęśliwego, który niedawno tąż samą drogą z taką butą jechał, nie przeczuwając rychłego zgonu..
O mil dwie od zamku spotkała nas wdowa zrozpaczona, a że nie wiedziała wcale co mężowi jej zadawać mogli ludzie, wprost o morderstwo obwiniała Piotra z Szamotuł, natychmiast chcąc do króla jechać z żałobą.
Strach i żal było spojrzeć na biedną rozpadającą się z żalu niewiastę, której rozpacz powiększało to, że jak pospolitego zbrodniarza męża jej skazano i ścięto.
Na zamku, dokąd przybyliśmy, panował nieład największy, bo wszystko co tam się siłą trzymało, rozluzowało się, wyrywało, chwytało co napadło i rozpraszało się na cztery wiatry.
Na owym podwórcu zamkniętym, teraz wszystko stało na oścież pootwierane i opustoszone. Ze skrzyni z monetą żydzi zagarnąwszy co było, pierzchnęli. Ze zbrojowni i ze skarbca też pochwytano wiele i zmarnowano. Ludzi zaciężnych, którzy już tu ani opieki nie spodziewali się, ani utrzymania, mało co zostało i to rannych a niedołęgów. Inni jak z gościńców tu się zbiegli, to znów po drogach kupkami rozprószyli, na swoją rękę rozbijać. Z moich rupieci niewiele wartych mało co zginęło, tak żem nie dopominając się płacy, wyruszył ztąd mniej zasobnie niż przybyłem.
Samemu jednemu się puszczać w podróż nie było bezpiecznie, alem sobie dobrał dwu towarzyszów, którzy też w Krakowie szczęścia szukać chcieli, obu szlachciców i do rycerskiego rzemiosła nawykłych — a takim wszędzie o zaciąg łatwo było.
Nie czekając więc nawet pogrzebu, opuściliśmy zamek, bo nas nikt zatrzymać nie myślał, tak wszyscy potracili głowy.
Uważyłem tylko, że ci, co królowi i staroście Szamotulskiemu byli niechętni, ścięcie gwałtowne Domaborskiego chcieli przeciwko nim obrócić i na powszechny się zjazd z tą sprawą gotowali.
Z jakim smutkiem i sercem zbolałem powracałem nazad, wypowiedzieć mi trudno. Widziałem w tych wysiłkach obłędnych marnujące się życie, schodzące lata, a żadnego na przyszłość widoku.
Ojca nie miałem, matka mnie nienawidziła — jeden Bóg był nademną. Nie zwątpiłem o opiece jego, ale męztwa i wytrwałości na te próby, na które narażony byłem, brakło.
W ciągu podróży postanowienie jakieś powziąć chciałem, nawet od klasztoru i sukienki duchownej nie zarzekając się, choć powołania do nich nie czułem, lecz com dnia jednego ułożył, drugiego się samo rozsypywało.
Najprostszą było rzeczą pójść w służbę rycerską skłamawszy sobie jakiekolwiek szlachectwo, bo o dowody nikt nie pytał — alem już mówił jaki wstręt czułem na fałszu żyć, o pożyczanem nazwisku.
Naostatek wymęczywszy się w ciągu podróży, która szła niepośpiesznie, bośmy nie mieli czego pędzić, na los i przeznaczenie zdałem wszystko. Niechaj będzie jako chce.
Przez wszystkie te dni jechałem tak milczący i posępny, iż towarzysze mi wyrzucali to, a Kraków zobaczywszy, Boże miły, lice mi się rozjaśniło. Nie był ci on mojem rodzinnem miastem, alem tu najlepsze lata młodzieńcze przebył, do jakiego takiego rozumu przyszedł, miałem ludzi znajomych i przyjaznych, czułem się jak w domu.
Zaciągnęliśmy wszyscy do gospody do mojego mieszczanina, u któregom wprzód komornem stał, który nas pod dachem w izbie umieścił, a i na konie się miejsce znalazło. Ledwie się obmywszy z kurzawy tak mi pilno było na Wawel, żem na godzinę nie zważał. Król był na łowach, powiadano, alem się Zadorę albo Maryanka lub ostatku któregokolwiek ze znajomych spodziewał znaleźć.
Śpiącego trafiłem Zadorę po jakiejś zabawie. Gdym go zbudził, zobaczywszy mnie, przeżegnał się.
— A ty tu co robisz?
— Widzisz! powróciłem, guza tylko oberwawszy.
Ponieważ wcale nie słyszał o mnie, musiałem mu całą historyę opowiedzieć, z której zamiast się ulitować nademną, śmiał się niepoczciwy.
— Tyle wiem — rzekł w końcu — że jabym się tak nie dał wziąć. Prostaczek jesteś i choć nie młokos już, a łatwowierny jak dziecko.
O losie Domaborskiego wiedziano już w Krakowie, Tęczyńscy bowiem jako Toporczyka sprawę jego wzięli przeciwko Szamotulskiemu. Król odpowiadał na pytania: sąd był, wina była a karany został słusznie.
I nie chciał ani wiedzieć o tem, aby starostę do odpowiedzialności pociągać.
Gdyśmy się tak z Zadorą rozgadali, przerwał sobie nagle i rzekł.
— Nawojowa wdowa w Krakowie siedzi, królowi nieprzyjaciół stara się przyczyniać. Ani poznać zdziczałej baby, tak życie nagle odmieniła. Śpiewacy i muzyka od niej nie wychodzą, uczty codzień, młodzieży wiele. Stroi się choć już zwiędła, maluje, zaleca, skoki wyprawia a dokazuje tak, iż drudzy powiadają jakoby w głowie miała niespełna rozumu. Nie byłem ja tam, bo z królewskiego dworu nikt do niej nie zagląda, ale mi powiadano, że wszystka ta jej wesołość i zalotność jakby choroba jaka wygląda. Zdaje się ciągle w gorączce być, a nawet gdy się śmieje, niewesoły uśmiech przejmuje strachem. To też, choćby się pono za mąż wydać rada była, choć z ojca i z oprawy swej bogatą jest, nie kusi się nikt o jej rękę... Tęczyńskim służy, ale i oni nie radzi z niej, bo nadto sprawia hałasu, a oni cicho nawykli przygotowywać co czynią.
Wiadomość o wdowie nie była miłą dla mnie, alem Zadorze nie powiedział nic. Obiecałem sobie tylko i od dworu i od ulicy, na której mieszkała unikać, aby się z nią nie spotykać. Nie śmiałem pytać o Luchnę, a coś mi mówiło, że i ona z nią być musiała.
Radbym ją był widział, lecz nie mogłem ani myśleć o tem, aby nie wpaść w oko Nawojowej.
Ostrożnie się do koła oglądając, poszedłem nazajutrz po znajomych moich, a naprzód do ks. Kantego.
Jak nie dziwił się, gdym go przychodził żegnać, tak zobaczywszy mnie teraz, nie okazał po sobie, aby mu się to dziwnem wydało.
— Z powrotem znowu — rzekł z uśmiechem — a! ty niespokojny człecze, duchu błędny, kiedyż ty do portu przypłyniesz.
Nie spytał mnie kędym bywał i co się ze mną działo, jak gdyby mu to wszystko wiadomem było. Miał ten dar czytania w ludziach, o którym wiedziałem dawno. Stęknąłem tylko, że mnie los prześladuje.
Uśmiechnął się.
— Dziecko moje — rzekł — a wieszże ty, co ci on przeznacza i dokąd prowadzi? Wielekroć człowiek, gdy się nad przepaścią sądzi, wyzwolenia jest najbliższy.
— Bogdajby słowa wasze prorocze były! — westchnąłem.
Twarzą i oczyma na mnie patrzył tak pogodnemi, iż mi dodał otuchy.
— Idź z Bogiem — rzekł zagadkowo — a nie trwóż się.
I znowu mnie z tą tylko pociechą, żadnej rady nie dając, odprawił.
Wyszedłszy od niego, tak byłem w myślach zatopiony, żem krokami mojemi nie kierował. Wlokłem się zadumany ku zamkowi zmierzając i nie ocknąłem się aż pod kamienicą jakąś, którą poznałem, że była Długoszową.
Przypomniałem sobie, że mu ją byli Kurozwęzcy złupili, a i on sam uchodzić musiał dla sprawy biskupiej, ale ta już załatwioną została.
Stało się jak król chciał.
Nalegał nań legat papiezki, aby ustąpił, klękał przed nim ks. Jakób z Sienna, nie pomogło nic, biskupowi włocławskiemu dano krakowską stolicę.
Powiadano, iż rzymski poseł od papieża utratą królestwa groził Kaźmirzowi, na co on odpowiedział, iż gdyby nie jedną, ale trzy miał utracić korony, słowa raz rzeczonego nie odmieni.
Postawił więc na swem, zabiegając aby odtąd mu Rzym biskupów nie nasyłał, a kapituły bez królewskiego zezwolenia ich nie wybierały.
Poznali naówczas wszyscy lepiej Kaźmirza niż kiedykolwiek i nauczyli się go szanować, bo wiedzieli, iż wolę miał, której nic przełamać nie zdołało.
Jeszczem stał, domowi Długoszowemu się przypatrując, gdy chłopak, co mu posługiwał a znał-ci mnie, na próg wyszedł.
— Znowuście to tutaj? — zapytałem.
— A juściż — rzekł, głową wesoło potrząsając — wiele się rzeczy zmieniło, a wy gdzieżeście to bywali, że o nich nie wiecie.
— Po świecie — odparłem, nie chcąc z nim w długą wchodzić rozmowę. Wtem, słyszę, puka w błonę ktoś u okna, i postrzegam surową, bladą twarz kanonika.
Wchodzę tedy, aby go w rękę pocałować.
Stał tak namarszczony i chmurny, jak gdy go wyganiano i łupiono, bo jedną zawsze twarz miał, a wesołości po sobie nie okazywał nigdy.
— Com to ja was nie widział? — zapytał. — Nie byłeś tu?
— Włóczyłem się — odparłem z westchnieniem. — Służbym szukał, a niewolę znalazłem. Nie ma rozpowiadać o czem.
— A dalej, co myślisz z sobą? — zapytał.
— Czekam zmiłowania Bożego — rzekłem wzdychając.
Popatrzał na mnie jakoś długo, namyślając się i marszcząc.
— Chodziłeś pono na kolegia! Cóżeś tam z nich liznął? Po łacinie umiesz? Czytasz i piszesz poczciwie? — zaczął mnie badać.
— Nietylko piszę, alem się kaligrafią zabawiał — odpowiedziałem smutnie — ale z tego chleba nie jeść.
— Ze wszystkiego chleb jeść można, co się kolwiek do doskonałości doprowadzi — rzekł surowo — z miernego tylko i ladajakiego nawet robienia złota człek nie żyje. Lepiej dobrze buty szyć, niż nie do rzeczy urzędować.
Przeszedł się po izbie.
— Nie wątpię, żeś stateczny — dodał — że karnym i statecznym umiesz być, a mnie takiego bakałarzyka i dozorcy właśnie potrzeba, aby mi pomagał, a nie psuł... Hę? zostałbyś przy mnie i podemną?
Podniosłem oczy.
— Nie wiem, czy temu podołam, czego po mnie żądać będziecie? — szepnąłem. — Radbym...
— Nie święci garnki lepią — odparł ks. Długosz — byleś posłusznym, pilnym i cierpliwym był.
Domyślałem się, słysząc to, że kanonikowi dzieci swe Tęczyńscy lub Tarnowscy powierzyć musieli.
Wtem z wielkiem zdumieniem odzywa się do mnie Długosz:
— Wieszci o tem pewnie, żem ja przy synach starszych królewskich nauczycielem i dozorcą? Nie od dziś przecie jestem z niemi.
Jam wcale nie słyszał o tem, ale posmutniałem wnet, bo mnie nadzieja opuściła, aby król dozwolił do tej służby wygnanego przez się zaciągnąć.
— Do królewiczów nawet na najmniejszego służkę — rzekłem — nie wiem, czy król mnie przyjąć dozwoli. Ze dworu jestem odpuszczony, łaskęm stracił, choć do żadnej nie poczuwam się winy.
— Wiem ja o wszystkiem — odparł ks. Długosz — ale i ja też tę łaskę byłem postradał, a widzisz, że się to wszystko zmieniło. Nie będzie mieć przeciwko temu król nic, gdy się wami posłużę. Chłopcy rosną, sam im nie dam rady. Czasem im odetchnąć trzeba dać, a z oka nie spuszczać. Naówczas dozór wy mieć będziecie, aby zbytniej nie dopuścić swawoli.
Spojrzał na mnie badająco, długo zadumany, gdy ja, nie odpowiadając nic, do ręki jego się tylko zbliżyłem, całując, czytał mi pewnie z oczów, że większego szczęścia nad to, nigdym się w życiu nie spodziewał.
— Przyjdź jutro — dokończył krótko.
Gdym z kamienicy w ulicę wybiegł, przyszły mi na pamięć istnie prorocze słowa ks. Jana Kantego, i naprzód do kościoła biegłem Bogu dziękować.
Niespodzianie, cudownie do tego portu dopływałem, o którym ów, mąż święty mówił.
Ale od króla zawisło teraz wszystko, dozwoli on czy zabroni?
Pośpieszyłem potem do Zadory, dzieląc się z nim nadzieją, a pytając go, jakby mu się zdało, pozwoli pan czy nie?
— Ani wątp o tem! — zawołał wesoło. — Król przecież zdał wszystko na Długosza i do niczego się sam nie wtrąca, taką w nim ufność pokłada. Królowa pono Włocha lub niemca miećby była wolała. Nie sprzeciwi się król, jeśli Długosz tego zażąda. Surowość mu zalecił wielką, i ciągle prawie chłopcy od Krakowa zdala są trzymani, aby matka bojaźliwa i troskliwa, pieszczotami ich nie psuła.
Z taką niespokojnością oczekiwałem dnia następnego, żem się do niczego wziąć, niczem zająć nie mógł. Los mój miał się rozstrzygnąć.
Wiedziałem o tem dobrze, że pod ferułą Długoszową wygodnie mi nie będzie, bo mąż był surowy, nieprzebaczający, nieoszczędzający nikogo, choć sprawiedliwy. Alem się mógł przez to zbliżyć do pana, dworu i młodych królewiczów, których miłość mogłem zaskarbić sobie zawczasu.
Sam król niegdyś wspominał mi, że przy nich mogłem być dozorcą? miałoż się to teraz ziścić?
Przybyłem do kamienicy kanonicznej tak zawczasu, że go jeszcze tu nie było. Siadłem na ławie w sieniach czekając, a za każdym zrywając się szelestem.
Nadszedł wreszcie. Z twarzy jego zawsze zasępionej wyczytać nic nie było można. Wprowadził do izby za sobą. Milczenie długie już mnie przestrachem napełniać zaczynało.
— Pytałem o was króla — rzekł po długim przestanku — chociaż nie wątpiłem, że raz zdawszy się na mnie, wyborowi memu przeciwnym nie będzie. Jaż go biorę na sumienie moje. I zgodził się pan chętliwie.
Wtem twarz mu się więcej niż zwykle zachmurzyła.
— Patrzajże, patrzaj — ciągnął dalej — abyś mojej ufności w sobie nie zawiódł. Dwa razy dałeś dowód serca poczciwego, świadczy to dobrze za tobą. Ks. Jan Kanty dał dobre słowo, a męża świętego świadectwo waży wiele. Biorę cię więc, ale zawczasu o tem wiedzieć masz, że wymagam wiele a pobłażam mało. Gdzie o przyszłość idzie tych, co kiedyś ludom panować mają, sroga odpowiedzialność ciąży!.. Nie pochlebiaj więc sobie, abyś tu łatwy i rozkoszny chleb znalazł. W znoju i pocie czoła pożywać go będziesz, w nieustannem czuwaniu, trwodze, trosce... Bóg pobłogosławi, gdy serce do tego przyłożysz.
Na wszystko byłem przygotowany i dziękując dobroczyńcy memu uroczyście przyrzekłem, iż sługą jego i wykonawcą woli będę tylko.
— Idź teraz, spocznij — dodał — masz swobodnych dni kilka. W drodze najlepiej z tobą, a ty z niemi oswoją się królewicze. My ztąd precz musimy, do Lublina może, zdrowego szukać powietrza.
Tak się tedy nad wszelkie moje spodziewanie szczęśliwie rozwiązał los, o który właśnie troszczyłem się najmocniej, zwątpiwszy o nim. Zadora po twarzy mojej poznał, żem wracał z dobrą wiadomością i ani pytał.
— Z królewiczami — rzekł — wielkiej biedy mieć nie będziesz, starsi się tylko trzej dostali ks. Długoszowi, a ci wszyscy łagodni są i dobrego serca, ale z kanonikiem zawczasu gotuj się na to, że gorzkim będzie, bo nigdy nie był innym... Prawy, uczony i święty mąż, ale dla ludzi surowy, króla nie lubi, królowej mniej jeszcze. Jagiellonów wszystkich niewiele ceni. Nie mógł odmówić wychowania, lecz bez miłości dla dzieci tych i dla rodu ich; będzie im ciężkim i bezlitośnym. Na was spadnie los ten ich łagodzić.
Ja królewiczów zdala tylko widując, nie znałem prawie. Wychowywali się oni długo pod opieką królowej, wśród niewiast i męzkiej służby tylko.
Najstarszy z nich Władysław, dziadowskie noszący imię, miał podówczas rok jedenasty, Kaźmirz, drugi, dziewiąty, Olbracht ósmy.
Młodsi dwaj, bo szósty się dopiero w rok potem narodził, Aleksander siedmioletni, Zygmunt w pieluchach, przy królowej do czasu pozostawali.
Z późniejszego z niemi obcowania dodać to mogę, iż pierwszy z nich nadzwyczajnej urody, z twarzyczką dziwnej łagodności, prawie niewieści miał charakter, a dobroć zbytnią może, gdyż w słabość przechodziła. Nieśmiały, rad był wszystkim otaczającym przypodobać się i im a braciom ustępował we wszystkiem.
Nie miał też z nim ks. Długosz troski żadnej, chyba tę, aby go zahartować, a to mu się nie powiodło. Jakim był bowiem, takim pozostał, nie mogąc przezwyciężyć tego, z czem na świat przyszedł. Kochali go wszyscy, a ja też nie wiem, zaprawdę, czy był kto, któremuby on dobrem za złe i miłością nie płacił.
Piękność oblicza czyniła go ulubieńcem wszystkich; królewską miał postawę, włos długi, obfity i lśniący, który królowa pieściwie utrzymywać zalecała; i tego jednego ks. Długosz wymódz nie zdołał, aby im pukle te śliczne poostrzygać kazał. Surowy nauczyciel dowodził, że i lubowanie się pięknością mężczyźnie szkodliwem być może. Królowa znajdowała, że na króla przeznaczony i postawą i obliczem powinien był stać nad innemi.
Kaźmirz, drugi, z twarzy był do Władysława podobnym, a i z serca a dobroci również; ale od pierwszej młodości, wątłe to dziecię, z wielkiemi wyrazistemi oczyma, więcej w niebo patrzało i do niego wzdychało, niż do ziemi. Pobożność jego zdumiewała w dziecięciu.
Oba oni z Władysławem mieli Jagiellońską cnotę szczodrobliwości, jak jeden tak drugi, nigdy nic nikomu odmówić nie umiał. Co najmilszego mieli, oddawali chętnie, i ludzie z tego niemiłosiernie korzystali.
Dziewięcioletni Kaźmirz naówczas chętniej się zabawiał, naśladując księży nabożeństwo w kościele, przebierając za chłopca kościelnego, prawiąc kazania, śpiewając pieśni, niż w podwórcu w piłkę i rzucanie oszczepami.
Do wojny oba oni nie mieli tej męzkiej ochoty, którą inne dzieci zawczasu okazują; na łowy też, których im dozwalano, gdy zwierza nieszkodliwego upatrzono, nie tak chętnie szli jak ojciec.
Władysław czasem się niemi rozbawił, Kaźmirz do zabijania wstręt miał i na krew patrzeć nie lubił. On też więcej okazywał zamiłowania w nauce, a pamięć miał szczęśliwą.
Król i królowa co do wychowania wymagającemi byli, a szczególniej ojciec języków uczyć kazał, czując potrzebę ich dla panującego, który z całym światem mając stosunki, powinien się obejść bez usług i pośrednictwa kanclerzy i tłómaczów.
Ośmioletni najmłodszy Olbracht, nie był do starszych podobny, samowolniejszy od nich, więcej rycerskiego mający ducha, przebieglejszy, umysłu żywszego, pojęcie miał bystrzejsze, ale charakter mniej łatwy i do ulegania skłonny.
Chociaż twarzy przystojnej i do braci podobny, nie był jak oni pięknym. Długosz zawczasu to widział, że z nim najwięcej mieć będzie trudności — bo i w sobie był zamknięty, skryty i do gniewu skłonny, gdy starsi żółci prawie w sobie nie mieli.
Ci co z niemi od dzieciństwa obcowali, znajdowali, iż ostatni najzdolniejszym był, ale najupartszym. Mówiono, że się w ojca wdał... Ciekawy, żywy, ruchliwy, potrzebował nadzoru nieustannego, bo się wyślizgał, a pytany albo milczał, lub niezawsze prawdę mówił.
Król go lubił dosyć.
Jak starsi bracia, Olbrachcik był też rozrzutnym wielce, może nieopatrzniejszym niż oni. Zapowiadał już zawczasu, że gdy wolą swą mieć będzie, złotem obsypie tych co mu wiernie służyć będą, a niechętnych precz rozgoni.
Jam naówczas o tem wszystkiem tak jak zgoła nie wiedział, od Zadory dopiero i innych dworskich starałem się czegoś nauczyć, abym zaraz w początkach umiał się do ich charakterów zastósować. Olbrachcikiem wszyscy mnie straszyli, i okazało się wistocie, że najtwardszym z nich był, a największej wymagał pilności.
Królowa Długosza, surowym głoszonego, w początkach lękała się bardzo — król przy nim właśnie dlatego obstawał.
— Ludzi się znajdzie dosyć, co ich psuć będą — mówił — ten przynajmniej pochlebiać im i ulegać nie zechce. Znam go, bo i przeciw mnie stawał, gdy sądził to swym obowiązkiem. Dlatego wybrałem go, bo ufam, iż pobłażliwym i miękkim nie będzie. Miecz, który ma dobrym być, hartować w ogniu potrzeba.
Ażeby królowa wpływem swym surowemu obejściu się z synami nie przeszkadzała, a skarg ciągłych nie podnosiła, prawie ciągle Długosz z wychowańcami po zamkach różnych, zdala od dworu przebywał.
Dni jeszcze kilka mając wolnych, korzystałem z nich, dając się Zadorze wyciągać na miasto. Jedna z dawniej znajomych nam córek Kridlara wyszła była za mąż po śmierci ojca i w posagu wzięła pamiętną mi kamienicę pod królami, w której po raz pierwszy ja moją Luchnę spotkałem.
Wspomnienie to skłoniło mnie, żem do Suterza, męża Kridlarównej, dał się zaciągnąć. A tu mnie, jakby w szczęśliwem miejscu spotkała niespodziana radość, bom znowu zobaczył tę, której się widzieć wcale nie spodziewałem.
Nawojowa zbywając się jej z domu, ze starszą sługą pozwoliła się pójść zabawić w wesołem mieszczańskiem towarzystwie. Może w domu młodość jej i piękność nadto oczy pociągały.
Zobaczywszy ją — tylkom na kolana nie padł.
Zeszliśmy się z nią zaraz, na ławie usiedli obok siebie i takeśmy, z miejsca się nie ruszając, pozostali przez wieczór cały, choć ludzie patrzali koso i dworowali z nas sobie.
Zaczęła mi opowiadać o pani swej.
— Dziwy się dzieją z tą niewiastą — mówiła — której i żal i strach gdy się na nią patrzy zbliska. Zrozumieć jej trudno. Smutek jej i wesele zarówno tajemnicą są, jak jedno tak drugie buja i prawie do choroby dochodzi. Gdy płacze i rozpacza, przejmuje trwoga, gdy się śmieje i rozweseli, dreszcz przebiega słuchając. Teraz ją nawiedziła niepomierna żądza zabawy, tak jej pragnie jak ten oo pije, aby troski zapomniał. Na chwilę sama nie chce z sobą pozostać. Ludzi sprasza, muzykę najmuje, śpiewać każe, dokazywać a błaznować. Często do białego dnia pokoju u nas nie ma.
Wielkim smutkiem i litością przejęło mnie opowiadanie Luchny, która była więcej oburzoną przeciwko Nawojowej niż zasmuconą, i wstręt miała do nieszczęśliwej, której ja żałowałem czując, że jeszcze młodości swej nie przebolała. Musiałem milcząc słuchać, nie mogąc podzielać gniewu Luchny i niechęci.
Skarżyła się, że zmuszoną była zostawać na dworze Tęczyńskiej, patrzeć na to jej postępowanie, a nie mogła się uwolnić, jako uboga powinowata, której los od wdowy zależał. Świętochna wcale inaczej mówiła o położeniu Luchny i posażną ją głosiła, ale wszystko to kłamstwem było.
Mnie to uradowało więcej niż zasmuciło, iż wistocie nie miała nic, bo ubóstwo nas do siebie zbliżało.
Obiecaliśmy tu sobie znowu wytrwać wiernie w przywiązaniu wzajemnem i cierpliwie oczekiwać szczęśliwszych chwil.
Nie wiedziała o tem Luchna, że Nawojowa matką moją była, a tego jej zwierzać nie śmiałem; napomknęła tylko z podziwieniem pewnem, że się ona wielce losem moim troszczyła, dopytywała co się ze mną działo, i sądziła, że w tem tajemnica jakiejś nienawiści tkwiła, któraby może i pochodzenie moje rozjaśnić mogła. Nie chciałem o tem z nią mówić. Rozstaliśmy się znowu nie wiedząc kiedy i jak cudem się na świecie spotkamy, ale z tą szczęśliwą wiarą młodzieńczą, że się to jednak stać musi.
Stawiłem się na dzień naznaczony ks. Długoszowi, który mi obowiązki moje wyłożył, najmniejsze nawet drobnostki przewidując, na wszelki wypadek dając instrukcye i zalecając surowość jak największą. Stawił mnie potem przed królewiczami jako pomocnika swojego i dozorcę, którego we wszystkiem słuchać byli obowiązani, a gdy nadeszła godzina spoczynku i rozrywki w podwórcach, po raz pierwszy sam z młodemi panami wyszedłem, towarzysząc do zwykłych zabaw.
Ale tego dnia byłem ja dla nich przedmiotem ciekawości i badania tak zajmującym, że o rozrywkach innych zapomnieli. Przypatrywali mi się, chodzili, zagadywali, a najśmielszy Olbrachcik pierwszy pociągnął do egzaminu. Starali się wyrozumieć, czy bardzo dla nich ciężkim będę i surowym; ja z mej strony usiłowałem okazać, że w granicach dozwolonych będę im sługą dobrym i powolnym.
Kaźmirz trzymał się najmniej okazując śmiałości na uboczu, najmłodszy był, za to najodważniejszym, a Władek najstarszy zabiegał, aby sobie moją przyjaźń i życzliwość pozyskać, zalecając mi się z jakąś niemal niewieścią pieszczotliwością.
Tak rozpocząłem nowy zawód mój, w imię Boże szczęśliwie. Nimeśmy z ks. Długoszem i królewiczami do Lublina wyjechali, miałem i to szczęście, żem króla widział i przekonał się, iż życzliwość jego odzyskałem.
Zobaczywszy mnie przy synach, poznał, zbliżył się, popatrzył na mnie, zapewne rozpatrując jak się zmieniłem wielce, rzekł uderzając po ramieniu.
— Wyciągnąłeś się, postarzałeś... hę? tułając po świecie. Patrzajże, abyś już więcej szukać służby obcej nie potrzebował. Chłopcom nie folguj, bo to rozpustne łotry.
Wziął potem za czuprynę Olbrachcika, rozśmiał się smutnie do nich, i szedł dalej, bo już na niego czekano.
Dziwiono się nieraz, krwi to przypisując, że Kaźmirz łowy, psy i lasy lubił bardzo, a mnie się zdało, że on więcej w nich spoczynek ten upatrywał i samotność, których był żądny, bo na Wawelu, czy gdziekolwiek był, chwili jednej wolnej nie miał.
Tak się skończył drugi okres życia mojego, jeżeli nie polepszeniem losu znacznem, to przynajmniej nadzieją jakąś, że nie zginę marnie.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.



JASZKA ORFANEM
ZWANEGO
ŻYWOTA I SPRAW PAMIĘTNIK.
(Jagiełłowie do Zygmunta).
PRZEZ
J.  I.  Kraszewskiego.
TOM III.




WARSZAWA.
Nakładem Michała Glücksberga.

1898.



Gdy po tylu ubiegłych latach myśl moja sięga w dawniejsze czasy młodości, przebiega wypadki i ludzi, na jakich się w życiu natrafiało i ocierało o nich, zaprawdę naówczas dopiero człowiek przeżyte a tak szybko upłynione dziesiątki oblicza i czuje, jaką przestrzeń ma po za sobą.
Za żywota mojego zmieniło się niemal wszystko, czy ku lepszemu, czy na gorsze, o tem ja sądu nie śmiem wydawać, tylko to wiem, iż ludzie i sprawy ich odmiennie dziś wyglądają.
Król, a pan nasz, Kaźmirz, miał do zwalczenia i przezwyciężenia tak wiele przeciwności, a przetrwał je i pokonał tak szczęśliwie, iż dziwować się potrzeba sile i wytrwałości jego, od trudnych panowania początków, aż do dni ostatnich. Zazdroszczą monarchom szczęścia ich, a nie wiedzą tego, że oni pracy i troski więcej mają od niejednego wyrobnika, odpoczynku zaś nigdy, a wdzięczności dopiero doczekają się po śmierci chyba.
Było za tych czasów moich i złego siła i dobrego tyle, iż nie wiedzieć jak pojąć, że to razem jeden czas i jedna ziemia wydać mogła.
Widzieliśmy obok siebie chodzących i ocierających się takich mężów, jak owi święci i błogosławieni: Kanty, Szymon, Świętosław, Gedroić Michał, a tuż przy nich Pieniążków, Szafrańców, warchołów rozbijających po gościńcach, rozumnego Ostroroga, Długosza uczonego, przy nieukach a próżniakach pnących się na najwyższe dostojeństwa; Grzegorza z Sanoka, Rzeszowskiego, obok duchownych imienia i sukni kapłańskiej niegodnych.
Sama dawna obyczajów prostota, jaką my zwłaszcza na Litwie i na Mazowszu zapamiętaliśmy, przy napływie cudzoziemców, a podróżach młodzieży do krajów obcych, przywożącej coraz nowe wymysły, stroje, nawyknienia, po miastach i na dworze szczególniej, zupełnie poszła w niepamięć.
Zniewieściałość się do nas z Włochami i innemi cudzoziemcami dostała, przywiozła jej też nieco królowa z Wiednia, razem z piękną ogładą.
Gdy dawniej włos na głowie u mężczyzny tak rósł i leżał jak Bóg dał, a pod hełm aby nie zawadzał, podcinano go — zaczęto za moich czasów trefić, w pukle układać, na ramiona spuszczać, tak, że zdala często przy sukni długiej, mężczyznę długowłosego za niewiastę wziąć było można. Nie od rzeczy dodać, iż królowa Elżbieta i do tego obyczaju dała pobudkę dzieciom swym, wdzięcznego oblicza Władysławowi a Kaźmirzowi, którzy na podziw obfite i piękne mieli pukle, pielęgnując je, zapuszczając i starannie codzień przykazując układać.
Wnet za niemi poszła dworska młodzież, a za tą inni.
Nierycersko to wyglądało, a starzy mężowie dziwili się temu i naśmiewali, ale młokosy się zabawiały. Z Włoch też przywieziono obyczaj noszenia sukni długich, wyszywanych wstęgami i wszelakiem bramowaniem, pętlicami, haftami, sznurami, guzami, za które drogo przepłacać było potrzeba.
Kupcy krakowscy coraz to nowe tkaniny różne zwożąc, to barwami osobliwemi, to wzorami na nich dzierzganemi, oczy porywające, wielkich za nie pieniędzy żądali i otrzymywali je.
Każdy pragnął przesadzić drugiego i na wielkie uroczystości wystąpić tak, aby innych zaćmić i wzrok obrócić na siebie.
Co dawniej szło na konia i na zbroję, teraz wydawano na jedwabie, złotogłowy, szycia, które potem marnie w skrzyniach się zlegiwały.
Starzy też ludzie zniewieściałość nietylko ciałom, ale i sercom młodzieży zarzucali, do której strój i suknie prowadziły. Albowiem w człowieku nic nie jest bez znaczenia, ani to co spożywa, ni to w co się przyodziewa, czem się stroi i w czem się lubuje.
Ta próżność i chęć występowania wiodła za sobą nieustanną pieniędzy potrzebę, za tem szło, że nie przebierano w środkach nabycia ich. Patrzeliśmy tedy na możnych panów, wielkich rodzin potomków, którzy potem na gościńce wyciągali, kupców łupili; na innych frymarki niepoczciwe dla grosza czyniących, na bijących monetę fałszywą, na simonią do urzędów i dostojeństw dobijających się, aby nie kościołowi i królowi, ale sobie samym i chciwym rodzinom służyli.
Łagodniały obyczaje, to prawda, umysły się ogładzały, ale rycerski duch wygasał. Już onych dawnych Zawiszów, rycerzy Łokietkowych i Bolesławowych, dla sławy i imienia dobrego pracujących, coraz mniej było.
Za moich czasów łatwiej się stało o uczonego, wymownego mądrala, niż o prostego a mężnego żołnierza, któryby i słuchać chciał i rozkazywać umiał.
W oczach się to wszystko przeistaczało, i co dawniej mało kto ze świeckich czytać i pisać umiał, a pan każdy kanclerza z sobą woził, aby on to za niego sprawiał, jednej tylko pieczęci sam pilnując, którą miasto podpisu wyciskał, teraz niemal wstyd już było nie znać pisma i niewiasty nawet chciwie się do niego garnęły i kmiecy synowie do kościelnych szkółek chodzić zaczęli.
W samej też uczoności zaszły wielkie zmiany, bo w niej zaczęto szukać tego, coby do życia się zaraz zastósować dało, a co dawniej wszystko po łacinie musiało być, gdy mądrem być chciano, teraz i w kościele i w szkole swój język własny obok łaciny stawał; glossy dopisywano polskie, z kazalnic nie sromając się, odzywano polszczyzną, nad którą pracowali ludzie znaczni, kollegiaci, opowiadając, że mowa ta tak dobrą była, tak obfitą, iż łacinie nie ustępowała.
Zjawiły się naprzód, za Jagiełły jeszcze, tłómaczenia ksiąg świętych, kazania polskie i pieśni pobożne zaczęto przekładać z łaciny, aby to, co się w niej kryło dla niewielu przystępne, uczynić zrozumiałem dla wszystkich.
Więc gdy mowa jest o tem, choć nie w miejscu, opowiem, jak za moich czasów zjawiły się te pierwsze księgi niepisane, a ciśnięte, o których naprzód głucha wieść poszła, a w początkach wydawały się one sprawą czarodziejską, niemal szatańską, i wielu wierzyć w to nie chciało, aby w istocie pismo inaczej jak piórem mogło być wykonane.
Roku już teraz nie pomnę, ale było to wprzódy niż Zajner w Krakowie cisnąć próbował pierwszą swą książeczkę, gdy za kanonikiem i kollegiatem ks. Walerzem idąc ulicą ku św. Annie, spotkaliśmy w niej ks. Brzózkę.
Szedł naprzeciw nas z twarzą rozognioną jakąś, a tak przejęty i poruszony czemś, iż ks. Walerz zobaczywszy go zamruczał:
— Zaprawdę dziekan swoim obyczajem do kubka go pewnie zmusił, a głowę słabą ma.
Ks. Brzózka zbliżywszy się i pozdrowiwszy nas, począł prędko i niespokojnie.
— Ks. Stanko z Niemiec tylko co powrócił. Na Boga żywego idźcież do niego, idźcie a ujrzycie cud ów, o którym prawiono — księgę, której ludzka ręka nie pisała, a jest uczynioną tak, że pismo ręki ludzkiej prawie przechodzi!
Na to ks. Walerz odparł:
— Ojcze mój, stare to są bałamuctwa, te liche deskami odbijane obrazki z podpisami widywaliśmy; mało co one warte, o innych zaś, choć z Niemiec donoszono, a no Niemcy się radzi chwalą swojemi czarnoksiężnikami, ale zblizka te cuda widząc, nieosobliwie wyglądają.
Ks. Brzózka odparł, uśmiechając się.
— Idźcież sami, zobaczcie, jako niewierny Tomasz palec włóżcie, a potem mi powiecie: nie cudowna to li rzecz jest.
Ręce obie złożywszy podniósł je do góry.
— Niewysłowiona łaska Boża! Miarkujecie, taż to najbiedniejszy kościołek, najmniejsza szkółka, ubogi człek słowo Boże będzie mógł za mały grosz kupić, cieszyć się niem, karmić i pomnoży się chwała Stworzyciela i Zbawiciela naszego.
— Amen — dokończył ks. Walerz z niedowiarstwem pewnem.
Ks. Brzózka odszedł, a ja za Walerzem ciągnąłem do ks. Stanki.
Przybyliśmy do niego, stał w kollegium mniejszem i tylko co był powrócił z podróży a sakwy rozwiązał.
W izbie zastaliśmy profesorów i bakałarzów zgromadzonych z dziesiątek.
Na pulpicie rozwarta leżała księga w deski oprawna, jak pospolite manuskrypta. Otaczali ją wszyscy. Na twarzach przytomnych malowało się niedowiarstwo, zdziwienie, niemal przestrach jakiś.
Wyszedł naprzeciw ks. Walerzowi do progu gospodarz, witając uprzejmie.
— Powiedziano wam już pewnie, com za skarb osobliwy przywiózł. Chodźcież a podziwiajcie to dzieło wielkie, zdumiewające, a chwalmy Boga, który sprawę tę natchnął.
To mówiąc wskazał na pulpit i rozłożoną na nim księgę.
Przystąpił ks. Walerz z ciekawością, ale z niedowierzaniem.
Na pierwszy rzut oka nie było w księdze tej nic, coby ją od pospolitych rękopismów, ręką biegłych skryptorów wykonywanych odróżnić dało. Wielkie litery widocznie nawet były malowane i złocone od pióra i pędzla.
Księga zawierała tak zwany Catholicon.
Ks. Walerz przerzucił kart parę, zajrzał i ramionami ruszył i odezwał się.
— Osobliwego nie widzę nic, księga tak pisana jak inne, ale ręką wprawną i jednostajną.
— W tem osobliwość, że ona pisana nie jest — żywo przerwał Stanko — jest składaną i literami pojedynczemi wyciśniętą. Nie na deskach rzezana! nie! Niemiec przebiegły wymyślił rzezać pojedyncze litery, składać je do kupy, namazywać inkaustem i na papierze je wyciskać. Tym sposobem raz złożonej księgi odbija wiele zechce. Wielkie tylko litery zostawia próżne dla dopisania od ręki, aby ludzi oszukiwał i dał to za prawdziwą skrypturę, za którą się drogo płaci.
Słuchali wszyscy zdumieni. Ks. Walerz uważniej księgę rozpatrywać zaczął i głową potrząsał.
Wtem przytomny ks. Dąbrówka się odezwał.
— Deski rzezane nieforemnie widywaliśmy dawniej. Wyciskano niemi karty dla kosterów, obrazy śmierci i świętych, gdzieniegdzie słów potrosze.
— Ale toć wcale inna rzecz — przerwał ks. Stanko — bo tu każda litera stawi się osobno, i dziś ona służy do Catholiconu, a jutro może do Biblii lub Lombarda. W tem cały rozum Niemca! Co dawniej rękopism kilkadziesiąt grzywien licho przekopiowany opłacać przyszło, dziś za kilkanaście dają.
Stali wszyscy jak niemi, a przybyły z podróży Stanko ciągnął dalej.
— Powiadano mi w Frankfurcie, jaka tam gadka chodzi o tym wynalazku. Po ludzku się to stało, nie rozumem a przypadkiem, bo człowiek więcej winien trafunkom pono niż mądrości własnej. Niemiec ów, który deski rzezane z obrazami śmierci odbijał, jedną z nich roztrzaskał cisnąc i poszła w kawałki. Wzięły się niemi bawić chłopięta... Stał wyraz u góry wielkiemi literami: omen; połupały go i z omen, po kolei składały dla zabawy nemo, omne, mone i t. p. Nadszedł stary ojciec i wpatrzył się w zabawę tę dziecinną. Uderzyła go myśl, aby rzezać litery osobne, naprzód z drzewa, potem próbował je lać cynowe czy ołowiane, i stał się cud ów.
— Zaprawdę cud — odparł ks. Dąbrówka — bo ludzie na to oddawna byli trafić powinni. Na starych glinianych naczyniach literami wybijali garncarze imiona swe, na rzymskich monumentach pojedyncze bronzowe litery przytwierdzano. Cicero mówi o rozsypanych takich znakach. Szło tylko o to, aby je kto poczernił i wycisnął.
— I na to tysiąc lat czekać było potrzeba, a od dziecka się dopiero i od przypadku nauczyć — dodał ks. Dąbrówka.
Przyglądali się wszyscy ciekawie.
— Nie do wiary! — szeptali niektórzy, karta po karcie przepatrując.
— Musimy wierzyć, gdy w ręku mamy dowód, iż to rzecz dokonana — mówił ks. Stanko. — Nie pisany to jest Catholicon, ale ciśnięty i odbito ich siła, a jam przywiózł dwa, które porównywając łatwo się przekonać, że kreska w kreskę są do siebie podobne. Sprawa to wielka, potęga nowa, bo co dawniej dla niewielu było dostępne, dziś się po świecie rozejdzie... na chwałę Bożą, na ludzi pożytek duszny. Biblią już taką dają.
Stojący tuż, znany wszystkim kollegiat ks. Musiński, o którym powiadano, że szatana się nie mniej lękał jak samego Boga, a o sprawach ducha ciemności rozprawiać lubił i wszędzie owego pazura diabelskiego się domyślał, głową zaczął pokręcać.
— Wy to macie za sprawę Bożą i natchnienie Ducha świętego, a ja — nie wiem. Okaże się to, czy wieczny nieprzyjaciel rodu ludzkiego nie wymyślił tego na zgubę naszą. Biblię powiadacie wyciśnięto, alboż ją w ręce prostaczków, nieprzygotowanych do zrozumienia, dać można?
I odwrócił się do stojącego tuż ks. Walerza.
— Medyk wam to najlepiej powie, iż zdrowszego na świecie niema nic nad chleb, a chlebem się przecie zabić można. Wygłodzonemu człeku dajcie świeżo upieczonego a gorącego, niech się go obje, a pewnie rozpuknie i zdechnie. Tak i z biblią jest, że słowem Bożem, gdy je głodni zechcą pożerać.
— Hm — przerwał ks. Dąbrówka powoli — bis sub judice, czy na pożytek to wyjdzie, gdy ludzie się wszyscy do ksiąg wezmą. Niejednemu one zaszkodzą, niejeden prawdę wyszpeci.
— A szatan z tego skorzysta — dodał ks. Musiński — i ja to mam za chytrą sprawę jego, że Niemca nauczył cisnąć księgi, taniemi ją czyniąc. Jest w tem znamię djabelskie. Każdy, kto za tani grosz księgi dostanie, będzie się już równym sobie uważał, co żywot nauce poświęcił. Prawdy nie tyle na świat przyjdzie, co bałamuctw i obłędów. Nie wszyscy są do nauki przeznaczeni, strzegli jej wybrani, teraz pójdzie ona po niepowołanych za zabawkę i, uchowaj Boże, ku złemu będzie użytą. Djabeł nie śpi.
Milczeli wszyscy, ale ks. Stanko głową trząsł i nie chciał dopuścić, aby szatan miał z tem co wspólnego.
Różne naówczas zdania powstały o tych pierwszych księgach ciśniętych. Jedni utrzymywali, że one nigdy pięknością manuskryptom starym nie dorównają, drudzy, że się ten kunszt trudny rozpowszechnić nie może, a ludzie do pisma powrócą.
W kollegiach z pewną nieufnością i niedowierzaniem przyjmowano wynalazek nowy, który jedni bez miary ważnym głosili, drudzy lekceważyli.
Koniec końców w Warszawie bardzo długo się nikt nie ważył założyć drukarni, a ci, co księgi mieć chcieli, cisnąć je kazali za granicą i przywozili tutaj.
Nierychło potem doczekałem się tego, że i u nas ksiąg się namnożyło, a gdy raz je cisnąć zaczęto, potem już sypały się jedne po drugich, choć dlatego rękopismami się w szkołach posługiwano.
Właśnie o tym czasie jakoś zaszły u nas na dworze królewskim zmiany znaczne i zjawił się człowiek, który potem długo, choć cudzoziemcem był i urzędu żadnego nie piastował, na króla, na sprawy publiczne, na królewiczów zwłaszcza młodszych wielki wpływ wywierał.
Byłem podówczas jeszcze pod ks. Długoszem przy królewiczach dorastających, bo najstarszy Władek rok piętnasty poczynał, Kaźmirzowi się liczyło trzynaście, a dwanaście Olbrachcikowi.
Na stolicy arcybiskupiej we Lwowie siedział naówczas mąż sławny, wielce uczony, wysoko ceniony przez ludzi, ale w wielu obudzający obawę, bo był niepomiernie ostrego słowa i sądu surowego, nie wszystko tak widział jak drudzy, z bardzo mnogich rzeczy się wyśmiewał i szydził, gdy drudzy je zakrywali i szczędzili. On nie zważał na nic, co głupotą było zwał głupiem, co łotrowstwem mianował niepoczciwością.
Jakbym już nazwał po imieniu ks. Grzegorza z Sanoka, owego ubogiego sierotkę, który się o własnej sile wszystkiego dobił.
Z łaciny i pięknego stylu, z pisania wierszy, ze znajomości dawnej literatury łacińskiej słynął przed wszystkiemi. Dla niego też ci, co z nim się lubowali w niej, byli najulubieńsi.
Na stolicy lwowskiej siedząc, gdzie akademij, kollegiów, ksiąg, uczonych dysput i ludzi mu brakło, choć miał się czem zajmować około dyecezyi swej, mówiono, że się niepomiernie nudził. Onemu co Wirgilim i Plautem rad żył, słuchać codzień nieokrzesanej rusińskiej mowy, lub kościelnej łaciny, nie w smak było.
Każdy więc uczony, który przybywał do Lwowa, pewien był, że go tam najlepsze przyjęcie i gościna czeka.
Takie też spotkało Włocha, wygnańca z własnego kraju, który pono sprzeniewierzywszy się papieżowi, proskrybowany uchodzić musiał z Włoch i po świecie sobie schronienia i chleba szukać.
Zwano go pospolicie Kallimachem, chociaż rodowe nazwisko inaczej brzmiało, a wistocie się mianował Filipem z Buonaccorsich de Tebaldis, a dodawał sobie przydomek: Experiens.
To pewna, że chociaż pochodził z rodziny patrycyuszowskiej, ale ubożuchny był i całe bogactwo jego nauka, rozum a dowcip stanowiły.
Temi go Pan Bóg wyposażył obficie. Czy je wszystkie na chwałę jego i pożytek duszny obrócił, o tem ja robaczek mizerny sądzić nie mogę.
Opowiadali później mi o nim Włochy królewskiego dworu, o których niżej wspomnę, że się w Toskanii rodził w San-Geminiano, ale familia jego wenecką była. Od młodu okazywał zdolności wielkie i we Florencyi nauki odbywszy, za papieztwa Piusa II do Rzymu przybył.
Tu się młodzieńcowi powiodło dostać do kollegium zwanego abrewiatorów, którzy papiezkie listy i po świecie rozchodzące się monita układali. Co tam oni zawinili, gdy po Piusie Paweł II nastąpił, trudno dociec, lecz wina być musiała znaczna, gdyż papież ich, ilu było, rozpędził i ono kollegium zamknięto.
Siedemdziesięciu skryptorów, którzy w niem pracowali, pozostali bez kawałka chleba, a ów kawałek, który postradali, smacznym być musiał, gdyż okrutna rozpacz niemi owładnęła tak, że bodaj przeciwko Ojcu św. spiskować zaczęli.
Jeden z nich, niejaki Bartłomiej Platina, ze skargami na Pawła papieża rozpisał listy do wszystkich europejskich monarchów, abrewiatorowie jakby bunt podnieśli, czego papież ścierpieć nie mógł.
Surowo więc się wzięto do nich, uwięziono winniejszych, a Kallimach nasz do Wenecyi uszedł, gdzie miał powinowatych. Tu widać nie czując się bezpiecznym, bo Paweł się o wydanie sługi zuchwałego dopominał, puścił się na archipelag na barkach weneckich do Cypru, Rodu a potem zwiedził Egipt, Azyę, Grecyę, Macedonię, aż nareszcie do Węgier się dostał i do Polski.
Chociaż wielce uczonemu a podróżami temi w doświadczenie zbogaconemu, nie musiało się powodzić wielce, bo na tej jego mądrości łacińskiej mało kto się znał, niewielu się w niej rozkoszowało.
Zmiarkował snać zręczny Włoch zasłyszawszy, iż król Kaźmirz z papieżem Pawłem o mianowanie biskupów spór wiódł, iż tu mu będzie najbezpieczniej.
Umiał się też sprzedać i zalecić. Powierzchowności nadzwyczaj pięknej, ujmującej, w obejściu zręczny, twarzy wyrazistej i życia pełnej, żywego umysłu, wielkiej znajomości ludzi, umiał sobie pozyskać tych, których potrzebował.
Przez niewiasty też, do których wiersze pisał i rad się w nich rozmiłowywał po włosku, czyniąc je bóstwami, do czego one u nas nie były nawykłe, wiele umiał zyskać.
Na Pokuciu naprzód u pięknej szlachcianki czas jakiś przesiedziawszy, a gdy o Grzegorzu z Sanoka posłyszał, wprost się udał do niego.
Spragnionemu takiego towarzysza arcybiskupowi, Włoch jakby z nieba spadł. Pokochali się więc wzajem tak bardzo, iż dla Kallimacha w całej Polsce drugiego takiego człowieka nie było, jak ks. Grzegorz z Sanoka, a dla niego Kallimach nad wszystkiego świata uczonych stał wyżej.
Wszystkie ich upodobania się zgadzały, myśli mieli jednakie, sąd jeden i zabawiali się oba z równą miłością, literaturą i poezyą łacińską.
Odżył arcybiskup przy nim, ale światła tego pod korcem chować nie chciał. Uważał to za szczęście, iż Kallimach do Polski się dostał, i nie miał pokoju, aż go królowi Kaźmirzowi zalecił.
Długosz miał starszych synów pod sobą. Grzegorz z Sanoka do młodszych Kallimacha raił, a oprócz tego jako doradzcę, jako posła do spraw zagranicznych za nieocenionego uważał.
Stawało to na przeszkodzie, iż Włoch po polsku umiał ledwie tyle, ile potrzeba, aby nie umrzeć z głodu. I mówić się nigdy nie nauczył, ale rozumiał potem dobrze co mówiono. Król zaś ani włoskiego, ani łacińskiego języka nie znał.
Nie przyszło jednak łatwo narzucić go panu naszemu, chociaż królowa o nim zasłyszawszy, bardzo sobie życzy. Długosz bowiem wiedział też o nim, a był mu podejrzanym z tego, że przeciwko Stolicy Apostolskiej nietylko dawniej występował, ale i teraz rad na Rzym sarkał i co było najczarniejszego o nim rozpowiadał.
Lękał się ks. Długosz, aby nietylko na króla nie wpłynął do większego wyłamania się z pod powagi kościoła, ale i młodych królewiczów w tych zgubnych nie wychował uczuciach i nie wykarmił niemi.
Mówiono jednak tyle o Kallimachu, o niezmiernej uczoności jego, przebiegłości, zręczności, rozumie, obyczajach pięknych, dworskości, iż go w Krakowie wreszcie choć zobaczyć zażądano.
Zjechał tedy Włoch, opatrzony tak przez arcybiskupa, aby się mógł korzystnie stawić, co mu łatwo przyszło. Każda suknia na nim leżała wdzięcznie, wszelki strój umiał tak nosić, iż się na nim inaczej niż na pospolitych ludziach wydawał. Czy szedł, siadł czy stanął, umiał to tak uczynić, że oczy ku sobie pociągał. Strój też włoski naówczas po całej Europie za najpiękniejszy był uważany.
Tak samo jak w obejściu się, wymowie, w głosie mistrzem był, a ci co go nie rozumieli, samym dźwiękiem słowa i wyrazem twarzy byli zachwyceni.
Ale tu dodać muszę, że uczony wielce, czego mu nikt zaprzeczyć nie mógł, wcale inaczej nosił mądrość swą niż poważni mężowie nasi, professorowie i kollegiaci. Można było rzec, że sobie zabawkę czynił z tego co umiał, i że to obracał na chwałę własną więcej, na popis, niż na inny ludzki pożytek.
Głosił też to nieustannie, że takich ludzi jakim on był, monarchowie, panowie możni, złotem obsypywać byli powinni, gdyż przez nich tylko do nieśmiertelności, do wieków potomnych dojść mogli.
Umiał każdym wierszykiem swym tak frymarczyć, każde pismo tak zalecić, tak wynieść, tak się do nagrody przymówić zręcznie, iż mu się i śmiech i dowcip i lada słówko sowicie opłacało.
Tak samo i ludzi, których potrzebował obejść, połechtać, przypochlebić się im umiał, że jak do sieci szli, nie wiedząc o tem.
Ks. Długoszowi przeciwko temu przychodniowi szeroko się oświadczać nie uchodziło dla tego, iż o popieranie własnej sprawy i zazdrość mógł być posądzonym.
Tymczasem za Kallimachem co było tu Włochów na dworze, stawało, a tych on od pierwszego spotkania i słowa wielkością swą, rozumem, mądrością olśnił. Znajdowali się naówczas w Krakowie i na dworze w różnych obowiązkach Arnulf Teclaldi, Benedykt Brognoli, Caloami di Gucio i kilku innych. Później już przybył historyk Collenucio z Pezaro.
Ci wszyscy chórem chwałę swojego współziomka pod niebiosa wynosząc, za wielkie to królestwu naszemu szczęście poczytywali, iż szczęśliwe wiatry Kallimacha tu przyniosły.
Wychowanka niegdyś Piusa II, królowa Elżbieta też z wielką ciekawością oczekiwała na niego, spodziewając się, iż temu więcej światowo ogładzonemu cudzoziemcowi, wychowanie młodszych synów, Aleksandra, Zygmunta i Fryderyka powierzonem zostanie.
Surowość Długosza, obchodzenie się jego bezwzględne z królewiczami budziły obawy w królowej, aby młodzi zahukani, onieśmieleni zbytecznie i nadto po księżowsku nie byli wyhodowani.
Wprawdzie nie był łagodnym ani pobłażającym nasz Długosz, wymagał karności wielkiej, lecz srogim nie był i umysłowi królewiczów swobodnie się rozwijać nie przeszkadzał. Świadectwem najlepszem tego było, że gdy Władysław i Kaźmirz, wedle przyrodzonych skłonności nieśmiałemi pozostali i łagodnemi, Olbrachcik wcale się uchodzić nie dał i inną poszedł drogą.
Zjawił się tedy w tym właśnie roku na dworze Kaźmirzowym, ów naprzód zalecony i sławą poprzedzony Kallimach, gdy już o wezwanie na tron czeski Władysława najstarszego i umowy o przyjęcie korony tej prawie były zawarte.
Z tego powodu i ks. Długosza nadzór nad królewiczami musiał ustać, gdyż Kaźmirz oświadczył naprzód, iż chce, aby Długosz w pierwszych czasach towarzyszył synowi do Pragi i tam mu był radą i opiekunem wśród ludzi obcych. Władysław też bez miary dobry, łagodny, wszystkim dogodzić usiłujący, potrzebował koniecznie kierownika takiego, tembardziej, że dotąd trzymany w posłuszeństwie i zawisłości, nagle miał pełną wolę otrzymać.
Łacno go źli ludzie gdzieby chcieli przeprowadzić mogli.
Muszę też tu słówko powiedzieć o sobie, i jakem włożone na mnie obowiązki spełniał.
W pierwszych czasach stałem od królewiczów dosyć zdala, towarzysząc im milczący w przejażdżkach, w grach na podwórcach i w ogrodzie, a czasu słoty w izbach na to przeznaczonych. Niekiedy powtarzałem im zadane pensa i rozwiązywałem w nich trudności.
Oprócz mnie było około nich służby, towarzystwa, pacholąt różnych dosyć dla rozrywki i współzawodnictwa przy nauce. Pomagał ks. Długoszowi starszy ochmistrz Stanisław Szydłowiecki, mąż stateczny, dobrego serca, miękki, ale na wzór Długosza przybierający zawsze surową postać i oblicze, choć nad miarę powolny i dobroduszny był.
Udawał nieubłaganego, ale odchodził i przez szpary patrzył, choć się co inaczej działo niż polecił.
Starał się o miłość u swoich wychowanków i miał też ją, ale go tak jak ks. Długosza nie obawiali się i nie szanowali. Nastawiał marsa, groził, fukał, ale nigdy nie oskarżył i nie ukarał.
Z pomiędzy młodzieży szlacheckiej, która dodaną była królewiczom, wyróżniał się Konarski Jan, niezmiernie pokaźny chłopaczek, który Kaźmirzowi szczególniej przypadł do serca. Byli prawie nierozdzielni, modlili się, śpiewali razem, klęczeli przed obrazami, a gdy jeden odmawiał modlitwy, drugi odpowiadał. Miłość ich dla siebie była tak wielką, że jeden bez drugiego żyć prawie nie mógł, ale że ona pobożności była podniętą, nie miał przeciwko niej nic ks. Długosz, i Konarski był nieodstępnym przy Kaźmirzu.
Władysław nie jednego ale wielu miał takich przyjaciół, żadnego jednak nie wyróżniał z między nich i nie przypuszczał do zbytniej poufałości, choć nadzwyczaj miał dobre serce. Nie mniej wszakże czuł się królewiczem i do korony przeznaczonym.
Olbracht się nie przywiązywał do nikogo, ale na przemiany to się do zbytku poufalił, to dumnie stronił od ludzi. Naturę miał więcej w sobie zamkniętą, skrytą i nie lubił, aby go odgadywano.
Bracia się wszyscy kochali między sobą, ale Olbracht mniej ze starszemi żył i zwierzał się im; naturę miał inną wcale, więcej rycerską, dumniejszą, choć gdy się rozweselił i rozpuścił do zbytku z chłopiętami, sobie i im z sobą wiele pozwalał. Ale bieda była, gdy nagle się opamiętał kim był; naówczas ani się kto mógł zbliżyć do niego.
Z nim i Szydłowiecki i Długosz i ja w początkach miałem najwięcej do czynienia. Spuścić go z oka nie było można, bo naówczas to, co najmocniej mu zakazano, pewnie zbroił. Dorwać się do dzbanka z winem, które tylko z wodą królewiczom dawano, i to bardzo pomiernie, wdrapać się na drzewo, na płot, wpaść do stajen, między gawiedź, psiarzy i ciurów i z niemi żarty i swawole poczynać, najmilszem mu było. Stawiano go na pokutę potem, z czego się śmiał, nauczycielowi, gdy nań nie patrzył, przekrzywiając się.
Nauka mu przychodziła bardzo łatwo, pamięć miał doskonałą, ale ochoty niewiele. Tylko historye gdy mu kto czytał, słuchał ciekawie i zaraz do siebie je stosując, opowiadał jakim on będzie monarchą.
Długosz, który o tem wiedział, starał się skarcić przedwczesną dumę i powtarzał mu, że niewiadomo, który z nich do jakiej korony dojdzie, bo ich sześciu było, a królestw tylu do rozdania ciężko znaleźć.
Oglądano się wprawdzie na Czechy i Węgry, o czem wszyscy wiedzieli, lecz bodaj o oboje przychodziło wojować. Najmłodszy z synów Fryderyk, od kolebki był do stanu duchownego przeznaczonym, lecz i tak pozostawało do wyposażenia pięciu, a licząc, że Litwa i Korona osobno obsadzone być mogły, jak za Jagiełły jeszcze koron dla paniąt za mało było w zapasie.
Ale Olbracht nie wątpił ani na chwilę, że królem być musi.
Wszystko to, o czem piszę, działo się przed rokiem 1471, przed przybyciem na dwór Kallimacha i wyborem Władysława królewicza na tron czeski, gdy prawie razem postanowiono Kaźmirza z wojskiem wyprawić do Węgier, gdzie obiecywano mu jak Warneńczykowi chętne przyjęcie i gorzej się niż on zawiódł na niem.
Lecz o tem niżej.
Długosza dozór więc miał ustać, a z nim około królewiczów zmienić się wszystko. Włoch przybywał, jak widzimy, w samą porę, jak gdyby na to rachował.
Przez czas pobytu przy młodych panach, co kilka lat dobrych trwało, oni ze mną i ja z niemi się spoufaliłem. Lubili mnie dosyć, szczególną jednak słabość powziął dla mnie Olbracht i tego byłem najbliżej.
Jak do tego przyszło, nie wiem. Starałem się go oszczędzać, gdy co zbroił, nie stroniłem od rozmowy z nim poufałej, oddawałem małe posługi i pozyskałem zaufanie.
Powiedzieć jednak nie mogę, aby mi się kiedy zupełnie z czego zwierzył. Wyrostkiem jeszcze będąc, taką już zachowywał ostrożność, iż przed nikim całych myśli swych nie odkrywał. Badał drugich, nie wydawał się sam nigdy.
Zresztą wesół, bawić się lubił i braci bojaźliwszych, gdy mógł pociągał za sobą. Udawało mu się to z powolnym Władysławem, Kaźmirz mu się opierał.
Gdyśmy przybyli w początku roku do Krakowa, wiedzieli już królewicze, że Władysław miał czeskim królem zostać. Długosz nieustannie mówił mu o obowiązkach monarchy względem kościoła i wiary, gdyż szczególniej w Czechach herezyi pobłażania się lękał.
Wszyscy synowie królewscy w pobożności i praktykach religijnych wychowani byli, ale różnie one do nich przystały. Olbracht najmniej religijnego okazywał ducha. Na swój wiek panięta wszystkie były dojrzałe i starsze umysłem i nauką niż pospolite dzieci w tych latach bywają. Odzywała się w nich mimowoli czasem młodość, jakąś swawolą, śmiechem, porywem, ale w ogóle poważni byli jak starzy ludzie i zważać na siebie musieli.
Króla jeszcze w Krakowie nie było, zmarł podówczas Siemion Olelkowicz, wielkorządca kijowski, królowi na pamiątkę przysławszy konia i łuk swój bojowy.
Potrzeba było w miejsce jego następcę wyznaczyć i Kaźmirz Gastolda z Litwy chciał tam posłać, który się długo opierał, na Ruś sobie nie życząc dla wiary, ale królowi posłusznym w końcu być musiał.
Ilekroć powracaliśmy na Wawel, a zastawali tu królowę Elżbietę, dla matki od dzieci odłączonej, dla młodszej braci i sióstr, dla rodziny całej były to dni wesela takiego, że obcym patrzącym na nie, łzy z oczów tryskały. Ja com nigdy rodziny nie miał i nie doznał tych rozkoszy, niemal z zazdrością się przypatrywałem obrazowi temu, gdy przybywających witano z okrzykami i uściski, gdy bracia i siostry pozdrawiali się, opowiadając sobie wzajemnie, co pod ich niebytność zaszło.
Strzegła tego królowa, aby i przy poufałych familijnych zabawach pewna dostojności królewskiej powaga zachowana była, ale młodzież utrzymać trudno. Śmiechem się naówczas rozlegały komnaty.
Gronko królewskich dzieci było liczne, bo i księżniczek drugie tyle prawie co chłopców liczyło; a było wszelkiego wieku wyrostków, od Władka poczynając, który piętnaście lat miał, do trzyletniego Fryderyczka, przy którym jeszcze chodziła niańka.
Było komu do stołu zasiąść, gdy sami jedli z królem i królową, a znękany pan mógł się widokiem tego rozkwitającego potomstwa pocieszyć. Wszystkie niemal dzieci odznaczały się pięknością lica i prawdziwie królewskiem jakiemś dostojeństwem.
Z młodszych Aleksander już lat jedenaście mający, tak łagodny jak Władysław, powolny, milczącym był od dzieciństwa i nie okazywał żywości umysłu jak inni. Zygmunt i Fryderyk oba jeszcze dziećmi byli.
Król pod te czasy, jeżeli się niewiele zmienił, to ani poweselał, ani swobodniejszym się okazywał. Trosk miał zawsze wiele, nieprzyjaciół dosyć, trudności w sejmach ciągłe o każdy grosz, którego trzeba się było dopraszać.
Tę miał tylko pociechę, że wiele spraw jak z Prusami, w Inflantach i w domu z biskupstwy doprowadził szczęśliwie do skutku.
Pozostawało mu jeszcze do czynienia dość, a między temi co króla otaczali nie tajnem było, że wielkie osnuwał plany, chcąc pod dynastyą Jagiellońską połączyć królestwo polskie z Litwą, Węgry i Czechy. Z taką potęgą potem łatwo się mógł kusić i o odebranie Turkom tych słowiańskich prowincyj, które byli zagarnęli.
Z takiemi myślami się nosząc, bolał tylko, że dzieci były zaledwie dorastające, a mężów takich, coby go zrozumieli i pomogli do urzeczywistnienia tego wielkiego dzieła brakło.
Tak samo, jak narzekano na wojnę z zakonem, gdy szło o odzyskanie ziem przez Krzyżaków przywłaszczonych, sarkali teraz nawet Wielkopolanie na to, że król niepomierną ambicyą swoją narazi kraj na wydatki znaczne i daremne ofiary.
Król przecież na to z własnego skarbca dawał pieniądze na zaciągi, i nie żałował.
Królowa także zamiarom jego pomagała.
Uśmiechać się to mogło w istocie panu naszemu, gdyby tak ogromne królestwa związać mógł z sobą i jak mur żywy przeciwko poganom postawić.
Władka już tu w Krakowie pocichu królem witano, co mu na twarz rumieniec skromności i uciechy wywoływało. Głośno o tem nie mówiono jeszcze, bo wybór nie był dopełniony.
O Kallimachu poprzedzające go wieści nadchodziły, on sam się jeszcze nie zjawił. Mówiono o nim wiele, królowa się zajmowała.
W maju król przybywszy, wysłał zaraz do Pragi dla mającego nastąpić wyboru posłów od siebie.
Nie godziło mi się w takim składzie okoliczności myśleć, ani się starać o siebie, jednakże obawiać się zacząłem, aby mnie nie odprawiono, gdy ks. Długosz z najstarszym odjedzie. Co gorzej zaczynano gwarzyć, że trzynastoletniego Kaźmirza król chciał na Węgry wyprawić, choć chłopię się od tego płaczem wymawiało.
Wprawdzie i Szydłowiecki mnie zapewniał, że pod sobą zatrzyma przy młodszych, i Olbracht ręczył, że nie dozwoli, aby mu mnie wzięto i na swych posługach zachowa, ale sama zmiana wszelka groźną się wydawała.
Polegałem więcej może na Olbrachcie niż na Szydłowieckim, lecz królewicze do ostatniej chwili wyzwolenia nie mieli własnej woli, król wszystkiem rozporządzał, a sprzeciwić mu się nikt nie ważył.
Zadora, który mało co mając do czynienia, znacznie był ociężał, utył i stracił dawną swą żywość i drapieżność, gdym się przed nim nad losem moim użalał, ruszył ramionami tylko.
— Daj pokój, twardo już wrosłeś do dworu, nikt cię wysadzić nie potrafi. Nie ma się troskać o co.
Dodał mi otuchy trochę. Poszliśmy razem rozsłuchać się i rozpatrzeć po mieście. Od czasu gdym Luchnę raz ostatni spotkał w Krakowie, ani jej, ani Nawojowej nietylkom nie widział, ale mi się o nich nawet słyszeć nie dało nic. Ile razy przyszło w Krakowie czas jakiś mieszkać, dowiadywałem się pilno; mówiono mi, że niejaki czas tu przebywszy wdowa, odjechała do majętności swych i oddawna się tu nie pokazywała.
Nie wiedziano o niej nic.
Idąc ulicą z Zadorą, spotkaliśmy procesyą, której tłum wielki pobożnych towarzyszył. Jakież było podziwienie moje i przestrach, gdy zaraz za księdzem ujrzałem idącą, do niepoznania zestarzałą i zmienioną, a dla mnie zawsze jeszcze tęż samą matkę, której rysy się w pamięci mej wyryły.
Szła w sukni brunatnej, podobnej krojem do tych, jakie nosiły zakonnice św. Franciszka, wytartej i połatanej, z różańcem u pasa, boso, z głową osłoniętą czarnym rąbkiem, świece niosąc w ręku, z oczyma osłupiałemi, wymizerowana, blada, straszna cierpieniem, które się na licu jej malowało.
Wszyscy się na nią oglądali, bo była jedna w tym ubiorze pokutnicy, a sama twarz jej litość obudzała.
Nogi miała zbłocone i pokrwawione; ręce, w których świece i paciorki trzymała, trzęsły się i drżały.
Stanęliśmy zdjąwszy czapki, a jam zaniemiał od tego widoku.
Nawojowa szła nie patrząc na nic i na nikogo; nagle, jakby mój na nią rzucony wzrok siłę miał jakąś i jakby go ona poczuła, zwróciła oczy na mnie.
Stanęła chwilkę, oblicze się jej zmieniło przestrachem, ale wnet się opamiętawszy, spuściła ku ziemi wejrzenie i drżącym krokiem dalej postępowała.
Zadora, któremu była obojętną, wcale jej nie poznał. Nie odzywałem się do niego, dając przejść procesyi i nie mogąc ruszyć z miejsca. Stałem jak wkuty.
Obejrzawszy się na mnie, Zadora dopiero poznał, że coś się stało ze mną, czego zrozumieć nie mógł.
— Co ci jest? — spytał.
— Nie widziałeś nic?
— Com miał widzieć?
Dopierom mu powiedział o niej, ale wierzyć nie chciał.
— Przewidziało ci się — odparł — u stracha wielkie oczy. Zkądżeby jej od tego szaleństwa przejść było do nabożeństwa. Nie może to być, nie może.
Nie dałem mu pokoju, poszliśmy na zwiady. Zaciągnąłem go do kamienicy pod św. Michała, chcąc od ludzi Tęczyńskich języka dostać.
Zadora ludzi znał wszędzie, dopytał się i tu do dalekiego powinowatego, który na zapytanie o wdowę Nawojową, rzekł:
— A juści tu jest od pół roku, szalona baba. Zgryzotę tylko z nią mają Tęczyńscy, bo niewiedzieć nigdy, co uczyni, do czego się rzuci. Po wielkich szałach, kiedy tak dokazywała, że ją już niemal zamykać chcieli, nagle na wieś zbiegła; na zamku sama jedna osiadła, zaparła drzwi, odgrodziła się od ludzi. Napadło ją nabożeństwo, skrucha, pokuta, i oto już kilka miesięcy przy klasztorze siedzi, wdziała habit, a całe miasto się jej dziwuje. Powiadają, że się biczuje, włosiennicę nosi, posty okrutne zadaje sobie, po nocach krzyżem leży, a co ma, ubogim rozdaje.
Poruszył głową szlachcic i dodał:
— A mnie się zawsze widziało, że u tej niewiasty niespełna rozumu... Bóg wie, jak się to jeszcze skończy, a no zawsze lepsza taka pobożność, niż te uczty, które wyprawiała.
Powróciłem na zamek myśląc i przemyślając nad jej losem.
Jeżeli kiedy serce moje się ku nieszczęśliwej skłaniało, to teraz, gdym miał jawne dowody jakiem męczeństwem życie jej było. A w tem życiu ja też tkwiłem jako cierń boleśny i niepozbyty.
Wyrzucałem to sobie, żem jej na oczy przyszedł, lecz stało się to mimowoli, bom przewidzieć nic nie mógł. Zadora mnie widząc tak pognębionym pocieszał jak umiał.
Nazajutrz, gdym wedle zwyczaju Olbrachtowi poszedł czytać historyę rzymską, bo jej rad słuchał i o niej rozpowiadał, a łacinę tak rozumiał dobrze, że w tem starszych braci przechodził, wsunęło się pacholę szepcąc mi, że ktoś o mnie pilno się dopytuje.
Królewicz mnie natychmiast odprawił. Szedłem za chłopakiem w dziedziniec, gdziem dziada zastał, jakby żebraka z pod kościoła od zakonnic św. Franciszka, który mi powiedział, abym się do klasztoru stawił dla rozmowy z pokutnicą, którą tam zwano imieniem Magdaleny.
Szedłem natychmiast z nim, wiedząc już kto mnie wołał.
Dziad do furty zadzwoniwszy, gdy oznajmił o mnie, do izby pustej przy niej wpuszczony zostałem.
Tu mi czekać kazano, aby się nabożeństwo w chórze skończyło.
Łzy miałem w oczach, gdy szelest sukni i stąpanie usłyszałem... Zbliżyła się do mnie w milczeniu. Byłem tak przejęty litością wielką i miłością nią wzbudzoną, żem nie śmiejąc spojrzeć, do stóp się jej rzucił łkając.
Chwilę milczenie trwało; gdym podniósł oczy, ujrzałem ją, jakby ciężką walkę z sobą przebywającą, z rękami zaciśnionemi, z usty zakąszonemi, z oczyma straszliwie rozpłomienionemi.
— Nie kuś mnie — odezwała się głosem złamanym — niegodną jestem żadnej pociechy, żadnej radości na ziemi, ani dziecka uścisku, ani nazwiska matki... Zwołać cię kazałam, bo powinieneś i ty być narzędziem pokuty dla mnie. Nie powinnam się sromu mojego wyrzekać, ani go zrywać, ale odkryć przed światem, aby na mnie plwał i deptał mnie jak zasłużyłam.
Porwałem się przestraszony.
— Nie czyńcie tego — zawołałem — zaklinam was. Nie o mnie mi chodzi, ani nawet o was, gdy srom ten chcecie ofiarować Bogu, lecz o rodzinę i tych, którychbyście pociągnąć musieli z sobą... Uczyńcie ze mną, co się wam podoba, lecz szczędźcie innych... Nie powinniście, matko moja, gdy mi tego imienia użyć wolno, czynić nic bez porady świątobliwych ludzi, a pewien jestem, że takiej pokuty żaden z nich wymagać i dopuścić nie może.
— Myślisz — przerwała sucho — że w tej pokucie tkwi chęć zemsty?
I zamilkła spuszczając oczy.
— Bóg jest sprawiedliwy — poczęła po przestanku, z płaczem — powinien ukarać winnego. Jeżelim zasłużyła, niech mnie kaźni, ale i ten... ten... pokutować powinien... I dziecko grzechu nie może być szczęśliwem — dodała.
Siły ją opuściły, zachwiała się i padła na ławę przy ścianie.
Wlepiła we mnie oczy.
— Sługą jesteś na dworze? — spytała — sponiewieranym? bez imienia?
— Nie skarżę się — rzekłem — los mój znoszę i nie żądam zmiany jego.
— Choć inny tobie i mnie się należał — szepnęła. — Ale Bóg chciał, błogosławiona wola jego.
Otarła oczy i zaczęła gorączkowo mówić prędko.
— Nie powinnam była cię widzieć, alem pragnęła raz jeszcze. Mów co ja dla ciebie uczynić mogę? chcę naprawić to, co los popsuł.
— Nic nie żądam — odparłem wzruszony — pozwólcie mi tylko widzieć siebie i zyskać serce wasze... Jestem sierotą.
— Nie! nie! — zawołała — toby było pociechą dla mnie, a ja pokucie życiem oddała. Zakonnicą niegodnam być, łaską jest, że mi tę suknię wdziać pozwolono, ale świata wyrzec się muszę i zapomnieć. Chciałam tę pokutę moją uczynić głośną, jawną, oskarżyć się, okryć wstydem... Ale rodzina, ale wszyscy, co są z nią związani nie dopuszczą tego... zamkną... Możni są... Zadawali mi szaleństwo — rzekła cicho. — Tak... mogliby o nie obwinić.
Załamała ręce, łzy się jej z oczów toczyły. Wśród tego pobożnego pokutniczego usposobienia, czuć było wybuchy ziemskich wspomnień i uczuć, które się z niem pogodzić nie mogły.
W skrusze i pokorze tkwiło jeszcze niezgasłe zemsty uczucie.
Po namyśle wstała z ławy, czoło się jej zmarszczyło.
— Chcę naprawić choć w części niesprawiedliwość losu — rzekła — mam majętności, przekażę je tobie, niech ludzie mówią, co chcą, nie dbam o to... Mam prawo mieniem mojem rozrządzać, ale powinieneś dwór porzucić, służby się tej wyrzec.
Nie potrzebowałem długiego namysłu, aby stanowczo odrzucić tę ofiarę. Chciałem rękę jej ucałować, wyrwała mi ją.
— Nie mogę przyjąć tego — rzekłem. — Jawnemby się stało naówczas, kim jestem, oskarżyłabyś siebie, a z sobą współwinowajcę, rzuciłabyś jego i siebie na łup językom i złości ludzkiej.
— Niech mnie gryzą! — zawołała — ja tego chcę ja dlatego jawnie pokutuję. Pragnę, aby mnie wytykano, palcami.
— A jabym żyw też musiał chodzić z tem piętnem — odezwałem się — którego z czoła mojego nicby zetrzeć nie mogło. Dziś zowię się sierotą, musiałbym obelżywe wziąć naówczas nazwanie. Chceszże tego dla dziecka swojego?
— Dzieci za rodziców pokutować powinny — zamruczała ponuro. — Stoi to w piśmie... wiele pokoleń... wiele...
Zadumała się nagle.
— Nie czyńcie tego — dodałem pokornie. — Bóg takich ofiar ani żąda, ni przyjmuje wdzięcznie. Matko moja, radźcie się świątobliwych, nie czyńcie bez ich zgody żadnego kroku.
Siadła na ławie, ale oczy już miała z łez oschłe i krwawe od nich tylko.
— Cały ciężar pokuty spada na mnie — zaczęła powoli — nikt podzielić jej ze mną nie chce. Ja jedna muszę do śmierci nosić plamę i ranę niezgojoną... Tak... wypierałam się ja dziecka, teraz dziecko się mnie wypiera... A on!
Nie dokończyła, łzy z wyschłych powiek polały się znowu. Popatrzyła na mnie, ale z gniewem i wyrzutem.
— Idź już — rzekła — idź, rozdarta jest dusza moja, umysł zbłąkany; nie wiem, co czynić; cierpię i umieram, a umrzeć nie mogę, a cierpieć nie umiem... Idź.
Wstała z ławy. Schyliłem się, kraj jej sukni chcąc ucałować, odsunęła się ze wstrętem.
— Zaklinam cię, matko...
— Nie zwij mnie tem imieniem — przerwała dziko.
— Wezwijcie rady świątobliwych mężów, których tylu liczy miasto nasze; oni uspokoją, oni wskażą pokutę i drogę.
— Skarcą mnie i odepchną — przerwała gwałtownie.
I nie patrząc na mnie, wyszła nagle. Zostawszy sam, wywlokłem się przestraszony i zbolały z klasztoru.
Widziałem, że w pomoc kogoś wezwać muszę i na spowiedzi się zwierzyć jednemu z tych zakonników, którzy wpłynąć mogli powagą świątobliwości swojej na niespokojną kobietę. Lękałem się, aby obłąkana tą pokutą, która się z zemsty uczuciem łączyła, nie popełniła kroku, mogącego ją na zemstę rodziny wystawić.
Cierpienie przywiązywało mnie do niej. Nie chciała mi być matką, ale ja pragnąłem być dla niej dziecięciem przywiązanem. Jak ja była sierotą, opuszczoną, zostawioną sobie samej. Trafić nie umiała o własnej sile nawet do Boga.
Wybiegłem z klasztoru nie zebrawszy myśli, nie wiedząc dokąd się udać, gdy na myśl Opatrzność mi przywiodła niejeden raz słyszane, sławione ze świątobliwości imię O. Ładysława z Gielniowa.
Widywałem skromnego i pokornego zakonnika u ks. Jana Kantego, który się nim zachwycał, tak jak on wielbił pobożnego mistrza. Oba siebie byli godni.
Jednym tchem pędziłem do klasztoru Bernardynów, u furty niespokojnie błagając aby mnie do niego wpuszczono. Był w kościele na modlitwie przed N. Sakramentem, ale jakby przeczuł, że pomocy jego ktoś potrzebuje, ucałowawszy ziemię, wstał właśnie i miał wyjść, gdym mu do nóg przypadł.
— Ojcze mój — zawołałem — zlituj się nademną, wysłuchaj mnie. Ratuj duszę, którą ty tylko możesz ocalić.
Tuż stał konfesyonał. Ks. Ładysław wszedł do niego, szepcąc modlitwę, pokląkłem ja do spowiedzi i głosem jękliwym począłem mu opowiadać historyę moją i matki.
Przed świętym mężem nic taić nie potrzebowałem. Zakląłem go na imię Boga żywego o śpieszny ratunek.
Pobłażliwie, pochylony ku mnie, słuchał staruszek, a gdym skończył, krzyżyk zakreślił nad zbolałą głową moją.
— Idź w pokoju — rzekł — uczynię to, co mi Bóg natchnie, miłosierdzie jego niewyczerpane.
Z niepokojem w duszy odszedłem na zamek do służby mojej, od której uwolnić się musiałem dnia tego, tak czułem się słabym i pomięszanym.
Dnia następnego zwiększył się niepokój, gdy pobiegłszy do klasztoru, aby się dowiedzieć o Nawojową, otrzymałem odpowiedź, iż dziś jej nie będę mógł widzieć. Czekać musiałem jutra, postanowiwszy sobie chodzić bodaj codzień i natrętnie dobijać, dopóki przypuszczonym nie będę.
Siostra furtyanka wpuściwszy mnie do gościnnej izby, czekać kazała. Nierychło dały się słyszeć powolne wlokące kroki. Ujrzałem matkę wchodzącą powoli, z twarzą łzami zalaną, ale spokojniejszą niż była. Gorączka ta, którą miała wyrytą na obliczu, ustąpiła, a w jej miejscu głęboki smutek oblókł twarz wychudzoną i zwiędłą.
Upadłem jej do nóg z miłością wielką, którą poczuć musiała, bo mnie nie odepchnęła.
Siadła na ławie osłabła płacząc ciągle, lecz łzy to były błogosławione, z któremi ból z duszy płynął.
Milczenie długie ja pierwszy przerwałem, dwa dni namysłu uczyniły mnie śmielszym.
— Matko moja — rzekłem — raz jeszcze do ciebie jak dziecię miłości spragnione przychodzę. Sierotą jesteś jak ja, odpokutowałaś długie lata, pozwól mi teraz żyć dla siebie, służyć ci. Królewicze teraz będą ciągle w Krakowie, a przynajmniej przez czas długi. Służba moja przy nich nieciężka. Zamiast klasztoru, pozwól mi znaleźć ci dom, gdziebyś modlić się jak tu mogła, a ja mógł być z tobą i posługiwać ci, pocieszać... Moja miłość sieroca, która się nie miała gdzie zwrócić, cała dla ciebie się wyleje i może choć jeden dzień życia ozłoci.
Gdym mówił, słuchała mnie bez gniewu, patrzała na mnie, łkała i zachodziła się od płaczu.
Nagle pochyliwszy się ku mnie, po raz pierwszy od dni dzieciństwa mojego, pocałowała mnie w głowę i z jękiem boleśnym wyszła.
Dnia tego napróżno czekałem jej powrotu; wróciłem nazajutrz z lepszą nadzieją. Zuchwała to myśl była, którą rzuciłem, nie rozważywszy nawet, jak trudną była do spełnienia.
Wystawiałem sobie tylko tę rozkosz, jakąbym miał, pielęgnując biedną kobietę, uspokajając ją na duchu, starając się przekonać, że to odrzucone dziecię kochało ją nad wszystko na świecie.
Byłem tak pozbawionym od lat wielu tego, co mogło mnie silnie przywiązywać do kogokolwiekbądź, iż odzyskanie matki rajem mi się wydawało.
Miłość dla Luchny była innego rodzaju i z tem pragnieniem serca macierzyńskiego, nic wspólnego nie miała.
Spokojniejszą znalazłem ją znowu, łzy nawet oschły. Zadumana słuchała mnie, chwytała każde słowo, wszystko com mówił tak nowem było dla niej, jak dla mnie. Lecz i tego dnia jeszcze nie odpowiedziała na prośbę moją. Sądziłem, że wymagać będzie po mnie, abym służbę króla porzucił dla niej, lecz nie mówiła o tem.
Gorące słowo świątobliwego spowiednika wpłynęło na nią cudownie. Raz jeszcze znowu widziałem ją zmienioną, lecz z pociechą najwyższą, bo pokój zstępował na jej duszę, rezygnacya chrześcijańska zastępowała zemsty pragnienie.
Nie znajdując oporu wyraźnego przeciwko mojemu żądaniu, aby w Krakowie zamieszkała i pozwoliła mi służyć sobie, wróciłem znowu do tej myśli.
— Stanie się jak żądasz — rzekła powoli. — Winnam ci za to wszystko, coś wycierpiał niewinnie, a zechceli świat czernić mnie i obwiniać, zniosę w pokorze. Nie zamknę się w klasztorze, chociaż sukni tercyarki nie zrzucę, ani pokuty nie zaniedbam. Kazano wszystko przebaczyć, aby Bóg nam win naszych nie pamiętał. Kazano przebaczyć — dodała — nad tem pracować potrzeba, aby serce własne zwyciężyć.
Gdym dziękował jej, odprawiła mnie za głowę ująwszy i wyszła łzy ocierając. Drugiego dnia wychodzić miałem z zamku, gdy mnie Sliziak spotkał we wrotach. Chociaż się go nie obawiałem teraz, miałem wstręt jakiś do tego człowieka z dawnych czasów i pozbyć się go nie mogłem. Powitałem dosyć zimno.
— Do was szedłem — rzekł biorąc mnie za rękę i spojrzawszy mi w oczy dodał — nie marszcz się na mnie. Sługą byłem i jestem, nie z tych sług co dla pieniędzy, ale co dla serca służą. Od pieluch ją kochałem dzieckiem, dlategom był gotów dla niej, choćby truć i zabijać, a gdy każe miłować, dla niej miłuję, tak jakem nienawidził.
Westchnął.
— Cuda się dzieją — mówił dalej widząc, że mu nie myślę przerywać. — Pani moja domu szuka w mieście, aby go kupiła... ale bez was teraz nic uczynić nie chce. Nawojowej lada dworku nabyć się nie godzi, musi mieć kamienicę, którejby się ani Gastoldowie, ni Tęczyńscy nie wstydzili. Brat jej po Siemionie Olelkowiczu wielkorządzcą w Kijowie. Znalazłem w rynku dom po Rejzerach pod złotym dzwonem, ale dzwon się na tarczę naszą przerobi. Chodź opatrzeć.
Sliziak się uśmiechał, był teraz tak dla mnie serdecznym, tak powolnym, iż ja trochę się rozmarzać zacząłem.
Szliśmy pod złoty dzwon, który ja zdala znałem, ale co się wewnątrz w nim działo nie wiedziałem spełna. Mieszczańskie było domostwo, lecz do zamożnych należało, więc znalazło się gdzie rozgościć szeroko. Sieni ogromne, wschody ciemne, izby sklepione pokaźne, podwórce obszerne, starczyły i dla liczniejszego dworu. Zdało mi się wszystko to dobrem a najlepszem, iż Nawojowa kamienicę nabywała. Wolałbym był wprawdzie dla niej dom osobno stojący z ogrodem, od zgiełku rynkowego i ulicznego oddalony, ale o taki trudno było. Co lepsze murowane domostwa stały w pośrodku miasta, w ogrodach zaś dworki wszystkie drewniane.
Ale Tęczyńscy mieli też trzy domy wpośród mieszczańskich stojące, a nie sarkali na to. Pod złotym domem na dole był kram, ale ten zamknąć i na izbę mieszkalną przerobić łatwo było.
Tak ze Sliziakiem obejrzawszy przyszłe nabycie, rozradowany wielce chciałem z nim iść też zaraz do klasztoru, na co się nie zgodził.
— Przyjdziesz jutro — rzekł — dziś ona musi to przebyć czego nie lubi, sprawy swoje pieniężne i majątkowe pokończyć, aby była swobodną. Takiego końca jam się nigdy nie spodziewał, ale Bóg łaskaw, taki najlepszy.
Życie moje tedy, choć na pozór nie miało żadnej doznać zmiany, wistocie zmieniło się tak, jakby po nocy czarnej zeszła jutrzenka. Sliziak powiedział dobrze — stał się wistocie cud, nie miałem dosyć słów i modlitw na podziękowanie Bogu.
Lecz biedna ta niewiasta, którą zwałem matką swoją, tyle razy w życiu różnemi porywana prądami, mieniąca się tak dziwnie, czy mogła wytrwać w tem nowem postanowieniu.
Drżałem o to.
Gdym znowu do klasztoru przybył, znalazłem ją, dzięki Bogu, nieodmienioną wcale, uspokojoną, jakby uradowaną z tego co się stało.
— Opowiadał mi Sliziak o dworze nowym — rzekła. — Izby na dole będą dla ciebie, choćbyś w nich nie mieszkał stale, mieć je przecie musisz. Widzisz, że się temu poddaję, byś służby królewiczów nie rzucał, najwięcej mnie to kosztuje, ale dla waszej przyszłości zdać się to może... niech tak będzie.
W czasie tym, gdy dom pod złotym dzwonem uprzątać i oczyszczać miano, Nawojowa pozostała w celi klasztornej. Przybywałem tu codzień po rozkazy, dla widzenia się, spowiadając z całego życia mojego.
Była już tak daleko uspokojoną, że nietylko o dworze słuchała cierpliwie, gdym rozpowiadał, ale sama mnie rozpytywała.
Tylko gdym o królu mówił, odwracała głowę i milczała.
Właśnie pod ten czas przypadły wielkie zmiany na dworze, bo już, już królewicza Władysława mieliśmy postradać, gdyż jakem mówił, do Czech go brano.
Jedni go im żałowali, bo jako najstarszy, mówili, powinien był po ojcu nastąpić, a wielkiej dobroci jego też nie radzi byli postradać; drudzy twierdzili, iż zbyt łagodnymby był dla polaków i lepiej było, że go Czesi brali, gdzie umysłem zgodnym mógł spory i niesnaski koić a ludzi zwaśnionych z sobą przejednać.
Postanowionem było, iżby ks. Długosz mu towarzyszył.
Tymczasem zwierzchni kierunek królewiczami obejmował Szydłowiecki, ja dozór i naglądanie, a na widoku w przyszłości naówczas już stawiano onego sławionego Kallimacha, stręczonego przez Grzegorza z Sanoka.
Tu mi wprzód, niżeli wyjazd królewicza zapiszę, wspomnieć należy, iż panu naszemu właśnie pod ten czas ubył jeden z najlepszych, najwierniejszych sług jego, ks. Lutek z Brzezia, ten sam, którego młodym jeszcze, okrutny Świdrygiełło, gdy do niego poselstwo od Jagiełły sprawował, za zbyt śmiałe słowo policzkiem znieważył. Mąż był rozumny, jurysta uczony, gorącego temperamentu, pańsko lubiący żyć, więc zawsze grosza żądny, a na dworach i przy księżach przebywający chętnie. Nie mało poselstw, spraw, traktatów przez jego ręce kanclerskie przeszło i w pokoju z Krzyżakami też był czynny.
Umarł, powiedzieć było można, na placu boju, bo wśród sejmu, gdy przeciwko Dersławowi z Rytwian wojewodzie sandomierskiemu gorąco przemawiał; tknęło go powietrze tak, że wnet osłabłszy padł i na rękach wyniesiono go do domu, gdzie wprędce Bogu oddał ducha.
Król go niewymownie żałował, bo tak zaufanego, oddanego a świadomego wszelkich spraw królestwa, drugiego znaleźć niepodobna było.
Słyszałem z ust ks. Długosza gorzko mu to wyrzucającego, że nie ukarał przykładnie Magdaleny Morsztynowej, żony Jerzego kupca i mieszczanina krakowskiego, która niemal jawnie przeszła była na wiarę żydowską i synów z sobą poprowadziła do synagogi. Było to zgorszenie wielkie, lecz w sprawie ciemnej co było prawdy dojść trudno. Przeczyli jedni, drudzy twierdzili, iż istotnie żydowską wyznawała wiarę.
Nie powoływano jej przed sąd duchowny, ubito milczeniem sprawę, gdy ks. Długosz wołał o to głośno, aby przykład dać i niewiastę odstępną publicznie w rynku spalić na stosie.
I byłby to uczynił z gorliwości niezmiernej, gdyby władzę miał, ale ks. Lutek wolał zgorszenie pokryć milczeniem, twierdząc, że męczenników złej sprawie dawać nie potrzeba, bo one niemi urastają.
Wielki to był a uroczysty dzień dla króla naszego, który zwycięztwu się równał w boju odniesionemu, gdy posłowie czescy z Pragi przybyli, koronę tego zacnego królestwa pokrewnego nam mową ofiarując piętnastoletniemu synowi Władysławowi.
Dnia 16 lipca w niedzielę w sali zamkowej, którą właśnie dokończył był malować Jan Wielki, piękny jak anioł królewicz przyjmował starszyznę czeską i w języku polskim przemawiał do niej tak pięknie, iż wymową, głosem, postawą, równie jak całą osobą swą zachwycił słuchających. Widziałem Jana arcybiskupa gnieźnieńskiego, gdy pod koniec przemówienia tego rozpłakał się i łzy ocierać musiał. Płakała królowa, poruszonym był sam pan, i później Długoszowi za wychowanie dziękował, jemu przyznając pociechę tę, jaką miał z królewiczów.
Nie ociągano się z wyprawieniem młodego króla do Pragi w orszaku wielkim i bardzo wspaniałym, na który, równie jak na pierwsze potrzeby nowego królestwa, Kaźmirz ze szkatuły swej hojnie łożył.
Łatwo mi naówczas było towarzyszyć mu, bo i młody pan sobie tego życzył i ks. Długosz namawiał, alem Krakowa opuszczać nie chciał dla matki i dla tej szczególnej łaski jaką mi młody Olbracht okazywał, któremum ja służyć przyobiecał.
Jak do tego przyszło, iż najmłodszy i najtrudniejszy do poprowadzenia z nich wszystkich Olbracht mnie sobie wybrał za powiernika i mogę powiedzieć przyjaciela, o com się nie starał, wytłómaczyć tego nie umiem.
Broił on często, zakrywałem go jak mogłem i od kar surowszych ochraniałem; miał zawcześnie ufność do mnie, nie krył się ze swawolą, pewien, że go nie zdradzę, ale też nie pobłażałem mu, mówiłem nieraz rzeźko prawdę, naganiałem com był powinien i tego mi nie miał za złe.
Jak Kaźmirz królewicz sobie szczególniej wybrał za socyusza Konarskiego i do modlitwy i do wszelkich zabaw i rozmów pobożnych, jak mało co później (o czem opowiem) upodobał sobie Aleksander małego Erazma Ciołka dla śpiewek jego, tak mnie Olbracht sobie przyswoił. We wszystkiem się mną posługiwał. Musiałem mu w końcu uroczyste słowo dać, że go dla nikogo nie opuszczę, za co mi złote góry przyrzekał.
Ledwie że Władysław w Pradze był, gdy król postanowił młodszego od niego jeszcze, a wcale do wypraw wojennych niesposobnego Kaźmirza, ze dwunastu tysiącami ludzi na Węgry wyprawić.
Temu przedsięwzięciu nawet między najposłuszniejszemi króla sługami, wielu było przeciwnych. Przewidywano, co się ziściło, że siłę przeważną Kaźmirz znajdzie przeciwko sobie, a na pomoc tych co się z nią obiecywali rachować nie może.
On sam zaś nietylko ku temu ochoty nie miał, ale się wypraszał u królowej, u króla, matkę po rękach całując i błagając, aby dla niego ludzie krwie nie przelewali, gdyż on żadnej okrom niebieskiej nie życzy sobie korony.
Nie pomogło to, gdyż król od dziecka wymagał posłuszeństwa. Trzynastoletni wyrostek był tylko chorągwią, dowódzcami zaś istotnemi wyprawy dobrani mężowie znani z wojennego ducha, z męztwa i energii.
Król ich bez różnicy do jakiego obozu należeli, nawet z pomiędzy przeciwników swych wybrał, a żaden nie odmówił. Dzierżek z Rytwian wojewoda i starosta sandomirski, ten sam, dla którego Lutek z Brzezia życie stracił, Jan z Tarnowa kasztelan wojnicki, Stanisław Wątróbka ze Strzelec, Stanisław Szydłowiecki marszałek dworu i ochmistrz i wielu innych jechało z królewiczem na tę nieszczęsną wyprawę. Mistrz Jan z Latoszyna był dodany jako duchowny i kanclerz. Pomiędzy rycerstwem Spytek z Melsztyna, Jędrzej z Oleśnicy, Jan z Czyżowa prowadzili oddziały. Ale wojsko owe, choć na oko było go dosyć, a pomiędzy nimi pułki przedniejsze świetnie się stawiły, w znaczniejszej części było naprędce zebraną drużyną. Pomiędzy nią i brudnych a odartych Tatarów liczono głów tysiąc, którzy tylko do łupieży i do podnoszenia wrzasku czasu starcia dobrzy byli.
Prorokowano zawczasu, zwłaszcza starzy co Warneńczyka pamiętali, że Kaźmirzowi się nie powiedzie.
Król zaś jakąś zuchwałą miał wiarę w szczęście swoje, którą wybór Władysława podnosił. Rachował też i na to może, że brat ustaliwszy się na tronie, poprze Kaźmirza, byle się choć w części kraju mógł utrzymać.
Zamki zdawać obiecywano.
Dodając męztwa i ochoty synowi, sam król już jesienią, gdy się zaciągi pozbierały, odprowadził go do Nowego Sącza. Ale krótkie były nadzieje a prędko przyszło rozczarowanie po tych obietnicach Węgrów, którzy wcale ich spełniać nie myśleli.
Zaledwie wkroczył królewicz do kraju, który miał mu otwierać bramy, gdy się zdrada okazała. Nieprzyjaciel się zjawił, przyjaciół nie było wcale. Niemcy najemni, którzy łupu a nie wojny krwawej się spodziewali, pierwsi opuścili szeregi; niektóre oddziały polskie zgubę swą widząc, poszły za ich przykładem.
Zamknął się w początku królewicz w Nitrze, ale i tu oblężenia się trzeba było spodziewać, musiał więc uchodzić o mroku, zostawując tu ze czterma tysiącami Pawła Jasieńskiego, mężnego i doświadczonego dowódzcę.
Po drodze do Iławy napadli Węgrzy, obóz królewiczowski i sześćdziesiąt mu wozów odcięli i uprowadzili. Podzieliły się zdania w radzie wojennej. Co było przedniejszego rycerstwa, chciało się trzymać i walczyć; Tarnowski, Wątróbka, Szydłowiecki, Melsztyński za srom sobie mieli uchodzić, ale reszta biła w to, że drogie życie królewicza ocalić należało. Zakrzyczano do odwrotu.
Smutnyż to był ów do Krakowa przyjazd z taką stratą i upokorzeniem, o które część rycerstwa obwiniano. Kaźmirz sam mało w tem stanowił, nie pragnął wojny, lecz byłby w niej wytrwał, gdyby nie doradzcy bojaźliwi. Źle czy dobrze się stało, Bóg wie jeden.
Król był tem mocno przybity, lecz nie dawał poznać po sobie.
Kaźmirz przybył cicho, obawiając się gniewu ojca, rachując na matkę, nie śmiejąc się tłómaczyć, sądząc, że będzie strofowany surowo, ale król go przyjął czule, pocieszająco, bez narzekań spóźnionych na to, co się dokonało.
Z Węgrami postanowił wejść w układy; trudności wojennej wyprawy, do których sił potrzeba było znacznych, teraz się dopiero czuć dawały. Wziąć ją na barki nie mógł król, i dlatego zachował się obojętnie, odkładając wszystko na przyszłość.
Próba ta z młodym królewiczem była stanowczą dla niego; przekonali się oboje rodzice, iż nie był wcale zrodzony do zdobywania państw. Sława rycerska, królowanie, nie pociągały go bynajmniej. Powracał znużony, smutny i znękany, a nie odzyskał zwykłego swego humoru i spokoju, aż gdy znowu z Konarskim nie wymodlił się w katedrze, w kaplicy i we własnej izdebce, w której miał klęcznik przybrany zamiast ołtarzyka.
Zdrowie też jego nakazywało go oszczędzać. Biały był i delikatnej cery jak dzieweczka, aż nadto świeży i żywy rumieniec lice te krasił, oczy były pełno ognia i życia, ale sił miał niewiele, męczył się prędko, oddech naówczas miał przyśpieszony i kaszel go męczył po nocach.
Niespokojna matka przypisywała to do przesady posuniętym praktykom religijnym, dla których wstawał po nocach, aby pewne modlitwy odmawiać, czuwał długo, ścisłe bardzo posty sobie zadawał i klęczeniem się nużył. Od tego jednak wstrzymać go nie było sposobu, i ulubiony nawet Konarski, przez którego starano się ten zapał ukrócać, nie mógł go ostudzić.
Zdaje się, że król od tej wyprawy niewiele rachował na Kaźmirza, jako prawdopodobnego swego następcę; oczy jego zwracały się na Olbrachta, na Aleksandra, nareszcie na Zygmunta, bo ostatni był nieodwołalnie do stanu duchownego przeznaczony.
Nie taił się z tem ojciec, że się spodziewał go wyposażyć biskupstwem krakowskiem i arcybiskupstwem gnieźnieńskiem, co razem wzięte, stanowiło dotacyę książęcą.
Aleksander, który dorastał, tępego był umysłu, milczący, ale, jak oni wszyscy łagodny, szczodry dobry.
Właśnie gdy ks. Długosz w Pradze się jeszcze znajdował, zapowiedziane przybycie Kallimacha do Krakowa nastąpiło. Los czy ludzie tak umiejętnie układali na korzyść jego — nie wiem, lecz pewna, że lepiej się to nie mogło dla niego złożyć.
Królowa była najkorzystniej uprzedzoną, król nauczyciela potrzebował. Sławiono rozum i polityki znajomość we Włochu, a tu właśnie strata Lutka z Brzezia, opróżnione po nim miejsce w radzie nastręczała. Królewiczom dwom, nie licząc już Kaźmirza, potrzebnym był mąż europejskiego wykształcenia. Oczekiwano więc zjawienia się Kallimacha z ciekawością gorącą.
W takich razach najczęściej się trafia, że przesadzone nadzieje zawiedzionemi bywają, tym razem jednak stało się wcale przeciwnie — Włoch przeszedł nadzieje.
Wiedział on, iż od pierwszego wystąpienia, olśnienia, od wrażenia, jakie człowiek uczyni zrazu zależy wiele. Wszystko było ku temu celowi skierowane, aby się podobać.
Mówiono, że Włoch ze swych włóczęg po świecie na Pokucie naprzód do przyjaciółki swej, potem do arcybiskupa Grzegorza przybył bardzo ubogo wyposażony. Przez czas jednak pobytu we Lwowie tak umiał korzystać z łask przyjaciela, tak się okazał godnym tego, aby mógł pańsko i wytwornie wystąpić, iż Grzegorz się postarał o to, by do Krakowa już jako człowiek dostatni, któremu na niczem nie zbywało, przyjechał. Gotowy dwór dlań stanowili oczekujący na niego już Włosi, o których wspominałem.
Lecz przyznać też potrzeba, że Kallimach wistocie zasługiwał na to, aby nigdzie w tłumie nie zginął. Acz, niepierwszej młodości, ale bardzo pięknej jeszcze twarzy i postawy, układu nader gładkiego, zręczny, bystry, wymowny, umiejący się dla każdego ułożyć i przypodobać miał wszystko czem się czaruje ludzi.
Na zamek idąc z orszakiem swoich przyjaciół, między któremi przodował Włoch, sekretarz królewski, wydawał się jakby wielkim panem cudzoziemskim, chcącym cześć oddać królowi. Włożył też szaty wytworne, a tak dobrane do swej twarzy i postawy, iż malarz Wielki, który go przechodzącym widział, powiadał, że było tylko malować.
Miał oblicze cudne a pańskie, coś w niem niepospolitego, a choć się w niem i duma i szyderstwo przebijało, umiał się tak ułożyć, iż nie raził i nie obrażał nikogo.
Wielkiej był mocy nad sobą, jakiem to później nauczył się znać, bo ludzi daleko od siebie stojących rychło poznawszy czego byli warci, nigdy ich nie lekceważył, miłość własną każdego szanując, jako najsłabszą człowieka stronę.
Prawda, że potem nieraz na uboczu się bezlitośnie naśmiewał z tych, którym wydawać się mogło, iż ich kochał i cenił wysoko.
Wystąpienie jego na dworze było tak piękne i rozumne, iż od razu za serca wszystkich chwyciło.
Królowej wyraził uwielbienie swe dla pięknych jej, królewskiego oblicza dzieci, przed królem się korzył, sławiąc rozum jego i trudy panowania, o których przez Grzegorza z Sanoka doskonale był uwiadomiony, kładł szczególniej nacisk na wielkie zwycięztwo, odniesione nad Stolicą Apostolską, do którego wiedział pewnie, że sam Kaźmirz wielką wagę przykładał.
Zaraz też tego dnia po łacinie z młodemi, Kaźmirzem i Olbrachtem, zamieniwszy po słów kilka, nad wychowaniem ich szczęśliwem się unosił.
Królowa służyła za tłómacza, gdyż Kaźmirz, pan nasz, po łacinie mało co, a po włosku nic nie umiał; Kallimach zaś po polsku się nie ważył, ledwie się z tym językiem zaczynając oswajać, którego i później się nie nauczył.
Z tego występu pierwszego można było już miarkować, jakie Kallimach zajmie tu miejsce, jeżeli czy to do królewiczów, czy do kancelaryi pańskiej przyjęty zostanie.
Wszystko w nim wielkiego pana znamionowało, choć chudym pachołkiem był. Lecz królowi człowiek taki właśnie dla spraw rzymskich i dla stosunków zagranicznych nieocenionym się wydawał.
Pierwsze dni spożytkował zręcznie Włoch, gdy na dworze bywając, przez królowę Kaźmirzowi wmawiał, że zbytnie swobody rycerstwa i szlachty koniecznie ukrócić powinien. Czuł król tego potrzebę, a w radzie, co go otaczała, znajdował wstręt i obawę do przedsięwzięcia kroków ku temu. Kallimach więc wydawał mu się i do tego wielce potrzebnym.
Z królewiczów Olbrachcik mój najpierwszy do niego przystał, zyskał też sobie i Aleksandra milczącego, Kaźmirz tylko nie garnął się ku niemu. Wcale inaczej zaraz niż[2] ks. Długosz z chłopcami sobie postępować zaczął, więcej w myśli królowej, będąc przeciwnym surowości zbytniej, przywiązując wagę do ugłady, elegancyi i obyczaju.
Długosz karcił rozmiłowanie się w stroju, trefieniu włosów i wytworności, Kallimach je pochwalał, a na sobie dawał przykład, iż się bez tego obejść nie można.
W kilka dni po przybycia jego nie ulegało już wątpliwości, iż Włoch obejmie wychowanie królewiczów i zostanie przy dworze.
Jako cudzoziemiec do wysokich dostojeństw nie mógł być przypuszczonym, lecz po za niemi przy osobie królewskiej pozostawało wiele do czynienia, po cichu.
Jaki tam układ stanął, o tem nikt nie wiedział, lecz z pierwszego osiedlenia się Kallimachowego widać było, do jakiego dążył stanowiska. Dwór osobny, służbę, konie, wszystko zaraz obmyślać począł.
Ja w pierwszych dniach około matki mej i jej przesiedlenia się z klasztoru do dworu pod złotym dzwonem będąc zajętym, zdaleka tylko na to wszystko patrzyłem.
Widziałem jednak, że jak z jednej strony Włochowi się powiedzie pewnie, tak i to, iż mnogich sobie nieprzyjaciół pozyska.
Tak samo jak ze dworem i królestwem, umiał sobie postąpić Włoch z panami kollegiatami i akademią. Zalecony przez Grzegorza z Sanoka, miał już za sobą wielkiej wagi zdanie jego, ale postarał się o to, aby go głosem uwielbienia powitano, naprzód akademię krakowską podnosząc i sławiąc z tego, co czasu soborów czyniła i jak się korzystnie światu poznać dała. Dla panów kollegiatów, ich prac, niósł hołd w imieniu obcych, świata oddalonego, ziemi klasycznej, źródła nauk i oświaty.
Nakoniec olśnił i zaćmił tu wszystkich swą łaciną, którą tak władał, jak może żaden ze współczesnych, z łatwością, wytwornością, z poufałością człowieka, który się nią karmił od dzieciństwa.
W tej łacinie, przyznać potrzeba, nikt mu tu nie sprostał, z wyjątkiem może jednego przyjaciela jego Grzegorza. Stosunki też Kallimacha ze wszystkiemi sławnemi mężami w Europie, korespondencye rozliczne z niemi, wysoko go podnosiły.
Umiał nieustannie to przypominać, że każde słowo jego odbijało się rozgłośnie i szeroko, że miało potęgę wielką, przez którą i on sam stawał się mocarzem. Nie można było temu zaprzeczyć.
Ponieważ tak wielki pan nie mógł być codziennym dozorcą królewiczów, a był tylko ich nauczycielem, pozostał więc Szydłowiecki ochmistrzem i mnie z miejsca nieruszono, a żem po włosku cokolwiek umiał, wypadło tak, iż zostałem z urzędu tłómaczem Kallimachowym, co mnie do niego zbliżyło.
Po ks. Długoszu naszym, jak mi się on wydawał, trudno określić. Bystrzejszy umysłem, uczeńszy w łacińskich rzeczach, nie miał surowości jego, płochym był i lekkim nad miarę. W religijnych zwłaszcza zasadach pobłażał drugim i sobie do zbytku, nie zdając się tego ważyć wiele, co ks. Długosz jako nienaruszone i nietykalne szanował.
Zaraz w początkach, gdy królewicze mowy, jakie im w usta kładziono, powinszowania różne i łacińskie oracye przed nim wypówiadali, które my za wzory języka uważaliśmy, Kallimach na nie krzywić się począł i łacinę ich niecierpliwie poprawiał, utrzymując, że jej na wszelkiej elegancyi zbywało.
Jeżeli to naszego ks. Długosza doszło, zaboleć pewnie musiało.
Czas wolny, który mu zbywał, dawny nauczyciel spędzał na modlitwie lub w kronikach swych zatopiony; Kallimach zaś życie wesołe, biesiadowanie, rozmowy tak lubił, że na nich dnie i noce trawić był gotów.
Towarzyszem był najmilszym, chociaż nawet tam, gdzie najwięcej osób się znajdowało, on wszędzie i zawsze królować umiał i tak się składało, że na niego oczy mieli wszyscy zwrócone. Ale też nikt nadeń dowcipniejszym, uczeńszym, bystrzejszym nie był, a w rozprawach zręczniejszym, i przy nim zawsze zostawało zwycięztwo.
W ciągłej obawie, aby ów szczęśliwy zwrot w życiu Nawojowej nie został czem zwichnięty, nie uspokoiłem się ażem ujrzał ją w nowej kamienicy, z małym dworem swym osiedloną.
Czynnym byłem i pomocnym jej w tem, o ile tylko obowiązki moje na zamku dozwalały.
Przemyślałem nad tem, aby jej pobyt ten uczynić jak najznośniejszym. Ponieważ oddaną była teraz nabożeństwu i na modlitwach większą część czasu spędzała, urządziłem przy sypialni kapliczkę domową, do której od Jana Wielkiego obraz Matki Bożej Bolesnej kupiłem za własny pieniądz, sądząc, że widok jej osłodzi też cierpienie biednej niewiasty.
Sliziak, który świadkiem był, jakiem zabiegał i krzątał się około domu, mógł mi oddać świadectwo, chociaż nie chodziło mi o wdzięczność matki, ale o zaspokojenie potrzeby serca własnego.
Doczekałem się tego wreszcie, iż obdarzywszy klasztor sowicie, dnia jednego Nawojowa się do kamienicy przeniosła, gdzie ją wieczorem zastałem modlącą się przed obrazem i spłakaną.
Postanowiłem te godziny wolne jej poświęcać. Sama jedna była, modlitwami się karmiąc, ludzi unikając; sądziłem więc, że pobożne książki przynosząc jej i czytając, przyczynię się jej najlepiej do uspokojenia jej duszy.
Czyniłem com mógł, bo naówczas polskich ksiąg krom kilku nie było, te więc jakie miałem po łacinie, przygotowując się zawczasu i głosy sobie zapisując, tłómaczyć się starałem.
Praca to była częstokroć twarda dla mnie, do której i porady cudzej zażyć musiałem, ale mi się ona stokroć wywdzięczała tem, że matkę moją uczyniła szczęśliwszą daleko w boleści jej, że ją oderwała od własnego losu i umysł zaprzątnęła.
Troskliwość, jaką okazywałem dla niej, zmiękczyła też długo zamknięte serce. Sliziak opowiadał mi, że gdy na zwykłą nie przychodziłem godzinę, niepokoiła się, płakała, posyłała i lękała, abym jej nie opuścił.
Była dla mnie tak pobłażającą, że mi o dworze, o osobach jej niemiłych, o wszystkiem mówić dozwalała. Czasem na bladą twarz jej rumieniec wystąpił, ale wnet się hamowała.
Nie zmieniwszy stroju tercyarki, chodziła w habicie św. Franciszka, alem uprosił ją że stary i zużyty, który przez pokorę wzięła, zmieniła na nowszy i wygodniejszy. Zaczęto ją znać już w mieście pod nazwiskiem Tęczyńskiej pokutnicy.
Nie bardzo podobno miłem okiem na te postanowienia jej patrzyła rodzina, ale były powody, dla których powolną jej być musiała.
Dla mnie wyznaczone izby na dole, choć się mojemi zwały, małom ich kiedy zażywał i oglądał. Żądała przecież matka po mnie, abym podczas w nich skromnie przyjaciół przyjął; wistocie Zadorę, Maryana i kilku innych spokojniejszych ugościłem tu parę razy, nie dopuszczając wrzawy, która dla Nawojowej nieznośną była.
Na zamku król, który wszystko wiedział, bo mu szczególniej o sługach jego donoszono, musiał już i o mojej przygodzie być zawiadomionym, ale mi o niej nie wspominał ni słowa.
Po przybyciu Kallimacha, gdy mnie za tłumacza powoływano do króla, a z łatwością mi przychodziło z tego się wywiązać, Kaźmirz się uśmiechał i klepał mnie po ramieniu!
Powiedział raz zwięźle, jak był zwykł.
— Rad jestem z ciebie.
Drugiego dnia, gdym po odejściu Włocha przyzostał, spytał nagle.
— Cóż, jak ci ten po ks. Janie smakuje?
Nie wiem zkąd mi się wzięła ta śmiałość, żem mu odpowiedział.
— Najmiłościwszy panie, po gorzkiem lekarstwie miodowi rade usta, ale gorycz zdrowiu pożyteczna.
— Tak — rozśmiał się król — ino i o tem wiedzieć trzeba, że i miodem doktorzy leczą.
Skłaniał się król coraz więcej ku Włochowi, bo w myśl jego mówił i sądził o wszystkich królestwa sprawach, a o wzmocnienie władzy pańskiej mocno nastawał.
Rozgłosiło się to. Kółko przyjaciół królewskich, ludzi jak Ostroróg i inni urzędnicy przy boku pańskim stojący, którzy wiedzieli co ucierpiał przez spiski przeciwko sobie, potakiwali Kallimachowi, ale byli i tacy, co wieści o tem roznosząc możnych i duchowieństwo nowym nabawiali strachem.
Cała już tu zręczność Włocha poradzić na to nie mogła, aby królowi dogadzając, miłość sobie u rycerstwa i możnych pozyskać.
Z nieufnością a groźnie poczęto spoglądać na niego zewsząd, tak że musiał powoli zamknąć się w ciasnem kółku Włochów swych, nie wielu kollegiatów uczonych i dworzan królewskich.
Niema wątpliwości, iż gdyby był chciał, z taką przedziwną umiejętnością władania ludźmi i ujmowania ich sobie, byłby łatwo przyjaciół zjednał wszędzie, lecz musiał wybierać. Stanął więc przeciwko panom z królem.
Przez Sliziaka i innych wiedzieliśmy, co się działo w tym obozie, który królowi niedowierzał i posądzał go o jakiś zamach na przywileje rycerstwa. Tam przybyłego Włocha uważano, jako najniebezpieczniejszego doradzcę nie tylko przy królu, ale wychowaniem królewiczów mogącego wpłynąć na przyszłość.
Tego się lękano, a nie bez przyczyny.
Włoch wistocie karmił młode panięta opowiadaniami ze swej historyi włoskiej, jak tam respubliki umieli stojący na ich czele obrócić na państwa sobie podległe, jak głowy możnym ścinali, więzili ich, z niezgód korzystali i władzę swą powiększali.
Ciekawy tych historyi Olbracht, który się im przysłuchiwać lubił, szczególniej przyklaskiwał, radował się, cieszył, gdy mu Kallimach opowiadał.
Wyrywało mu się często, iż ojciec powinien był tak u siebie w domu gospodarzyć, i że gdyby on miał władzę w ręku, poskromić by potrafił krnąbrnych a opornych.
Nigdy podobnych nauk królewicze nie słyszeli z ust ks. Długosza, który na to nastawał, że prawa krajowe poprzysiężone panujący szanować był powinien i im się poddać, bo one również poddanych jak królów obowiązują.
Z ust Kallimacha słyszeli szyderstwa z tych, co nie korzystali ze zręczności a śmieszną sumiennością dali się skrępować.
Na młodego Kaźmirza nie mógł mieć Włoch wpływu żadnego i rychło to zmiarkowawszy, próżno się nad tem nie trudził. Narażać mu się nie chcąc, pobożność jego pochwalał, opowiadał mu o świętościach, relikwiach i kościołach Rzymu. Zresztą zostawiał go samemu sobie.
Przedemną raz w pierwszych latach zaraz zwierzył się, iż Kaźmirzowi pobożnemu, jak go nazywał, długiego życia nie rokuje.
Nastraszyłem się wielce tego proroctwa, gdyż kochaliśmy go wszyscy, a nie było człowieka, któryby go już naówczas jak błogosławionego nie czcił mimo lat młodych. Pobiegłem naówczas do mojego starego znajomego Gaskiewicza spytać go o zdanie, a jeśli było niebezpieczeństwo, czemu nie starali się o odwrócenie go.
Doktór zaprzeczył chorobie.
— Wyrośnie z tego — rzekł — co Włoch plecie? Zdrów, rumiany, tylko tyle, że się z Konarskim tem nabożeństwem zamęczają. Tegoby im nie trzeba dopuszczać. Po nocach na zimnie klęczą pieśni śpiewając, poszcząc bez miary.
Chodziłem z tem do królowej, ale ona w dziecku tej świątobliwości nie chciała powstrzymać, rada jej była i dumna nią.
Z Olbrachta mojego za to Kallimach był rad wielce i po nim sobie obiecywał wszystko, gdy na tron wstąpi. Rachował bowiem na to, że go czeka korona.
W tym to czasie, gdy Aleksander też już dorastał, zawiązała się owa wielka miłość między nim a Erazmom Ciołkiem, szewczukiem, o którym mówiłem już, a stało się to wypadkiem.
Z Kallimachem na dwór jakby inny wiatr powiał, dawna surowość i wstręt do wszelkich płochych rozrywek zamienił się w poszukiwanie ich, dla zabawienia młodzieży. Włoch bowiem utrzymywał, że wesołość zdrową jest i potrzebną.
Muzyka zdaniem Włocha, miękczyła dzikie umysły, obyczaje czyniła gładszemi, młodych rozwijała. Dla młodszych więc, przyczem i starsi się zabawiali, u królowej często zwoływano śpiewaków i cytarzystów.
Jednego wieczora ktoś o cudownem chłopięciu Ciołku rozpowiadać zaczął, tak, iż wszyscy go ciekawemi byli. Królowa go sprowadzić kazała.
Cześć to była wielka dla starego Ciołka, który się jej nigdy dla siebie i syna spodziewać nie mógł.
Obawiano się, aby Erazmek ze strachu przed królową i dworem nie tak się popisał jak zwykle, lecz obawa była próżną, gdyż zarozumiałe i do zbytku śmiałe chłopię, które wystrojono w co było najlepszego, wcale się nikogo nie lękało.
Przyprowadzony przed królowę, gdy mu śpiewać kazano, tak sobie poczynał jakby w szynku u matki stał przed zwykłymi gośćmi. Śmiałość ta i nieustraszoność wyrostka niezmiernie się podobała, a głos też miał nadzwyczaj piękny i pieśni takie nucił, które w jego ustach dziwnie brzmiały, bo się z wiekiem nie godziły.
Rozumkiem też, odpowiedziami, obejściem się całem, królowę, dwór, a szczególniej młodego Aleksandra zachwycił. Królewicz chodził za nim ciągle, przypatrywał mu się, uśmiechał do niego, a gdy potem Ciołka nie stało, wciąż się o niego upominał.
Szydłowiecki nie widział w tem nic złego, choć chłopię było mieszczańskie, dopuszczać je dla zabawy do królewiczów. Kallimach się temu nie sprzeciwił.
Takim sposobem przywykł nasz milczący Aleksander do rozmównego i żywego Ciołka. Sądzono, że chłopię trochę opieszały umysł królewicza rozbudzi; Aleksander jednak pozostał jak był, a Ciołek tylko przy nim, chlubiąc się tem, że go na Wawel potrzebowano, urósł w pychę i nadzieję wielkich losów. Ale chłopak był wistocie do nich stworzony, choć z gminu wyszedł, i zdolności miał tak wielkie, iż już naówczas z rozmów chwytał więcej i przyswajał sobie, niż się drudzy z ksiąg uczą.
Kallimach też zdolności widząc nadzwyczajne, nalegał na to, aby dać wychowanie chłopcu lepsze i mieć z niego niepospolitego sługę.
Z łaski królewicza Aleksandra zaczął i król o losie Ciołka myśleć i kazał mu naznaczyć żołd do szkół.
Nie straciłem ja łaski u mojego Olbrachta, lecz teraz przy Kallimachu nie byłem już dla niego tem co wprzódy. We mnie zawsze Długoszowy duch nieśmielszy mieszkał, gdy Włoch szersze roztwierał pola umysłowi młodemu.
Nie zbywało Olbrachtowi na dowcipie i łatwości pojęcia, ale krew w nim zawczasu bardzo grać zaczęła i od nauki go odrywała.
Lubił słuchać, żywem słowem się karmić, ale szukać w księgach, grzebać w nich — niecierpliwiło go. Z rozmów z Kallimachem wkrótce takiej nabrał wprawy w języku łacińskim i tak wytwornie się nim a łatwo posługiwał, iż w podziwienie wprawiał wszystkich.
Innemi też językami mówił dobrze, ale z łaciny był dumnym. Nikt z królewiczów tak jej nie posiadał jak on, co też Kallimacha do niego przywiązywało. Prorokował mu świetne losy.
Gdy się to działo, a Włoch coraz mocniej na dworze się gnieździł, tak, że już bez niego się tu obejść nie umiano, tak się stał potrzebnym, szczególniej królowi; w tym samym stosunku nienawiść do niego rosła.
Zadawano mu, jak wyżej się mówiło, to że królowi rady zgubne dla rycerstwa dawał, a przytem i życie jego budującem nie było. Mniejsza z tem, że miłosne wiersze składał na wzór Horacego i Owidyusza, w których się lubowano, że pisywał i takie co rumieniec na lica wywoływały, ale też niewieściego ladajakiego towarzystwa nie unikał, a w Krakowie się to utaić nie mogło. Nauczycielowi dzieci królewskich nie bardzo to przystawało, ale Włochowi pobłażano. W domu jego po nocach ucztowano czasem nadto hałaśliwie swobodnie. Tłómaczyło się to obyczajem niby obcym, a nawet u wielu uchodziło za większą ogładę, którą miano za coś wyższego od polskiej surowości zbytniej i surowości namiętnej.
Sprzeczało się to wielce wistocie stojąc obok świątobliwości ówczesnych takich mężów, jak ks. Jan Kanty, Władysław z Gielniowa, Świętosław, Kazimierczyk, Gedroić i tylu innych; nie wiedzieć jak było pogodzić tu rozpasanie, tam okrucieństwo względem siebie, ale też wkrótce tych świętych i błogosławionych nie stało.
I nie wrócili podobni im za moich czasów na tę ziemię, a Bóg wie jeden, czy kiedy ich ona zobaczy.
Kallimachowe obyczaje nie były w początkach tak jawne, aby zgorszenie czyniły. Zamykali się Włosi w swej gromadce z niemi.
W obcowaniu jednak w rozmowach, w każdej chwili nam nienawykłym dawało się czuć, że to byli ludzie zupełnie innego rodu i narodu, innych nawyknień, choć jednej wiary z nami.
W tych rzeczach religijnych oni a my różnie nawet z Bogiem obcowaliśmy, inaczej się modlili. Myśmy z pokorą i poszanowaniem, ze trwogą szli do kościoła, Włosi wesoło, poufale i wcale ducha nie nastrajając do nabożeństwa. Wśród niego przerwać sobie śmieszkiem, mruganiem, roztargnieniem było im pospolitem.
Kallimach zaś sam, chociaż od kościoła nie stronił, ale jakby z obowiązku tylko i z musu do niego uczęszczał, a serca do modlitwy nie nakłaniał.
We wszystkiem tak wyższość swoją i pewne lekceważenie rad był okazywać, sądząc może, iż tem w mniemaniu ludzkiem wyżej stanie.
Wysoko szacując rozum jego i przymioty, nie mogę powiedzieć, abym go miłował, przeto niesprawiedliwym może jestem względem niego.
Sarkało wielu jak ja przeciwko Włochowi, ale większość olśniewał i zachwycał. Mówiłem już, czem królowi i królowej w łaski się wkupił; ale śmiałe jego plany pozostały między czterma ścianami zabawką w rozmowach, a do wykonania ich nigdy nie przyszło.
Chwili pogodnej oczekiwano, a ta się nie nastręczyła.
Część ta żywota mojego jednostajniej i spokojniej upływała. Nieznacznie, i choć o zmianie żadnej w obowiązkach moich mowy nie było, przeszedłem ze służby przy młodych paniętach do Jana Olbrachta. Ten mnie sobie wyprosił do osoby swej, o czem król wiedział, i odtąd wolniejszym byłem, a czasu nauki, gdy go Kallimach brał, mogłem do matki na miasto zejść i czuwać nad nią.
Nie śmiałem wspomnieć jej nigdy o Luchnie, ale miałem jakąś nadzieję, że gdy wprzódy ją przy sobie miała, a teraz też dworu i służby żeńskiej potrzebowała, zażąda mieć ją przy sobie. Mówić o tem, aby nie ściągnąć podejrzenia na nas oboje, nie mogłem. Sliziaka zaś choć teraz żyliśmy z nim w zgodzie, użyć wstręt miałem jakiś.
Zdałem to na opatrzność Bożą, na którą od niejakiego czasu nawykłem był wszystko składać. Stań się wola Twoja powtarzając.
Nauczył mnie tego drogi mistrz ks. Jan Kanty, że własna wola najczęściej na błędne drogi prowadzi. Chciałem patrząc na niego nabrać tego spokoju ducha i pogody a równości umysłu w dobrej i złej doli, jaką on miał. Lecz któż takiemu wzorowi mógłby dorównać?
O wszystkiem co się mnie tyczyło, król chociaż tego po sobie nie dawał może poznać, zdawał się być uwiadomionym, nawet o mojem uczęszczaniu do Nawojowej i stosunku jej ze mną.
Gdy Kallimach się już na dobre rozgościł w Krakowie, objął wychowanie chłopiąt i niemal codzień powoływanym był do króla, u którego godzinami przesiadywał, gdy się rada zbierała, rozeszło się to rychło po ludziach i starzy panowie Kaźmirzowi niechętni powiadać zaczęli z przekąsem, że wziął nauczyciela nie do dzieci a dla siebie.
Kto rozmowy potajemne i rady Włocha zdradzał i wynosił z zamku, tego dociec było trudno; to jednak pewna, że prawiono o nich wiele, szeroko i zdaje się nie z palca wyssawszy.
Kallimach jak w religijnych rzeczach tak i świeckich sprawach był jednym. Z Panem Bogiem za pan brat, a z tem co u nas jako prawo się szanowało i uważało za nietykalne, on radził siłą się rozprawić.
Sam słyszałem gdy w domu, w towarzystwie Włochów swych powtarzał:
— W tem królestwie, tak jak ono jest dziś z przywilejami możnych, rycerstwa i duchowieństwa, rządzić i nic począć nie można. Machina to nic potem, przerobić ją musi król, chceli aby czegoś dokonał. O każdy mizerny grosz prosić musi i zwoływać zjazdy, na nich słuchać jak mu pod nos burczą, grosz wymawiają i skąpią, częstokroć grożą i łają. Raz temu koniec położyć musi, co hardszym kilka głów uciąwszy!
Gdy takie słowa powtarzano po świecie, łacno zmiarkować, jakie one oburzenie wywołały w tych ludziach, których ojcowie na szablach pargamin przed Jagiełłą roznieśli, gdy im obiecanych praw nie chciał potwierdzić.
Z króla cała niechęć przeszła na Włocha. Zaczęto się na niego odgrażać głośno, ale i to muszę mu przyznać, że odważny był. Śmiał się z pogróżek. Znał przytem naród nasz pochopny, a do czynu nieskory, chyba gdy z wielkiej gorącości język szablę poruszył.
Kallimachem teraz posługiwano się do wszystkiego niemal. Pominąwszy to, że królewiczów wychowanie na barkach miał i niem rozporządzał, jako chciał, w kancelaryi pańskiej wszystkie sprawy rzymskie i zagraniczne związki z monarchami obcemi przez jego szły ręce.
Poprawiał łacinę w listach, ale i treść dyktował, królowi wmawiając, że potężnym jest, być powinien i żadnemu z monarchów nie ustępuje, więc też i dać im to czuć powinien. Według niego, większej tylko władzy w domu brakło królowi, aby ją i poza granicami dał poznać.
Król słuchał tego chętnie, ale nie było zręczności aby z gadaniny coś się narodzić mogło.
Włochowi życie płynęło tak szczęśliwie, że istotnie Polskę mógł nazwać drugą ojczyzną swoją. Wcale też nie myślał ją opuszczać, ani na inną zamieniać.
Następnego roku, kiedy już go tu zupełnie ustalonym widzieli wszyscy, usłyszałem pierwszy raz z ust Włocha imię tej pani, u której na Pokuciu przebywał, i uderzyło mnie to, że ją zwał Świętochną, właśnie tak, jak się owa Luchny pokrewna nazywała.
Opiewał on ją pod imieniem Fanii w pieśniach swoich, bo mu pierwsza gościnność wyświadczyła, gdy się z Węgier tu ubożuchnym dostał, i pokochała go.
Teraz jednak po upływie lat kilku, śmiejąc się powiadał, że choć wdzięczność dla niej zachował, innego uczucia trudnoby mu już z piersi dobyć i zmarłą dla niej miłość odżywić.
Ze zwykłą sobie dosyć bezwzględną otwartością prawił o tem przed przyjaciółmi, nie zważając na przytomność moją.
— Zważcie moi mili — dodał — w jakiem położeniu będę, gdy owa Świętochna, jak zapowiada, gotuje się przybyć dla nawiedzenia mnie w Krakowie. Tempora mutantur! Niewiasta postarzała... jam ostygł, lecz słuszna, abym za gościnność się wypłacił... i dziś, do portu dopłynąwszy, zawdzięczył przytułek rozbitkowi dany.
Jeszczem nie przypuszczał, aby te dwie Świętochny jedną być miały, gdy wkrótce potem przybywszy do matki, od Sliziaka się dowiedziałem, iż gościa ma jej teraz niemiłego, przybyłą daleką powinowatą Świętochnę, którą się niegdyś posługiwała, ale jej dla płochości obyczajów znieść nie może.
Nie wiedziałem sam, czy mam się wstrzymać od ukazania u matki, pozostawując ją samą ze Świętochną, czy iść tam, aby niemiłe obcowanie z nią sam na sam skrócić, gdy mi służebna Nawojowej przyszła oznajmić, ażebym szedł do pani.
Nigdym Świętochny nie lubił dla jej malowanej twarzy, odmładzania się, gadatliwości i fałszu; pamiętałem jej to, że się ofiarowała mnie ściągnąć w zasadzkę, a i Luchny wstręt do niej do mojego się przyczyniał.
Szedłem jednak, gotów zawsze rozkaz matki spełnić...
Zastałem Świętochnę przerażająco zestarzałą, ale jeszcze straszniej niż ongi wymalowaną, strojną śmiesznie, z włosami po młodemu utrefionemi, a głosem wielką wesołość zdradzającym.
Siedziała naprzeciwko Nawojowej, która w swej sukni zakonnej, z różańcem w ręku, chmurna, słuchać się zdawała jej szczebiotania z odrazą.
Gdym wchodził, odwróciła się ku mnie uśmiechając Świętochna, i poufałem skinieniem głowy pozdrowiła.
— Wszystko się więc widzę, szczęśliwie skończyło — zawołała — tylko ta suknia i pokuta niepotrzebna! Pan Bóg już o wszystkiem zapomniał.
Zmierzywszy mnie od stóp do głów wzrokiem śmiałym, dodała:
— Doprawdy, wyrósł na przystojnego mężczyznę i pięknie się prezentuje... A cóżeś to — rozśmiała się — o Luchnie zapomniał?
Zarumieniłem się mocno, bo matka wlepiła oczy we mnie.
— Nie zapomniałem — rzekłem, kłamać nie chcąc, — ale...
— Co z oczów, to z myśli! powiadają ludzie — dodała Świętochna.
— Znajdzie on sobie, gdy czas przyjdzie, stosowną parę — przerwała żywo matka. — To moja rzecz, aby mu ją wyszukać i nastręczyć. Nie chcę, aby się rychło żenił, bom zazdrośna. Przywiązałby się do żony, a o mnie zapomniał. Służba też, w której zostaje nie dopuszcza mu się żenić.
Zmilczałem, w tem Świętochna zwróciła się ku mnie.
— Ale! Wszak przy królewiczach byliście czy jesteście... znacie więc Kallimacha?
Nie wiem, czy mówiąc to zarumienić się chciała, bo bielidło rumieńca dojrzeć nie dozwalało, ale zrobiła minkę dziewczęcia, które się sroma... Uderzyło mnie to mocno.
— Codzień go widuję i mam szczęście z nim przestawać, a za tłumacza mu służyć — rzekłem.
— A! takich ludzi ziemia nasza nie rodzi! — poczęła z zapałem. — Pod szczęśliwszem niebem przychodzą oni na świat! Jakże go porównać nawet z temi grubijańskiemi mężczyznami naszemi, którzy uczuć ani obyczajów delikatnych nie znają i we krwi nie mają. Zaprawdę, lepszego nauczyciela król synom wybrać nie mógł — ciągnęła dalej z zapałem. — On sam jak królewicz wygląda!
Milcząc pochwał tych słuchaliśmy. Nie odpowiedziałem też na nie i po chwili dopiero spytałem, zkądby go znała.
Zakłopotała się pozornie i chusteczkę, którą na kolanach trzymała szarpiąc, odezwała się oczu nie podniósłszy.
— O! to historya długa i ciekawa. Miałam to szczęście, naówczas na Pokuciu przebywając, mieć go u siebie w gościnie. Nieszczęśliwym naówczas był, obcym, ograbionym na Węgrzech. Grożono mu tem podobno, że go papieżowi wydać chciano, który mu stał na gardło; schronił się więc pod skrzydła pana naszego. Wziął go potem ks. arcybiskup odemnie, ale teraz przecie ludzie się na nim poznali. Nieprawdaż? król go podobno kanclerzem uczynić ma?
— Nie sądzę — odpowiedziałem chłodno — gdyż obcy tego urzędu piastować nie może.
Widząc znużenie wielkie na twarzy matki, nie odpowiadałem już, rozmowy nie chcąc przeciągać. Świętochna też zdawała się zabierać do odejścia. Zwróciła się tylko do mnie z zapytaniem, gdzie Kallimach mieszkał, czy z królewiczami razem i kiedy doma bywał.
Odpowiedziałem dwuznacznie, że w domu go zastać zawsze było trudno, gdyż więcej na zamku przy królu przesiadywał, a gdy powracał, naówczas mnóstwo już ludzi na niego czekało i zawsze tłum otaczał...
Skrzywiła się na to... Skończyły się przecież odwiedziny, ale oznajmieniem, iż Świętochna dwór sobie nająć tu chciała i czas jakiś pozostać w Krakowie. Domyślać mi się było łatwo, iż to dla Kallimacha czyniła, który gościowi pewno nie bardzo rad być musiał.
Wiedzieli już wszyscy o nowych jego w mieście miłostkach, bo bez tych żyć nie mógł, utrzymując, że poecie niewiasta tylko mogła dać natchnienie.
Wieczorem musiałem z polecenia króla iść do Włocha, znalazłem go z przyjacielem Bonfilim ale zachmurzonym i smutnym.
Nie spostrzegł mnie, gdym wchodził, a zobaczywszy potem, nie zważając kończył poczęte zwierzenie się przyjacielowi.
— Do kata! babę tu licho mi przyniosło! Zestarzała okropnie, i śmieszną się stała, chcąc dzieweczkę skromną udawać. Naturalnie miłość jej wzrosła o tyle, o ile moja ostygła. Nie mogę się jej pozbyć, a życie mi za truje!
Zacytował ostry wiersz Juwenalisa, dołożył drugi Horacego i dopiero się zwrócił do mnie.
I jakby sobie coś przypomniał, zagadnął:
Ni fallor, ona mi o was wspominała? Znacie więc panią Świętochnę?
— Więcej ona mnie, niż ja ją — rzekłem zimno. — Niegdyś widywałem ją tu w Krakowie.
— Prawda to? Tęczyńskich się głosi powinowatą? — pytał.
— I być nią musi — odparłem — ale u nas co szlachtą jest, wszystko z sobą powiązane.
Na tem rozmowa się skończyła.
Przybycie Świętochny do Krakowa miało większy wpływ na losy Kallimacha, niż on i ktokolwiekby był mógł przewidywać.
Widziałem go następnych dni zafrasowanym i ciągle posłów Świętochny odprawiającym pod pozorami różnemi z tem, iż się stawić nie mógł.
Skończyło się pono tragicznie, bo Świętochna dowiedziała się o tej, która jej serce Włocha odebrała.
Jak się z nim rozprawili, nie wiem, musiało przyjść do srogiego starcia, gdyż od matki dowiedziałem się, że Świętochna Kallimachowi wojnę wypowiedziała.
Zastałem ją u Nawojowej potem rozdąsaną. Zobaczywszy mnie, odezwała się z przekąsem:
— Cóż tam na dworze słychać? Mówią, że Kallimach się żeni?
Winszuję tej, co go sobie weźmie. Szatani są ci kuglarze Włosi, niczem u nich uwieść i oszukać niewiastę, ułożyć się, przypochlebić, omamić. Toż samo czeka i króla naszego, którego on zdradzi. Słyną z tego Włosi, iż chytrzy są... a kłamcy bezczelni.
Nie mogłem się wstrzymać aby jej nie przypomnieć, że niedawno Kallimacha pod niebiosa wynosiła.
Rozgniewała się na mnie za to wspomnienie nie w porę.
— Nie umieliście się poznać na tem — rzekła — jakem to mówiła! Zły człowiek jest, zły, zawszem to twierdziła, lecz nie damy mu długo tu gościć na zgubę królestwa naszego, które radami swemi chce podkopać. Poznali się tu już na nim ludzie i gotują dla niego z niespodzianką. Nie ujdzie ztąd cało! ani go król mocą swą zasłonić potrafi.
Z wielką gwałtownością wyrzekłszy to, zamilkła nagle, zapędziwszy się zadaleko.
— Nie wiem — odezwałem się — co komu przewinił, żeby go prześladować i mścić się na nim miano. Przestaje tylko z królem, z kilku uczonemi a z panem z Rytwian, ma przyjaciół wielu, o przeciwnikach nie słychać.
— Ślepym jesteś młokosem — zawołała gwałtownie, nie umiejąc się już powstrzymać. — Wszyscy wiedzą, jakie on królowi rady daje, że na panów i rycerstwo a ich przywileje godzi; a włoskie tu rządy chce zaprowadzić, ale niedoczekanie jego! pójdzie precz ze wstydem, tak goły jak przyszedł.
Rozśmiałem się, umyślnie jej sprzeciwiając.
— Król nie dopuści do tego — rzekłem.
— Zobaczycie! — przerwała — zobaczycie. Tyranów my takich u siebie nie ścierpimy jak Włosi.
To mówiąc wstała i pożegnawszy się prędko wyszła.
Nie próżnem to było, co mówiła, bo w istocie niechęć ku Kallimachowi, podżegana z wielu stron rosła.
Gdy ks. Długosz z Pragi napowrót przybył, szedłem do niego w parę dni potem, aby pozdrowić starego mojego dobroczyńcę i mistrza. Znalazłem go jeszcze smutniejszym, mocniej namarszczonym niż zwykle, stękającym boleśniej.
— Macie więc Włocha? — rzekł do mnie bez ogródki poczynając. — Gładki człowiek, łacinnik doskonały, niewiastom miły, panom pochlebiać wprawny, a do rady jedyny! Radziście mu? a chłopięta moje! chłopięta moje!
Westchnął i ręce załamał.
— Oduczy ich bojaźni Bożej i wstydu, bo obojga sam nic ma — rzekł — ale gładki, ale przystojny, na izbach zamkowych pięknie się umie postawić, język wyprawny, rozumu siła, tylko...
Nie dokończył i kładnąc mi ręce na ramionach rzekł:
— Wszystkich was już w sieci swe złapał?
— Ojcze — odpowiedziałem — wielki czarownik jest, tego nikt zaprzeczyć nie może. Umysły chwyta, lecz serca nie wiem czy zyskać potrafi?
— Chłopięta moje? Kaźmirz? — zapytał.
— Zdala od niego — odparłem — a i Kallimach zyskać go sobie się nie stara. Broni go pobożność. Gorzej z moim Olbrachtem, bo ten całkiem do niego przystał i u warg jego wisi, słuchając złotych a miodowych słów, któremi go karmi.
— Toż będzie z młodszemi — westchnął Długosz. — Takie było przeznaczenie snadź królestwa tego i rodu Jagiełłów, który, choć liczny jest, nie potrwa długo, gdy błogosławieństwa Bożego mieć nie będzie... Mówią, że i króla uwiódł, do zamachu na prawa duchowieństwa i rycerstwa nakłaniając. Tem go zgubi. Chcąli panować, szanować muszą co ojcowie ich i oni zaprzysięgli.
Z czułością potem rozpytywać począł o królewiczów.
— W Pradze — rzekł — zatrzymać mnie chcieli. Znalazłbym był tam na starość spokój i chleb i poszanowanie u ludzi, ale tu mnie moja bursa, moje kościołki i probostwa, moje pozaczynane budynki i fundacye, moja kronika i regestra ciągnęły. Serce moje zostało przy akademii, gdym jechał do Pragi, i za żadne skarby świata nie byłbym tam pozostał. Tu kości moje chcę położyć, a rychło, rychło im i mnie spocząć potrzeba... Znużonym się czuję, drży pióro w ręku, myśli się plączą. Tyle do uczynienia zostało, a czasu tak nie wiele... Za życia spuściznę chcę zdać w takie ręce, aby marnie nie zginęła.
Wrócił potem do Kallimacha.
— Olbracht łaciną będzie zdumiewał — rzekł — skorzysta przy takim mistrzu niewątpliwie, ale co z nią razem od niego weźmie — balsam, czy truciznę?
Podniósł ręce spracowane do góry.
— Uczeni są, pięknych słów ludzie, ale z pogańskiego świata ciągną soki, nim żyją i o Chrystusie zapominają. Horacy im milszy od św. Chryzostoma, Virgillego wolą niż św. Augustyna, Senekę niż św. Pawła! Chrześcijańscy pisarze złą łaciną dobre myśli wyrażają; oni doskonałą płochemi nas zarażą.
Splunął Długosz.
— Księgę całą miłosnych wierszy napisał wasz Kallimach, dzieci królewskich nauczyciel, nauczy więc je też przedwcześnie cielesnym żądzom hymny śpiewać i w nich się lubować, quod Deus avertat!
Słuchałem nie śmiejąc wtrącić słowa, gdy ks. Długosz z boleścią jakąś znowu do chłopiąt wrócił i boleć nad niemi zaczął.
Nie mając czem innem, pocieszałem go mówiąc o pobożności Kaźmirza, o pokorze i rezygnacyi, z jaką zniósł świeżą próbę, na którą był wystawiony, o dobroci jego anielskiej.
— Nienasycona pycha a żądza panowania! — zamruczał kanonik. — Mają przecież dosyć ziemi, zdobyli bez krwi rozlewu Czechy, jeszcze im Węgier potrzeba, dla których jużeśmy stracili tego pana, tego bohatera, więcej może godnego chwały niż oni wszyscy.
— Ojcze mój — ośmieliłem się przerwać dotknięty tem. — Pozwólcie mi, jako wiernemu słudze pana mego, ująć się za nim. Nie tak głośne jest jego bohaterstwo, ale i on też męczennikiem jak tamten i od wstąpienia na tron nie miał może jednej chwili spokojnej i szczęśliwej, nad te, które spędza ze swą rodziną.
Zamilkł ks. Długosz na moment.
— Winien sam, że lepiej mu nie jest. Szuka walki — rzekł — zrobił sobie nieprzyjaciół, a teraz, gdy mu przybył doradzca co kraju nie zna, i zechce go przerabiać na cudzoziemski sposób, łatwo jeszcze gorzej być może. Sam winien — dodał — niech mu Bóg miłosiernym będzie!
Na tem się skończyła ta rozmowa nasza.
Wprędce potem dowiedziałem się, że Świętochna dwór najęła i pomimo, że z Kallimachem wojnę rozpoczęła zajadłą, z Krakowa się oddalać nie myślała. Knuła zemstę. A że potrzebowała być ciągle uwiadamianą o tem, co się z jej niewiernym miłośnikiem działo, rzuciła okiem na mnie i poczęła nasyłać z nieustannemi wezwaniami do siebie.
Kobieta sama była mi wstrętliwą, a to donosicielstwo, którego po mnie wymagała, obrzydłem i nieznośnem. Odpowiedziałem więc bez ogródki, iż ani czasu na odwiedziny nie mam, ani ochoty do nich.
Wolałem już, żeby się gniewała na mnie i skarżyła przed matką, która mi tego naganić nie mogła.
Przebiegła niewiasta wzięła się na inny sposób. Spotkawszy mnie w ulicy sama, podeszła ku mnie ze zwykłą sobie śmiałością.
— Nie łaskaw wasze na mnie? — zawołała szydersko. — Nie chcesz ani zajrzeć do starej Świętochny? Jak wola! jak wola, ale posłuchaj tego, co powiem. Oto nie upłynie dni kilkanaście, a będziesz się dobijał i prosił, abym cię wpuściła do mnie, a ja ci drzwi zamknę przed nosem, pamiętaj!
Odwróciła się i poszła. Zrozumiałem bardzo dobrze jaką myśl mieć mogła, że zamierzała do siebie Luchnę sprowadzić. Serce mi zabiło. Nie było już rady, aby jejmość przebłagać; zostawić to musiałem czasowi.
Kiedy się to działo, a ja codziennie do matki uczęszczałem, która dotąd w swoim pokutniczym stroju i życiu trwała, zwróciły się niepotrzebnie na nią ludzkie oczy i języki.
Urodzona Gastoldówna, siostra wielkorządcy na Kijowie w tym czasie właśnie z podziału majętności między rodziną, otrzymała znaczne dobra na Litwie, które brat jej puścił, jako spadek po matce i część należną po ojcu.
Tęczyńscy dowiedziawszy się o tem, trochę zaniedbaną zaczęli nawiedzać i kłaniać się jej. Mówiono o jej życiu, o przeszłości, w jaki sposób do mnie to najmniej dojść mogło, ale snadź rozprawiano wiele.
Czy mnie za syna jej miano, czy za przybraną sierotę? nie wiedziałem i nigdym się jawnie do żadnego powinowactwa nie przyznawał, powiadając się raczej jej sługą.
Musiano i o tych wielkich majętnościach, i o jakiejś przeszłości, a stosunkach rozpowiadać wiele i obudzić tem ciekawość ogólną, gdy nawet Włoch mój jednego wieczora niespodzianie mnie o wdowę Nawojową rozpytywać począł, którą głoszono bezdzietną i książęcej fortuny panią. Zwracał się z tem do mnie najniezręczniej, bo ja właśnie mu najmniej powiedzieć mogłem, zbywając go kilku słowy zimnemi.
Miałem naówczas lat trzydzieści, a matka moja nie więcej nad czterdzieści kilka. Żywot ciężki i boleściwy zestarzył ją przedwcześnie, uczynił zwiędłą; lecz teraz, gdy odzyskała spokój, życie zmieniła a i samą pokutę uczyniła znośniejszą — zdrowie jej powróciło. Widziałem z pociechą wielką, iż rumieniec na twarzy się zjawił, lice się wypełniło i jakby odblask jakiejś młodości je rozjaśnił. Cieszyłem się tak wielce w duszy.
Pokuta nie ustawała dotąd, lecz tak surową i pochłaniającą wszystkie godziny nie była. Nawojowa mniej unikała świata, więcej się o ludzi, dwór i t. p. rozpytywała.
Nie widziałem w tem nic zdrożnego, gdy w ostatku suknia tercyarska ustąpiła zupełnie, a matka oświadczyła mi, że dziwowiskiem dla ludzi być nie chce i tylko w pewne dnie na nabożeństwo wdziewać ją myśli.
Gdy z Litwy przybyli z majętności ci co niemi zarządzali, dzierżawcy i tenutorowie, a z niemi przypłynęły i znaczne summy pieniędzy, matka się dała namówić Sliziakowi, aby i dwór swój, kolebki, woźniki, czeladź, stosownie do stanu dała urządzić. Mnie się o to nie pytano i nie mogłem mieć nic przeciwko temu, co matce miało uczynić przyjemność, jej, co tyle przecierpiała.
Statecznie tylko dotąd odmawiałem, gdy mi nadto świadczyć chciała, czemby na mnie oczy zwracała niepotrzebnie. Przyjmowałem konia, rzęd, zbroiczkę, drobne podarki, alem nic okazalszego nie chciał mieć.
Gdy zwolna zmiany te u nas w domu pod złotym dzwonem zachodziły, Świętochna jak sobie postanowiła, tak uczyniła — sprowadziła tu Luchnę.
Nierychło się o tem dowiedziałem.
Jaką myśl miała, czy mnie do siebie pociągnąć, abym jej za narzędzie służył do pomsty nad Kallimachem, czy za zimne przyjęcie nad matką moją chciała też mścić się, mnie mimo jej woli uplątawszy... dość, że Luchna przybyła.
Nad wszelki wyraz chytra i przebiegła kobieta, w pierwszych dniach po przybyciu mojej Luchny wypuściła ją samą do kościoła, nie wątpiąc, albo raczej przeczuwając to, że my się spotkać musimy i dowiemy o sobie.
Tak się też stało — jest Opatrzność nad temi, co się uczciwie miłują. Nie powiem jak byłem szczęśliwy spotykając ją i jaką chwilę spędziliśmy razem, choć z obawą, aby nas nie spostrzeżono. Luchna, która dobrze znała swą powinowatę i przed którą ona już się wygadać musiała, przestrzegła mnie, abym ostrożnym był, bo tu znowu przeczuwa zasadzkę.
Tym razem jednak rachuby Świętochny, które niewątpliwie miała, omylone zostały zbiegiem nieprzewidzianych wypadków, dla mnie równie nieszczęśliwych jak to co z innej strony czekać mogło.
Wielki rozgłos imienia Kallimachowego, stanowisko jakie zajmował na dworze, codzień rosnące znaczenie tego człowieka, wszystkich ciekawość obudzało. Każdy chciał widzieć go, słyszeć, zachwycać się tym czarodziejem.
Wyprawiano dla niego uczty, ugaszczano, obsypywano darami, a na te on wcale obojętnym nie był. Znajdował to bardzo naturalnem i niejako obowiązkowem, gdy mu za kilka pochwalnych wierszy łacińskich kilkadziesiąt sztuk złota przynoszono. Powiadał otwarcie, że za bezcen daje nieśmiertelność, albowiem nie wątpił, że dzieła jego mieć ją będą.
Kallimach był zwierzchnikiem moim, bardzo więc łaskawie znalazła się matka moja, dnia jednego oświadczając mi że chce Włocha dla mnie pozyskać, przyjmując go wspaniałą ucztą w swym domu, na którą dozwoliła mi zaprosić osoby, jakie jemu miłe a mnie potrzebne być mogły.
Piękną bardzo pozłocistą czaszę i misę srebrną przeznaczała jako dar i pamiątkę dla Kallimacha.
Rzuciłem się jej do nóg, dziękując za tę troskliwość dla mnie, ale starałem się wszelkiemi sposoby odwieść ją od tego, a szczególniej od uczty, która spokojne jej życie mogła zamącić.
Nie szło o koszta, bo te nie mogły dla niej być znaczącemi, hojną była i miała czem szafować, lecz wstręt czułem do tego otwarcia domu i ściągnięcia lub potwierdzenia podejrzeń, czem ja byłem dla niej.
Powiedziałem to otwarcie.
— Ale ja, dziecko moje — odparła zimno — nie kryję się z tem co już się utaić nie daje i dozwalam niech świat mówi co chce. Dla mnie to dziś obojętne!
Okazała tak stanowczą i nieprzełamaną wolę, że mnie, nawykłemu do spełniania jej rozkazów, sprzeciwiać się nie było podobna.
Wystawiałem jej to nadewszystko, że raz otwarte drzwi domu, już się znowu potem zamknąć nie dadzą, że spokoju mieć nie będzie.
— Gdy go zechcę odzyskać — rzekła — bądź pewien, że potrafię. Znasz mnie, iż mam silną wolę; gdy co postanowię, pewnym być możesz, iż w domu nikomu panować nie dam nad sobą.
Próżne już były usiłowania moje.
Sliziak odebrał rozkazy co do uczty, którą ja do niewielkiej liczby Włochów i pana Dersława z Rytwian, szczególnego przyjaciela Kallimachowego, ograniczyłem.
W czyjem imieniu i pod jakim pozorem ja do domu Nawojowej Tęczyńskiej zapraszać miałem, musiałem spytać. Matka mi na to odpowiedziała:
— Nazwiesz mnie opiekunką swą. Nietrzeba więcej, ale chcę abyś mi gospodarzem był i wyręczał we wszystkiem.
Dodać tu muszę jedno, że już naówczas w Litwie się znajdowali mnodzy, którzy dzieje jej i rodzin litewskich pisać i zbierać zamierzali. Ci, słusznie czy nie, utrzymywali, że pierwsze i najstarsze rodziny litewskie pochodziły od włoskich przybyszów, którzy niegdyś tu