Tłómaczenia (Odyniec)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Tłómaczenia
Wydanie drugie
Data wydania 1874
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Czcionkami Gazety Lekarskiéj
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


TŁÓMACZENIA
ANTONIEGO EDWARDA
ODYŃCA.
wydanie drugie.




WARSZAWA.
Nakładem księgarni Gebethnera i Wolffa.
1874.


Дозволено Цензурою.
Bapшaвa, 3 Сентября 1872 г.
Czcionkami Gazety Lekarskiéj.






SALOMEI DOBRZYCKIÉJ.
Damie Dworu Królewsko-Saskiego
w dowód
wysokiego szacunku i wdzięcznéj
przyjaźni
poświęca
A. E. O.
DO CZYTELNIKA.[1]

Tłómacząc i wydając razem obok siebie wybrane dzieła trzech największych współczesnych poetów angielskich, główném usiłowaniem mojém było, aby oprócz wierności w oddaniu myśli, zachować w przekładzie charakterystyczne zwroty i odcienia stylu każdego z nich; i przez to, gdybym mój zamiar podług chęci wykonać zdołał: dać uczuć czytającym rozmaitość albo różnice ogólnéj barwy i tonu ich poezyi: na czém właśnie cały zewnętrzny jej urok i wartość tłómaczenia zawisły. — Ton bowiem w poezyi, jest to samo co ton głosu ludzkiego w mowie. Sam dźwięk jego mocniéj nieraz mówi do serca, niżeli najdobrańsze, najsztuczniéj ułożone wyrazy. Samo najwierniejsze powtórzenie słów czyich, nie da nam jeszcze odgadnąć uczucia, z jakiego poszły, jeśli zarazem nie



DZIEWICA Z JEZIORA.
POEMA
WALTERA SKOTTA.
W SZEŚCIU PIEŚNIACH.
PIEŚŃ PIERWSZA.

ŁOWY.

Arfo północna! długo w mroku zapomnienia
Nad źródłem San-Fillanu zwieszona z gałęzi!
Wiatr chyba z gór rodzinnych zbudzi twoje brzmienia,
Nim bluszcz zawistny pnąc się po strón twych nawięzi
Ujmie każdą, i w pętach milczenia uwięzi.
Arfo bardów! czyż głos twój nie zasłynie szerzéj,
Jak cichy szelest liści albo szmer strumienia?
Nigdyż mistrz biegłą dłonią strón twych nie uderzy,
Budząc westchnienia dziewic i uśmiech rycerzy?

Nie tak było za dawnych czasów Kaledonu,
Gdy Minstrel z tobą w ręku na ucztach przewodził;
Gdy nucąc bój lub miłość rycerskiemu gronu,
Ośmielał bojaźliwych, lub dumnych łagodził.
Za każdą przerwą pieśni, grzmotem się rozchodził
Zmieszany z strón twych brzmieniem głośny poklask gości;
Wszystkie ich czucia tchnęły echem twego tonu:

Bo treścią każdéj pieśni był tryumf miłości,
Wielkie dzieła rycerzy, lub chwała piękności.

O! obudź się raz jeszcze! — lubo dłoń niewprawna,
Którą cie z grobu mistrzów ima wieszcz zuchwały;
Obudź się! choć w niéj może twa potęga dawna
Ozwie się ledwo echem swojéj dawnéj chwały.
Niech jedną pierś rycerskie przenikną zapały.
Jedno serce poczuje wieszczych natchnień dreszcze,
Przed jedném okiem z grobu wstanie przeszłość sławna:
Nie daremnie już będą brzmieć twe stróny wieszcze,
Sam tu więc, czarodziejko! obudź się raz jeszcze!


I.

Jeleń wieczorem napił się do sytu.
Gdy księżyc wschodząc drżał w nurtach Teitu;
I w głębi mrocznéj Glenartnu doliny,
Usnął na wrzosach, pod cieniem leszczyny.
Lecz ledwo blaskiem słonecznéj purpury
Szczyt Benworlichu zapalił się góry,
Śród przepaścistych wąwozów i jarów
Zabrzmiało gęste szczekanie ogarów,
I tuż za niemi, zwiastujące łowy,
Trąbki myśliwców i jeźdźców podkowy.

II.

Jak wódz, gdy leżąc w bezpiecznéj ustroni
Usłyszy nagle krzyk straży: „do broni!“

Z łoża miękkiego spoczynku i wczasu,
Porwał się mocarz pustyni i lasu.
Lecz nim bieg chyży rozpuścił przez wrzosy,
Trzykroć wprzód z rannéj otrząsnął się rosy,
I jakby oręż gotując na wrogów,
Potrząsł ku niebu koroną swych rogów.
Przez chwilę bystro przeglądał gąszcz krzewów,
Przez chwilę wietrzył woń rannych powiewów,
Przez chwilę słuchał hałasów straszliwych
Coraz to bliższych i psów i myśliwych;
Aż najpierwszego ogara gdy zoczył,
Porwał się, pomknął, przez wierzchy drzew skoczył,
I z ścieśnionego wyrwawszy się jaru,
Pędził na dziki szczyt gór Uam-waru[2].

III.

Jękły psy, zwierza porwawszy na oko.
Wrzaskliwą wrzawą wre parów głęboko;
Tysiącem dzikich, zmieszanych hałasów,
Zabrzmiały echa gór, dolin i lasów.
Tysiąc psów razem ujada i goni,
Tętni po skalach tysiącznych czwał koni:
Wrzask trąb, trzask biczów, i szczwaczów odgłosy
Brzmią po przepaściach i biją w niebiosy.
Pierzchliwa sarna uciekła przed wrzawą,
Łani w gęstwinie przypadła z obawą;
Spłoszył się sokół, i wzbiwszy się w chmury,
Kracząc, w dolinę wpatruje się z góry;
Aż cały łowów huragan przeminął,
I pędząc daléj, z przed oczu mu zginął.

Ciszéj, i coraz to ciszéj wiatr niesie
Echo po skalach, dolinach i lesie,
Aż znów jak przedtém milczenie ponure
Osiadło wąwóz, i lasy, i górę.

IV.

Mniéj głośne echa myśliwskiego gwaru
Zmąciły cisze szczytów Uam-waru,
I owych pieczar, gdzie miedzy opoki
Żył niegdyś olbrzym jak skała wysoki.
Bo już w pół góry, wprost wisząc nad głowy,
Ciskało słońce swój żar południowy.
Niejeden jeździec, złorzecząc skwarowi,
Musiał rad nie rad dać wytchnąć koniowi,
I z psiarni, spiekłém zziajanéj pragnieniem,
Połowa ledwo szła wciąż za jeleniem.
Tak skwar i zapęd podgórnéj pogoni
Znużył wytrwałość psów, ludzi, i koni.

V.

Zwierz nieprzyjaciół zostawiwszy w tyle,
Zdyszany biegiem, zatrzymał się chwilę,
I z południowéj pochyłości szczytu
Ku różnobarwnym polom Menteitu,
Obłędném okiem, ważąc się w nadziejach,
Wodził po wzgórzach, bagniskach i kniejach,
Gdzieby ujść pewniéj niebezpieczeństw tylu,
W lasach Lochardu, czy Aberfoilu? —
Lecz czyż nie bliższy przytułek ma w gaju,
Ocieniającym brzeg wód Loch-Achraju?

Czyż nie pewniejsze rokują schronienie,
Zamierzchłe bory na skalnym Benwenie? —
Z nadzieją w sercu, i rzezkość wracała,
Pomknął na zachód, i leciał jak strzała,
Im bliżéj celu, tém śmieléj i żywiéj,
Tém daléj za nim i psy, i myśliwi.

VI.

Długoby mówić, jak, albo kto z łowców,
Wśród Kambus-moru zabłądził manowców;
Kto wstrzymał konia, lub czyj koń padł wtedy,
Gdy przyszło piąć się na górę Benledy;
Kto próżno pieszo chciał dobiedz do szczytu,
Kto nie śmiał przebrnąć strumienia Teitu: —
Bo go dziś jeleń, by zatrzeć ślad biegu,
Dwakroć przepływał od brzegu do brzegu.
Nie wielu było tych, co już wieczorem
Nad Wennacharu ustali jeziorem:
I gdy zwierz daléj szedł wciąż skroś parowów,
Ścigał go tylko sam jeden — wódz łowów.

VII.

Sam, w obcém miéjscu, bez śladu i drogi,
Pędził, nie szczędząc bicza i ostrogi.
Bo już tuż przed nim, zziajany, podbity,
Zgarbiony znojem i kurzem okryty,
Robiąc bokami białemi od piany,
Wlókł się zaledwo jeleń spracowany.
Tuż dwa psy czarne, wytrwałe na skwary,
Z gniazda świętego Huberta ogary[3],

Ślad w ślad za zwierzem, w ciasnocie parowu.
Wróżą kres bliski i zdobycz połowu.
O krok już ledwo za sobą śród ciszy
Z rozpaczą jeleń szczekanie ich słyszy,
Lecz ni sam od nich odsadzić się chyżéj,
Ni psy nie mogą doścignąć go bliżéj.
I tak ku brzegom Achraju, przez jary,
Między zarosłe i dzikie pieczary,
Pędził myśliwiec, i zwierz, i ogary.

VIII.

W poprzek przed niemi, nad brzegiem jeziora.
Stroma, skalista wznosiła się góra:
Tam jeleń dalszéj nie mając już drogi,
Musi się zwrócić i bić się na rogi.
Z dumą myśliwiec, rad pewnéj zdobyczy,
Sęki ich okiem rozmierza i liczy,
Na hymn tryumfu i na cios zbójecki
Gotując trąbkę i nóż swój strzelecki.
Lecz gdy z wzniesioném nad głową ramieniem,
Przypuścił konia, by starć się z jeleniem[4],
Chytry zwierz w porę grożący cios zoczył,
Zwrócił się nagle, i w stronę uskoczył,
I w ciasny wąwóz śród skał na uboczu,
Runął przed psami, i znikł im z przed oczu,
Aż resztę siły wzmagając z przestrachu,
Zapadł w najdzikszych zakątach Trosachu[5].

Tam już na wonne rzuciwszy się wrzosy,
Rzeźwiąc się chłodem wilgoci i rosy,
Słuchał bez trwogi, jak w głębiach parowu
Psy rozjuszone szukały go znowu,
Skowycząc z gniewu i wyjąc na skały,
Co ich szczekaniem nawzajem szczekały.

IX.

Tuż po za psami, przez głazy i krzewy
Drąc się myśliwiec, poduszczał ich gniewy;
W tém koń — nim pośpiał zawściągnąć mu wodze,
Drgnął, zarył nozdrzem, i runął na drodze.
Próżno go jeździec, by podnieść na nogi,
Targa munsztukiem, nie szczędząc ostrogi:
Wysilon znojem pogoni i spieki,
Legł dzielny rumak, by spocząć na wieki.
Wtedy zbyt późną zgryzotą ruszony,
Zsiadł, i tak nad nim rzekł pan zasmucony:
„Mógłżem ja myśleć, mój koniu kochany!
„Gdym cię dosiadał na brzegach Sekwany,
„Że nad twém ciałem, wśród dzikich wandołów,
„Pastwić się będzie dziób szkockich sokołów?
„Przeklęte łowy! przeklęta pogoni!
„Coś mię zbawiła najlepszego z koni!“

X.

Rzekł i zatrąbił, by z błędnego lasu
Psy swe przynajmniéj odwołać zawczasu.
Kulejąc, zwolna, i z okiem spuszczoném,
Wyszły, z podgiętym pod siebie ogonem,

I jakby pana sromały się wzroku,
Nie śmiąc się głaskać, stanęły przy boku.
On trąbił jeszcze; dźwięk rogu chrapliwy
Napełnił wąwóz, i lasy, i niwy.
Zbudzone w lochach krzyknęły puszczyki,
Orzeł w powietrzu powtórzył ich krzyki.
Dźwięk coraz daléj szedł z wiatru oddechem,
Aż jak sto rogów ozwało się echem.
Z westchnieniem jeździec z tych miejsc nieszczęśliwych
Odszedł, by szukać orszaku myśliwych,
Lecz idąc, często wstrzymywał swe kroki:
Tak trudna droga, tak piękne widoki.

XI.

Już blaski dzienne, jak odpływne wały,
Z całego nieba na zachód spływały;
Nagie skał szczyty i lesiste góry
Tlą jeszcze resztą słonecznéj purpury,
Kiedy już z głębi zapadłéj doliny,
Jak mgła nad wodą, powstawał mrok siny.
Ćmiąc wązką ścieżkę, co brzegiem strumienia,
Wijąc się różnie i ginąc śród cienia,
Wiodła po sękach i odłamach skalnych,
U stóp tysiąca skał piramidalnych,
Co ostrym szczytem wybiegłszy nad chmury,
Jak ostrza wieżyc gotyckiéj struktury,
Sterczą po rogach, jakby twierdz wysokich,
Mass granitowych, olbrzymich, szerokich,

Jako ów pomnik grzesznego zamiaru,
Czyn dumy ludzkiéj, w dolinach Szinaru[6].
Czoła i boki tych dzikich ogromów,
Rozpadłe wiekiem, strzaskane od gromów,
Noszą kształt dziwny miast, świątyń, lub domów.
Ówdzie się zdają, wypukłe u grzbietów,
Wierzchołkiem kopuł lub wschodnich meczetów;
Tam nastrzępione, jak chińskie pagody;
To znów jak baszty, lub wałów obwody,
Lub w fantastyczne połamane łuki —
Dzikość natury, wzór arcy-dzieł sztuki!
Ani tym zamkom zbywa na sztandarach:
Tu bluszcz swe sploty rozwiesił po szparach,
Tam bujne krzewy, tam zielone drzewa,
Lub chwast wysoki z wiatrami powiewa.

XII.

Z dziką hojnością natura wesoła
Rozsiała spodem i kwiaty i zioła.
Tu polna róża szkarłatem rumieńca
Płonie w objęciach głogu oblubieńca;
Tam przy fijołku konwalja dzika
Śnieżystém czołem nad mchy się wymyka.
Bluszcze, powoje, wrzos, cząbry i ślazy,
Ścieląc się, wisząc, lub pnąc się na głazy,
Mieszają różnie swe barwy i wonność,
Barwiąc skał nagość, lub darni zieloność.

Z wierzbami brzoza płacząca pospołu
Liśćmi z traw rosę zamiata u dołu;
Wyżéj dąb, wiatrów wojownik wysoki,
Krętym korzeniem rozsadza opoki;
A wyżéj jeszcze, piętrzące się jodły
Szczyt swój posępny ku niebu wywiodły,
Lub zgięte burzą od skały do skały,
Nad przepaściami jak mosty wisiały.
Aż gdzie najwyżéj wierzchołki skał wzbite,
Tlące się słońcem, łub śniegiem okryte,
Podróżny ledwo mógł dojrzeć u szczytów
Tło zwierciadlane niebieskich błękitów.
Wszystko tak dzikie, tak cudne zarazem,
Ze snów czarownych być zda się obrazem.

XIII.

Środkiem wąwozu, wązki, zabrzeżysty,
Sączył się strumień, spokojny i czysty.
Głąb jego z razu i płytka, i kręta,
Ledwoby dzikie uniosła kaczęta;
Ale wnet ginąc pod niskich wierzb szczytem,
Zasilon źródłem w ich gęstwie ukrytém,
Szerszém już z cienia wychodzi korytem,
W ciemno-przejrzystych malując kryształach
Skały, i drzewa rosnące po skałach.
I coraz szerszy, im coraz szedł daléj.
Ryjąc się głębiéj, i błyszcząc wspanialéj,
Wzbiera nad brzegi, i wkoło oblewa
Nadbrzeżne skały, pagórki i drzewa,

Tak, że zdaleka wydają się z wody
Jak gruzy zamków, lub wysep ogrody.
Strumień grunt coraz bystrzejszym rwąc prądem,
Co krok to daléj rozłącza je z lądem,
Aż wszystkie strugi złączywszy znów w biegu,
Zalewa wąwóz od brzegu do brzegu,
I połyskując wód gładkich przestworem,
Małém Trosachu staje się jeziorem.

XIV.

By wyjść z wąwozu, strzelec pełen trwogi
Nie widzi żadnéj ni ścieżki, ni drogi,
Chyba się musi, z potrzeby zuchwały,
Piąć po urwiskach przepaścistéj skały.
Po drzew korzeniach, jak szczeblach drabiny,
Chwytając ręką gałęzie jedliny,
Wdarł się nakoniec na szczyt — zkąd u spodu,
Tuż pod nim, w blasku jaskrawym zachodu,
Jakby ze stali zwierciadło ogniste,
Widać Katrinu jezioro przejrzyste:
Pomiędzy wzgórza, rosnące po bokach,
W kształtnie kręconych rozlane zatokach,
Pocieniowane cieniem wysp kwitnących,
Na tle błękitu wód zieleniejących,
I gór, co jakby olbrzymy-strażnicy,
Z dwóch stron zaklętéj strzegą okolicy.
Z południa Benwen, zamglony u szczytów,
Piętrząc się w massy skruszonych granitów,
Zwala na brzegi swe gruzy i głazy,
Istne zniszczenia i ruin obrazy,

I czarnym borem nawisły po wierzchu,
Mroczy się cieniem przedwczesnego zmierzchu;
Gdy od północy, nad białe obłoki
Wzbity Benanu wierzchołek wysoki,
Nagi, lecz kształtem powabny dla oczu,
Kąpie się w jasném powietrza przezroczu.

XV.

Długo podróżny, wzruszony, zdumiały,
Patrzał na wszystko z wierzchołka swéj skały.
„O! co za cuda w tych miejscach — zawołał —
„Kunszt albo przepych potworzyćby zdołał!
„Na téjby górze stanął zamek zbrojny,
„W tym dole niewiast pałacyk spokojny;
„Z owéj dąbrowy, z za drzew tego boru,
„Błysłyby wieże białego klasztoru!
„O! jak wesoło dźwięk trąby myśliwéj
„Budziłby z rana te lasy i niwy;
„Jak wdzięcznie piosnka miłosna wieczorem
„Brzmiałaby z arfą nad cichém jeziorem!
„Lub gdy śród nocy, w swéj pełnéj pogodzie,
„Księżyc w zamglonéj przegląda się wodzie,
„Jak uroczyście, z za mrocznych drzew boru,
„Płynąłby z echem daleki śpiew chóru,
„Gdy dzwon posępny, brzmiąc głucho w dąbrowach,
„W tychby gdzieś górach, lub na tych ostrowach,
„Budził świętego pustyni mieszkańca,
„Do rozmyślania i modłów różańca! —
„Wtedyby trąba, i arfa, i dzwony,
„Wtedy uprzejma gościnność w te strony

„O każdéj porze nęciłyby co dnia,
„Obłąkanego, jak dziś ja, przychodnia!…

XVI.

„Ha! wtedy mógłbym cieszyć się z obłędu.
„Lecz dziś! — przeklęta porywczość zapędu! —
„Jak ów pustelnik, com roił w marzeniu,
„Muszę pomyśleć o nocném schronieniu,
„I wodę suchym zakąsiwszy chlebem,
„Spać gdzieś na ziemi pod gwiaździstém niebem.
„Ale to mniejsza! na łowach i wojnie,
„Fraszka o miękkość, byle spać spokojnie!
„Noc letnia w świeżym przepędzona lesie
„Rzeźwość i ciału i myślom przyniesie.
„Lecz wiem, że w dzikich tych górach i kniejach,
„Nie brak na zbójcach i śmiałych złodziejach[7];
„Spotkać ich nocą wśród tego ustronia,
„Gorsza, niż stracić jelenia lub konia! —
„Zatrąbię! — może kto z mych towarzyszy —
„Lecz jeśli horda trąbienie posłyszy?…
„Ha! darmo!… ufam w ostatecznéj toni
„Że mię odwaga i miecz mój obroni!“

XVII.

Ujął więc trąbkę, i zagrał w nią znowu.
Wtém patrz! — wprost z wyspy naprzeciw parowu,
Cichéj i pustéj; z za nagich skał zrębu,
Z pod cienia liści zielonego dębu,
Wybiegła łódka, polotna i szparka.
W niéj jedna tylko dziewica-żeglarka,

Zręczném się wiosłem sterując w swéj drodze,
Gnała ją szybko ku bliskiéj odnodze,
Gdzie wierzb zielonych rozwisłe warkocze
Fala w swém łonie odbija i płócze,
I z cichym szmerem pluskając o brzegi,
Kona na piaskach, błyszczących jak śniegi.
Właśnie pod łodzią zaskrzypiał żwir biały,
Gdy strzelec szybko zstąpiwszy ze skały,
Stanął zakryty pomrokiem wieczora,
By się przypatrzyć téj Nimfie jeziora.
Dziewica zda się czekała śród ciszy,
Aż znów powtórny dźwięk trąbki usłyszy.
Z wzniesioném czołem, z wytężonym wzrokiem.
Jakby coś słysząc w milczeniu głębokiém,
Z powiewnym włosem, rozwianym w pośpiechu,
Z otworzonemi usty — bez oddechu.
Stała jak posąg; — z postawy, z oblicza,
Rzekłbyś, że grecka bogini dziewicza,
Czarownych brzegów Najada strażnicza.

XVIII.

Lecz nigdy nawet dłót greckich rzeźbiarzy,
W Gracyach, w Nimfach, w boginiach ołtarzy,
Nie stworzył cudniéj kibici ni twarzy!
Cóż ztąd, że słońca gorące pogody
Tłem jakby cienia powlokły jagody?
Trud co jéj lica zapalał płomieniem,
Sprawiał zarazem, że z prędkiém westchnieniem,
Nad rąbek szaty, jak fala z za brzegu,
Błyskała coraz pierś bielsza od śniegu.

Cóż, że uczony mistrz sztucznych poskoków
W muzyczne miary nie wkładał jéj kroków?
Nigdy krok szybszy migając przez wrzosy,
Lżéj porankowéj nie otrząsł z nich rosy;
Najmniéjszy kwiatek, jak wiatru tchem zgięty,
Z pod stóp jéj znowu powstawał niezmięty.
Cóż, że z ust czasem, z wdziecznemi ich słowy,
Zabrzmi ton prosty góralskiéj wymowy?
Głos jéj tak słodki, tak miły dla ucha,
Że słuchacz nie śmie odetchnąć, gdy słucha.

XIX.

Wodza być córką zdaje się dziewica.
Lśniąca przepaska, co skroń jéj oświéca,
I pled jedwabny płynący z jéj ramion,
I złota klamra, należą do znamion.
I rzadko wstążka wiła się śród cieniów
Tylu i takich warkocza pierścieniów,
Jak te, z pod których łabędzia jéj szyja,
Jak śnieg z pomiędzy piór kruczych przebija.
Rzadko pled w swoje fałdy tajemnicze
Tulił cudniejsze powaby dziewicze;
A nigdy klamra, swym blaskiem gwiaździstym,
Nie połyskała nad sercem tak czystém.
By zgadnąć w głębi skarb uczuć bez ceny,
Dość jest raz spojrzeć w źrenice Heleny.
Nie tak Katrinu zwierciadło przejrzyste
Odbija jasno swe brzegi kwieciste,
Jak się w tych źrenic swobodzie dziecinnéj,
Maluje każda myśl duszy niewinnéj:

Czy się w niéj radość zaśmieje wesoła,
Czy żal lub litość łzę z oka wywoła,
Czy prędka wdzięczność doznanéj dobroci
Myśl rozrzewnioną ku niebu obróci;
Czy powieść krzywdy, lub widok przemocy,
Oburzy wolny duch córek północy.
Jedno jest tylko czucie, co trwożliwa,
Z dziewiczą dumą, dziewica ukrywa,
Choć nie mniéj czysty blask jego płomienia —
Trzebaż to czucie nazywać z imienia?

XX.

Zniecierpliwionéj okolném milczeniem,
Z ust koralowych głos zabrzmiał ze drżeniem:
„Ojcze!“ krzyknęła; a wiatry na skały
Harmonijnemi dźwiękami powiały.
Słucha — nic wzajem nie mąci milczenia.
„Tyżeś Malkolmie?“ — dźwięk tego imienia
Z tak niewyraźnym z ust wypadł pośpiechem,
Że skały złowić nie mogły go echem.
— „Jestem podróżny;“ rzekł strzelec nieśmiało,
Wychodząc z miejsca gdzie krył się za skałą.
Szybko dziewica, za wiosła zamachem,
Na głąb w swéj łódce odbiegła z przestrachem,
I zapłoniona, na piersi wzburzonéj
Stuliła rąbek rozwianéj zasłony;
Tak pierzcha łabędź spłoszony od brzegu,
Tak gładząc pióra wstrzymuje się w biegu.
Bezpieczna wtedy, choć jeszcze nieśmiała,
Wsparłszy się wiosłem, na gościa patrzała.

Nie taką postać, nie takie miał lice,
By się go długo lękały dziewice.

XXI.

Na wzniosłe czoło i na twarz namiętną,
Wiek męzki włożył rozmyślania piętno,
Nie starł z nich jednak swobodnéj szczerości,
Ani zapału i ognia młodości.
W rysach tchnie trefność i wesołość pusta,
Dumę zdradzają śmiejące się usta,
I widać z oka, co błyska i gore,
Serce do gniewu i miłości skore.
Wzrost kształtny, w miarach zarówno stosownych
Do zręcznych igrzysk i trudów gwałtownych.
I chociaż strzelcem jest tylko z ubioru,
Choć nie ma broni, prócz strzelca klajmoru[8]:
Wyniosłość oczu i wzrok ich płomienny,
Tak znaczą męztwo i zapał wojenny,
Że rzekłbyś w mitrze lub zbroi rycerza,
Na polu bitew być wodzem zamierza.
Krótko swe dzienne wspomniawszy przygody,
Mówił o braku gościnnéj gospody.
W łagodnym głosie i mowie dobornéj
Tchnął wdzięk i gładkość zalotności dwornéj,
Lecz z tonu, z giestów — choć to chciał pokrywać,
Znać, że nie prosić zwykł — lecz rozkazywać.

XXII.

Dziewica grzecznéj wysłuchawszy mowy,
Wdzięcznemi wzajem ozwała się słowy,
Że dla zbłąkanych śród gór tych wieczorem,
Domy góralów są zawsze otworem.
„Ani sądź, gościu, że niespodziewanie
„Nasze samotne nawiedzisz mieszkanie.
„Od rana dzisiaj, nim wiatr obwiał rosy,
„Łoże miękkiemi nasłano ci wrzosy:
„Na twoję ucztę, liść owych modrzewi
„Zlała krew głuszców i dzikich cietrzewi,
„I nasze sieci szerokie o wschodzie
„Nie nadaremnie brodziły po wodzie.“ —
— „Z żalem,“ rzekł strzelec, „lecz czuję powinność,
„Bym twoję w błędzie oświecił gościnność.
„Obcy, nie roszczę praw do uprzejmości,
„Z jaką znać czekasz zaproszonych gości.
„Rzucony trafem śród tego ustronia,
„Straciwszy drogę, przyjaciół, i konia,
„W górach tu waszych nieznany nikomu,
„Nie miałem wstąpić do żadnego domu,
„Ażem obaczył ze skał tych wyżyny,
„Czarowną Wróżkę téj czarów krainy.“ —

XXIII.

— „Wierzę,“ odparła dziewica z uśmiechem,
Łódź swą do brzegu zbliżając z pośpiechem:

„Wierzę, żeś z rana nie myślał wieczorem
„Nad Loch-Katrinu nocować jeziorem.
„Ale jest człowiek, co przyjście twe wiedział.
„Allan-Ban wczora już je przepowiedział;
„Bard białowłosy, któremu widzenia
„Zwiastują przyszłość i bliskie zdarzenia[9].
„Wczoraj on widział zły koniec twych łowów,
„Śmierć twego konia śród dzikich parowów;
„Opisał, mówiąc że zbłądzisz w te strony,
„Rysy twe, postać, i strój twój zielony,
„I złotą trąbkę z jedwabnym kutasem,
„I nóż myśliwski, co nosisz za pasem,
„I tę twą czapkę z piór czaplich ozdobą,
„I dwa psy czarne, co idą za tobą.
„W domu téż kazał nie szczędzić zachodu,
„By uczcić gościa z wysokiego rodu.
„Ja, wyznać muszę, nieskora do wiary,
„Choć nieraz jego sprawdziły się mary,
„Słysząc dźwięk trąbki, myślałam wesoła,
„Że to mój ojciec, jak zwykle, mię woła.“ —

XXIV.

Gość się uśmiéchnął. —„Jeżeli wiedziony
„Wyższym wyrokiem, przychodzę w te strony,
„Ufam, że prorok zapytać pozwoli,
„W czém mam dopełnić przeznaczenia woli?
„Na tysiąc przygód ważę się ochoczy,
„Skoro twe piękne zachęcą mię oczy.
„Tymczasem, pozwól jeżeli się godzi,
„Bym cię wyręczył w sterowaniu łodzi!“ —

Z przekąsem Nimfa — gdy wziąwszy jéj wiosło,
Znać że mu nowe rozpoczął rzemiosło —
Śmiała się patrząc, jak ramię wysilał,
I jak się wstydził, że czółnem przechylał.
Lecz męzka siła brak wprawy zmniejszała:
Łódź, choć się chwiejąc, leciała jak strzała,
A w ślad jéj, skomląc, nie rade z ochłody,
Szły wpław ogary, pysk wznosząc nad wody.
Nie wiele razy dłoń w pracy swej skora,
Rozbiła wiosłem zwierciadło jeziora,
Gdy łódź, przemknąwszy około skał zrębu,
Wbiegła w cień liści zielonego dębu.

XXV.

Gość szybko wyspę obejrzał tymczasem.
Brzeg był zarosły murawą i lasem,
Lecz nigdzie domu, ni ścieżki, ni drogi,
Żadnego śladu rąk ludzkich, ni nogi.
Aż mu dziewica wskazała tór mały.
Przez las w głąb wyspy wiodący na skały,
I z skał w zieloną schodzący dąbrowę,
Pomiędzy wierzby i gaje brzozowe.
Tam pod ich cieniem, ktoś, znać niespodzianie,
Na prędce wiejskie zbudował mieszkanie[10].

XXVI.

Dom był przestronny, lecz dziwny z pozoru,
Prosta struktura, bez sztuki, ni wzoru.

Stawiony z drzewa, jakie w okolicy
Najłatwiéj mieli spieszni budownicy.
Pnie smolnych sosen i surowych dębów,
Sklutem zaledwo ściosane u zrębów,
Ocięte z sęków, lecz korą odziane,
Na wzrost wysoką tworzyły w krąg ścianę,
Któréj szerokie czeluście i szpary,
Zmieszany z gliną zatykał mech szary.
Z drzew cieńszych sosen, odartych z swéj kory
Belki i krokwie, spojone u góry,
Dzierżą nad domem dach jego poziomy,
Wiązany z snopków gałęzi i słomy.
Obok drzwi domu, dwa z darni siedzenia
Wiejski nad gankiem przysionek ocienia,
Pokryty korą z gładkich lip surowych.
Wsparty na białych kolumnach brzozowych,
Po których dłonie Heleny pieszczone
Puściły wiankiem powoje zielone,
I girlandami osnuły w około
Bluszcz i barwinek kwitnący wesoło,
Co się tak wdzięcznie swym kwiatem rumieni,
Że go lud prosty zwie: Panną w zieleni;
I inne ziela, co liśćmi wiotkiemi
Pną się do góry, lub pełzną po ziemi.
Pod tym przysionkiem stanąwszy dziewica,
Rzekła, z uśmiechem odwracając lica:
„Wzywaj, rycerzu, swéj Damy i Świętych,
I wstępuj śmiało do progów zaklętych!“ —

XXVII.

— „Idąc za tobą, innego Anioła,
„Ni innéj Damy nikt wzywać nie zdoła!“ —
Rzekł, i wszedł za nią: — wtém głośny brzęk stali,
Jakby szczek miecza rozległ się po sali.
Warem krwi serce przychodnia nabiegło;
Lecz wnet ze wstydem omyłkę spostrzegło,
Gdy tuż u wnijścia, na cegłach podłogi,
Ujrzał miecz nagi, przyczynę swéj trwogi,
Wypadły z pochwy, zwieszonéj z niechcenia
Na sękowatych rosochach jelenia.
Bo w krąg po ścianach, za gmachu sprzęt cały,
Wojny i łowów trofea wisiały:
Tu hełm, tam puklerz, tam oszczep strzelecki,
Ówdzie łuk, kołczan, lub miecz staroświecki.
Tu dzik kłem błyska z pod zbroi rycerza,
Daléj wilk białe swe zęby wyszczerza;
Po nad pstrym rysiem rozpiętym na dole,
Sterczą łby łosie łub rogi bawole;
Obok wojenne chorągwie podarte,
Z których znać jeszcze krwi ślady niestarte,
I skóry różnych barw, kształtów, i cieniów,
Sarn, żubrów, lisów, niedźwiedzi, jeleniów,
Porozwieszane dziwnie, rozmaicie,
Tworzyły dzikie ścian szorstkich obicie.

XXVIII.

Gość rzucił wkoło oczyma bystremi,
Gdy się schylając podnosił miecz z ziemi;

I musiał dobrze natężyć moc dłoni,
By dźwignąć ciężar i długość téj broni.
Ważąc ją w ręku i mierząc oczyma:
„Jednego tylko, rzekł, znałem olbrzyma,
„Coby bez czarów, ramieniem człowieczém,
„Mógł w pośród bitwy wywijać tym mieczem!“ —
Twarz się dziewicy rumieńcem powlekła,
I wpół z westchnieniem, wpół z uśmiechem rzekła:
„Widzisz, rycerzu, miecz czarnoksiężnika,
„Co mię w tym zamku zaklętym zamyka;
„A tak nim łatwo wywija nad głową,
„Jak ja wachlarzem, lub rószczką wierzbową.
„Postać też jego równaćby się warta
„Z wzrostem Ferraga, albo Askabarta[11].
„Ale się nie bój! — w jaskini olbrzyma,
„Prócz sług i niewiast, nikogo dziś nié ma.“ —

XXIX.

I w téjże chwili weszła do komnaty
Znać pani domu: poważna już laty,
Lecz któréj postać i wdzięk snać za młodu,
Mogłyby zdobić sam dwór Holyrodu [12].
Helena ciotkę, z czcią matce powinną,
I z wesołością ściskała dziecinną,
Gdy ta, spokojnie, bez dumy ni sromu,
Uprzejmie gościa witała w swym domu.

Nie szczędząc względów należnych dowodu.
Ani śmiąc badać imienia lub rodu[13].
Bo taką wówczas cześć wzbudzał przychodzień,
Że choćby nawet zabójca lub zbrodzień
Przyszedł na ucztę do domu swych wrogów,
Niezapytany wyjść mógłby z ich progów.
Lecz z własnéj woli gość odkrył swe miano:
Jakób Fitz-Jakób z Snowdunu go zwano;
Dziedzic skał nagich i pastwisk obfitych,
Krwią przodków jego i mieczem nabytych.
Broniąc ich właści, ojciec poległ w boju;
On sam — Bóg widział, jak pragnął pokoju —
Za młodu jednak był nieraz zmuszony
Użyć oręża dla praw swych obrony.
Dziś z rana, w Lorda Moraja orszaku,
Goniąc za zwierzem, na rączym rumaku,
Prześcignął strzelców, i trudem znużony,
Stracił tór, konia, i zbłądził w te strony.

XXX.

Mówiąc to, wzajem myślał pokryjomu
Wybadać imię i stan panów domu.
Starsza matrona, ze słów i z pozoru,
Widać że znała ton miasta i dworu;
Helena, chociaż w wesołéj źrenicy
Jaśniał swobodny wdzięk wiejskiéj dziewicy,
Z rysów jéj, z mowy, z postaci, z ruszenia,
Znać było cechę wyższego plemienia;
Bo gdzieżby w gminie znaleźć w owym czasie,
Umysł i duszę, jaka w niéj być zda się?

Lecz ile razy gość zręcznemi słowy
Zwracał ku temu tok zwykłéj rozmowy:
Wnet pani domu, twarzą obojętną
Zdała się karcić ciekawość natrętną,
Lub ją Helena, z przekornym uśmiechem,
W żart obracając, przerwała z pośpiechem:
„Jesteśmy wróżki! w tych górach i borach
„Żyjem nie wiedząc o miastach i dworach.
„Latamy z wiatrem, po wodzie żeglujem,
„Błędnych rycerzy spojrzeniem czarujem,
„Lub im przy dźwięku arf ręką nietkniętych,
„Nócim, by uśpić, rym pieśni zaklętych“! —
Rzekła, wtém arfa w niewidoméj ręce,
Zabrzmiała, wtórząc góralskiéj piosence[14].

XXXI.
Pieśń.

„Śpij, żołnierzu! śpij po znojach!
Pod urokiem snów łagodnych,
Przestań marzyć o krwi, bojach,
Dniach gorących, nocach chłodnych!
Tu rój Sylfów nam znajomych
Rozpromieni myśl twą senną;
Tu dźwięk arf ich niewidomych
Uśpi w sercu troskę dzienną.
Śpij, żołnierzu! śpij po znojach,
Przestań marzyć o krwi, bojach;
Śpij, zapomnij w snach pogodnych,
Dni nużących, nocy chłodnych!
 

Nie usłyszysz w téj ustroni,
Śród samotnych gór i lasów,
Szczęku broni, rżenia koni,
Huku bębnów, trąb hałasów.
Chyba słowik lub skowronki
Zabrzmią z rana i wieczorem;
Chyba z bagien między łąki
Bąk zabębni nad jeziorem.
Innych dźwięków, trąb ni broni,
Nie zna echo téj ustroni;
Nic nie przerwie lubych wczasów,
Śród samotnych gór i lasów.“

XXXII.

Umilkła chwilkę — i dając znak ręką,
Że gościa dalszą chce uczcić piosenką,
Wzrok wzniosła w górę, i płonąc jak róża,
Z brzmieniem stron arfy ton śpiewu przedłuża,
Aż wnet myśl wiążąc z poprzednią osnową,
Z natchnienia śpiewać zaczęła na nowo.

„Śpij, myśliwcze! śpij po łowach!
Sen ci zwabi piosnka nasza.
Śpij nie marząc, że w dąbrowach
Już ci trąbka dzień ogłasza.
Jeleń skrył się gdzieś w ustroniu,
Psy twe wierne śpią przy nodze.
Przestań tęsknić po swym koniu,
Po obłędnéj spocznij drodze!

Śpij, zapomnij o złych łowach,
O przepaściach, o parowach,
Niech nagrodzi wdzięk marzenia
Stratę konia i jelenia.“

XXXIII.

Ledwie się skromna skończyła wieczerza,
Obiedwie damy żegnały rycerza.
W sali mu łoże usłano z nawięzi
Wonnego wrzosu i młodych gałęzi,
Gdzie nieraz przed nim gość równie zbłąkany
Znajdował spokój i wczas pożądany.
Lecz próżno świeżość gałęzi i wonie
Kwitnących wrzosów chłodziły mu skronie;
Próżno Heleny głos grał w jego uchu:
Nie uśpił burzy ni w myśli, ni w duchu.
Coraz je dziksze trapiły marzenia,
Obrazy trudów, przygód, udręczenia.
To raz koń pod nim upada gdzieś w borze,
To się łódź jego pogrąża w jeziorze,
A on ni stąpić, ni pływać nie może.
To z wrogiem niby tocząc bój uparty,
Widzi swą klęskę, i sztandar wydarty.
To znów — o! niechby na wieki przepadło
To najstraszniéjsze ze wszystkich widziadło! —
Stają mu w oczach dni pierwszéj młodości,
Dni szczeréj wiary i ufnéj miłości;
Znowu się duszą podziela na poły
Z rozpierzchnionemi dawno przyjacioły.

Wszyscy wkrąg niego gromadą się zbiegli,
Zmienni, zdradzieccy, lub w grobach polegli;
Wzrok ich tak tkliwy, dłoń ściskać tak skora,
Jakby z nim ledwo rozstali się wczora.
Z trwogą sam przez sen zapytał się nieraz:
Co sen, co prawda? czy dawniéj, czy teraz?
Czy widmem była ich śmierć lub niewiara?
Czy to, co widzi, jest tylko snu mara?

XXXIV.

W końcu, z Heleną błądząc między gajem,
Miłośnie, zda się, rozmawiał z nią wzajem.
Lica jéj płoną, lecz usta się śmieją;
Słucha z westchnieniem, on błaga z nadzieją.
Wtém, gdy chce ścisnąć miękką dłoń dziewicy,
Uczuł żelaznéj zimno rękawicy.
W miejscu jéj, męzkie stanęło widziadło,
W błyszczącym hełmie, z przyłbicą zapadłą;
Zmienia się, rośnie w postawę olbrzyma:
Olbrzym hełm podniósł i błysnął oczyma;
Twarz jego groźna, ponure wejrzenie,
Straszny, a jednak podobny Helenie. —
Zbudził się rycerz, i z dreszczem przestrachu,
Sny wspominając, spozierał po gmachu.
Czerwone głównie w przygasłém ognisku
Pełgały łuną krwawego połysku,
Wpół ukazując, wpół kryjąc śród cienia,
Dzikie ozdoby i ścian i sklepienia.

Wpośród nich rycerz napotkał oczyma
Ów miecz, jak gdyby swych marzeń olbrzyma;
I tysiąc myśli, tysiąc mar trwożących
Powstało w duszy i w oczach iskrzących,
Aż, by rozproszyć widma gorączkowe,
Powstał, i z domu wyszedł na dąbrowę.

XXV.

Gwiazdami ciche pałały niebiosa,
Po łąkach lśniąca srebrzyła się rosa;
Nocna woń kwiatów i rozkwitłych krzewów,
Tchnęła w oddechu rzeźwiących powiewów;
Wkrąg dolin, w mroczne ściskając się massy,
Słały cień drzewa i milczące lasy,
Gdy pełne światło miesięcznéj pogody
Lało się z niebios na góry i wody. —
Dzikichby nieszczęść potrzeba lub duszy,
By jéj ten widok nie ulżył katuszy!
On uczuł spokój — i patrząc po niebie,
Wpół myślał w sobie, wpół mówił do siebie:
„Cóż to? czyż nigdy, pomimo méj chęci,
„Rodu wygnańców nie zbędę z pamięci?
„Nie mogęż spotkać dziewczyny śród lasów,
„By się nie zdała mieć wzroku Duglasów?
„Nie mogęż ujrzeć starożytnéj broni,
„By wnet nie wspomnieć o Duglasa dłoni?
„Nie mogęż marzyć, by zaraz sen krwawy
„Nie przybrał groźnéj Duglasa postawy? —
„Nie! nie chcę marzyć! — mocna wola męża,
„Doznam, czy nawet i we śnie zwycięża?

„Zmówiwszy pacierz, muszę wczasu zażyć,
„Wrócić na łoże, i spać, a nie marzyć!“ —
Zmówił pacierze, stanąwszy na łące,
Znacząc ich liczbę na złotéj koronce;
I z niebem myśli i duszę kojarząc,
Wrócił na łoże, i zasnął nie marząc,
Aż rannych ptasząt zbudziło go pienie,
Gdy już blask słońca błyszczał na Benwenie.

KONIEC PIEŚNI PIERWSZÉJ.
PIEŚŃ DRUGA.

WYSPA.
I.

Wschód jutrzenki, jest wschodem życia i wesela;
Wszystko co kwitnie, wonią tchnie z kwiatów kielicha;
Wszystko co żyje, radość czuje i podziela:
Ptak śpiewa, zwierze pląsa, człowiek się uśmiécha.
I gdy po wód zwierciadle mknęła łódka cicha,
Z gościem, co jeszcze ręką dawał pożegnanie:
Ożywczy wpływ poranku natchnął pierś Minstrela[15].
I z brzmieniem arfy, słodkie wzniosło się śpiewanie,
Twoje, o! białowłosy wieszczu Allan-Banie!

II.
Pieśń.

„Nie prędzéj z wioseł żeglarzy dłonie
Strząsają pianę u brzegu;
Nie prędzéj w wodzie znika i tonie
Ślad, co na gładkiém jeziora łonie
Łódź chyża ryje w swym biegu:

Jak człowiek w szczęściu, z myśli swéj ściera
Pamięć dobrodziejstw, które odbiera
W nieszczęścia chwili przelotnéj.
Bądź więc zdrów, gościu! bądź zdrów na wieki!
Żyjąc szczęśliwy, błądząc daleki,
Zapomnij wyspy samotnéj!

„Pierwsze ci miéjsce przy królów tronie,
Pierwsze niech będzie na bitwach;
Pierwsze na łowach charty i konie,
Najpierwszym wieńcem twoje niech skronie
Piękność uwieńcza w gonitwach.
Niech miecz w twéj dłoni, towarzysz w rzędzie,
Przyjaciel sercu wierny niech będzie,
W chwili pogodnéj czy słotnéj;
Przy tkliwéj, pięknéj, cnotliwéj żonie,
Kochany wzajem, w kochanych gronie,
Zapomnij wyspy samotnéj!

III.

„Lecz jeśli kiedy pledem odziany,
Stanie u wrót twych gościnnych,
Pielgrzym ubogi, błędny, wygnany,
I tęsknić będzie łzami zalany,
Do gór, do progów rodzinnych:
Wtenczas, o! gościu! niech mu z twéj duszy
Błyśnie pociecha, która osuszy
Łzy z jego twarzy wilgotnéj;
Wtenczas przypomnij własne przygody,
Gdyś sam błądzący szukał gospody
Na naszéj wyspie samotnéj.
 

„Lub gdy na morzu życia o skały
Wichry twą nawę rozkruszą;
Gdy próżno mądry, cnotliwy, śmiały —
Nędza, wygnanie, potwarzy strzały
Zachwieją sercem i duszą:
Nie roń łez męzkich na próżną żałość,
Niewdzięczność dworów, losów niestałość,
Na zmienność zgrai przewrotnéj;
Lecz wracaj, gościu, wracaj z pośpiechem,
Gdzie cię uprzéjmość z łzą i uśmiechem
Spotka na wyspie samotnéj!“ —

IV.

Ostatnie dźwięki konały w powiewach,
Gdy łódź u lądu stanęła przy drzewach.
Lecz długo jeszcze, nim zniknął w ich cieniu,
Gość w stronę wyspy poglądał w milczeniu,
Gdzie jeszcze śpiewak z ubielonym włosem,
Wysilon pieśni uczuciem i głosem,
Stał nad jeziorem, pod drzewem strzaskaném,
Jak on, burzami i wiekiem złamaném.
Pogrążon w wieszcza dumy tajemnicze,
Podniósł ku niebu szlachetne oblicze,
Jakby w ognisku wschodniego płomienia
Duch szukał iskry nowego natchnienia;
Jakby dłoń jego oparta o stróny,
Czekała siły by zabrzmieć w ich tony.
Stał tak poważny z postawy i wzroku,
Jak ów, co słucha czytania wyroku;

Tak nieruchomy, że szemrząc po drzewie
Wietrzyk mu włosa nie zachwiał w powiewie,
Że zda się usta nie tchnęły oddechem,
Że duch uleciał z ostatniém strón echem.

V.

Tuż na murawie, przy stopach Minstrela,
Siedzi Helena z uśmiechem wesela.
Cóż ja cieszyło? czy zwinność pławaczek,
Dzikich w jeziorze kąpiących się kaczek,
Na których stado płynące szeregiem,
Mały jéj piesek wył skacząc nad brzegiem?
Lecz gdy to tylko cieszyło dziewicę,
Powiédz, kto mniemasz znać serce kobiéce,
Czemu rumieniec wystąpił na lice? —
Przebacz, ach! przebacz, Aniele wierności!
Jeśli powodem uśmiechów radości
Był gość, co dotąd, jakby na coś czekał.
Stojąc nad brzegiem, odejście swe zwlekał,
I już chcąc odejść, zwracał się i stawał,
I ręką znaki pożegnania dawał.
Lecz wy, dziewice! — nim w méj bohaterce
Winić zechcecie lekką myśl lub serce —
Wskażcie mi jedną z was, która nie życzy,
Co by w swém sercu nie czuła słodyczy,
Z podobnych zwycięztw, i z takiéj zdobyczy!

VI.

Póki stał w miejscu, Helena udała
Że go nie widzi, lub widzieć nie chciała;

Lecz gdy odchodząc już znikał za gajem,
Ręką ku niemu skinęła nawzajem.
I nigdy jemu, jak potém wyznawał,
Żaden się tryumf tak chlubnym nie zdawał,
Choć go najpierwsze bogactwy i rodem,
Uprzejmych względów darzyły dowodem.
Nawet gdy schodząc zwycięzcą ze szranek,
Z rąk najpiękniejszéj zwycięzki brał wianek,
Nie doznał w duszy takiego wzruszenia,
Jak na te proste i nieme skinienia. —
Naówczas z danym przewódzcą góralem,
Z psami przy boku, oddalił się z żalem.
Ona patrzała jeszcze, jak pod górą,
Z po za drzew czaple migało się pióro;
Aż gdy już więcéj wzrok dojrzeć nie zdołał,
Anioł-stróż gromiąc w jéj sercu zawołał:
„Toż jest twa wierność? — o! dziewczyno płocha! —
„Z takąż to wzajem twój Malkolm cię kocha?
„Malkolm swéj duszy nie łechtałby słowy
„Gładkiéj, pochlebnéj, lecz nie twéj rozmowy;
„Malkolm ciekawym nie goniłby wzrokiem
„Za lekkim, zręcznym, lecz nie twoim krokiem!…“
— „Dość, dość tych dumań, wieszczu Allan-Banie!“
Krzyknęła, własne by przerwać dumanie.
„Gdy ci duch jeszcze nie gore natchnieniem,
„Ja go szlachetném zapalę imieniem;
„I jeśli zechcesz usłuchać mych namów,
„Śpiewaj, o! mistrzu! cześć rodu Grahamów[16]!“ —
Ledwo Helena to imię wyrzekła,
Twarz się jéj nagłym rumieńcem powlekła.

Bo każdy wiedział, że z męztwa, z urody,
Pierwszym w tym rodzie, był Malkolm jéj młody.

VII.

Po trzykroć Minstrel, ze wzrokiem płomiennym,
W stróny swe taktem uderzył wojennym,
I trzykroć, pełen wesela i pychy
Dźwięk, skonał mdlejąc, jak smutku jęk cichy.
„Próżno, dziewico!“ — strwożony tém brzmieniem
Rzekł Bard, i ręce opuścił z westchnieniem.
„Próżno wesołéj chcesz pieśni odemnie,
„Ty, co mię o nic nie prosisz daremnie!
„Możniejsza ręka snać arfy méj stróny
„Na insze dzisiaj nastroiła tony.
„Nótę wesela brać chciałem bez skutku,
„Sam, niebudzony, brzmi cichy jęk smutku;
„Hymny tryumfu wznieść chciałem ku niebu,
„Słyszałaś sama ton pieśni pogrzebu.
„Obyż przynajmniéj mnie tylko, nie komu,
„Dźwięk ten złowrogi zagrażał w tym domu!
„Jeśli, jak głosi wieść u bardów znana,
„Arfa ta, niegdyś świętego Modana[17],
„Brzmiąc tak, śmierć tylko panu swemu wróży:
„Ja dość już żyłem, bym pragnął żyć dłużéj! —

VIII.

„Lecz ach! Heleno! — tak właśnie zabrzmiała
„W dzień, gdy twa święta matka umierała;
„To był ton, pomnę, który, gdym wśród gości
„Chciał nócić pieśni chwały i miłości,

„Ze strón jéj echem zabrzmiawszy złowieszczém,
„I mnie i wszystkich zimnym przejął dreszczem,
„I urągając biesiady weselu,
„Jęczał żałośnie po salach Botwelu [18],
„Przedtém, nim Duglas śród nieszczęść pogromu,
„Tułacz, ujść musiał z przodków swoich domu[19]. —
„Ach! jeśli jeszcze w burzy przyszłych czasów,
„Nowy grom grozi rodzinie Duglasów:
„Jeśli raz jeszcze ponure to brzmienie
„Żal lub nieszczęście wy wróży Helenie: —
„Złowroga arfo! w niczyjéj już dłoni,
„W niczyjém uchu twój głos nie zadzwoni!
„Raz tylko jeszcze, przed własnym swym zgonem,
„Krótkim, płaczliwym odezwiesz się tonem,
„I legniesz w prochu, na szmaty skruszona,
„I mistrz twój na nie upadnie, i skona!“ —

IX.

Ciesząc go rzekła Helena: „Uspokój,
„Mój przyjacielu, czczy myśli niepokój!
„Wszak wiém, że nié ma muzyki na świecie,
„Słynącéj kiedy na arfie lub flecie:
„Nié ma piosenki od Twidu do Spei,
„Którejbyś nie znał, nie śpiewał z kolei!
„Cóż za dziw, jeśli niekiedy wbrew chęci,
„Z tysiąca tonów zmąconych w pamięci,

„Wypadnie sprzeczny z twa myślą lub słowy,
„W środku weselnéj, ton pieśni grobowéj? —
„Ojciec mój, duszą wyższy nad cierpienie,
„Choć stracił wielkość, potęgę i mienie,
„Zniósł mężnie burzę zawziętéj fortuny,
„Jak ów dąb wichry i niebios pioruny:
„Koronę liści wiatr rozmiótł dokoła,
„Lecz pnia nic ugiąć, ni zachwiać nie zdoła.
„Ja zaś“ — umilkła, i dłońmi drżącemi
Polny fijołek uszczknęła na ziemi; —
„Ja, któréj świetne dzieciństwa wspomnienia
„Tkwią ledwo w myśli jak senne marzenia,
„Chętnie ten kwiatek, co rośnie w ukryciu,
„Za wzór i godło obieram w mém życiu!
„Tak żyje rosą i blaskiem niebieskim,
„Jak dumna róża w ogrodzie królewskim;
„Ci, co go znajdą, lubią jego wonie;
„A gdy go w wieniec uplotę na skronie,
„Nie prawdaż? każdy bard przysiądzby gotów,
„Że od koronnych piękniejszy kléjnotów?“ —
Rzekła, i sama śmiejąc się wesoło,
Kwiat między włosy włożyła na czoło.

X.

Jéj wzrok, jéj słowa, jéj uśmiech wesela,
Rozpogodziły ponurość Minstrela.
Z uśmiechem, z jakim pokutnik za grzechy
Wita w widzeniu Anioła pociechy,
Spoglądał na nią — aż cicha i miła
Łza rozrzewnienia wzrok jego zaćmiła.

Wtedy — bo długo słów znaleźć nie zdołał: —
„O! najpiękniéjsza! najlepsza!“ — zawołał.
„Nie znasz, nie czułaś w dziecinnych twych latach,
„Strat swych wielkości, ni żalu po stratach.
„Lecz ja, niestety! — o! gdyby me oczy
„Mogły raz jeszcze, nim je śmierć zamroczy,
„Ujrzeć cię w blasku należnym ci z rodu,
„Na dworze królów, śród uczt Holyrodu,
„Lecącą w tańcu za muzyki dźwiękiem,
„Zachwycającą pięknością i wdziękiem,
„Gwiazdę serc wszystkich i oczu młodzieży,
„Przedmiot uwielbień i westchnień rycerzy,
„Cel pieśni bardów, i wieszczych zapasów,
„Na cześć twych wdzięków, i rodu Duglasów!“ —

XI.

— „Sny to są piękne,“ — dziewica zaczęła
Mówić z uśmiechem, lecz mówiąc, westchnęła; —
„Ale darń świeża i cień drzew tych wonnych,
„Zastąpią miejsce tych komnat koronnych;
„Anibym mogła na dworskiéj zabawie
„Pląsać weseléj, jak teraz po trawie;
„Ani tam bardów królewskich śpiewanie,
„Może być milsze, jak twoje, Allanie!
„Co do rycerzy, którzy by z westchnieniem,
„Przed mém, jak rzekłeś, klękali spojrzeniem,
„Wyznaj, pochlebco! czy próżna ma pycha,
„Czyż do mnie Rodryk i tutaj nie wzdycha?
„Rycerz tak straszny, tak głośny z swych czynów,
„Ów bicz Saxonów, wódz klanu Alpinów,

„Czyżby, sam powiédz, nie wstrzymał się dla mnie
Od swych łupieży. — dzień jeden przynamnie.“ —

XII.

Bard zwrócił na nią spojrzenie surowe.
— „Złą do twych żartów wybrałaś osnowę;
„Bo któż w tym kraju, na sto mil w około,
„Wspomniał Rodryka, i śmiał się wesoło?
„Pomnę, jak w gniewie z błahego powodu,
„Zabił rycerza w progach Holyrodu[20].
„Widziałem, z trupa gdy miecz swój wyciągał,
„Z jak dumną wzgardą obecnym urągał;
„Widziałem, jak go dworacy struchleli,
„Czyniąc mu przejście, zatrzymać nie śmieli.
„Odtąd w tych górach zawarłszy się zbrojnie,
„Trwa w ciągłéj z królem i z prawami wojnie.
„I gdyby nie to — gniew pali mą duszę,
„Gdy tę sromotną prawdę wyznać muszę; —
„Któżby śród nawet tych pustyń i lasów,
„Śmiał był przytulić rodzinę Duglasów?
„Gdy jak zwierz dziki od kniei do kniei,
„Ojciec twój błądził bez wsparcia nadziei[21];
„Gdy się go dawni znajomi wyparli,
„Gdy przyjaciele drzwi przed nim zawarli;
„On jeden, klanu łupieżców wódz krwawy,
„Ujął się waszéj niedoli i sprawy.
„I dziś mu za to, jak kwiat w jego rękach,
„Słodka nagroda rozkwitła w twych wdziękach.
„Co chwila z Rzymu spodziewany goniec,
„Przeszkodom ślubów przynieść może koniec.

„Duglas naówczas, przy zięciu swym mężnym,
„Może znów stać się strasznym i potężnym.
„Lecz ty, dziewico! — jeśli się twéj woli
„Rodryk dziś czasem ugłaskać pozwoli,
„Niech się tém nazbyt twa duma nie szczyci: —
„Pomnij, dzikiego lwa wiedziesz na nici!“ —

XIII.

— „Minstrelu!“ rzekła Helena, a z oka
Zabłysła z dumą jéj dusza wysoka.
„Wiém ja, com winna domowi Rodryka.
„I słuszna wdzięczność me serce przenika.
„Wszystko, co córka mieć może od matki,
„Radę, opiekę, czułości zadatki,
„Wszystko to miałam w Lady Małgorzacie;
„Gdy po nieszczęsnéj matki méj utracie,
„Ona po siostrze sierotę na świecie
„Wzięła mię, płacząc, za własne swe dziecię.
„Syn jéj, co kryjąc Duglasa w swym domu,
„Gniewów królewskich nie uląkł się gromu,
„Większą, gdy można, wdzięczność znajdzie we mnie.
„Niech wskaże porę, niech żąda wzajemnie
„Ofiar, poświęceń: — nie słowa, nie dzięki,
„Krew, życie oddam — wszystko, prócz méj ręki. —
„Córka Duglasów, w zakonnéj komorze
„Wprzód w Maronańskim zamknie się klasztorze:
„Wprzód jak tułaczka, pod obce gdzieś nieba,
„Pójdzie żebrając o suchy kęs chleba,
„Gdzie nikt nie pojmie jéj szkockich słów brzmienia,
„Gdzie nikt nie słyszał Duglasów imienia,

„Pójdzie z ojczyzny, za góry i morze,
Nim odda rękę — gdy serca nie może.“

XIV.

Ty wstrząsasz głową, i wzrok twój przygania
„Zbytniéj ostrości słów moich i zdania.
„Lecz cóż innego sam powiész? Niestety!
„Umiem ja cenić Rodryka zalety.
„Mężny jest, skory do wielkiego czynu,
„Ale gwałtowny, jak fala Braklinu[22];
„Szlachetny — prawda — nim gniew go nie wzruszy,
„Albo nim zawiść nie zatli się w duszy.
„Dla swych przyjaciół, w złéj czy dobréj toni,
„Wiém, że jest wierny, jak miecz jego dłoni,
„Ale ach! pierwéj ów miecz z twardéj stali,
„Niż się pan jego nad wrogiem użali.
„Znam jego hojność — z jak chętną, szczodrotą
„Rozrzuca drugim bogactwa i złoto,
„Gdy z krwawych wypraw, do dzikich swych leży
„Powrócą z łupem zbójeckiéj łupieży,
„I gdzie po drodze kraj kwitnął wesoły,
„Zostawią gruzy i krwawe popioły.
„Dłoń uzbrojoną w ojca mego sprawie,
„Z wdzięcznością córki czczę i błogosławię,
„Lecz czyżbym mogła ścisnąć, będąc żoną,
„Dłoń, krwią bezbronnych wieśniaków zbroczoną? —
„Nie! — same nawet Rodryka przymioty,
„Jak błyskawice śród nocnéj ciemnoty,
„Lśnią wprawdzie jasno, lecz tém bardziéj trwożą:
„Rokują burze, i piorunem grożą!

„Dzieckiem ja jeszcze — a Bóg w dzieciach budzi
„Dziwna przenikłość złych i dobrych ludzi: —
„Płakałam, widząc twarz jego ponurą,
„Czarny pled jego, i czapkę, i pióro.
„Gdym wzrosła, ścierpieć nie mogłam widoku
„Wzgardy w uśmiechu, i dumy we wzroku.
„Lecz gdy ty dzisiaj, z obrazem Rodryka
„Łączysz nie żartem imię zalotnika,
„Czuję wstręt w sercu, a nawet — gdy mogę,
„Córka Duglasa, rzec to słowo: — trwogę.
— „Lecz po co wcześnie przyszłością się straszym? —
„Co myślisz, raczéj, o tym gościu naszym?“ —

XV.

— „Co myślę o nim? — bodaj był daleki
„Od wyspy naszéj pozostał na wieki! —
„Miecz twego ojca, co z dawnych go czasów,
„Dla Archibalda, trzeciego z Duglasów,
„Sławnego równie zwycięztwy jak klęski,
„Ukuł mistrz, biegły w sztuce czarnoksięzkiéj,
„Wypadłszy z pochwy, gdy on stał u progu,
„Czyż nie dość ostrzegł o bliskim nas wrogu[23]? —
„Jeśli szpieg dworski przejrzał to ukrycie,
„Czyż drżeć nie mamy o Duglasa życie,
„Lub o tę wyspę, co zdawna w Alpinie
„Za najpewniejszą twierdzę jego słynie?
„Jeśli nas nawet nie zdradzi przed nikiém,
„Co przed zawistnym powiemy Rodrykiem? —
„Nie, nie! nie śmiéj się tym śmiechem szyderczym!
„Przypomnij raczéj o boju morderczym,

„Co się już wszczynał na miejscu tém samém,
„Gdzieś wiodła taniec z Malkolmem Grahamem.
„Dotąd, choć Duglas waśń pierwszą umorzył,
„Rodryk swéj z serca zawiści nie złożył.
„Strzeż się! — Lecz cóż to? — słyszałaś te głosy? —
„Żaden wiatr nigdzie nie powiał na wrzosy,
„Żaden nie zachwiał jeziora kryształem,
„Nie wzruszył listka — a jednak słyszałem. —
„Ha! słyszę znowu! — głośnieje po trochu —
„To dźwięk kobz naszych, i nóta Pibrochu.“[24]

XVI.

W końcu jeziora, postrzegli w oddali,
Coś nakształt czterech czarnych plam na fali,
Co się zbliżając i rosnąc na wodzie,
Wnet w cztery zbrojne zmieniły się łodzie,
I choć bez wiatru, pod wiosłem rąk tylu,
Szły pędem strzały od strony Glengylu.
Lecz ominąwszy Briankoil, nagle
Wiatr dmąc z wąwozów uderzył w ich żagle,
I rozwiał z masztów, szeleszczący głośno,
Sztandar Alpina, z malowaną sosną. —
Coraz im bliżéj, tém jaśniéj od słońca,
Błyska stal siekier i włóczni tysiąca;
Widać, puszczone na wiatry niepewne,
Wiéją tartany i pióra powiewne;
Czapki wioślarzy, siedzących po brzegach,
To się schylają, to wznoszą w szeregach,

Gdy z pod ich wioseł, spieniona i wrząca
Woda się we mgłę iskr srebrnych roztrąca.
U sztaby [25] stoją grajkowie z kobzami,
Strojnemi w wieńce z długiemi wstęgami,
Co jak chorągwie wiewając na przodzie,
Końcami pianę zmiatają po wodzie,
Gdy ci bez przerwy ruszając ramiony,
Grają góralom ich śpiew ulubiony.

XVII.

Im bliżéj coraz, tém głośniéj wzdłuż brzega
Dźwięk się Pibrochu po skałach rozlega[26].
Z początku, zdala tchnąć z wiatru oddechem,
Cichém w powietrzu rozpływał się echem,
I mięknąc zwolna w przelocie nadwodnym
Zdawał się uchu być śpiewem łagodnym.
Ale co chwila, im głośniéj, tém bardziéj
Brzmi pełniéj, mocniéj, przeraźliwiéj, twardziéj;
Znać hasło, które Alpinów klan zbrojny
Gromadzi w hufce i wiedzie do wojny.
Bije takt gęsty, że rzekłbyś po ziemi
Tysiąc stóp tętni krokami prędkiemi,
Że już szeregi stąpają z pośpiechem,
A ziemia głuchém ożywa się echem.
Takt zwolniał nieco; brzmią tony wesela,
Marsz! — znać że idą na nieprzyjaciela.
Wtém wszystkie dźwięki zmieszały się razem,
Jakby mąż z mężem, żelazo z żelazem.

Słychać szczek mieczów, i chrzęsty pancerzów,
Świst strzał, zgrzyt włóczni, i trzaski puklerzów. —
Ucichły nagle — wrzask tłumi się, głuchnie;
Przeszła utarczka, nim bitwa wybuchnie.
Brzmi znak, znów zbrojnych szeregów znać starcie,
Uparty odpór, i szybkie natarcie;
Wzmaga się hałas wrzaskliwy i dziki,
Jęki boleści, tryumfu okrzyki;
Pierzchają tony, jak wrogi śród klęski —
Alpinów tylko brzmi już hymn zwycięzki.
Ani tu koniec; lecz coraz koleją
Wyniosłe tony zniżają się, mdleją,
Aż w cichych jękach powiały ku niebu,
Na cześć poległych smutną pieśń pogrzebu.

XVIII.

Ucichły kobzy; nad wody i góry
Brzmi tylko echem dźwięk długi, ponury.
Umilkł zaledwo, gdy znów nad jeziorem
Nowym powietrze zatrzęsło się chórem.
Z ust żeglujących pieśń głośna i dzika,
Wzniosła się na cześć ich wodza Rodryka. —
Wioślarze wiosły w takt bijąc po fali,
Szybkim ich szumem wtór pieśni trzymali,
Tak zmiennéj w spadkach, tak dzikiéj w swych chórach,
Jak w Listopadzie szum wichru po borach.
Próżno Bard z razu, nie śmiejąc oddychać,
Słuchał słów pieśni — ton tylko był słychać;

Lecz gdy ku brzegom zbliżyły się łodzie,
Wiatr takie słowa rozwiewał po wodzie.

XIX.
Pieśń w łodziach,

„Cześć, chwała wodzowi zwycięzkich Alpinów!
Cześć drzewu naszemu, cześć sośnie!
Niech zdobna wieńcami nabytych wawrzynów
Zieloni się, krzewi i rośnie!
Ziemia ja łonem swém,
Niebo niech poi dżdżem,
A wiatry jéj wonią dokoła niech tchną!
Niech na cześć jéj śród gór,
Brzmi nasz zwycięzki chór:
Rodryk Vich Alpin Dhu, hoho, hoho, hoho[27]!“

„Nie wiotka latorośl, nie szczep to poziomy,
Co lada wiatr kruszy lub zgina;
Nie zlęknie się burzy, przed wichry ni gromy
Nie ugnie się sosna Alpina!
Choćby w nią piorun grzmiał,
Klan pod nią będzie stał,
Nie zadrży, nie pierzchnie, lecz zginie wraz z nią;
Lub urągając z chmur,
Zwycięzki wzniesie chór:
Rodryk Vich Alpin Dhu, hoho, hoho, hoho!“ —

XX.

„Gdy miecz nasz zwycięzki grzmiał wczoraj w dolinach
Lud pierzchał przed echem Pibrochu;
Glen-Fruin i Ross-dhu dziś dymią w ruinach,
Loch-Lomond krwią spłynął w popłochu[28]
W Glen-Luss brzmieć muszą znów,
Płacz sierot, jęki wdów:
Bannochar nas przyjął z bojaźnią i czcią;
Lenox i Lewen-glen,
Zbudził się na głos ten:
Rodryk Vich Alpin Dhu! hoho, hoho, hoho!“

„Cześć, chwała wodzowi zwycięzkich Alpinów?
Cześć drzewu naszemu, cześć sośnie!
O! gdyby do wieńca nabytych wawrzynów
Wpleść różę, co w cieniu jéj rośnie!
Oby szczep przyszłych drzew,
Młody z niéj wykwitł krzew,
I wzrastał szczęśliwie, i zrównał się z nią!
Jak słodko na ich cześć
Byłoby głos nasz wznieść:
Rodryk Vich Alpin Dhu! hoho, hoho, hoho!“

XXI.

Z orszakiem niewiast, gdy syna postrzegła,
Nad brzeg wnet Lady Małgorzata zbiegła.
Na wiatr puszczone pływały ich włosy,
Gdy wszystkie razem giestami i głosy,

Witały wodza, i ręce do góry
Podnosząc, pieśni powtarzały chóry.
Ona tymczasem, jako matka tkliwa,
Co naprzód każdą chęć syna zgadywa,
Woła Helenę, aby gdy wysiądzie,
Mógł ją najpierwszą powitać na lądzie.
„Pójdź, krwi Duglasa! pójdź! twoje niech dłonie
„Zwycięzcy wieniec położą na skronie!“ —
Z drżeniem Helena, niechętnie i zwolna,
Szła, niemiłemu wezwaniu powolna;
Gdy w sam czas właśnie, z wierzbowéj zatoki,
Nagły dźwięk trąbki zatrzymał jéj kroki.
„Słyszysz Allanie! to ojciec mój wraca!
„Śpieszmy po niego! wszak nasza to praca.
„Rodryk wybaczy; wié, że mię nikt inny
„W téj powinności nie ubiegł dziecinnéj!“ —
I jak błysk słońca śmignęła i wkrótce
Na głąb ze starcem wybiegła w swéj łódce.
I kiedy Rodryk, stanąwszy na brzegu,
Szukał jéj wzrokiem po niewiast szeregu,
Ona już zbytnim znużona pośpiechem,
W objęciach ojca spoczęła z uśmiechem.

XXII.

Są czucia w ludziach, z któremi wspólniczy
Więcéj niebieskiéj niż ziemskiéj słodyczy;
Są łzy tak słodkie, tak czyste w swéj treści
Od ziemskich mętów i ziemskiéj boleści,
Że niemi nawet z rozkoszą weseli
Płakaćby mogli niebiescy Anieli.

Jestto ta radość, ta łza, którą tkliwy
Ojciec oblewa skroń córki cnotliwéj.
Takie — gdy Duglas objąwszy w ramiona
Lube swe dziécię przytulał do łona —
Z ócz bohatera łzy, jak krople rosy,
Na jéj rozwiane stoczyły się włosy.
Niemniéj nawzajem wzruszona dziewica,
Na piersiach ojca ukrywszy swe lica,
Próżno coś chciała przemówić wesoło.
I gdyby Duglas, podnosząc jéj czoło,
I twarz zroszoną i pełną rumieńca,
Nie wskazał obok obcego młodzieńca,
Długoby może nie dostrzegła sama,
Miłego gościa: Malkolma Grahama.

XXIII.

Allan tymczasem oparty o wiosło,
Zważał Rodryka, jak z dumą wyniosłą
Wstępował na brzeg — i starca oblicze
Zdradzało myśli tajemnych gorycze,
Gdy na krzyk każdy zwyciężkiego klanu,
Z żalem ku swemu wzrok obracał Panu,
I znów, jak gdyby znieść nie mógł widoku,
Spozierał w niebo, by łzę wstrzymać w oku. —
Widział to Duglas stojąc przy Grahamie,
I rzekł doń zcicha, dłoń kładąc na ramię:
„Ciekawyś pewnie, młody przyjacielu,
„Co budzi smutek w mym wiernym Minstrelu?
„Ja ci to powiém: — wspomina dzień chwały,
„W którym najświetniéj pieśni jego brzmiały;

„Gdy mię na czele współbraci swych wielu,
„Witał zwycięzcą u bramy Botwelu;
„Gdy przed mym koniem powiewał niesiony
„Sztandar normandzki, krwią Percych zbroczony,
„A w mym orszaku z szlachetnéj młodzieży,
„W pełnym rynsztunku, dwudziestu rycerzy,
„Z których najniższy i rodem i chwałą,
„Z wodzem Alpinów mógł mierzyć sie śmiało,
„Za mną, jak wodzem i panem jechało!…
„Lecz wierz, Malkolmie, nie tylem był dumny,
„Kiedy mi drogę zabiegał lud tłumny;
„Gdy się półksiężyc przede mną ukorzył;
„Gdy lord i rycerz rad orszak mój tworzył;
„Gdy lutnie bardów mojemi pochwały,
„A hymny za mnie po kościołach brzmiały;
„Mniéj czułem w sercu wesela i pychy,
„Jak gdy ten starca wiernego żal cichy,
„Jak gdy téj biednéj dziewczyny uśmiéchy,
„Wróżą mnie miłość serc szczerszych i tkliwszych,
„Niż co mieć mogłem w mych dniach najszczęśliwszych.
„Helena moja — przebacz ojca dumie! —
„Jedna mi wszystko wynagrodzić umie.“ —

XXIV.

Słodka pochwało! Jak zorza rumiana,
Gdy na pogodę zaiskrzą się z rana,
Na twarz dziewicy rumieniec wybuchał:
Ojciec ją chwalił, a kochanek słuchał! —
Kryjąc wzruszenie, zaczęła wesoła
Głaskać ojcowskie to psy, to sokoła.

Skomląc ogary i liżąc jéj rękę,
Zdały się pieszczot oznaczać podziękę.
Trzykroć wzleciawszy około jéj skroni,
Bijąc skrzydłami, siadł sokół na dłoni,
Wyciągnął szyje, i patrzał w jéj oczy,
Znać że łaskawy, i słuchać ochoczy.
I gdy tak, sokół na ręku, psy przy niéj,
Stała jak grecka Dyanna łowczyni,
Kształtem i licem podobna bogini:
Chociażby nawet ojcowska pochwała
Nieco jéj zalet i wdzięków przydała,
Czyżby kochanek, w uniesień zapale,
Kładł je oziębléj na rozwagi szalę,
Gdy za jéj każdém tajemném wéjrzeniem,
Twarz mu i oczy gorzały płomieniem?

XXV.

Kształtnéj postaci i smukłéj urody
Był Malkolm Graham, nadobny i młody.
Pled krótki, pasem ściągnięty u stanu,
Rozkrywał spodem obuwie z tartanu.
Włos jego jasny, drobnemi kręgami
Wił się w krąg czapki błękitnéj z piórami.
Wprawny do łowów wzrok jego sokoli,
Mógłby skowronka dośledzić na roli;
Przez wszystkie góry, wąwozy i wody,
Znał wszystkie ścieżki, przesmyki i brody;
Próżny lot ptaka, lub sarny skok śmiały,
Gdy na nie Malkolm wypuścił swe strzały;

A ledwo sama pierzchając przed chartem,
Mogła go ubiedz na polu otwartém.
Twarz jego, z duszą podobna i zgodna,
Wesoła, żywa, otwarta, łagodna;
Uśmiech w niéj tylko swe ślady wytłoczył,
Bo nigdy — póki Heleny nie zoczył,
Weselsze serce nie biło w góralu;
Nie znając westchnień miłości, ni żalu,
Tak lekko w piersiach igrało z myślami.
Jak jego pióro powiewne z wiatrami.
Lecz przyjaciele, z powierzeń braterskich.
Znając w nim głębiéj chęć czynów rycerskich,
I miłość cnoty, i prawdy gorliwość,
I gniew na przemoc i niesprawiedliwość;
Ale bardowie, z ócz jego płomiennych,
Gdy słuchał dziejów lub pieśni wojennych,
Przepowiadali, że skoro dorośnie
Dorówna męztwem Alpinowéj sośnie,
I że jéj sława, dziś jak słońce sama,
Zgaśnie przed wschodem Malkolma Grahama.

XXVI.

Już łódz wracając pruła wód zwierciadła,
Gdy — „O! mój ojcze!“ — Helena zagadła,
„Gdzie? że tak długo bawiłeś na łowach?
„Czyś się gdzie w dzikich nie zbłąkał dąbrowach?
„Gdzie?“ — wzrok domówił, co nieśmiała w słowach.
— „Córko! rzekł Duglas, nawykłem do znojów,
„I lubię łowy, jako obraz bojów.

„Jedyne dzisiaj Duglasa wyprawy,
„Jedyne pole do zwycieztw i sławy.
„Malkolma trafem spotkałem śród lasu,
„Gdym się kryć musiał w kniejach Glenfinlasu.
„Słysząc że wszędzie królewscy leśnicy,
„Tropiąc zwierzynę, krążą w okolicy.
„Zacny ten młodzian, choć w króla opiece
„Zostaje dotąd; choć wié, jak dalece
„Gniewby i zemstę na siebie obraził:
„Gwałtem się dla mnie na wszystko naraził,
„I choć ścigany, przez góry i brody,
„Sam tu, jak widzisz, przywiódł mię bez szkody.
„Rodryk dziś z serca dawną niechęć zdejmie,
„I musi dla mnie przyjąć go uprzejmie;
„A jutro, skoro dzień błyśnie na niebie,
„Malkolm znów skrycie powróci do siebie.“

XXVII.

Rodryk spotkawszy, na widok młodzieńca
Nie mógł powściągnąć nagłego rumieńca,
Lecz żadném słowem, wzrokiem, ni obliczem,
Praw gościnności nie obraził w niczém.
W miłych rozmowach, zasiadłszy na ganku,
Spędzili resztę letniego poranku.
Lecz o południu, stróż z nad kresów klanu
Przybiegł, i długo zdawał sprawę panu.
Znać było z oczu Rodryka i z miny,
Że niepocieszne usłyszał nowiny;
Znać było z dumań, nawet wśród biesiady,
Że jakieś ważne snuł w myśli układy.

I gdy wieczorem, powstawszy od stołu,
Wkrąg przed ogniskiem zasiedli pospołu,
Obok Heleny pani domu sama,
I Duglas obok Malkolma Grahama:
Rodryk stał w środku, i wzrok swój ponury
To spuszczał w ziemię, to wznosił do góry,
To w rozżarzone wpatrując się głownie,
Zdał się namyślać, jak zacząć stosownie,
Aby niemiłą nie razić zbyt wieścią.
Długo wprzód igrał z miecza rękojeścią,
Aż w końcu, z dumą wzniósłszy wzrok surowy,
Spójrzał w przytomnych, i rzekł temi słowy.

XXVIII.

„Krótko mam mówić — bo i chwile drogie,
„I nie mój zwyczaj plątać słowa mnogie.
„Matko i ojcze! jeżeli to imię
„Duglas uprzejmie z ust Rodryka przyjmie:
„I ty, o! siostro! co nie wiém dla czego
„Zdajesz się wzroku obawiać mojego;
„I ty, Malkolmie! w którym, czas odsłoni
„Czy walecznego towarzysza broni,
„Czy wroga znajdę, gdy twe męzkie ramię
„Dźwignie miecz wodza w szlachetnym Grahamie;
„Słuchajcie wszyscy! — Nie tajno nikomu,
„Jak się król dumnie przechwala z pogromu
„I z mordów — jakby ze zwycięztw swych licznych —
„Zwiedzionych zdradą klanów nadgranicznych [29] [30].

„Wiecie, jak wodze ich, słodkiemi słowy
„Sproszeni dzielić z monarchą swym łowy,
„Przybyli śmiało w ufności i wierze,
„Z psy i sokoły polować na zwierze,
„I jak zwierz sami w sieć wpadłszy zwodniczą,
„Krwawą tyrana stali się zdobyczą.
„Lub gdy go przodków zwyczajem wspaniali,
„W otwartych zamkach z ucztami czekali,
„Wiecie, jak zdrajca swą wdzięczność okazał:
„Na własnych bramach powieszać ich kazał! —
„Krew ich szlachetna, wylana bez wstydu,
„Z lasów Jarrowu, i z nadbrzeży Twidu,
„I z łąk Megatu, i z Tewiotu fali,
„Woła o pomstę do braci górali:
„Gdy na ich grobach, śród ich bujnych łanów,
„Gdzie niegdyś jazda wojowniczych klanów
„Grzmiała w przelocie, urągając zda się,
„Morderca pasterz stada owiec pasie! —
„Lecz to rzecz dawna: — teraz przeniewierca,
„Nie wart szkockiego ni tronu, ni serca,
„Do nas przybywa z wojskami i dworem,
„Z tymże zamiarem, pod łowów pozorem.
„Chce, by się także wodzowie górali
„W moc wiarołomcy na ślepo oddali,
„A on się chełpił, że jak Pogranicze,
„I Góry ujął w karby niewolnicze!
„Co więcéj — słychać, że zawczoraj rano
„Ciebie, Duglasie, w Glenfinlas widziano;
„Wiém to od szpiegów posłanych na wzwiady.
„Co czynić na dal, twojéj czekam rady.“

XXIX.

Helena blada jak rąbek jéj szaty,
Spójrzała w oczy Lady Małgorzaty,
I obie szukać zdały się wyroku,
Każda — ta w ojca, a ta w syna wzroku.
Malkolm sprzecznemi myślami miotany,
To się czerwienił, to bladł naprzemiany:
Znać było trwogę: lecz wzrok dość objawiał,
Że nie o siebie Graham się obawiał.
Naówczas Duglas, przerwawszy milczenie,
Wstał, i rzekł smutnie, lecz nieustraszenie:
„Mężny Rodryku! choć niebo się chmurzy,
„Bywa, że chmury mijają bez burzy;
„Lecz ja nie mogę pozostać w tym domu,
„Abym zgubnego nie ściągnął nań gromu.
„Bo wiész sam dobrze, że na ten włos biały
„Król rzuci pierwsze gniewu swego strzały.
„Lecz ty, co jako wódz możnego klanu,
„Z użytkiem w wojnach możesz zdać się panu,
„Rozbroisz łatwo przez hołd i pokorę,
„Gniewy, mniéj może zawzięte, niż skore.
„Ja z moją biedną Heleną tymczasem,
„Pójdę gdzie między górami i lasem
„Kryć się jak zwierze, lub żebrać gościny,
„Widokiem starca i łzami dziewczyny,
„Póki w tych stronach król z dworem popasa,
„Polując w górach na starca Duglasa.“

XXX.

„Nie!“ krzyknął Rodryk, „nie! to być nie może!
„Tak mi dopomóż mój mieczu, i Boże!
„Nie! choćby gromy po gromach trzaskały
„W sosnę Alpina, to godło méj chwały,
„Nigdy wśród burzy nie dam wyjść z jéj cienia
„Ostatnim szczątkom Duglasów plemienia!
„Słuchaj, co powiém: — daj mi tę dziewicę
„Za żonę; radą wesprzyj mą prawicę;
„A wtenczas Duglas złączony z Rodrykiem,
„Ani się ugną, ni zadrżą przed nikiém.
„Wtenczas nas obu ujrzawszy na czele,
„Z ziemi nam nowi powstaną mściciele;
„A naprzód, z królem już dawno niezgodni,
„Wybuchną klanów wodzowie zachodni.
„Hymn mój weselny po kraju Saxonów[31]
„Jękiem pogrzebnych odezwie się dzwonów,
„Aż trząść się będą Holyrodu sale;
„A gdy weselną pochodnię zapalę,
„Sto łun czerwonych na sklepie niebieskim
„Zaświeci wkoło przed oknem królewskiém!…
„Lecz nie! Heleno! nie! wyjdź z przerażenia! —
„Proszę cię, matko! porzuć te skinienia!
„Nie wszystko myślę, com rzekł z uniesienia. —
„Na co nam wojna, mord, albo pożoga,
„Gdy inny sposób mieć możem na wroga.
„Niech tylko Duglas, z mądrości swéj znany,
„Pojedna wodzów góralskich i klany,

„Aby zgodnemi wzmocnili zastępy.
„Każdy swe zamki i gór niedostępy,
„Dość będzie na tém, by ów tyran krwawy,
„Z niczém z swéj na nas powrócił wyprawy.“

XXXI.

Są, którzy we śnie, o nadludzkiéj mocy,
Na sam szczyt wieży wdzierają się w nocy,
Lub na wierzchołku skał, u których stopy
Bycząc bez przerwy wrą morskie zatopy,
Stoją i marzą: dopóki blask zorzy,
Padając na twarz, ich ócz nie otworzy.
Wtenczas, gdy spojrzą na siebie, zalśnieni
Ognistym blaskiem słonecznych promieni:
Widząc dokoła przepaście bez końca,
Słysząc huk ciągły, jak gromów tysiąca,
Czując jak śliski głaz, na którym stali,
Drży pod ich stopą od uderzeń fali: —
Śród tego blasku, widoku, łoskotu,
Śród wszystkich zmysłów i myśli zawrótu,
Cóż za dziw, jeśli rozpaczą przejęci,
Uczują w sercu pęd rozpacznéj chęci,
Zasłonić oczy i w przepaść się rzucić,
I śmierć przyśpieszyć, by trwogę jéj skrócić. —
Tak i Helena, na poły umarła,
Jakby się otchłań w koło niéj otwarła,
Niebezpieczeństwem Duglasa przejęta,
Widząc dlań zewsząd śmierć, nędzę, lub pęta,
Uczuła w sercu rozpaczne natchnienie,
Szczęściem swém ojca okupić zbawienie.

XXXII.

Zamiar ten, Malkolm odgadnął w dziewicy,
Z drgania ust sinych i błędnéj źrenicy,
I powstał prędko by mówić; — lecz wprzódy,
Nim umyślone mógł wtrącić przeszkody,
Duglas już poznał, jak w sercu jéj skrycie
Ze śmiercią zda się łamało się życie:
Bo na jéj twarzy, to widać raz cała
Krew gorączkowém płomieniem buchała,
To się cofając, jak fala wezbrana,
Znów zostawiała ją bladą jak ściana.
„Dość, dość, Rodryku!“ rzekł, „wszystko skończono!
„Helena twoją nie może być żoną.
„Nie to rumieniec lic oblubienicy,
„Nie to jest bladość trwożliwéj dziewicy.
„Przebacz jéj, wodzu, że nie jest dla ciebie!
„Ani chciéj dla nas narażać sam siebie.
„Nigdy ja, choćbym miał wyjść ze złéj toni,
„Przeciw królowi nie wzniosę méj broni:
„Ja, com go uczył jak w boju być mężem,
„Jak toczyć koniem i władać orężem;
„Com go jak ojciec wychował z chłopięcia,
„Ani mniéj kochał od swego dziecięcia!
„Kocham go dotąd, choć podli oszczerce
„Goryczą ku mnie zatruli w nim serce,
„Choć mu zbyt skory gniew prawdę zamącił,
„Choć wziął mi wszystko, i w przepaść potrącił:
„Nie mogę mścić się; — i ty przyjm me rady:
„Złóż gniewy z serca, zgładź dawnych win ślady,

„Zrób krok do zgody, i żądaj przebaczeń,
„Z losem mym swoich nie wiążąc przeznaczeń.“ —

XXXIII.

Dwakroć w krąg gmachu obchodził wódz gniewny.
Wiejący za nim pled czarny, powiewny,
Nad czapką czarne chwiejące się pióra,
I pod ich cieniem twarz groźna, ponura;
Gniew po nad brwiami, i w oku blask pychy,
W ustach śmiech wzgardy, i razem jęk cichy,
Wszystko to, w świetle czerwoném ogniska,
Raziło widmem nocnego zjawiska.
Rzekłbyś, widomie zły Gieniusz nocy,
Niepewny jeszcze swych celów i mocy,
Próbując siły swych zaklęć i rymów,
Krąży przy ogniu nocleżnych pielgrzymów. —
Lecz, niewzajemna miłości! twe strzały
Głębszy, niż duma, ból sercu zadały!
Wódz dłużéj ukryć nie mogąc go w sobie,
Porwał Duglasa dłoń w ręce swe obie,
I z ócz, przed chwilą iskrzących tak gniewnie,
Dwa łez strumienie puściły się rzewnie.
Wybuch gwałtownéj, tłumionéj boleści,
Znać, że się w piersiach wzburzonych nie mieści,
Nie śmiąc się jednak ulżyć narzekaniem,
Wewnętrzném tylko ozywał się łkaniem,
A każde łkanie, śród wszystkich milczenia,
Szło dzikiém echem wzdłuż ścian i sklepienia.
Litość niewieścia w Helenie przemogła.
Widząc łzy wodza, swych wstrzymać nie mogła;

Wstała, by odejść, a bliskiéj omdlenia
Graham chciał swego użyczyć ramienia.

XXXIV.

Ujrzał to Rodryk: — jak wybuch ogniska,
Długo w mgłach dymu to ćmi się, to błyska,
Wijąc kłębami swe tęcze czerwone,
Aż w jedną, jasną, wyiskrzy się łonę:
Tak w nim gniew, duma, obraza i zawiść,
W jedną gwałtowną wybuchły nienawiść.
Zwrócił się, porwał, z wściekłością zawzięty,
Za pled Malkolma, na piersiach zapięty:
„Precz chłopcze!“ krzyknął: — a w ręku i głosie
Znać było drżenie: — „precz szkolny młokosie!
„Tak się to uczysz! że widzę, daremnie
„Wziąłeś już jedną naukę odemnie!
„Dziękuj tym damom, i twojéj gościnie,
„Jeśli cię jeszcze dziś kara ominie.“ —
Chyżéj niż rączy chart z żubrem lub dzikiem,
Porwał się Malkolm i starł się z Rodrykiem:
„Dobywaj!“ krzyknął, „nic nie zabezpiecza
„Wodza Grahamów, prócz ręki i miecza!“ —
Już groźni twarzą i wzrokiem zuchwali,
Za rękojeści swych mieczów porwali,
I śmierćby była; — wtém Duglas olbrzymi,
Z groźną powagą stanął między nimi.
„Stójcie!“ zawołał, „kto pierwszy dobędzie,
„Chce albo nie chce, mnie wrogiem mieć będzie!
„Szaleńcy! skończcie dzikie widowisko!
„Cóż to? czy Duglas upadł już tak nisko,

„Że w jego oczach, i o jego dziecię,
„Jak o łup zbójców, broń dobywać śmiecie.“ —
Wstyd przejął obu, lecz chociaż rozjęci,
Żaden znać z serca nie złożył niechęci,
I grożąc okiem, każdy stał jak wryty,
Krok dany naprzód, i miecz wpół dobyty.

XXXV.

Gościnność domu szanując w Grahamie,
Matka Rodryka ujęła za ramie;
I Malkolm słyszał w początku téj sceny
Krzyk przerażenia strwożonéj Heleny.
Aż w końcu Rodryk, gniew kryjąc udaniem,
Schował miecz w pochwę, i rzekł z urąganiem:
„Śpij tu do jutra! — trefione te włosy,
„Szkoda, by miały zwilgotnieć od rosy[32].
„A jutro — umiesz biedz prędzéj od charta —
„Bież do obozu Jakóba Sztuarta,
„Donieś, że Rodryk lud zbrojny zaciąga,
„Łaską pogardza, a z gróźb się urąga,
„I póki żyje, nie będzie z swym klanem
„Za żadnym ziemskim służebniczył panem.
„Lub jeśli większe pozyskać chcesz względy,
„Sprowadź go tutaj — przejrzałeś już kędy! —
„Hola! Malizie!“ — wszedł sługa popleczny[33]. —
„Dać Grahamowi glejt przejścia bezpieczny!“ —
Z wzgardą rzekł Malkolm: „Nie troszcz się daremnie
„Król się twych składów nie dowie odemnie.
„Pobyt Anioła jest zawsze świątynią,
„Choćby był razem i zbójców jaskinią.

„Glejt twój i grzeczność zachowaj dla siebie,
„Lub świadcz ją dla tych, co się boją ciebie.
„Ja nie dbam o nie; i bez twéj pomocy,
„Wiém jak przejść kędy, czy we dnie, czy w nocy,
„Ani się zlęknę, póki miecz mam w dłoni,
„Twoich zasadzek, ni twojéj pogoni. —
„Bądź zdrów, Duglasie! Heleno, bądź zdrowa! —
„Lecz nie! to nie są pożegnania słowa.
„Nié ma tak dzikich ni puszcz, ni parowu,
„Bym was nie znalazł, nie powitał znowu.
„I my téż, wodzu! będziem się szukali.“ —
Rzekł, i z powagą wyszedł za próg sali.

XXXVI.

Allan szedł za nim aż nad brzeg jeziora,
(Tak kazał Duglas), w pomroce wieczora
Wskazując drogę, i z czuciem boleści
Dnia dzisiejszego powiadając wieści:
Jak Rodryk rano wysłuchawszy gońca,
Przysiągł w zapale, że wraz z wschodem słońca,
Jutro ognisty krzyż poszle po klanie,
Zwołując zbrojnych na wspólne zebranie.
Nadto, że dawno już krąży wieść dzika,
Że Malkolm Graham obraził Rodryka.
Jeśli więc zwykłą powracać chce drogą,
Mściwi Alpini napotkać go mogą.
Bezpieczniéj zatém, dziś jeszcze wieczorem,
Klan ich wzdłuż brzegu opłynąć jeziorem.
Męztwu się przez to nie uczyni plama;
On, Allan, będzie sternikiem Grahama.

Tak radził starzec; lecz próżno zachęcał.
Malkolm tymczasem broń pledem okręcał,
Zwój ściągnął pasem, i widać z postawy,
Że się do wodnéj gotuje przeprawy.

XXXVII.

„Bądź zdrów!“ rzekł prędko — „lecz nie miéj bojaźni,
„Wzorze wierności i dawnéj przyjaźni!“
Mówiąc, dłoń starca ściskał rozrzewniony.
„Obym mógł dla was wyszukać zachrony!
„Król, mój opiekun, jest zamków mych panem,
„Stryj w mém imieniu dowodzi mym klanem.
„By przyjaciołom dopomódz w złéj toni,
„Malkolm nic nie ma, prócz serca i broni.
„Lecz jeśli w mężném Grahamów plemieniu,
„Są jeszcze wierni swych wodzów imieniu,
„Wkrótce szlachetny bohatér Duglasów
„Przestanie błądzić jak jeleń śród lasów.
„I nim ów zbójca, co dumą się puszy…
„Zamilczę resztę — las mówią, ma uszy.
„Lecz ty mu powiédz, że Graham niczego
„Nie potrzebował, nie przyjął od niego,
„Nic — nawet czółna, by przebyć przez wody. —
„Nie trwóż się o mnie! przepłynę bez szkody.“
Rzekł, w tył się nieco cofnął dla rozbiegu,
I śmiałym skokiem wpław rzucił się z brzegu.
Wzruszone fale o brzeg zapluskały.
On, w jednéj ręce pled wznosząc nad wały,
Odpływał drugą; gdy drżący z obawy,
Allan wzrok za nim wytężał ciekawy:

Śledząc, jak coraz mniéj znaczny w oddali,
To się wynurzał, to znikał śród fali,
I gdy ją księżyc oświecał pogodny,
Czernił się na niéj, jak drobny ptak wodny.
Dopłynął brzegu, na hasło wykrzyknął,
Wdział pled, przypasał swój oręż, i zniknął.
Minstrel usłyszał okrzyk, i wesoły
Szedł zaspokoić wspólne przyjacioły.

KONIEC PIEŚNI DRUGIÉJ.
PIEŚŃ TRZECIA.

KRZYŻ OGNISTY.
I.

Czas leci nie wstrzymany! — Ludzie, co niedawno
Na kolanach dzieciństwo nasze piastowali,
I lub dziejami przodków, lub bajką zabawną,
Duch w nas wieszczy i miłość kraju zapalali:
Gdzież są? — Znikli ze świata; zmarli lub zgrzybiali,
Z myślą znużoną, z sercem wpół skrzepłém już w łonie,
Jako szczątki rozbicia nad brzegami fali,
Czekają zda się, rychło, jak morze w swe tonie,
Wieczność ich coraz bliższa zajmie i pochłonie.

Żyją jednak, co jeszcze pomną owe czasy,
Gdy skoro wódz góralski w róg łowczy uderzył,
Głos ten ożywiał góry, doliny i lasy,
Zwoływał na ochotę i sam radość szerzył;
Gdy skoro wróg zagroził, lub wódz bój zamierzył,

Cały klan, jak mąż jeden, rzucał dom spokojny,
Śpiesząc gdzie wbity sztandar śród pola się jeżył;
A wszystkie kobzy w górach grały pochód zbrojny,
A krzyż ognisty krążył, jak meteor wojny[34].

II.

Wschód letniéj zorzy, w jeziorze odbity,
Purpurą wodne powłóczył błękity:
Poranny wietrzyk, w niepewnych powiewach,
To tchnąc po kwiatach, to szemrząc po drzewach,
Wstrząsał nie marszcząc wód gładkie oblicze,
Jak lekki uśmiech jagody dziewicze.
Na tle jeziora góry malowane,
Ni zbyt spokojne, ani zbyt miotane.
Chwieją się tylko we zwierciadłach wody,
Jak obraz szczęścia w wyobraźni młodéj.
Z wiatrem ku niebu tchnąc lilija wodna,
Kielich swéj woni wstrząsa aż do dna.
Po skał urwiskach, przez mgły rzedniejące,
Błyszczą się słońcem wód spady szumiące;
Zbudzona łani na paszę, na łąki,
Skaczące przy niéj prowadzi jelonki;
Tysiąc skowronków, wirując w mgle rannéj.
Brzmią harmonijnie jak hymn nieustanny;
Szczebioty gilów i głośny świst szpaków,
Wtórują chórem ze trzciny i krzaków;
A gdzieś turkawka, w posępnéj czułości,
Grucha pieśń zgody, pokoju, miłości.

III.

Nie miłość zgody, nie żądza pokoju
W sercu Rodryka; gdy w czarnym swym stroju,
Dzierżąc oburącz miecz w pochwach szeroki,
Szybkiemi wkoło przechadzał się kroki,
I niecierpliwy, to na wschód poglądał,
To wstrząsał mieczem, jakby grozić żądał.
Opodal nieco, z pośpiechem lenniki
Gotują obrzęd, tajemniczy, dziki,
Co trybem przodków, musi uroczyście
Poprzedzić krzyża ognistego wyjście.
Wódz krążył wkoło; nieraz zgraja cała
Na widok jego zamilkła, i drżała,
Gdy na niéj gniewne zatrzymał wejrzenie: —
Tak dziki orzeł na skalnym Benwenie,
Patrzy znudzony; i tak, kiedy w chmurach
Na roztoczonych kołysze się piórach,
Samym swym cieniem rzuconym na lasy,
Gwarliwych ptasząt ucisza hałasy.

IV.

Już u stóp skały złożono stos spory
Z wonnych jałowców i z smolnych drzew kory,
I z świeżych sosny gałęzi, zmięszanych
Z drzazgami dębów od gromu strzaskanych.
Brian pustelnik, w milczeniu ponurém,
Stał obok boso, w habicie z kapturem.
Śnieżysta broda i włos rozczochrany
Ćmiły twarz srogą i wzrok obłąkany;

Z blizn nagich ramion, z wyschłego oblicza,
Znać dziką ostrość pokuty i bicza;
Lecz ni w téj twarzy świętości kapłańskiéj,
Ani w tém oku skruchy chrześcijańskiéj.
Z wejrzenia jego i z postawy całéj,
Rzekłbyś, Druida z grobu zmartwychwstały,
Gotów dziś jeszcze dla bóstw leśnéj dziczy,
Broczyć w krwi ludzkiéj swój nóż ofiarniczy.
W jaskini, w głębi mrocznego parowu,
Żył na pustyni, śród skał Benharrowu.
Wieść nawet biega, że pogańskie błędy
Z chrześcijańskiemi śmie łączyć obrzędy,
I w najstraszniejszych tajemnicach wiary
Szuka sposobów na gusła i czary.
Każdy się jego obawiał przeklęstwa,
Nikt nie chciał modłów ni błogosławieństwa.
Z przestrachem wieśniak unikał go trwożny,
Próg jego pielgrzym omijał pobożny;
Strzelec pewnego wyrzekał się łowu,
Gdy go miał ścigać śród skał Benharrowu,
I wracał śpieszno psy wiodąc na sforach;
A jeśli czasem w wąwozach lub borach,
Napotkał zbliska, lub ujrzał zdaleka,
Tego dzikiego tych pustyń człowieka,
Modląc się w duchu, i korząc się z trwogi,
Żegnał się milcząc, i schodził mu z drogi.

V.

Dziwne są wieści o rodzie Briana[35], —
Raz matka jego, od zmroku do rana,

Strzegła owczarni śród pastwisk odległych,
W odludném polu; gdzie kości poległych,
W bitwie przed wieki, pamiętnéj u wieszczów,
Leżą zbielałe od skwarów i deszczów.
Wstyd zdjąłby dumne wojownika serce,
Widząc te kości w takiéj poniewierce!
Tu dłoń, co może rwała szyki bitne,
Leży spętana w zielska pasożytne;
Tam kość piersiowa, co zamiast pancerza
Zbroiła serce odważne rycerza,
Dziś w niéj, jak gdyby na urągowisko,
Lękliwy ptaszek założył siedlisko.
Noga, co niegdyś wyścigała sarny,
Po nieruchoméj, pełzał ślimak czarny!
A daléj czaszka, znać wodza orszaku,
Zamiast wawrzynów i piór na szyszaku,
Porosła chwastem, walając się w trawie,
Uczy żyjących, co myśleć o sławie! —
Śród tego pola noc całą dziewica
Siedziała, pledem zakrywszy swe lica,
I, jak mówiła, żaden człowiek żywy,
Ni żaden pasterz, ni żaden myśliwy,
Nie był z nią w owéj nocy tajemniczéj,
Ni zdjął z jéj czoła przepaski dziewiczéj[36];
Lecz nią już nigdy, wróciwszy do domu,
Nie śmiała zakryć dziewiczego sromu.
Ponury smutek i w oczach strach dziki,
Zajęły miejsce uśmiechów Aliki;
Żal w niéj budziło rówiennic wesele,
W mdłość wprawiał organ i śpiewy w kościele;

I nigdy odtąd, mówili sąsiedzi,
Nie była na mszy, ani u spowiedzi.
Próżno ją badał i ksiądz, i rodzice,
Zamknęła w sercu straszną tajemnicę,
I bez odpustu, bez modłów kapłana,
Umarła, na świat wydając Briana.

VI.

Samotny między swemi rówienniki,
Rósł od dzieciństwa syn biednéj Aliki.
Każdy go stronił, i każdy odpychał.
On, ani płakał, ani się uśmiéchał,
I znosił cicho, choć pełen goryczy,
Wymiatających mu ród tajemniczy.
Po całych nocach, posępny, ponury,
Błądził po lasach, lub szedł między góry:
Tam nad wezbranym usiadłszy strumieniem,
Z rozpaczą dumał nad swém urodzeniem;
Aż obłąkany, sam w końcu uwierzył
Strasznéj powieści, co lud o nim szerzył.
I odtąd co dzień, w mgle jezior i borów,
I odtąd co noc, w świetle meteorów,
Lub tam, gdzie matkę noc owa zapadła,
Szedł szukać ojca swojego — widziadła! —
Próżno, by zleczyć duszę zakrwawioną,
Klasztor go święty przyjął na swe łono;
Próżno, by uśpić myśli niepokoje,
Mądrość mu księgi otworzyła swoje.
W zakonnéj ciszy zamknięty przez lata,
Zdziczał tém więcéj od ludzi i świata;

Z nauk to tylko wyczerpnął, co draźni
Gorączkę myśli i szał wyobraźni.
W zawiłych księgach zatopiony cały,
O czarnoksięstwach i gusłach kabały,
Ginął w badaniach, których tajemnica
Jątrzy ciekawość i dumę podsyca.
Aż wysilony daremnym zapałem,
Z zbłąkaną myślą i sercem schorzałém,
Porzucił klasztor, i sam jeden znowu,
Osiadł w pustyni śród skał Benharrowu.

VII.

Tam syn widziadła, sam wierząc w swe czary,
Wywołał z pustyń ich duchy i mary[37].
W nocach, przy świetle księżyca promieni,
Marząc nad spadem wezbranych strumieni,
Patrzał w nie póty, aż z pary lub z piany,
Nie powstał przed nim duch wywoływany.
We mgłach porannych, on widział nad skały
Olbrzymią wiedmę gór, w szacie swéj białéj;
Lub w zapłonionych rumianą jutrzenką,
Rycerza-Ducha z zakrwawioną ręką.
W poświstach wichrów, on słyszał z pod ziemi
Głosy umarłych, i rozmawiał z niemi;
Albo na przyszłych polach bitw odległych,
Przeglądał klęski i stosy poległych.
Tak gardząc światem, od świata wzgardzony,
Tworzył sam sobie swój świat niewcielony.
Jedno go tylko, niedzielone wzajem,
Uczucie z ludzkim łączyło rodzajem:

Matka się jego rodziła w Alpinie,
Kochał Alpinów, których krew w nim płynie.
Niedawno w wieszczém usłyszał marzeniu
Jęk strażniczego ducha w ich plemieniu[38];
Widział go nawet, jak w szacie błękitnéj
Stał płacząc u stóp sosny starożytnéj.
Niedawno w nocy Benharrowu szczyty,
Zabrzmiały nagle końskiemi kopyty,
Choć nigdy jeździec śmiertelnym rumakiem
Nie śmiał i nie mógł czwałować tym szlakiem.
Niedawno piorun roztrzaskał pień sosny,
Pod którą właśnie stał duch ów żałosny.
Wszystko na jawie, i wszystko w widzeniu
Groziło klęską Alpinów plemieniu.
Wziął więc kij w rękę, i wybrał się w drogę,
Niosąc im wczesną złéj wróżby przestrogę,
I stał, wezwany by obrzęd odprawić,
Gotów zarówno kląć i błogosławić.

VIII.

Stos już gotowy; — z pobliskiéj zagrody
Prowadzą kozła, patryarchę trzody.
Kładą na stosie: — mnich wodą go skropił,
Wódz po rękojeść miecz w piersiach utopił.
Krew się po stosie polała strumieniem;
Cierpliwe zwierze, z błagalném wejrzeniem,
Konając zwolna, patrzyło na wrogów,
Gdy stos ze czterech zapalali rogów.
Naówczas Brian, nad ciałem ofiary
Szepcąc naprzemian modlitwy i czary,

Ułożył, strzegąc ścisłych miar przepisu,
W krzyż, łokieć długi, dwie gałęzie cisu,
Wzięte z drzew, które na Inch-Kaliachu[39],
Wiejąc nad szczytem kościelnego gmachu,
Mrocznym swym cieniem, jak kirem żałoby,
Klanu Alpina okrywają groby,
I szum swój łącząc do jeziora szmerów,
Słodzą sen wieczny dawnych bohaterów. —
Brian oburącz krzyż wznosząc do góry,
Wzniósł razem lica i wzrok swój ponury,
A strach i zapał słuchaczów przeniknął,
Gdy taką klątwę ku niebu wykrzyknął.

IX.

„Hańba i biada z ojca na syna!
„Kto krzyż ten widzi, a zapomina,
„Że rósł na grobach klanu Alpina,
„Gdzie dawnych wodzów jego rodzina
„Śpi w cieniu drzew tych opieki.

„Niech zdrajca w nędzy wlokąc swe lata,
„Nieopłakany schodzi ze świata,
„Prochami jego wiatr niech pomiata,
„Przeklęstwo ojca, syna, i brata,
„Niechaj go ściga na wieki!“

Umilkł — lennicy stojący kołem,
Z ognistym wzrokiem, z licem wesołém,
Błyszczące miecze wstrzęśli nad czołem,
Tarczą o tarczę zabrzękli społem —
I szmer, jak burzy dalekiéj,
 

Rósł coraz bardziéj, jak burza grzmiąca,
Jak w pośród burzy fala hucząca,
Gdy się o twarde brzegi roztrąca,
Aż okrzyk jeden z ust ich tysiąca
Zabrzmiał „przeklęstwo na wieki!“

Wstrzęsły się echem Benanu skały,
Zawył w wąwozach wilk wygłodniały,
Spłoszone sępy wkrąg zakrakały,
Przeczuły z hasła żer, co mieć miały:
Trupy, i świéżéj krwi rzeki.

X.

Ledwo wojenne umilkły okrzyki,
Mnich kończył obrzęd i pacierz swój dziki.
Cichy, posępny, był ton jego głosu,
Gdy krzyż z trzech końców zapałał u stosu.
Ze słów niewielu, co doszły do grona,
Choć w nich najświętsze wspominał imiona,
Z takim je — gorzkim wymawiał przyciskiem,
Jakby je bluźnić śmiał z urągowiskiem,
Aż krzyż ognisty wstrząsając nad głową,
Rym dalszéj klątwy rozpoczął na nowo:

„Hańba i biada! kto w biegu spocznie,
„Bieżąc z tym krzyżem; kto go niezwłócznie,
„Widząc, nie porwie za miecz i włócznię:
„Krzyż ten ognisty niech mu widocznie
„Rokuje zemstę Alpina!
 

„Nad dachem jego ognista łona
„Świecić się będzie, jak wstyd czerwona;
„Krwawym jéj blaskiem zarumieniona
„Córka i siostra, matka i żona,
„Niech wiecznie zdrajcę przeklina!“ —

Umilkł — niewiasty stojące gronem,
Z iskrzącém okiem, z bijącem łonem,
Podnosząc dzieci, płaczliwym tonem,
Jak dzikie gęsi w polu zamgloném.
Wzniosły chór groźby Alpina;

„Niech dachy zdrajców spłoną jak słomy!
„Niechaj przeklęstwo, zemsta, i gromy,
„Spadną na góry, lasy, i domy,
„Gdzieby przyjaciel albo znajomy
„Skrył, kogo Alpin wyklina!“ —

Zabrzmiały echem klątwy i grozy
Kojr-Uriskinu dzikie wąwozy,
I wkrąg białemi zarosła brzozy,
Beala-nam-bo dolina.

XI.

Dłużéj tą rażą czekano słów mnicha;
Widać jak długo, jak ciężko oddycha.
Zgrzytał zębami, dłoń zżymał gwałtownie,
Zbłąkane oczy iskrzyły jak głownie:
Znać że najgorsze gotował przeklęstwa,
Na tych, co widząc znak niebezpieczeństwa,
Niewierni braciom, nieposłuszni panu,
Nie przyjdą dzielić prac wodza i klanu.

Krzyż dotąd ogniem płonący po bokach,
Zgasił, maczając w krwi wrzącéj potokach,
I gdy go znowu podnosił nad czoło,
Dzikszy niż kiedy głos zabrzmiał w około.

„Gdy krzyż ten zacznie krążyć po klanie,
„Przeklęta noga, co z nim ustanie!
„Przeklęta ręka, co go odrzuci!
„Przeklęte oko, co się odwróci,
„I serce, co się przelęknie!

„Niech nieuczczone ziemskim pogrzebem
„Czerw zwłoki zdrajcy toczy pod niebem!
„Sęp niech mu serce, kruk oczy wyje;
„Jako ta ziemia stosu krew pije,
„Krew jego w ziemię niech wsięknie!

„Jako ta we krwi iskra błyszcząca,
„W nocy bez słońca, w mękach bez końca,
„Niech zgasną zdrajcy powieki!

„Niech ten krzyż, godło ludzkiéj pociechy,
„Co wszystkie ziemskie odkupił grzechy,
„Jego potępi na wieki!“ —

Skończył — słuchacze stali w milczeniu,
Z przestrachem w sercu, z zgrozą w spojrzeniu,
Nikt, nawet echo w tém złorzeczeniu
Nie powtórzyło: „na wieki!“ —

XII.

Zniecierpliwiony wódz, z dumnym uśmiechem,
Krzyż z ręki mnicha pochwycił z pośpiechem,

Dał Malizowi: „Kto Alpin, do szyku!
„Miejsce zebrania na łące Lanriku,
„Czas, co najrychléj! — pośpieszaj lenniku!“ —
Chyżéj niż kaczka lot czując jastrzębi,
Łódź z portu wyspy pomknęła po głębi.
Na samym przedzie stał Maliz ze krzyżem,
Wioślarze wiosłem naparli tak chyżém,
Że jeszcze bańki i wody szum biały
Kipiały w porcie i wkrąg wirowały,
Gdy się już, ledwo ślad znacząc po drodze,
Łódź ku wierzbowéj zbliżała odnodze.
Trzy sążnie jeszcze być mogło przestrzeni
Od przodu łodzi, do białych kamieni,
Gdy już z niéj na brzeg, jak ptak niespokojny,
Skoczył zwiastunnik pożogi i wojny.

XIII.

Śpiesz, śpiesz, Malizie! po skałach i darni
Niech jako sarna mknie obów twój sarni[40]!
Śpiesz, śpiesz, Malizie! jak łuk twój myśliwy,
Natęż u kolan żył cięgłych cięciwy;
Chyl się jak jeździec, gdzie droga się wzgórzy,
Pędź w dół z gór szczytu, jak potok po burzy;
Z kępy na kępę, gzygzakiem błyskawic,
Migaj jak ognik nad grzęzią trzęsawic;
Sadź przez strumienie, jak jeleń przed chartem,
I jak chart śmigaj po polu otwartém!
Choć głąb bezdenna, choć przestwór szeroki,
Skacz! nie czas mijać rozpadlin opoki:

Choć tchu brak w piersiach, choć mdlejesz od znoju,
Bież! nie czas w chłodzie spoczywać u zdroju;
Zwiastunie wojny, krwi, żalu i trwogi,
Pędź wprost przed siebie, bez śladu i drogi! —
Nie łani drogę zabiegasz na łowach,
Nie za dziewczyną uganiasz w dąbrowach,
Nie rówienników wyścigasz do mety,
Nie w ich oklaskach czczéj szukaj podniety! —
W ręku twym wojna i niebezpieczeństwo,
W pośpiechu twoim śmierć albo zwycięztwo:
Śpiesz, śpiesz, Malizie! pamiętasz przeklęstwo? —

XIV.

Pośpiesza Maliz; — na widok znajomy
Brzmią szczękiem broni wsie, pola i domy;
Z gór, z wysp, z wąwozów, zewsząd w okolicy,
Kupią się zbrojno posłuszni lennicy.
Nie staje Maliz, ni kroku wstrzymuje:
Krzyż pokazuje, czas, miejsce mianuje,
I pędząc daléj zostawia za sobą,
Głuche zdumienie, i przestrach z żałobą.
Z ręki rybaka sieć w wodę wypadła,
Kowal w pół gotów miecz porwał z kowadła;
Nie skończył kosarz zamachu swéj kosy,
Śpieszy ciąć wrogów jak trawę lub kłosy;
Pasterz bez stróża trzód odbiegł na woli,
Oracz w pół skiby pług rzucił na roli;
Sokolnik na wiatr otrząsnął sokoła,
Rzuca łup strzelec, i psów swych nie woła.

Płacz żono męża, płacz matko po synu!
Ujrzeli gońca i godło Alpinu,
Każdy broń chwyta, i staje do szyku,
Każdy szyk śpieszy na łąkę Lanriku.
Szczęk broni, kobzy, i hasła po gaju,
Brzmią wkrąg po brzegach jeziora Achraju.
Piękne jezioro! trzebaż by krzyk wojny
Zakłócał nawet twój sen tak spokojny!
Góry i gaje nad wód twych przezroczem
Drzemią w milczeniu tak cichém, uroczém,
Że śpiew skowronka w najwyższym obłoku,
Zbyt zda się głośny przy twoim widoku!

XV.

Śpiesz, śpiesz, Malizie! — Ominął jezioro,
Wieś Dankraganu już widać za górą:
Na wpół ukryte, na poły widome,
Sterczą z zarośli jéj dachy poziome.
Śpiesz, śpiesz, Malizie! tam trudów twych koniec,
Dziedzic wsi daléj biedz musi jak goniec.
Jak za zdobyczą sokół prędko-pióry,
Ku wiosce Maliz wprost puścił się z góry. —
Jakieżto z wiatrem brzmią echa boleści? —
Pogrzebne śpiewy, głos płaczu niewieści!
Wódz Dunkraganu, dziedzic jego ziemi,
Idzie w niéj spocząć z ojcami swojemi.
Sławny myśliwiec zakończył gonitwy,
Mężny wojownik nie stanie do bitwy!
Któż cię na łowach i w bojach, Dunkanie!
Zastąpi teraz przy wodzu, i w klanie? —

W izbie zaćmionéj czarnemi zasłony,
Przy świetle gromnic, na marach złożony
Spoczywa Dunkan: — nieszczęśliwa wdowa,
Tłumiąc jęk w ustach, twarz oburącz chowa;
Milczy ponuro najstarszy syn jego,
Najmłodszy płacze, nie wiedząc dla czego;
Kiedy tymczasem stojące po stronach,
Niewiasty smutny tak nócą Koronach[41]:

XVI.
Koronach.

„Zniknął z domu, ze świata,
Nasz wódz, nasza opieka,
Jak zdrój wyschły śród lata,
Gdy skwar właśnie dopieka,

„Chmura z deszczem nadśpieszy,
Woda w zdroju powróci;
Lecz my! kto nas pocieszy?
Lecz on! kto go ocuci? —

„Kosa w ręku żniwiarza
Tnie kłos tylko dojrzały;
Śmierć skosiła mocarza,
W kwiecie wieku i chwały.

„W jesień tylko wiatr zmiata
Zżółkłe liście z gałęzi;
Dunkan zwiędnął w pół lata,
Spadł jak owoc w zawięzi!
 

„O! najmędrszy w naradach,
O! najskorszy do czynów,
O! najśmielszy w napadach,
Któż ci zrówna z Alpinów?

„Jako rosa o wschodzie,
Jak dżdżu kropla śród rzeki,
Jako bańka na wodzie.
Znikł nasz Dunkan — na wieki! —

XVII.

Patrzcie Stumacha! jak ścicha skowycze,
Patrząc na pana wybladłe oblicze.
Biedny psie! próżno z tych ust zawołania,
Próżno z téj ręki czekasz pogłaskania! —
Jakiż znać odgłos słuch jego uderzył?
Warknął, nastawił uszy, grzbiet najeżył…
Słychać krok ludzki: — nie krok to żałoby,
W dom umarłego idącéj osoby;
Nie krok wesela, co pląsa wśród drogi:
Lecz prędki, krótki — pośpiechu czy trwogi.
Czekają wszyscy: — wtém drzwi się otwarły,
Pędem do izby, gdzie leżał umarły,
Wpadł Maliz — spójrzał na mary i ściany,
Wzniósł po nad zmarłym krzyż krwią obryzgany:
„Dunkragan z ojca przechodzi na syna,
„Synu Dunkana! śpiesz z krzyżem Alpina!
„Miejsce zebrania na łące Lanriku,
„Czas, co najrychléj; — pośpieszaj lenniku!“ —

XVIII.

Poskoczył Angus, i gotów do drogi,
Z rak poplecznika krzyż porwał złowrogi.
Łzy się w młodzieńca zakręciły oku,
Gdy miecz ojcowski przypasał do boku;
Ale gdy spotkał wzrok trwogi niewieściéj,
Wzrok niewymownéj matczynéj boleści,
Wrócił od progu, i padłszy na łono
Pocałowaniem pożegnał strapioną.
„Spiesz!“ rzekła z płaczem, żegnając skroń syna,
„Synu Dunkana! śpiesz z krzyżem Alpina!“ —
Spójrzał raz jeszcze ku ojcowskiéj trumnie,
Otarł łzy z oczu, czołem wstrząsnął dumnie,
I jako źrebiec, gdy z ciasnéj zagrody
Z wiatrem po polu puszcza się w zawody,
Wypadł, i cały odziany żałobą,
Biegł, godło wojny trzymając przed sobą.
Oschła twarz matki z gorących potoków,
Póki w jéj uchu brzmiał głos jego kroków;
A gdy we wzroku posłańca złéj wieści,
Postrzegła litość i podział boleści:
„Ziomku! raz pierwszy na głos swego klanu
„Nie powstał, rzekła, Dunkan z Dunkraganu.
„Skończyła ziemski swój bieg noga chyża,
„Coby biedz miała z posłannictwem krzyża.
„Ale się nie bój o godło Alpina!
„Bóg sierot będzie stróżem mego syna.
„A wy, doznanéj wierności i dłoni,
„Wy, towarzysze Dunkana, do broni!

„Śpieszcie, i w bojach zasłońcie krew jego!
„Niewiast jest rzeczą opłakać zmarłego.“
Okrzyk wojenny i głośny szczęk stali
Razem w pogrzebnéj odezwał się sali,
Gdy wszyscy razem, na ścianach wiszące,
Chwytali tarcze i miecze brzęczące.
Krótka, przelotna pociecha i siła
W oczach się wdowy przez łzy zaświeciła,
Jakby myślała, że na te wołania
Dunkan, jak niegdyś, zerwie się z posłania! —
Lecz prędko zgasły chwilowe zapały,
Żal swoje prawa, łzy bieg odzyskały.

XIX.

Góra Benledi ujrzała znak trwogi[42];
Jak błysk przeleciał Strat-Iru rozłogi.
Przez pola, lasy, bagniska i wody,
Gnał bez wytchnienia Dunkana syn młody.
Łzy w jego oku pęd wiatru osuszał,
Żal w jego sercu szum wiatru zagłuszał;
Aż po za wodą strumienia Teitu,
Na wzgórzu, lasem porosłém u szczytu,
Ujrzał kres biegu, wydziału granicę,
Świętéj Brygidy gotycką kaplicę.
Choć nurt wezbrany, choć most był daleko,
Nie zboczył Angus, ni stanął nad rzeką;
Choć płomień we krwi, choć zawrót czuł w oku,
Rzucił się w przepaść wrącego potoku.
Krzyż w prawéj ręce podnosił nad czoło,
Lewą bród mieczem gruntował w około.

Potknął się dwakroć — rozprysły się piany,
Nad głową jego huknęły bałwany —
Gdyby był upadł — i godło i goniec
W głębiach zawodu znaleźliby koniec.
Lecz wciąż, jak gdyby kotwicę w złéj toni,
Tém mocniéj jeszcze krzyż ściskał w swéj dłoni;
Aż na bezpiecznym otrząsłszy się brzegu,
Wprost ku kaplicy przyśpieszył znów biegu.

XX.

Tłum w niéj wesoły, od samego ranku,
Tłoczył się we drzwiach i stał na krużganku.
Głośny w Alpinie z urody i sławy,
Norman, bogatéj dziedzic Armandawy,
Po długiéj westchnień i cierpień kolei,
Zaślubiał piękną Maryę z Tombei.
Właśnie z pod sklepień gotyckich przysionków,
Wychodził orszak szczęśliwych małżonków.
W dwóch długich rzędach szli zwolna po stronach,
Mężczyźni w piórach, niewiasty w zasłonach;
Dziewice wstydem płonęły z pod wieńców,
Słuchając żartów przybocznych młodzieńców;
W koło nich dzieci, śród skoków i krzyków.
Po drodze kwiaty rzucają z koszyków;
A w ślad minstrele, tuż przed parą młodą,
Grając na kobzach, weselny chór wiodą.
Ubrana w bieli i w zielonym wianku,
Z łzą i rumieńcem, jak róża w poranku,
Widna jak we mgle przez zasłonę białą,
Oblubienica stąpała nieśmiało.

Obok młodzieniec, wzrok chlubny zdobyczą
Zwracał na wdzięki i skromność dziewiczą,
A za nią matka, z łzawemi uśmiechy,
Szła szepcąc ścicha wyrazy pociechy.

XXI.

Któż ich spotyka u świątyni progów? —
Goniec, zwiastunnik łez, krwi, i pożogów!
Znak wojny w ręku, żałoba w odzieniu,
Surowość w twarzy, i boleść w spojrzeniu.
Sącząc się wodą, zziajany pośpiechem,
W ustach głos tłumiąc chwytanym oddechem,
Ku Normanowi wyciągnął krzyż krwawy:
„Koléj na ciebie, władzco Armandawy!
„Miejsce zebrania na łące Lanriku,
„Czas, co najrychléj; — pośpieszaj lenniku!“ —
Ach! czyliż Norman odepchnie dłoń lubéj,
Dłoń wieczystemi spojoną z nim śluby,
Dla tego znaku morderstwa i zguby?
Czyż dzień weselny, co wschodził tak jaśnie,
Co tyle szczęścia rokował nim zgaśnie,
Dzień, co kochanków cierpienia miał skończyć,
Maż-li małżonków tak prędko rozłączyć? —
O! srogi losie! — Daremnie, daremnie!
Norman Alpinu nie zdradzi nikczemnie:
To sprawa klanu, to wodza wezwanie,
To wola nieba! — pośpieszaj Normanie!

XXII.

Powoli jednak pled zrzucał weselny,
Zlękły widokiem bladości śmiertelnéj
Lic swéj małżonki, i błędnym jéj wzrokiem;
Aż łzy jéj wreście lunęły potokiem,
Łzy zdolne serce kamienne rozczulić,
Których on nie mógł ni dzielić, ni tulić! —
Więc by nie spotkać drugiego spójrzenia,
Puścił się z góry wzdłuż brzegów strumienia,
I ani pierwéj obejrzał się w biegu,
Aż gdzie zdrój wpada w jezioro Lubnegu.
Lecz ach! co w sercu, co w duszy się działo!
Gdy wspomniał szczęście, co dziś go czekało:
Jéj z rana piękność, nadzieje i radość,
I łzy co widział, i rozpacz, i bladość! —
Z rzewnym się żalem kochanka mieszały
Obrazy bojów, i męzka chęć chwały,
I dzikie męstwo, co serce górala
Na widok wroga wściekłością zapala,
I pamięć braci i niebezpieczeństwa,
I ach! nadzieja, że z pola zwycięztwa
Wróci okryty chlubnemi znamiony,
Spocząć w objęciach kochanki i żony! —
W tych myślach Norman, przez bagna i niwy,
Pędził wciąż prosto, jak strzała z cięciwy,
Aż smutne myśli i chlubne marzenia,
Zlały się w piosnkę wspólnego natchnienia.

XXIII.
Pieśń.

„Na mchu pod drzewem moje dziś łoże,
Na twardéj tarczy skroń chyba złożę,
Do snu wojenni zanócą stróże,
Ach! nie przy tobie, Maryjo!

A jutro może głębiéj uśpiony,
Łożem mi będzie pled mój skrwawiony,
Pieśniami żal twój nieutulony,
Na moim grobie, Maryjo!“

„Nie śmiem, nie mogę, wspomnieć się boję
Na miłość twoję, na boleść twoję,
Na szczęście, cośmy dzisiaj oboje
Roili z rana, Maryjo!

Bo nie w czas dla mnie żałość i trwoga,
Gdy klan Alpina idzie na wroga,
Jak stal być musi ręka i noga,
I pierś Normana, Maryjo!“

„Przyjdzie kres kiedyś łzom i rozstaniu!
Bo czy to legnę w krwawém spotkaniu:
Duch mój natenczas wnet po skonaniu,
Do ciebie wróci, Maryjo!

Lub gdy jak wróżę, sam wrócę może,
Gdy mi weselne uścielesz łoże,
O! jak nam słodko do snu na dworze
Słowik zanóci, Maryjo!“

XXIV.

Nie tak, Balkwidrze! wzdłuż zeschłych twych jarów
Szerzy się płomień pastuszych pożarów[43],
Gdy jako morze wichrami pędzone,
Tocząc kłębami swe fale czerwone,
W ciemnościach nocy, tłem krwawéj purpury
Rumienią lasy, jeziora i góry:
Jak dziś w tych jarach, gdzie Norman przebiega,
Wieść się o wojnie i krzyk jéj rozlega.
Ujrzały gońca i godło Alpinu,
Smug Loch-Voilu i bór Loch-Doinu;
Pędził jak biegacz do mety wyścigu,
Po grząskich brzegach strumienia Balwigu;
Znikł w gęstych gajach zielonéj leszczyny,
W głębi szerokiéj Strat-Gartnu doliny,
I biegł, aż póki jak jeden mąż zbrojny,
Cały klan Alpin nie powstał do wojny:
Od starca, który, choć młodzian z zapału,
Wsparty na włóczni krok sunie pomału,
Do pacholęcia, co strzałą i łukiem
Wojował chyba z gołębiem lub krukiem.
Z gór, z dolin, z lasów, w pół chodem, wpół biegiem,
Śpieszą z osobna, kupami, szeregiem:
I jak potoki, wezbrane po burzy,
Łączą w dolinach swój nurt, i śród wzgórzy
Pędzą z rosnącą potęgą i szumem:
Tak ci, mąż z mężem, tłum łączy się z tłumem,

Aż w końcu razem sprawieni do szyku,
Stanęli wszyscy na łące Lanriku:
Każdy z kolebki wprawiony do znojów,
Nie znając innéj zabawy prócz bojów,
Innéj miłości, prócz swego plemienia,
Innéj przysięgi, prócz wodza imienia[44],
Innego prawa, prócz jego skinienia.

XXV.

Rodryk tymczasem, przez ranek ten cały,
Przeglądał przejścia Benwenu i skały,
I mnogie czaty rozesłał od świtu,
Wzdłuż granic klanu od pól Menteitu.
Wróciły wszystkie z wieściami pokoju:
Klan Brus ni Graham nie myślą o boju,
W twierdzy Rednoku nie słychać trąb głosu,
Nie tkwią chorągwie na basztach Kardrosu,
Nie błyszczy Duchraj ogniskiem czerwoném,
Czaple jak zawsze drzemią nad Loch-Konem,
Wszystko spokojne; — któż zgadnie dla czego
Wódz, zamiast śpieszyć, gdzie na rozkaz jego
Ze wszech stron klanu biegną wojownicy,
Sam, z taką trwogą w sercu i źrenicy,
Niezagrożonéj pilnuje granicy? —
Śród skał Benwenu, w najgłębszém ukryciu,
Został skarb jego, najdroższy mu w życiu.
Bo Duglas, w słowie rzeczoném stateczny,
Rzucił na wyspie przytułek bezpieczny,
I śród zakrętów, skalistéj pustyni,
Ukrył się w głębiach najdzikszéj jaskini.

Zdawna u bardów Celtyckich i gminu,
Głośny jest wąwóz Kojr-nan-uriskinu[45],
I grota, którą z krążących posłuchów,
Lud łatwowierny zwie jaskinią duchów.

XXVI.

Była to ustroń ponura i dzika,
Godna zbrodniarza albo pustelnika.
Rowem w pół góry rozpadła opoka
Czerni się z wierzchu, jak rana głęboka
W piersiach olbrzyma; boki téj szczeliny
Nawisłe mroczną gałęzią jedliny:
A na dnie bryły strzaskanych granitów,
Burzą potopu strącone ze szczytów,
Piętrząc się dziko w bezładnéj ruinie,
Tworzyły niską, sklepioną jaskinię.
Dęby i sosny, rosnące po wierzchu,
We dnie tam nawet rzucały cień zmierzchu,
Chyba że promień z ukosa zbłąkany,
O krzemieniste odbiwszy się ściany,
Błysł nagłém światłem, i zgasł śród ciemności,
Jak wzrok proroka w krainach przyszłości.
Żaden głos zwykle, prócz szmeru strumienia,
Miejsc tych głuchego nie budził milczenia:
Ale gdy burza, z piorunami w chmurach,
Po okolicznych rozległa się górach,
A wicher z gęstym pasując się borem,
Ciskał o brzegi zhukaném jeziorem:
Naówczas łoskot zwaśnionych żywiołów,
Prąc się bez przerwy w głąb ciasnych wandołów,

Wstrząsał, jak wulkan wybuchem podziemnym,
Ścianami groty i sklepem jéj ciemnym.
Z takich wąwozów wilk czyha na stada,
W takich jaskiniach ryś gniazdo zakłada,
Lub nocnych zbójców kryje się gromada.
Tam jednak Duglas, z Heleną i bardem,
Spoczywał leżąc na posłaniu twardém,
Póki nie minie huragan huczący
Nad głową jego i dachem obrońcy.
Stary zabobon wieść czarów i zgrozy
Postawił strażą przed temi wąwozy;
Bo tam, jak mówią, gór leśne potwory,
Tam czarownice trzymają swe dwory,
I biada ludziom, błądzącym tą drogą,
Ktoby je ujrzał, albo one kogo!

XXVII.

Już długie cienie letniego wieczora
Słały się z góry po falach jeziora,
Gdy Rodryk, z kilku wiernymi przy boku,
Zchodził z Benwenu, z zadumaniem w oku.
Już byli gaje przechodząc brzozowe
Beala-nam-bo minęli dąbrowę,
Gdy orszak naprzód pośpieszył się w biegu,
By w czas na wodę łódź zepchnąć ze brzegu:
Bo przez Loch-Katrin najprędzéj pośpieszą
Dziś jeszcze z bratnią połączyć się rzeszą.
Sam tylko Rodryk, wstrzymawszy się chwilę,
Rzecz niesłychana! wódz pozostał w tyle,

Z jedynym giermkiem, co łuk jego niesie,
I drogę przed nim rozgarnia po lesie;
Reszta dróg bliższych świadoma i skora,
Stanęła wkrótce nad brzegiem jeziora.
I był to widok wart oczu patrzących,
Ktoby ich widział z gór otaczających,
W świetle promieni poziomo błyszczących!
Olbrzymy z wzrostu, wybrani śród klanu,
W pełnym rynsztunku, w odzieży z tartanu;
Ich pledy wiały, ich pióra pływały,
Lśniące ich tarcze raz po raz błyskały,
Gdy czółno z brzegu zepchnąwszy na wały,
Stali nad wodą, na odłamach głazu:
Żyjące grono dzikiego obrazu!

XXVIII.

Rodryk tymczasem, jak w pętach uroku,
Stał zadumany, nie ruszając kroku,
Tam, gdzie się ścieżka skręcając w gęstwinie,
Wiodła w posępną Duglasa jaskinię.
Dziś jeszcze Rodryk poprzysiągł swéj dumie,
Pokonać miłość, i w dzikich bitw tłumie
Zagłuszyć w sercu boleśne wspomnienie,
I o niewdzięcznéj zapomnieć Helenie.
Lecz ktoby piaskiem tamował rzek drogę,
Albo kądzielą mógł stłumić pożogę,
Jeśli trudniejszéj dokazać chce rzeczy,
Niech się rozumem z miłości uleczy! —
Zmierzcha — a jeszcze wódz krąży po boru,
Jak duch na straży zaklętego zbioru;

I chociaż duma oczom jego wzbrania
Smutnéj rozkoszy i łez pożegnania,
Nastawia ucha w milczeniu, i czeka,
By choć głos luby usłyszeć zdaleka.
Próżno! wiatr tylko w niepewnych powiewach,
Szemrze, szeleści, lub szumi po drzewach. —
Lecz jakież dźwięki? — to muzyka znana!
To brzmienie arfy starego Allana!
Jakiż głos cichy z jéj nótą się zlewa? —
To głos Heleny! lub to Anioł śpiewa!

XXIX.
Hymn do Najświętszéj Panny.

„Zdrowaś Maryo! Matko zbawienia!
Wejrzyj na nędzę tułaczy!
Ty możesz ulżyć zbytku cierpienia,
Ty możesz wyrwać z rozpaczy!
Wejrzyj! pod strażą twojéj źrenicy,
Ulężem próżni tęsknoty;
Panno! wysłuchaj modłów dziewicy!
Matko! wysłuchaj sieroty[46]!
Zdrowaś Maryo!“
 

„Zdrowaś Maryo! Panno bez zmazy!
Dla wspartych twoją opieką,
Czarne te lasy, dzikie te głazy,
W rajską się piękność obleką.
Tchnąć będą wonią po okolicy
Mroczne wyziewy téj groty:
Panno! wysłuchaj modłów dziewicy!
Matko! wysłuchaj sieroty!
Zdrowaś Maryo!“

„Zdrowaś Maryo! Niebios królowo!
Przed oblicznością twéj mocy,
Pierzchną nieszkodząc w otchłań grobową,
Duchy pustyni i nocy.
Bez szkody ziemscy prześladownicy
Wypuszczą na nas swe groty:
Panno! wysłuchaj modłów dziewicy!
Matko! wysłuchaj sieroty!
Zdrowaś Maryo!“

XXX.

Zmilkł śpiew i arfa w ręce niewidoméj,
Wódz słuchał jeszcze, i stał nieruchomy,
Wsparty na mieczu; — aż dwakroć, nieśmiało,
Paź wskazał słońce gasnące za skałą.
Zbudził się Rodryk, brew dziko nachmurzył:
„Toż więc ostatni! ostatni!“ powtórzył,

„Ostatni w życiu głos mego Anioła?
„Stało się!“ — umilkł, dłoń przymknął do czoła.
Porwał się nagle, ręką naprzód skinął,
Ścisnął miecz w dłoni, pierś pledem obwinął,
I tuż za giermkiem, krok nagląc do biegu,
Pędził wprost na dół, aż stanął na brzegu.
Rzucił się w łódkę; — wnet szybka jak strzała,
Po fal wierzchołkach jak ptak przeleciała.
Wysiedli na ląd w wierzbowéj odnodze,
I szli, znużonéj nie folgując nodze;
Aż przy ostatnim zachodnim promyku,
Stanęli wreście na wzgórzach Lanriku,
Zkąd widać u stóp na szerokiéj łące,
Abóz Alpinów, i ognie błyszczące.

XXXI.

Na różne grona dzieląc się bezładnie,
Ci siedzą, stoją, ci chodzą gromadnie;
Najwięcéj jednak płaszczami okrytych,
Odpoczywając po trudach odbytych,
Leżą na ziemi, na bujnéj murawie,
Okiem zdaleka niedojrzani prawie,
Tak z zielonością zarośli i łanów,
Łączy się barwa zielonych tartanów:
Chyba że czasem, jak świetlik w pomroce,
Tu lub tam włócznia lub miecz zamigoce.
Lecz gdy po czarnych i płaszczu i piórach,
Zdaleka wodza poznali na górach,

Skoczyli wszyscy, i okrzyk potrójny
Rozległ się hasłem wesela i wojny.
Za każdym razem ech muzyka dzika
Szła brzmiąc po górach imieniem Rodryka,
Umilkła wreście na Benledi wierzchu,
I cichość wzięła panowanie zmierzchu. —

KONIEC PIEŚNI TRZECIÉJ.
PIEŚŃ CZWARTA.

WYROCZNIA.
I.

Najpiękniéjsza jest róża, gdy w cierniach rozkwita,
Najwonniejsza, gdy rosą połyska się z rana;
I nadzieja najmilsza, gdy śród nieszczęść świta,
I miłość najmocniejsza, gdy łzami oblana.
Piękna różo! ty odtąd bądź godłem Normana,
Powiewaj na méj czapce — i śród wojen wrzawy,
Wróż nadzieję i miłość, gdy pokój zawita!“ —
Tak mówił młody Norman, dziedzic Armandawy,
Gdy fale Wennacharu złocił świt jaskrawy.

II.

I w tych marzeniach, natchnionych koleją
Żalem, miłością, i słodką nadzieją,
Smutny małżonek, ze łzą mimowolną,
Zrywał śród cierni młodą różę polną.

Oręże jego, łuk, puklerz i strzały,
Rzucone za nim, na ziemi leżały;
Tu bowiem stróżem postawion od wczora,
Strzegł przez noc lasu i brzegów jeziora. —
Lecz cyt! krok ludzki zatentnił po błoni.
Porwał się Norman, i skoczył do broni:
„Kto? stój! bo zginiesz! — Ha!“ — poznał Maliza.
(Maliz skończywszy posłannictwo krzyża,
Szedł był na wzwiady, czy się wróg nie zbliża).
„Witaj Malizie! tak rychło z podróży“?
„Pośpiech twój bliskich nieprzyjaciół wróży.“ —
— „Wskaż mi, rzekł Maliz, gdzie wódz śpi w obozie?“ —
— „Wódz śpi sam jeden w tym mglistym wąwozie.
„Chcesz? mnie samego masz za przewodnika.“ —
Rzekł, pled spiął klamrą, i na współstrażnika,
Śpiącego wpodle pod rozrosłym bukiem.
Krzyknął, napiętym trącając go łukiem:
„No! Glentarkinie! wstań! dość miałeś wczasu!
„Ja idę, pilnuj jeziora i lasu!“ —

III.

Oba z pośpiechem szli w stronę parowu.
„Cóż słychać?“ Norman zapytał się znowu.
— „Różne pogłoski, a każda odmienna.
„To jednak pewno, że siła wojenna
„Stoi zebrana na równinach Dunu,
„Czekając wodza, jak chmura piorunu.
„Król zaś tymczasem, pod łowów pozorem,
„W zamku Sztirlingu ucztuje z swym dworem.

„Wkrótce z téj chmury, co ku nam się sunie,
„Grom zagrzmi w górach, i krwawy deszcz lunie.
„Myśmy nawykli do takich kąpieli,
„Okryć się pledem będziemy umieli;
„Lecz ty, Normanie, gdzie znajdziesz zachronę,
„Byś w niéj twą młodą zabezpieczył żonę?“ —
— „Jak to? czyż nie wiész? że Rodryk już wczora
„Na swoję wyspę rozkazał z wieczora
„Zgromadzić wszystkich, nim słońce zaświeci,
„Zgrzybiałych starców, niewiasty i dzieci?
„I aby wszelkiéj zabieżeć przygodzie,
„Zalecił, wszystkie będące na wodzie
„Przewozy, czółna, i rybackie łodzie,
„Ściągnąć ku wyspie, i ukryć w ustroni,
„Aby wróg z niskąd nie dostał się do niéj.“ —

IV.

— „Mądra przezorność! — z tego wodza planu
„Znać, że jak ojciec dba o dobro klanu.
„Ależ dla czego sam dziś tak samotny.
„Obrał na nocleg ten parów wilgotny?“ —
— „Oto, że wczoraj Brian śród tych jarów,
„Rozpoczął obrzęd nowych wróżb i czarów[47],
Tagerm[48], wiész! mówiąc, że przezeń odgadnie,
„Na czyją stronę los wojny wypadnie. —
„Wołu Dunkana zabito w ofierze…“

maliz.

— „Ach! znałem dobrze to szlachetne zwierze[49]!
Najdzikszy buhaj w całém owém stadzie,
Cośmy to, pomnisz, wzięli w Gallangadzie.
Czarne miał rogi, choć sam jak śnieg biały,
Czerwone oczy jak węgle gorzały.
Cośmy téż mieli z nim bied i kłopotu,
Gdy przyszła koléj spiesznego odwrótu!
Trud był dla wszystkich i praca nie błaha.
Idąc już nawet przez las Beal’maha,
Miotał się jeszcze i gził się jak dziki;
Lecz jak go sparły nasze pikowniki,
Tak spuścił z tonu, że przy końcu drogi,
Lada go dziecię wziąść mogło za rogi.“ —

V.
norman.

— „Zabił go Brian — i świeżo odartą
Skórę na ziemi włosem rozpostarto,
Nad wodospadem, co wiesz, między lasem
Wali się w przepaść z głuszącym hałasem,
I jakby piorun na dwoje rozdziera
Grzbiet skały zwanéj Tarczą Bohatera.
Tam rozesłano tę skórę; a na niéj,
Nad samym brzegiem bezdennéj otchłani,
W którąbyś spójrzeć nie mógł bez zawrótu,
Na skale drżącéj od wałów łoskotu,

Czarownik wczoraj, gdy noc już zapadła,
Uległ, czekając na sny i widziadła.
Wódz śpi w pobliżu. — Lecz patrz! patrz na prawo!
Widzisz go, mnicha! z jak dumną postawą
Pnie się na ową skałę przed wąwozem,
I stanął we mgle nad śpiącym obozom!
Patrz! czyż się istnym nie zdaje szatanem
Nad polem bitwy trupami zasłaném,
Lub czarnym krukiem, co patrząc jak szczwacze
Płatają w lesie sarny lub rogacze,
Czeka swéj części, i ważąc się kracze[50]“?

maliz.

— „Dość już, dość tego! — kto inny, Normanie.
Za złąby wróżbę wziął twe przyrównanie.
Lecz dla mnie wróżba i wiara jedyna,
Jest w dzielnym wodzu i w męztwie Alpina.
A nie tam w jakimś obrządku pogańskim,
Albo, co gorsza, w tym synu szatańskim! —
Lecz któż to przy nim? — Ha! wódz, wsparty dzidą!
Patrz! zchodzą na dół — naprzeciw nam idą.“

VI.

I gdy zchodzili, w pół mową, w pół krzykiem,
Mnich uroczyście tak mówił z Rodrykiem.
„Rodryku! straszna to rzecz i zuchwała,
„Dla duszy w pętach śmiertelnego ciała,
„Kiedy krew w sercu wre ogniem lub krzepnie,
„Gdy wzrok z przestrachu słupieje i ślepnie,

„Gdy wszystkie włosy jeżą się jak włócznie,
„Świat przyszłych rzeczy obaczyć widocznie!
„Jednak, patrz na mnie! ta bladość na twarzy,
„To drganie w ustach, ten wzrok co się żarzy,
„I ten, co w duszy czuję szał rozpaczy,
„Żem to dla ciebie uczynił, niech świadczy.
„Tego com widział, w żadnéj ludzkiéj mowie,
„Żaden żyjący człowiek nie wypowie;
„Bo żaden, chyba przeklęty lub święty.
„Lub jak ja, z ojca nie-człeka poczęty,
„Mógłby tak ludzką naturę pokonać,
„By, com ja widział, widzieć, i nie skonać.
„Ja żyję, ale com cierpiał! — aż w końcu,
„Przyszła odpowiedź, jak w gromie, jak w słońcu:
„Nie przez wzrok w piśmie, nie w słowach przez uszy,
„Lecz powiedziana, wypalona w duszy: —
„„Strona, co pierwsza krew wroga przeleje,
„„Zwycięztwa w boju mieć może nadzieję[51].““

VII.

— „Dzięki, Brianie! dzięki za twe służby!
„Klan Alpin lepszéj nie może chcieć wróżby.
„W którymże boju, on pierwszy śród szyków
„Nie pokosztował krwi swych przeciwników?
„Lecz los, jak gdyby chciał wzmódz naszą wiarę,
„Sam nam pewniejszą nastręcza ofiarę.
„Szpieg dzisiaj do nas ma przyjść pokryjomu;
„Żadne go jutro nie obaczy w domu.

„Gdzie się bądźkolwiek najpierwéj ukaże,
„Wszędzie już gęste czyhają nań straże.
„Murdoch przewodnik, co mi go sam zdradził,
„Ma dany rozkaz, by go tak prowadził,
„Że gdzieś śród lasu lub w ciasnéj dolinie,
„Natrafić musi zasadzkę, i zginie. —
„Lecz któż to na nas czeka na rozłogu? —
„Ha! Maliz! witaj! co słychać o wrogu?“

VIII.

— „Na polach Dunu, za królewską władzą,
„Dwaj Baronowie lud zbrojny gromadzą.
„Widziałem gwiazdę Moraja sztandaru,
„I w czarném polu tarcz Hrabiego Maru.“ —
— „Dobra nowina! sercu wojownika
„Dodaje siły dzielność przeciwnika.
„Kiedyż wyruszą?“ — „Jeśli nie obłudnie
„Szerzą wieść sami, to jutro w południe.“ —
— „Ha! więc gorące mieć będziem spotkanie!
„Lecz gdzie? — Nic nie wiesz o Erneńskim klanie?
„Czy się dziś z nami połączy? gdyż wtedy
„Zaszedłbym wrogom na szczytach Benledi.
„Nie wiész nic? — mniejsza! więc samym czas radzić.
„Wąwóz Trosachu musimy osadzić,
„I walczyć będziem na brzegach Katrinu,
„W obliczu niewiast i starców Alpinu:
„Każdy za wszystko najmilsze na świecie,
„Syn za rodziców, i ojciec za dziecię,
„Mąż i kochanek za oblubienicę. —
„Lecz cóż to? wiatr mi powionął w źrenice?

„Czy grożącego smutku znak proroczy?
„Że się łza, czuję, po licu mém toczy! —
„Lecz pierwéj Saxon z posady wyruszy
„Skałę Benledi, lub szczyt jéj pokruszy,
„Niźliby zachwiał potęgą méj duszy!
„Nie! ufam sercu mojemu jak tarczy,
„Że mi na odpór złych losów wystarczy. —
„Lecz dość! — już słońce daleko od wschodu:
„Naprzód, Malizie! dać znak do pochodu!“ —
Brzmi dźwięk pibrochu, zrywają się męże,
Szumią chorągwie, błyskają oręże,
Stają szeregi, i z głośnym okrzykiem
Rusza się obóz za wodzem Rodrykiem. —
— Lecz duch mię wieszczy, od zbrojnego gminu,
Porywa w ustroń Kojr-nan-Uriskinu.

IX.

Gdzież Duglas? — odszedł; — w posępném milczeniu,
W bieli, przed grotą, na szarym kamieniu
Siedzi Helena; łzy błyszczą w spójrzeniu,
I znać z jak smutném roztargnieniem ducha,
Słów Allan-Bana, słów pociechy słucha.
„Wróci on, wierzaj! niechaj cię nie smuci
„Czcze przywidzenie; — obiecał, powróci.
„Czas téż by przecie przed grożącą wojną,
„Gdzieś jaką ustroń wynaleźć spokojną.
„Sami Alpini nie dobrze znać wróżą,
„Chroniąc się przed nią, jak ptastwo przed burzą.
„Widziałem łodzie, przez całą noc wczora,
„Jak z pochodniami po falach jeziora

„Migały zewsząd śród ciemności nocnéj,
„Jak latające skry zorzy północnéj.
„Widziałem dzisiaj, jak gęsto w szeregu
„Stoją u wyspy, przyparte do brzegu,
„Jak stado kaczek przypadłych do ziemi,
„Gdy w górze sokół szybuje nad niemi.
„Jeśliż to z wojną oswojone plemię,
„Kryje się przed nią i opuszcza ziemię,
„Mógłże twój ojciec, w tak ciężkiéj potrzebie,
„O bezpieczeństwie nie myśléć dla ciebie?“ —

helena.

— „Nie, nie! Allanie! ten pozór wyprawy,
Złowieszczéj we mnie nie uśpi obawy.
Serc kochających przeczucie nie myli.
On sam, w ostatniéj pożegnania chwili,
Nie chcąc przedemną swój zamiar objawił,
Kiedy mię żegnał, i gdy błogosławił,
Widziałam, jak się zdobywał na męztwo;
Zgadłam, że idzie na niebezpieczeństwo! —
Allanie! jestem niewiastą, lecz umiem
Pojąć duch męża; myśl wielką rozumiem,
Duszę Duglasa czuję w mojéj duszy:
Jak woda, którą lada wiatr poruszy,
Odbija jednak w swém łonie ruchomém,
Góry i skały niezachwiane gromem. —
Zgubny cios wisi nad rodem Alpina,
W nim, sądzi Duglas, téj wojny przyczyna.
Widziałam, cały jak stanął w płomieniu,
Gdyś mu o swojém powiadał widzeniu,

O owych — więzach, com niby ja sama
Kładła na ręce Malkolma Grahama.
Nie wiém, czy wiara w sen twéj wyobraźni,
Czy sam czuł bojaźń troskliwéj przyjaźni:
Lecz widząc obu przyjaciół swych, którzy
Mogliby zginąć, nas broniąc od burzy —
Nie! bardzie! Duglas nie mógł chwiać się dłużéj!
Cóż znaczą słowa, i żal jego niemy:
„Jeśli nie tutaj, tam się zobaczemy?“
Co znaczy rozkaz, by jeśli przed nocą
Nie wróci do nas, za twoją pomocą,
W Kambus-Kennetu klasztornéj zaciszy
Skryć się, i ród mój wyznać przeoryszy? —
O! nie! nie płonny mój domysł i trwoga!
Duglas sam poszedł oddać się w moc wroga;
Poszedł swą głowę złożyć u stóp tronu,
By swych przyjaciół ratować od zgonu;
Poszedł uczynić, coby uczyniła
Córka Duglasa — gdyby synem była.“ —

XI.
allan.

— „Nie, nie! Heleno! unosisz się w trwodze.
Ojciec twój zwłoki lękając się w drodze,
Wskazał ci tylko ów klasztor spokojny,
Byś w nim tymczasem ustrzegła się wojny.
Lecz wróci pewnie. — Co zaś o Grahamie —
Niech Niebo krzepi duch jego i ramię!

Widzenie moje choć ziści się w porze,
Jemu ni tobie źle z niego nie wróżę.
Kiedyż mój wieszczy sen nie był prawdziwym?
Przypomnij tylko o gościu myśliwym;
Wspomnij wczorajsze arfy mojéj brzmienie,
Co nam dzisiejsze wróżyło cierpienie!
Prawdziwą była wyrocznia złowieszcza,
Zawierz jéj śmiało, gdy dobro obwieszcza.
Byle już tylko wyjść z dzikich tych jarów! —
Zgubną jest zawsze dla ludzi moc czarów.
Wiém o tém wiele ciekawych powieści. —
Otrzyj, Heleno, łzy próżnéj boleści!
Niegdyś cię moje cieszyło śpiewanie.“ —

helena.

„Będzie i teraz. — Lecz przebacz, Allanie,
Że łez mych wstrzymać nie czuję się w stanie.“ —
— Bard zaczął prostą pieśń, lecz roztargnione
Myśli Heleny, gdzieś w inną szły stronę.

XII.
Ballada.
ALIKA[52].

Pięknie, wesoło w onym, lesie zielonym,
Gdy ptaszęta świegocą, śpiewają;
Gdy strzelcy polują, jelenie harcują,
A psy gończe po śladach szczekają.
 

„Aliko jedyna! mych przodków dziedzina
Stracona przez miłość dla ciebie:
Błądzimy w pustyni, mieszkamy w jaskini,
Bez ulgi, bez wsparcia w potrzebie.

„Aliko jedyna! miłości w tém wina,
Że ciebie i siebie zgubiłem:
Śród nocy, śród sprzeczki, w dzień naszéj ucieczki,
Brata twego nie chcąc zabiłem.

„Dziś moja dłoń śmiała, co zbroje rąbała,
Ciąć musi gałęzie i drzewa;
Lub zbierać mech szary, by zatkać skał szpary,
Zkąd zimny wiatr na cię powiewa.

„I twoja dłoń biała, co z lutnią igrała,
Do miękkich nawykła atłasów,
Dziś sama się uczy, ze skóry borsuczéj,
Szyć odzież na zimę śród lasów!“ —

— „Ryszardzie jedyny! nie z twojéj to winy
Brat poległ — zrządzenie w tém losów;
Bo kłótnia wzajemna, bo noc była ciemna,
Bo nikt z was nie mierzył swych ciosów.

„Że teraz śród lasów, ja miękkich atłasów,
Ty nie masz szkarłatu i zbroi:
Zarówno mi luba, ta odzież choć gruba,
Strój łowczy ci równie przystoi.“
 

„Choć musisz oskardem, ciąć w łonie skał twardém[53],
By zwiększyć pieczarę tę dziką:
Tu za to Alika jest z swoim Ryszardem,
Tu Ryszard ze swoją Aliką.“ —

XIII.

Pięknie, wesoło w onym, lesie zielonym,
Gdy nadobna Alika pieśń śpiewa,
A z pieśnią po boru brzmią szczęki toporu,
Gdy Lord Ryszard tnie sęki i drzewa.

Usłyszał śpiewanie, usłyszał rąbanie,
Król czarów, co mieszkał śród góry[54]:
Jak wicher pustyni w ruinach świątyni,
Zahuczał głos jego ponury.

„Kto szerzy hałasy? kto rąbie me lasy?
Kto nosi mój kolor zielony?
Kto w moje dąbrowy śmie chodzić na łowy?
Kto płoszy zwierzynę méj żony? —

„Urganie, mój gnomie! stań przed nim widomie,
Wszak byłeś ochrzczoném dziecięciem[55];
Choć będzie cię żegnać, nie zdoła odegnać,
Nie strwoży łacińskiém zaklęciem.“

Idź, rzuć nań przeklęstwa: rozpaczy, szaleństwa,
Dni tęsknych i nocy bezsennych;
Niech śmierci pożąda, lecz próżno wygląda,
I żyje w konaniach codziennych!“

XIV.

Pięknie, wesoło w onym, lesie zielonym,
Choć i zmierzchło, i ptastwo nie śpiewa;
W jaskini dziewica, ognisko podsyca,
A Lord Ryszard przynosi więź drzewa.

Wtém Urgan z pod ziemi, wyskoczył przed niemi;
Lord Ryszard jął krzyżem go żegnać.
„Dłoń krwawa, człowiecze!“ gnom szydząc mu rzecze,
„Nie zdoła mię krzyżem odegnać.“

A na to się śmiała Alika ozwała,
Niewiasta z odwagą rycerza:
„Jeżeli krwi jakiéj, dłoń jego ma znaki,
To chyba krwi ptaka lub zwierza!“ —

— „Na duszęś skłamała, niewiasto zuchwała!
Za kłamstwo nie minie zapłata;
Najlepiéj wiesz sama, krwi czyjéj to plama —
Krwi ludzkiéj, krwi twojéj, krwi brata!“ —

To słysząc Alika, krok naprzód pomyka,
I wprost się do widma przybliża:
„Jeżeli cię ręka skrwawiona nie lęka,
To oto ja robię znak krzyża.

„I zaklinam ciebie, przez Boga na Niebie,
Przed którego piekła drżą mocą,
Ażebyś mi, czarcie, powiedział otwarcie,
Zkąd do nas przybywasz, i po co?“ —

XV.
urgan.

„Pięknie, jasno jak w raju, w czarodziejstw kraju,
Gdy wkrąg ptaki zaklęte śpiewają,
Gdy z królem w dąbrowy, dwór jedzie na łowy,
A ich konie rzędami brząkają.

„I wszystko tam wkoło, lśni zda się wesoło;
Lecz blask to jest martwy i zwodny[56],
Jak promień co w Grudniu, od słońca w południu,
Skrzy w śniegu jak ogień, a chłodny.

„I jako on zmienny, jest kształt nasz codzienny,
Czém chcemy, możemy wnet zostać:
Czy ptakiem, czy zwierzem; dziewczyną, rycerzem;
Olbrzyma, czy karła wziąć postać.

„Popadłem w moc czarów, raniony śród swarów,
O północy, w myślach zawziętych;
Gdym leżał w pół żywy, król czarów straszliwy,
Porwał mię do krajów zaklętych[57].

„Lecz gdybym miał kogo, co byle nie z trwogą,
Przeżegnałby trzykroć me czoło,
Człowiekiembym ożył, kształt dawny mój włożył,
I żyłbym, nie grzesząc, wesoło.“ —

Nie zwłócząc posługi, raz jeden i drugi
Alika go żegna bez trwogi.
Twarz gnoma zczerniała, jaskinia zadrżała,
Zatrzęsły się ściany i progi.
 

Nie zlękła się przecie, i żegna po trzecie,
Odważna niewiasta! — O! dziwy!
Gnom zniknął, lecz stoi młodzieniec we zbroi,
To brat jéj! brat zdrowy i żywy! —

Pięknie, wesoło w cnym, lesie zielonym,
Gdy ptaszęta zabrzmiały nad rankiem;
Lecz w zamku Aliki weselsze okrzyki,
Gdy wróciła z bratem, z kochankiem.

XVI.

Ledwo pieśń Barda i arfa ustały,
Gość jakiś ku nim szedł pnąc się na skały.
Rycerska postać, na czole wyryta
Myśl, strój myśliwski, i z czaplich piór kita,
I oko bystre jak iskra piorunu,
Budzą wspomnienie: — Fitz-Jakób z Snowdunu!
Jak na zjawienie strasznego widziadła,
Helena nagie struchlała i zbladła.
„O! cudzoziemcze! jakiż los złowrogi
„Przygnał cię tutaj w dniach wojny i trwogi?“ —
— „Nie jest złowrogim las, co mi użycza
Raz jeszcze blasku twojego oblicza.
„Góral ów, pełniąc obietnicę daną,
„Dawny przewodnik, spotkał mię dziś rano,
„I wskazał, dzięki mym prośbom i złotu,
„Szczęśliwą drogę mego tu powrótu.“
— „Szczęśliwą! — Nic-że nie mówił o wrogach,
„O bliskiéj wojnie, o strzeżonych drogach?-“ —

— „Nic, ani słowa; i sam w przéjściu całém,
„Żadnego wojny znaku nie widziałem.“ —
— „O! śpiesz, Allanie, do tego człowieka!
„Patrz, tam z za skały pled widać zdaleka.
„Zbadaj co myśli, proś, żądaj koniecznie,
„By cudzoziemca wiódł nazad bezpiecznie. —
„Po coś, nieszczęsny, wrócił w te pustynie?
„Nié ma jednego człowieka w Alpinie,
„Coby ujęty chciwością lub trwogą,
„Bez wiedzy wodza wprowadził tu kogo.“ —

XVII.

— „Piękna Heleno! widząc jak cię trwoży,
„Sam odtąd życie będę cenił drożéj.
„Lecz cóż jest życie, i na co się zdało,
„Gdy je okupim miłością lub chwałą?
„Posłuchaj, pozwól, bym szczerym wyrazem,
„Cel przyjścia mego objawił zarazem.
„Przychodzę wyrwać i wrócić cię światu,
„Z pustyń, niegodnych tak pięknego kwiatu;
„Przychodzę unieść na łono pokoju,
„Z krwawego pola wojny i rozboju.
„W lasach Bochastlu ukryte rumaki,
„Do bram Sztirlingu przelecą jak ptaki;
„Tam cię jak różę, królowę ogrodów,
„Strzedz będę w cieniu od skwarów i chłodów!…“
— „O! przestań, przestań! — nie chcę i nie umiem
„Udawać, mówiąc, że cię nie rozumiem.
„Nadto już przedtém twéj gładkiéj pochwały
„Płoche me uszy z rozkoszą słuchały.

„Zgadłeś to, wracasz w nieszczęsną godzinę. —
„Czémże, ach! czémże naprawię mą winę? —
„Jeden jest sposób! — niech przejrzy mą duszę! —
„Milcz dumne serce! — wszystko wyznać muszę.
„Grzech swéj próżności zgładź wstydem pokuty! —
„Lecz wprzód — mój ojciec jest ze czci wyzuty,
„Wygnany z kraju, wyjęty z pod prawa;
„Posag mój byłby: nędza i niesława. —
„Co? nie dbasz o to? — więc prawdę odkryję.
„Jest jeden młodzian — jeśli jeszcze żyje —
„Narażon dla nas, za nieposłuszeństwo,
„Na gniew królewski i niebezpieczeństwo… —
„Wiész wszystko; zdrady chcieć nie możesz po mnie.
„Oddal się, przebacz, i zapomnij o mnie!“ —

XVIII.

Fitz-Jakób dobrze znał serc tajemnice,
Zręczne udania i sztuki kobiéce;
Ale tu poczuł i poznał różnicę.
Oko jéj jasne i patrzące śmiało,
Spokojnie prawdę jéj słów potwierdzało;
Ufna niewinność jaśniała z oblicza,
Chociaż je skromność krasiła dziewicza;
A gdy mówiła o swojéj miłości,
W głosie brzmiał wyraz tak jawnéj żałości,
Takiéj boleści, jak gdyby w téj dobie
Przedmiot jéj uczuć spoczywał już w grobie. —
Uznał Fitz-Jakób nadziei swych mylność,
Ale z nadziéją nie zgasła przychylność.

Chciał jak brat siostrze być za przewodnika.
— „Nie, nie! ty nie wiesz, ty nie znasz Rodryka!
„Musim się rozstać. — Śpiesz! Allan ci powie,
„Czy możesz ufać w przewodnika słowie.“ —
Z ręką na czole, w dumaniu głębokiém,
Znać sprzecznych uczuć miotany natłokiem,
Już chciał był odejść, i postąpił krokiem —
Wtém, jakby nową myśl w sercu ocucił,
Wstrzymał się nagle, i nazad powrócił.

XIX.

„Słuchaj, Heleno! słowo tylko jedno! —
„Los zdarzył niegdyś, że tą ręką biedną,
„W natłoku bitwy ocaliłem króla,
„Gdy mu groziła śmierć albo niewola.
„Wdzięczny Monarcha, na znak swéj podzięki,
„Dał mi ten pierścień, z własnéj zdjęty ręki,
„I rzekł, że jeśli w jakiéjkolwiek porze,
„Przyjdę, i pierścień w ręce jego złożę,
„O cobym tylko mógł prosić wzajemnie,
„Król żadnéj prośby nie puści daremnie.
„Jam nie jest dworak, śród obozów wzrosłem,
„Żyć z krwi i z miecza jest mojém rzemiosłem;
„Zamkami memi jest mój hełm i tarcza,
„Plac bitw wygranych za państwo wystarcza.
„O cóżbym prosił dla siebie, ja, który
„Nie dbam o żadne zaszczyty i zbiory? —
„Daj rękę! — pierścień do ciebie należy.
„Uzna go każdy z dworzan i żołnierzy.
„Sama do króla udaj się bez trwogi,
„Pierścień ten wszystkie otworzy ci drogi,

„Proś o co zechcesz, król ci nie odmówi,
„Pomnąc co winien mnie, Fitz-Jakóbowi.“ —
Rzekł — na jéj palcu złoty sygnet błysnął —
Ujął jéj rękę, do ust swych przycisnął,
I odszedł nagle; — Bard osłupiał z trwogi,
Z takim go pędem ominął w pół drogi.
Wziął przewodnika, i oba pospołu,
Zbiegłszy z gór wkrótce stanęli u dołu,
I szli przez Trosach, nad brzegiem ruczaju,
Co łączy Katrin z jeziorem Achraju.

XX.

Wszystko spokojne w głębokościach jaru,
Powietrze tylko migoce od skwaru.
Wtém Murdoch świsnął. — „Co to jest? znak jaki?“ —
— „Nie! chciałem tylko rozpędzić te ptaki.“ —
Spojrzał Fitz-Jakób, i poznał w ustroniu
Trup konia swego: — „Ach! dzielny mój koniu!
„Lepiéjby było i tobie i panu,
„Nie widzieć nigdy Alpińskiego klanu! —
„Murdochu! naprzód! — lecz niechno usłyszę
„Głos twój raz jeszcze — patrz, czém cię uciszę!“ —
Z ręką na mieczu, w milczeniu głębokiém,
Szli, bacząc na się podejrzliwym wzrokiem.

XXI.

Ślad krętéj ścieżki, ciasnéj i kamiennéj,
Wił się nad brzegiem przepaści bezdennéj,
Gdy oto! postać znędznionéj niewiasty,
Ubrana dziko w łachmany i chwasty,

Z licem zczernioném letniemi upały,
Zaszła im drogę na urwisku skały;
I szybko wzrokiem rzucając wkrąg siebie,
Po górach, lasach, przepaściach i niebie,
Zdała się na wpół z radością i trwogą,
Czy bać się czego, czy wyglądać kogo. —
Wieniec z traw dzikich wisiał na jéj skroni,
Pękiem piór czarnych powiewała w dłoni,
Piór, co je orły szybując w obłokach,
Gubią po puszczach i stromych opokach;
Tych ona szuka i zbiera do koła,
Gdzie ledwo giemza zaczepić się zdoła. —
Gdy pled górala zdaleka spostrzegła,
Krzykiem jéj trwogi przepaść się rozległa;
Ale się nagle zaśmiała jak dziecko,
Widząc Saxona i odzież strzelecką;
Nagle umilkła, i dłoń załamała,
Zaczęła płakać, i płacząc śpiewała.
Śpiewała! głos jéj za czasów szczęśliwych,
Słynąć mógł kiedyś przy dźwięku arf tkliwych,
Bo i dziś jeszcze choć twardy, zdziczały,
Wdzięczném się echem odbijał o skały.

XXII.
Pieśń.

„Spać mi kazali, modlić się kazali,
Bili mię, mówiąc, żem w szaleństwie dzikiém: —
Ja spać nie mogę pod dachem górali,
Nie chcę się modlić góralskim językiem.

„Lecz gdybym była w mojéj krainie.
Gdzie czysty Dewan, gdzie Allan płynie,
Takbym słuchała, tak się modliła,
Ażby śmierć sama żal mój uśpiła.

Na mojéj skroni tak kiedyś był wianek!
Śpiesz, śpiesz, mówili dobrzy przyjaciele,
Idź do kościoła, tam czeka kochanek,
Wesel się, wesel, dziś twoje wesele!
„Przeklęta zdrada! przeklęte śluby!
Zwiędnął mój wianek, zginął mój luby! —
O! śnie mój piękny! na coś mię łudził?
O! dniu okrutny! na coś mię zbudził?“ —

XXIII.

— „Kto ta dziewczyna? co znaczą jéj żale?
„Czemu tak smutna, po urwistéj skale
„Czepia się w płaszczu na wiatrach rozdętym,
„Jak czarna czapla nad zdrojem zaklętym? —
— „Blanka z Dewanu“ — rzekł Murdoch zmięszany,
„Branka mająca rozum obłąkany;
„Wzięta w dzień ślubu, gdy na czele klanu
„Rodryk dań zbierał z nadbrzeży Dewanu.
„Jéj oblubieniec śmiał stawać oporem,
„I legł pod wodza naszego toporem.
„Dziw mnie, że sama tak włóczyć się waży,
„Musiała uciec z pod Maudlina straży. —
„Precz ztąd, szalona!“ — łuk podniósł nad głową. —
— „Wara!“ Fitz-Jakób zakrzyknął surowo.

„Palcem jéj tylko śmiéj tknąć się, zuchwały!
„A zlecisz w przepaść, jak kamień ze skały! —
— „Dzięki, obrońco! dzięki!“ — Blanka rzekła,
I drżąc do jego boku się uciekła.
„Patrz, co piór różnych zebrałam dla siebie;
„Kochanka mego chcę szukać po niebie!
„Nie dam ich temu krukowi — niech spadnie!
„Niech go tam wilki pożerają na dnie!
„Albo nie! lepiéj, niech lecąc w pół drogi
„Pledem się swoim zaczepi o głogi,
„I niech tak wisi, aż sęp wygłodniały
„Przyleci żywcem szarpać go w kawały!“ —

XXIV.

— „Dość, dość!“ rzekł rycerz — „Ty słodko spoglądasz
„Prosisz mię pięknie: więc zrobię co żądasz.
„Choć już mym oczom nie staje promieni,
„Miły im widok myśliwskiéj zieleni;
„Choć rozstrojone strony mego ucha,
„Saxońskiéj mowy rade ono słucha.
„I on był łowcem, mój ulubiony.
Co serce biednéj Blanki ułowił;
Jak ty on nosił kolor zielony,
Jak ty saxońskim językiem mówił! —
„Lecz ach! nie o tém chciałam ci zaśpiéwać…
„Musisz być mądry, więc umiesz zgadywać.“ —
I zaraz zcicha, z obłędnym uśmiechem,
Pieśń nową nócić zaczęła z pośpiechem.
I wciąż na przemian, z przerażeniem w oku,
To na górala poglądała z boku,

To na Saxona mrugała, to znowu
Patrzyła bystro ku głębi parowu.

XXV.
Pieśń.

„I koły zabili, i siec nastawili,
I sami zasiedli w około;
I łuk natężyli, i nóż wyostrzyli,
Myśliwcy wesoło, wesoło.

„Był jeleń wspaniały, najpierwszy w swém stadzie,
Do góry niósł rogi i czoło;
Biegł prosto doliną, nie wiedział o zdradzie,
Poglądał wesoło, wesoło.

„Ujrzała go łani, i drogę zabiegła,
Choć sama raniona straszliwie;
Wiedziała o zdradzie, jelenia ostrzegła,
Ostrzegła życzliwie, życzliwie.“

„A jeleń miał oczy, i mógł się wystrzegać —
Niech patrzy troskliwie, troskliwie!
A jeleń miał nogi, i mógł się wybiegać —
Niech bieży szczęśliwie, szczęśliwie!“

XXVI.

Saxon czém inném miotany przez drogę,
Stracił był z myśli Heleny przestrogę;

Lecz świst Murdocha wątpliwość w nim wzniecił,
A śpiew go Blanki do reszty oświecił.
Nie jako jeleń; gdy zoczy obierze[58],
Lecz jak lew gniewny gdy zdradę postrzeże,
Wyrwał miecz z pochwy, i naprzód poskoczył:
„Wyznaj swą zdradę, lub giń!“ — Murdoch zoczył
Ruch Fitz-Jakóba, i pomknął skwapliwie,
Puściwszy strzałę co miał na cięciwie.
Świszcząc drasnęła wierzch kity Saxona.
I w piersiach Blanki zadrgnęła utkwiona.
Teraz, Murdochu! daj dowód pośpiechu,
Co siły w nogach, i w piersiach oddechu!
Bo jak grom groźny, a jako wiatr chyży,
Mściciel za tobą! — już bliżéj, już bliżéj!
Los na twą rączość zdał swe przeznaczenie —
Krok wolniéj, zguba; — krok prędzéj, zbawienie.
Blisko już, blisko, ukryci ziomkowie,
Czają się w trawach, jak węże w parowie;
Dość, byś ich dobiegł, zawezwał opieki!…
Nie! nie dobieżysz, nie ujrzysz na wieki!
Wróg tuż! już dopadł — miecz świszcze, migoce,
Jak błysk piorunu, gdy sosnę druzgoce,
Spadł — wzrok Murdocha zgasł w wiecznéj pomroce.
Ręki i nogi Fitz-Jakób używał,
Gdy z piersi wroga miecz nazad dobywał,
I zgięty nad nim, ze wzgardą spozierał,
I śmiał się patrząc, jak zdrajca umierał.

Poczém już wolniéj, nad brzegiem jaskini,
Wracał na pomoc ranionéj zbawczyni.

XXVII.

Pod gęstą brzozą, tuląc się w łachmanach,
Siedziała, łokcie wsparłszy na kolanach.
Sama już strzałę z swych piersi wyrwała,
Patrzyła na nią, i gorzko się śmiała.
Wieniec jéj z chwastów i z piór upleciony,
Leżał przy nogach krwią cały zbroczony.
Rycerz chciał wstrzymać krew, co z rany ciekła. —
„Próżno! daj pokój, cudzoziemcze!“ rzekła.
„Ta chwila śmierci, przed zajściem ze świata,
„Wraca mi rozum stracony przez lata.
„Z krwią zda się razem spływają z przed oka,
„Dzikie widziadła i mglista pomroka.
„Umiéram biedną, skrzywdzoną nędznicą. —
„Lecz łzy litości, co w twych oczach świécą.
„Lecz ten blask gniewu, co ogniem z nich strzela,
„Wróżą mi w tobie krzywd moich mściciela. —
„Widzisz te włosy? — masz! daję je tobie.
„Zawsze je, zawsze nosiłam przy sobie.
„W chwilach boleści, rozpaczy, szaleństwa,
„W nich miałam źródło pociechy i męztwa.
„Złotawe niegdyś, jak twoje dziś, były,
„Lecz krew, łzy, lata, blask dawny przyćmiły.
„Nie mogę mówić, kiedy, z czyjéj skroni,
„I jak do mojéj dostały się dłoni —

„Mózg mi się kręci! — Na pamięć krzywd moich,
„Weź je, na hełmie noś obok piór swoich,
„Aż deszcz i słońce wybielą z nich plamy;
„Wtenczas je odnieś, i oddaj mnie saméj!…
„Znów marzę! — Boże! niech choć chwilę jaśnie
„Świeci mój rozum, nim na wieki zgaśnie! —
„O! na krzyż święty, co zdobi pierś twoją,
„Na życie twoje, zbawione krwią moją,
„Zaklinam, jeśli głośny z krwawych czynów
„Spotka cię kiedy wódz zbójczych Alpinów,
„W czarnym swym płaszczu, i z czarném swém piórem,
„Z skrwawioną ręką, i okiem ponurém,
„Czy będzie jeden, czy na czele klanu,
„Walcz z nim, i pomścij krzywd Blanki z Dewanu! —
„Teraz — o! Boże! już mówić nie mogę —
„Czyhają na cię — strzeż się! — rzuć tę drogę!“ —

XXVIII.

Czułe miał serce Fitz-Jakób waleczny.
Zapomniał na się, że nie był bezpieczny,
I długo, z żalem i gniewem w źrenicy,
Stał patrząc na śmierć nieszczęsnéj dziewicy.
„Niech mi tak Pan Bóg pomoże w potrzebie,
„Jak ja się pomszczę krzywd twoich za ciebie!“ —
Rzekł, i do włosów oblubieńca Blanki,
Dodał splot włosów tak wiernéj kochanki,
Zmaczał je razem w krwi ciepłéj potoku,
I u piór czapki zawiesił na boku:

„Klnę się na Tego, co jest prawdy źródłem!
„Hełm sie mój inném nie ozdobi godłem,
„Aż znak jéj krzywdy i przysięgi mojéj,
„Krwią się jéj wroga i mego napoi! —
„Lecz cóż to? słyszę krzyk w głębi parowu.
„Psy się, jak widzę, zerwały do łowu.
„Ale poznają, wprzód może niż życzą.
„Jak lew, choć w sieci, jest trudną zdobyczą!“ —
Rzekł, i ze znanéj, lecz strzeżonéj drogi,
Bocząc, jął drzeć się przez ciernie i głogi,
I często krążył lub cofał wstecz kroki,
By minąć przepaść lub strumień głęboki.
Aż gdy już słońce, gasło u zachodu,
Mdlejąc na siłach ze skwaru i głodu,
Padł na murawę, i ufny w swém męztwie,
Marzył, nie myśląc o niebezpieczeństwie:
„Z wszystkich mych przygód i szaleństw na świecie,
„To już ostatniém powinno być przecie!
„Trzebaż ślepoty, nie przejrzeć zawczasu,
„Że całe gniazdo tych szerszniów śród lasu,
„Ruszy się w pole i żądła wysunie,
„Skoro posłyszą o zbiorze wojsk w Dunie! —
„Jak psy znać teraz rozbiegli się zgrają,
„Słyszę jak świszczą, i hasła podają!
„Jeśli mam daléj brnąć w parów ten ślepy,
„Wpadnę w ich ręce, jak zwierz na oszczepy.
„Wolę tu skryć się, i czekać do zmroku,
„A wtedy oślep iść drogą wyroku.“ —

XXIX.

Wieczorne cienie ściskały się w massy,
Siną pomroką powlokły się lasy;
Puszczyk się ozwał w skały rozpadlinach,
Szczekanie lisa słychać po dolinach.
Dość jeszcze światła zostało na niebie,
By idącemu widzieć wkoło siebie,
Lecz już nie dosyć, aby go zdaleka
Dójrzało oko drugiego człowieka. —
Szukając drogi to ręką, to okiem,
Zwolna Fitz-Jakób krok stawiał za krokiem.
Nie to są kraje, w których letnie ciepło
Tchem dziennym jeszcze grzeje północ skrzepłą,
Lecz każdy powiew, co go z gór spotykał,
Mrożącym dreszczem do kości przenikał.
Zziębły, zgłodniały, w ustawicznéj trwodze,
Środkiem zasadzek, po nieznanéj drodze,
Szedł, smutnym myślom popuściwszy wodze;
Aż okrążywszy zrąb skały, tuż blisko
Ujrzał przed sobą płonące ognisko.

XXX.

W świetle od ognia, jasném i czerwoném,
Stał góral w płaszczu, z czołem nachyloném.
Szmer usłyszawszy, nim broń porwać zdołał:
„Kto? stój! bo zginiesz!“ — głos groźny zawołał.

— „Jestem podróżny.“ — „Czego ci potrzeba?“ —
— „Snu, przewodnika, ogrzania i chleba.“ —
— „Jestżeś przyjaciel Rodryka?“ — „Bynajmniéj!“ —
— „Wrogiem się nie śmiesz nazywać przynajmniéj?“ —
— „Śmiem! wrogiem jego i wszystkich Alpinów,
„Co mu do sprośnych pomagają czynów.“ —
— „Śmiałyś! — lecz chociaż myśliwskim zwyczajem,
„Szlachetnym zwierzom wzgląd pewny przyznajem,
„Choć czas i miejsce dać musim zdobyczy,
„Nim puścim strzałę, lub charta ze smyczy:
„Któż kiedy jakich strzegł praw i przepisów,
„Gdzie i jak łowić i zabijać lisów,
„Lub karać zdrajców, co chytrym przebiegiem?…
„Lecz nie! to kłamstwo! — ty nie jesteś szpiegiem!“ —
— „Nie na mój honor! i niech mi tu stanie
„Sam Rodryk, z dwoma najlepszymi w klanie:
„Niech spocznę chwilę — a miecz mój ochoczy
„Ostrzem im potwarz wyrzuci na oczy.“ —
— „Jeśli w ciemności dobrze widzieć mogę,
„Masz pas rycerski, i złotą ostrogę?“[59]
— „Tak! i z tych znaków znaj moję powinność:
„Poskramiać przemoc, i wspierać niewinność.“ —
— „Dość na tém! — siadaj, i dziel w dobréj wierze,
„Żołnierską pościel, żołnierską wieczerzę.“ —

XXXI.

Rzucił na ogień więź suchéj jedliny,
I dobył z torby wędzonéj zwierzyny.

Siedli na trawie, Gall obok Saxona,
Połowę pledu dał mu na ramiona,
Częstował milcząc, a gdy jeść przestali,
Patrząc mu w oczy, w te słowa rzekł daléj:
„Saxonie! przyjaźń łączy mię z Rodrykiem,
„Jestem mu krewnym i wiernym lennikiem;
„Każda z ust twoich czci jego zniewaga,
„Obrony po mnie i pomsty wymaga.
„Nadto — jest wróżba, w co każdy z nas wierzy,
„Że od twéj śmierci los klanu zależy.
„Bylem chciał — widzisz tę trąbkę u boku? —
„Dość zadąć, zginiesz oskoczon w natłoku.
„Bylem chciał — mógłbym, nim wytchniesz po znoju,
„Sam na sam zaraz wyzwać cię do boju.
„Lecz ni dla wodza, ni klanu, me ramię
„Praw gościnności i wiary nie złamie.
„Krew znużonego méj broni nie skala,
„A imię gościa jest świętém dla Galla.
„W górach on swoich, pod dachem czy niebem,
„Dzieli się z każdym swém łożem i chlebem.
„Ani mu usiąść przed ogniem swym wzbrania,
„Ni się usuwa od drogi wskazania.
„Tyś jest mym gościem: — złóż oręż i trwogę!
„Ja ci sam jutro pokażę twą drogę;
„Przez strome góry i kręte wąwozy,
„Aż po za nasze czaty i obozy,
„Po bród Koljantol będziemy iść razem:
„Lecz tam, Saxonie! spór skończym żelazem.“ —
— „Zgoda! przyjmuję ochoczo i szczerze,
„Twoje wyzwanie, i twoje przymierze.“ —

— „No! teraz śpijmy! — bo już z nad jeziora
„Bąk bębni hasło późnego wieczora.“ —
Narzucił ogień gałęźmi świeżemi,
I pled swój przed nim rozesłał na ziemi.
Na jednym płaszczu, śmiertelne dwa wrogi,
Jak brat przy bracie, zasnęli bez trwogi;
I spali, aże brzask wschodniéj purpury
Zaczął rumienić jezioro i góry.

KONIEC PIEŚNI CZWARTÉJ.
PIEŚŃ PIĄTA.

WALKA.
I.

Miły oczom blask pierwszy jutrzenki rumianéj,
Gdy się nad czołem nocy burzliwéj promieni,
I rozjaśniając pomrok i mgliste tumany,
Poznaczą kręte ścieżki i biegi strumieni,
Wróżąc dzień i pogodę, zbłąkanym śród cieni:
Lecz miléj stokroć — zorzą zgody i braterstwa.
Ku któréj ze czcią oczy wznosi świat zbłąkany —
Łagodząc dzikość wojen i bitew morderstwa,
Świecą ludzkość i wiara w Zakonie Rycerstwa.

II.

Pierwszy brzask świtu, niepewny i mglisty,
Przedzierał gęstwę leszczyny krzewistéj,
Ody obok pod nią uśpieni bez trwogi,
Obaj rycerze powstali na nogi.

Wlepiwszy oczy w sklep niebios rumiany,
Zmówili każdy swój pacierz poranny.
Gall z suchych liści wznieciwszy stos świeży,
Podzielił z gościem ostatek wieczerzy:
I wierny słowu, wstał, w pled się obwinął,
W milczeniu ręką na Saxona skinął,
I obok niego, sam idąc ponury,
Wskazywał drogę przez lasy i góry.
Dziwaczna podróż! — raz chmurą owiani,
Pnąc się po skałach, nad brzegiem otchłani,
Widzą pod sobą, błyszczące od świtu,
Kręte rzek wstęgi: Forty i Teitu,
I między niemi rozległe doliny,
I aż po Sztirling, niknący w mgle sinéj;
To zchodząc w wąwóz zaległy pomroką,
Na długość włóczni nie widzi w nim oko.
Nieraz tak ślisko na skalistéj drodze,
Że ręka w pomoc musi śpieszyć nodze;
Nieraz tak ciasno w zaroślach, że z drzewa
Kroplista rosa jak deszcz ich oblewa,
Rosa tak lśniąca od wschodniéj jasności,
Że rzekłbyś brylant, albo łza piękności.

III.

Stanęli wreście gdzie stroma i dzika
Ścieżka z gór wierzchu ku głębi się zmyka.
W dole jezioro Wennacharu leży,
W górze piętrzysta Benledi się jeży;
Jedyna ścieżka snuje się głęboko
Między jeziorem i stromą opoką;

Stu ludzi na niéj, byle z wodzem śmiałym,
Mogłoby przejścia wzbronić wojskom całym.
Na barkach góry, pomiędzy skał zręby,
Zwisają brzozy i zkarlone dęby;
Tu mech szarzeje przyschły do kamieni,
Tam się gdzie niegdzie splot bluszczu zieleni;
Ówdzie chwast z wrzosem bujając wyniośle,
Poziomych krzaków zagęszcza zarośle.
U stóp téż góry, jeziora brzeg siny
Zarastał gajem osetu i trzciny.
Nieraz tam ścieżka wstecz pnie się na wzgórza,
Mijając spady potoków, lub łoża
Wyschłych, lecz zimą wezbranych strumieni,
Nasute żwirem i stosem kamieni. —
Nużąca droga! — obadwaj przechodnie
Stawali nieraz, by wytchnąć swobodnie;
Aż Gall, po cięższéj nad inne przeprawie,
Patrząc na gościa, zapytał ciekawie:
Czém go zwabiła kraina tak dzika,
Że śmiał ją zwiedzać bez glejtu Rodryka?

IV.

— „Gallu!“ — rzekł Saxon z wesołością w oku,
„Glejt mój najlepszy mam zawsze u boku.
„Lecz nie myślałem, wyznaję, tym razem,
„Bym musiał drogę torować żelazem.
„Gdy, trzy dni temu, łowami znużony,
„Straciwszy konia zbłądziłem w te strony,
„Wszystko tu było tak ciche w téj porze,
„Jak nieruchoma ta mgła na jeziorze;

„Wódz wasz daleko gdzieś zbierał łup krwawy,
„Ani go rychło czekano z wyprawy.
„Tak mówił góral, co mię ztąd prowadził;
„Widzę że kłamał, by tém łacniéj zdradził.“ —
— „Czegożeś wrócił do kraju naszego?“ —
— „Jesteś sam żołnierz, a pytasz: dla czego?
„Czyż chęci nasze, jak martwe sprężyny,
„Z pewnéj się tylko ruszają przyczyny? —
„Chciałem się otrząść z próżnowania, z nudów;
„Czułem potrzebę rozrywki i trudów…
„Lada myśl wtedy, lada przywidzenie
„Człowieka z domu daleko wyżenie:
„Stracony sokół, pies zbiegły na łowach,
„Ładna dziewczyna w samotnych dąbrowach…
„Wreście dość wiedzieć że kraj niebezpieczny,
„By już czuć powab i cel dostateczny.“ —

V.

— „Nie chcę cię badać!“ — góral odpowiedział.
„Lecz idąc do nas, mów, czyżeś nie wiedział,
„Że Mar z Morajem połączeni razem,
„Grożą nam wojną za króla rozkazem?“ —
— „Nie! na mój honor! — że z wojsk swym oddziałem
„Na przegląd króla czekają, słyszałem;
„Lecz żadnéj wojny nie było zamiaru.
„Dziś być już może; — znam hrabiego Maru,
„I ani wątpę, że gdy wieść odbierze,
„Że Rodryk w górach gromadzi żołnierze,
„I on sztandary rozwinie ku wojnie,
„Coby inaczéj drzémały spokojnie.“ —

— „Niechaj rozwija! szkoda, gdyby miały
„W pokrowcach swoich popróchnieć w kawały!
„Niechaj rozwija! toć i pod nami
„Sosna Alpina zaszumi z wiatrami! —
„Lecz jeśliś przybył jak wędrowiec cichy,
„Po co przechwałki płochości czy pychy,
„Których, wiész dobrze, że się nie ustraszym:
„Żeś wrogiem wodza naszego, i naszym?“ —
— „Do wczoraj rana, wierz mi, wojowniku!
„Tom tylko wiedział o waszym Rodryku,
„Że jest wygnaniec, nieposłuszny panu,
„Wódz buntowniczy zbójeckiego klanu,
„I że śród kłótni, co nie wiém zkąd wszczęta,
„Zabił rycerza na dworze Rejenta.
„Lecz trzebaż więcéj, aby na mordercę
„Oburzyć Szkota i Rycerza serce?“ —

VI.

Ponuro góral wzrok ku ziemi trzymał,
Przygryzał wargę — znać gniewem się zżymał,
I rzekł nakoniec z tajoną obrazą:
„Wiészże, dla czego on dobył żelazo?
„Wiész, jakie słowa i jaka zelżywość
„Wzbudziły w wodzu gniew i zapalczywość?
„Miałże znieść hańbę, i myśléć w téj porze,
„Czy jest w swych górach, czy na króla dworze?
„Nie! mścił się krzywdy, gdzie krzywdy doświadczył;
„Na dworze Niebios byłby nie przebaczył! —
— „Mord zawsze mordem: — prawda, że w téj chwili
„Małoście władzę królewską ważyli:

„Gdy sam Albany, w ustawicznéj trwodze,
„Rozkełznał rządu zwierzone mu wodze,
„A król nieletni, w Sztirlingu zamknięty,
„Grał jeszcze w cacka z małemi chłopięty. —
„Lecz dziś, to jego życie rozbójnicze!
„Krwią ludu błahe oblewać zdobycze;
„Mord i pożogę nieść w kmiece zagrody;
„Wydzierać biednym ich żniwa i trzody!… —
„Serce, jak twoje, wzdrygać się powinno,
„Na nocną łupież i na krew niewinną.“

VII.

Góral ku mówcy obrócił wzrok hardy,
I rzekł z uśmiechem goryczy i wzgardy:
„Patrzałem na cię, gdyś z gór tych, Saxonie!
„Spoglądał z dumą na szerokie błonie,
„Na bujne łąki, niknące w przestrzeni,
„Przerżnięte tylą i rzek i strumieni;
„Na wdzięczne wzgórza i gaje kwitnące,
„Ku południowi i na wschód leżące!…
„Żyzne te pola, kraj oczom tak miły,
„Naszém dziedzictwem, naszym krajem były.
„Przyszedł wróg Saxon, i przemocą zbójców,
„Wydarł je, zbroczył we krwi naszych ojców.
„Gdzież żyjem teraz? — patrz! to nasze właści:
„Głazy na głazach, i przepaść w przepaści!
„Będziemyż prosić u twardych kamieni,
„Roli na wiosnę i chleba w jesieni?
„Będziemyż błagać te góry piaszczyste,
„O tuczne woły i trzody wełniste?

„Nie odpowiedząż kamienie i góry:
„My wam stoimy za twierdze i mury,
„Po ojcach macie broń, siłę i męztwo,
„Co wróg wam wydarł, niech wróci zwycięztwo!“ —
„A my, mrąc głodem w tych twierdzach północy,
„Mamyż nie słuchać, nie użyć swéj mocy:
„Nie wydrzeć łupu z rąk naszych wydzierców.
„Nie mścić się mordu nad rodem morderców?…
„Nie, nie! Saxonie! — dopoki wam niwa,
„Jeden snop zboża rodzić będzie w żniwa;
„Póki z tysiąca trzód, co się tam błąka,
„Jednego wołu wypasie wam łąka:
„Poty Gall, dziedzic niw, łąk i krainy,
„Iść będzie z mieczem po krwawe daniny[60]!
„Gdzież jest wódz góral, co myśli inaczéj.
„Co w wojnach z wami słuszności nie baczy? —
„Zemsta za ojców, jest powinność synów. —
„Innych skarg szukaj na wodza Alpinów!“ —

VIII.

— „Nie znajdę, myślisz?“ — rzekł Saxon spokojnie.
„Cóż powiész; nie już o mordach na wojnie,
„Lecz o podstępach uknowanych skrycie,
„O sidłach na mnie i na moje życie?“ —
— „To, żeś je własną ściągnął nierozwagą.
„Gdybyś był przyszedł i rzekł prawdę nagą:
„Szukam sokoła, ścigam za zwierzyną,
„Chcę się obaczyć z góralską dziewczyną:
„Byłbyś szedł wolno, i wrócić mógł śmiele.
„Lecz skryte kroki znaczą zdradne cele.

„A i tak, nie sądź, choć za szpiega miany,
„Że byłbyś na śmierć bez sądu skazany,
„Gdyby nie wyrok — srogi, lecz konieczny.“ —
— „Więc i to mijam“ — rzekł Saxon niesprzeczny,
„Ani chcę, widząc że to gniew twój draźni,
„Wymieniać dalszych źródeł nieprzyjaźni.
„Dość, żem się związał rycerskiemi śluby,
„Walczyć z twym wodzem, i szukać nań zguby:
„Nie po zdradziecku — lecz jawnie i zbrojnie.
„Dwakroć klan Alpin zwiedziłem spokojnie,
„Jak gość; lecz jeśli przyjdę trzecim razem,
„Przyjdę jak wróg wasz, z ogniem i żelazem,
„Z sztandarem wojny, i z orszakiem dzielnym,
„Na bój śmiertelny, z mym wrogiem śmiertelnym!
„I ani pasterz pod oknem dziewczyny,
„Nie czeka tęskniéj zmówionéj godziny,
„Jak ja téj chwili, gdy w pośród swéj dziczy,
„Stanie przedemną wasz wódz buntowniczy.“ —

IX.

— „Miéj więc, co żądasz!“ — świsnął — smug i skały
Jak jedném długiém echem się ozwały.
Jak w stadzie hasło strażniczego ptaka,
Świst się powtórzył od krzaka do krzaka:
I oto — z krzaków, z za skał, z nad jeziora,
Wznoszą się dzidy, łuki, czapki, pióra;
Nisko, wysoko, na lewo, na prawo,
Wyskoczył żołnierz ukryty pod trawą.

Z nagich mchów drzewca jak gajem wyrosły,
Z ciemnych drzew ostrza jak gwiazdy się wzniosły,
Jak woda w trzcinie błysnęły oręże,
I krzaki w zbrojne zmieniły się męże.
Z lśniącym puklerzem, z dobytém żelazem,
Pięćset ich z ziemi powstało zarazem,
Jakby na czarów zaklęcie tajemne,
Wojsko się duchów zjawiło podziemne.
Każdy gdzie powstał, tam stał nieruchomy,
Aż nowe hasło da wódz niewidomy.
Jak nad przepaścią wiszące skał bryły,
Co je wiek strącił, lub gromy w dół zbiły,
Chwiejąc się wiszą na wątłéj podporze,
Że lada wietrzyk w głąb strącić je może:
Tak ci, z gotowym orężem i krokiem
By skoczyć — stoją w milczeniu głębokiém. —
Z milczącą dumą, Gall wzrokiem płomiennym
Wodził przez chwilę po tłumie wojennym;
Nagle brew zmarszczył, i ponure skronie
Zwrócił na gościa: „Cóż teraz, Saxonie?
„To jest Klan-Alpin“ — hufce wskazał gestem,
„A wódz ich Rodryk — Saxonie! — ja jestem!“ —

X.

Saxon był mężny, i choć w nim krew cała
Wrzącym strumieniem do serca zbieżała,
Nie zbladł, twarz zimną uzbroił odwagą,
Wzrok groźby wzrokiem odtrącił z powagą,
I z niezachwianą wyniosłością męża,
Wsparł się o skałę, i dobył oręża.

„Przystąp! przystąpcie! jeden, czy tłumami!
„Głaz ten wprzód pierzchnie, niżli ja przed wami.“ —
Patrzał nań Rodryk — a jego spójrzenie
Zdradzało wnętrzną cześć i podziwienie,
I ową radość, co mężnych przenika,
Gdy na godnego trafią przeciwnika.
Poczekał chwilę — i ręką w dół skinął.
Cały tłum zbrojnych jak zjawił się, zginął.
Gdzie kto stał, wszyscy zniknęli zarazem,
W trzcinie, we wrzosach, za drzewem, za głazem.
Sterczące drzewca na mchu się pokładły,
Iskrzące ostrza w gęstwinę zapadły;
Otchłań się, rzekłbyś, skroś ziemi otwarła,
I płód swój zbrojny na nowo pożarła.
Ostatni powiew, zlatując z Benledi,
Kołysał pióra, chorągwie i pledy:
Lecący za nim, już tylko powiewa
Na trawy, liście, zarosłe i drzewa.
Ostatni promień, bijący od słońca,
Lśnił w ostrzu mieczów i włóczni tysiąca:
Drugi już tylko, niczém nieodbity,
Świeci na szare mchy, piaski, granity.

XI.

Spójrzał Fitz-Jakób — i ledwo sam wierzył
Że go ten widok na jawie uderzył:
Tak był podobny sennemu widzeniu,
I znikł z przed oczu, jak sen przy ocknieniu.
Niepewnym wzrokiem myśli wodza pytał,
I wódz myśl jego w tym wzroku wyczytał:

„Nie bój się! — lecz nie! nie trzebać téj rady! —
„Nie wątp, i nie miéj podejrzenia zdrady!
„Jesteś mym gościem: przyrzekłem z swéj woli,
„Być sam: twym stróżem po bród Kojlantoli;
„Ni sądź, że obcych przyzywałbym broni,
„Przeciwko jednéj i walecznéj dłoni.
„Nie! choćbym walczył o zwrot wszystkich plonów,
„Co kiedyś Gallom wydarł miecz Saxonów! —
„Więc pójdźmy! — wskazać chciałem ci jedynie,
„Na jak ułomnéj wspierałeś się trzcinie,
„Sądząc, że miecz swój mając za strażnika,
„Przejść możesz tędy bez glejtu Rodryka. —
„Pójdźmy!“ — i poszli. — Fitz-Jakób był śmiały,
I jako rycerz, co żyje dla chwały,
Umiał w potrzebie nie baczyć na życie;
Lecz nieraz serce zadrgnęło w nim skrycie,
Gdy obok wodza szedł kwapioną nogą,
Pustą na pozór i spokojną drogą,
Lecz gdzie po stronach, jak żądła wężowe,
Czyhały miecze i włócznie, gotowe
Powstać i mścić się, byleby zamarzył
Człowiek, którego, sam czuł, że znieważył.
Nieraz w bok rzucił oczyma bystremi,
By dójrzeć mężów przypadłych do ziemi;
Nieraz się zdało, na lada ruch trawy,
Że się z niéj ludzkie podnoszą postawy;
Nie raz na lada lot ptaka pierzchliwy,
Zabrzmiało w uszach brząknienie cięciwy,
Albo świst kani, krążącéj w obłoku,
Zdał się być hasłem zgubnego wyroku.

I nie wprzód wolno odetchnął ze zgrozy,
Aż leśne w tyle rzuciwszy wąwozy,
Wyszli na czyste, szerokie równiny,
Gdzie już nie było ni skał, ni gęstwiny,
Chwastów, ni krzaków, by się w nich zdradziecko
Zakraść mógł zbrojny na czatę zbójecką.

XII.

Rodryk szedł milcząc; — aż gdzie w biegu skora,
Rzeka, trzech jezior pełnobrzega córa,
Z bram Wennacharu srebrząc się wytryska,
I przez zielone Bochastlu bagniska
Szumiąc, podrywa twierdz owych posadę,
Gdzie Rzym swe niegdyś orły świato-włade[61]
Zatrzymał w locie, i chciwym napaści,
Raz pierwszy kazał swéj tylko strzedz właści.
Tam wódz pled z ramion i tarcz swą odrzucił,
Ku Saxonowi twarzą się obrócił,
I rzekł: „Saxonie! Gall słowu nie skłamał,
„Rodryk gościny i wiary nie złamał.
„Ów zbójca krwawy, ów człek bez sumienia,
„Wódz buntowniczy dzikiego plemienia,
„Środkiem czat zbrojnych, przez błędne przechody,
„Wiódł wroga swego, i przewiódł bez szkody!
„Lecz tu bój równy — mąż przeciwko męża:
„Tu doznasz mojéj zemsty i oręża.
„Patrz! oto stoję, z mieczem tylko w dłoni —
„To bród Kojlantol! — Saxonie! do broni“ —

XIII.

— „Gallu!“ Fitz-Jakób rzekł, „nigdym nie zwlekał
„Dobyć oręża, gdy wróg na mnie czekał.
„Śmierć twą, co większa, ślubowałem Bogu.
„Lecz ta szlachetność i wiara we wrogu,
„Wdzięczność za życie i szczerą gościnność,
„Inną méj duszy wskazują powinność.
„Posłuchaj! nic-że oprócz krwi rozlewu
„Nie zgoi w tobie obrazy i gniewu?
„W bitwież się tylko złączą nasze dłonie?
„Nie maż sposobu?…“ — „Żadnego, Saxonie!
„I wiedz, by skrzepłe wzbudzić w tobie męztwo,
„Na tobie leży twych ziomków zwycięztwo;
„Bo tak w proroczém widzeniu natchnięty,
„Rzekł wieszczbiarz, z ojca nie-człeka poczęty:
„„Strona, co pierwsza krew wroga przeleje,
„„Zwycięztwa w boju mieć może nadzieję.“ —
— „Czy tak? — więc Niebo przyzywam na świadka,
„Że się już losów rozstrzygła zagadka,
„Tam — każ poszukać! — pod tą ciemną skałą,
„Krzepnie w krwi własnéj Murdochowe ciało. —
„Nie zmienić ludziom, co los postanowi.
„Poddaj się, wodzu! nie mnie, lecz losowi!
„Pójdź! pójdźmy razem do króla Sztuarta:
„Tam, jeśli niechęć nie zmięknie uparta,
„Gdy cię król przyjąć nie zechce uprzejmie,
„Nie wróci łaski, wyroku nie zdejmie:
„Wierz memu słowu, rękojmi, przysiędze,
„Że znów — bez ujmy ni w czci, ni w potędze,

„Chociażbyś z królem chciał w dalszéj trwać wojnie,
„Na czoło klanu powrócisz spokojnie.“ —

XIV.

Szczerym płomieniem zaiskrzył wzrok Galla:
„Tak cię więc płocha duma rozzuchwala?
„Żeś może zdradą zmógł tego nędznika,
„Śmiesz już do jarzma nakłaniać Rodryka?…
„Nie! on się ludziom ni losom nie zegnie,
„Będzie żył wolny, lub wolny polegnie!
„Każde twe słowo gniew tylko mój draźni,
„I śmierć lennika domaga się kaźni. —
„Broń się! — Tyś jeszcze nie gotów? — Na Boga!
„Zbłądziłem widzę, biorąc cię za wroga
„Godnego mojéj prawicy i pieczy,
„Żem cię dla gminnych pozazdrościł mieczy!
„Tyś widzę rycerz atłasem podszyty,
„Którego cała chwała i zaszczyty,
„Pstrzyć hełm w kędziory z warkocza kobiéty!… “ —
— „Dzięki, Rodryku! dzięki za to słowo!
„Zatliłeś serce, dłoń wzmogłeś na nowo:
„Ślub mój przez ciebie poprzypominały losy,
„Bym we krwi twojéj umaczał te włosy. —
„A więc do broni! — i nie sądź, Alpinie!
„Że w tobie tylko i w twojéj krainie
„Rycerska wiara żyć może jedynie! —
„Chociaż gdy świsnę, z za drzew, z za kamieni,
„Nie wskoczą zbójcy na mord zasadzeni,
„Jeden dźwięk trąbki, co noszę u boku,
„Stałby się hasłem twéj zguby wyroku.

„Lecz nie drzyj — nie wątp! — jak ci się podoba
„Spór nasz sam na sam skończymy tu oba.“ —
Jeden i drugi wnet mieczów dobyli,
I obaj pochwy na ziemię rzucili;
Jeden i drugi ku niebu spojrzeli,
Jakby go więcéj oglądać nie mieli;
I oko w oku, z wzniesioném żelazem,
Wpadli na siebie, i zwarli się razem.

XV.

Zapóźno Rodryk błąd poczuł w potrzebie,
Że tarcz warowną odrzucił od siebie[62].
Z twardych skór zbita, gwoźdźmi nakowana,
Stokroć śmierć w boju odbiła od pana.
Bo Saxon sztuczny w robieniu żelazem,
W mieczu miał oręż i tarczę zarazem,
Siekł, kłół, odbijał, i ostrzem i płazem:
Gdy Gall mniéj zwinny, choć silniéj hartowny,
Z trudem na sobie bój dzierżał nierówny.
Trzykroć się zwarli — i trzykroć Saxona
Lśniący miecz struga zaćmiła czerwona;
Nie trysk, nie kropla, lecz wrząca krwi fala
Lunęła z piersi na tartan górala.
Rozżarł się Rodryk — i jak deszcz zimowy
Spuścił na wroga grad ciosów stalowy.
Lecz jak o dachy, lub twarde skał szczyty,
Grad się odbija i taje odbity:
Tak Saxon ślepéj zawziętości razy
Odbijał sztuką, nie wziąwszy obrazy.

Aż na słabszego, im coraz siekł gęściéj,
Natarłszy, oręż wytracił mu z pięści,
I zemdlonego i trudem, i raną,
Zwalił o ziemię — na jedno kolano.

XVI.

— „Poddaj się!“ — groźnie zawołał tą razą,
Po nad klęczącym podnosząc żelazo: —
„Poddaj się! albo przez Boga na Niebie!
„Ta chwila będzie ostatnią dla ciebie!“ —
— „Łask twych nie pragnę, a gróźb się nie boję!
„Zwycięztwo jeszcze ni moje, ni twoje!“ —
I jak wąż w pogoń za ptakiem gdy wzięci,
Jak lew rozżarty wyrwawszy się z sieci,
Jak ryś drapieżny broniący swych dzieci:
Porwał się z ziemi, wściekłością miotany,
Odniósł cios nowy, lecz nie czuł téj rany,
I poskoczywszy ku piersiom Saxona.
Zachwiał nim, w silne objąwszy ramiona.
Teraz, Saxonie! wzmóż siłę prawicy,
Bo to nie uścisk zalotnéj dziewicy!
Przez miedź potrójną, przez zbroję ze stali,
Czułbyś moc jego. — Zwarli się, porwali,
Łamią się, chwieją — upadli pospołu:
Rodryk na wierzchu, Fitz-Jakób u dołu.
Tu Gall za gardło porwawszy go z gniewem,
Przygniótł pierś jego kolanem swém lewém;
Skinieniem czoła odrzucił w tył włosy,
Przetarł wzrok ręką, czy ze krwi, czy z rosy,

I podniósł sztylet; — lecz źle zastąpiły
Gniew i zawziętość stracone już siły;
Zapóźno dopiął nad wrogiem korzyści,
By mógł dokonać dzieła nienawiści.
Bo ledwo sztylet zabłysnął wysoko,
Twarz zbladła nagle, zaćmiło się oko:
Spuścił cios jednak — ale go niekrwawa,
Za piersi wroga, przyjęła murawa.
Sam padł zemdlony; — Fitz-Jakób bez rany,
Wstał, bez tchu, blady, krwią wroga oblany.

XVII.

Niebu cześć naprzód uczynił i śluby,
Że go tak cudem zbawiło od zguby.
Stanął nad wrogiem, co w krwi swéj strumieniach,
W ostatnich z śmiercią pasował się drgnieniach.
Wzrok się zwycięzcy łzą żalu zamroczył,
Gdy we krwi jego włos Blanki umoczył:
„Biedna dziewczyno! krzywda twa pomszczona!
„Lecz w Nim z łupieżcą i bohater kona.
„Oby na lepsze chciał użyć oręża,
„Świat dzielniejszego nie widziałby męża!“ —
Podumał chwilę, trąbkę do ust złożył,
Zagrał raz — przestał, i dwakroć powtórzył.
Odwiązał z szyi chustkę koronkową,
Rozpiął odzienie, i z odkrytą głową
Usiadł nad wodą, i czerpając w dłonie,
Obmywał ręce skrwawione i skronie. —
Wtém łoskot jakiś zahuczał po błoni…
Zbliża się, rośnie — to tentent, czwał koni!

I wnet z za wzgórza, po równéj przestrzeni,
Pędzą wprost czteréj myśliwcy w zieleni.
Dwóch niesie włócznie i puklerze z godłem,
Dwóch wiedzie lózem dwa konie pod siodłem.
Pędzą — aż kurzem i znojem okryci,
Przed Fitz-Jakóbem stanęli jak wryci.
Widzą plac boju, dziwią się, chcą badać: —
„Nie pytać o nic! przed nikim nie gadać!
„Herbert z Lufnesem niech zsiada wnet z koni,
„Temu rannemu użyczcie swych dłoni:
„Obwiążecie rany! — nie obce wam leki.
„Chcę by mu czułéj nie brakło opieki.
„Wprost do Sztirlingu, gdy siła pozwoli,
„Wsadźcie go na koń, i wieźcie powoli.
„Łagodny siwosz nie strudzi go wcale.
„Biedny koń! musi przestać na téj chwale;
„Milszy dziś ciężar miał dostać w podziale! —
„Ja muszę przodem; — godzina już bliska,
„W któréj się miejskie rozpoczną igrzyska.
„Ale mój Bajard szybko mię przeniesie. —
„Śpieszcie! — wy za mną! De Vaux[63] i Herresie!“ —

XVIII.

„Stój, stój, Bajardzie!“ — koń grzywę nadyma,
Poryża zcicha, i strzyże uszyma:
Znać się z pańskiego raduje widzenia.
Pan nie wziął cugla, nie dotknął strzemienia,

Lecz głaszcząc ręką po grzywie, od ziemi
Wskoczył na siodło nogami równemi.
Dotknął ostrogą, munsztuk ściągnął w ręku,
Koń wspiął się — jeździec nie zachwiał się w łęku.
Popuścił wodze — a koń niecierpliwy,
Pomknął się z miejsca, jak strzała z cięciwy.
Przebrnął przez potok, prześmignął po błoniu,
I zarżał głośno na wzgórzach Karhoniu.
Jeździec go znowu, połechtał ostrogą,
Giermkowie za nim zdążają jak mogą.
Brzegiem Teitu czwałują w zawody,
Pęd ich bystrzéjszy, niż w rzece nurt wody.
Już Torry, Lendrik, i Dunstan za nimi:
Kurz tylko w kłębach po drodze się dymi.
Błysły z wież Dunu chorągwie zatknięte,
I za las nagle zapadły jak ścięte.
Na Bler-Drummondzie skry krzeszą ze żwiru;
Jak wiatr przemknęli wszerz pól Ochtertiru.
Mignęła tylko i znikła z przed oka,
Bodąca chmury Kieru opoka.
Do brzegów Forty przypadli, i płyną,
Pianami wodę posrebrzając siną;
Parskają konie, aż na brzeg pochyły
Wspięły się przodem, i rżąc wyskoczyły.
Kreg-Fort na prawo minęli jak z procy —
I już sędziwa warownia północy,
Sztirling, rozsiadły na dzikich skał czole,
Widzi ich z góry pędzących przez pole.

XIX.

Już pną się w górę po skalistéj drodze:
Gdy pan Bajarda, wściągając mu wodze.
Skinął na giermka: — posłuszny skinieniu,
Wnet ku pańskiemu poskoczył strzemieniu. —
Widzisz tam, De Vaux! owego człowieka,
„Co się ku miastu przebiera zdaleka?
„Olbrzym z postawy, w ubogiéj odzieży.
„Co za krok! patrzaj! przysiągłbym że bieży,
„Prosto pod górę, bez trudu oznaki! —
„Przypatrz się tylko! — nie znasz kto on taki?“ —
— „Nie, na mój honor! — lecz olbrzym prawdziwy!
„Pewno czyjś hajduk, lub sługa myśliwy.“ —
— „Wstydź się, wstydź, De Vaux! czyż wzrok nieprzyjaźni,
„Czyż zawiść dójrzéć nie umie wyraźniéj? —
„Nim wszedł pod górę, zaledwo spojrzałem,
„Zaraz tę postać i krok ten poznałem.
„Równych im nie ma w całéj Szkockiéj ziemi,
„A któżby z obcych śmiał mierzyć się z niemi? —
„To Jakób Duglas, hrabia na Bottwelu! —
„Śpieszmy dwór ostrzedz o nieprzyjacielu!
„Król się téż musi namyśléć tymczasem,
„Jak się ma znaleźć, i spotkać z Duglasem.“ —
Tu zwrócił konia ku murom zamkowym,
I wbiegł do bramy po moście zwodowym.

XX.

Duglas przez pola zdążając bez toru,
Z Kambus-Kennetu powracał klasztoru,

I spoglądając na Sztirlingu mury,
Tak z sobą w myślach rozmawiał ponury: —
„Tak! prawda była w Allana widzeniu:
„Szlachetny Graham u króla w więzieniu!
„I wkrótce moja złowroga gościna
„Ściągnie grom zemsty na plemię Alpina.
„Ja, ja sam tylko odkupić ich mogę. —
„Bóg daj! bym późno nie wybrał się w drogę! —
„Ksieni przyrzekła; — tak, ufać jéj muszę.
„Helena Bogu poślubi swą duszę. —
„Ach! te łzy moje nie obrażą Boga! —
„Tyś ją dał, Panie! ty wiesz, jak mi droga,
„Jak dobra! — Darmo! — nie czas się ozierać;
„Myślmy, jak Duglas powinien umierać. —
„O! smutne mury! śród których obwodu
„Miecz króla niegdyś pił krew mego rodu![64]
„I ty, o! wzgórze złowrogie! na którém[65],
„Śmierć krwawym kaźni śmigając toporem,
„Zmiatała nieraz przed stopami kata,
„Głowy słynące u kraju i świata:
„Gotujcie więzy, loch i rusztowanie!
„Duglas sam idzie, aby wstąpić na nie. —
„Lecz cóż to? — słyszę gwar wesołych tonów:
„Muzyka! bębny! odgłos wszystkich dzwonów!…
„Patrz! lud się sypie! — wesołe maszkary!
„Trębacze, cechy, rozwite sztandary,
„Strzelcy, tancerze pobrawszy się w pary! —

„Zgaduję powód, znam te widowiska:
„Miasto dla króla wyprawia igrzyska[66]!
„Król na nich będzie: — bo równie mu miła
„Zręczność łuczników i szermierzy siła,
„Jak gdy we zbrojach, przyrosła do koni,
„Szlachta harcuje i na ostre goni.
„Pójdę tam — będę walczył o nagrodę.
„Król mię obaczy: — i może dowiodę,
„Że wiek nie całkiem osłabił te siły,
„Co go chłopięciem tak często dziwiły.“ —

XXI.

Otwarto na wściąż dziedziniec zamkowy,
Drżał tętniąc głucho most długi, zwodowy,
I brukowana bryłami granitów
Brzmiała ulica od końskich kopytów,
Gdy w dół ku miastu, wolnemi krokami,
Zjeżdżał król Jakób ze swymi panami,
A lud po stronach ściskając się w szyki,
Witał monarchę głośnemi okrzyki.
Za każdym razem król głowę odsłaniał,
I aż do siodła schylając się kłaniał,
Witając ręką, z wdzięcznemi uśmiéchy.
Mieszczki płonące od wstydu i pychy.
Mogły się pysznić: — bo król gdy spozierał,
Wzrok same piękne i młode wybierał.
Mieszczan pozdrawiał z powagą, lecz grzeczną,
Wieśniakom odzież pochwalał świąteczną,
I spoglądając to w lewo, to w prawo,
Ośmielał wzrokiem i twarzą łaskawą

Tłum, co mu wzajem wykrzykał bez końca:
„Vivat król Jakób! miast naszych obrońca!“ —
Z tyłu za królem, błyszczący od stali
Pierwsi panowie i dworscy jechali,
I strojne w pióra i złote tkanice,
Poważne panie i młode dziewice.
Co ledwo konie pohamować mogą,
Niechcące zwolna spadzistą iść drogą. —
Lecz w tym orszaku, nie na jednéj twarzy
Znać, że się w sercu skryta niechęć żarzy.
Tam szlachta, w duszy tając dumę hardą,
Zabawy mieszczan ogląda z pogardą;
Tam wodze klanów, w zakładzie u króla,
Którym dwór jego gorzki jak niewola,
Marząc o górach rodzinnych i lasach,
O niepodległych zabawach i wczasach,
Sądzą się sami częścią widowiska,
I klną w swéj duszy króla, i igrzyska.

XXII.

Wpośród zielonéj łąki, cała rzesza,
Różnobarwista, plącze się i miesza.
Tu, widać, zgraja murzyńskich tancerzy,
W piórach na głowie, w jaskrawéj odzieży,
Z przywiązanemi u pasa dzwonkami,
Kręci się, brzęcząc, z gołemi szablami.
Tam — co najbardziéj gmin wabi i cieszy,
Robinhud stoi na czele swéj rzeszy[67].
W niéj Tuk braciszek, z pałką i w kapturze,
Skatelok starzec, wsparty na kosturze;

Sążnisty Skarlet, i wesoły Janek,
Do ust chylący boczułkę jak dzbanek;
I tuż kochanka jego, Maryanna,
Jak kość słoniowa biała i rumiana;
A ich trębacze, stojący przy Tuku,
Wzywają strzelców do strzelania z łuku[68]. —
Przystąpił Duglas, wziął łuk, podniósł, zmierzył,
I pierwszą strzałą w śród celu uderzył;
Nałożył drugą, krok w miejscu ukrzepił,
Puścił, i pierwszą na dwoje rozszczepił.
„Jemu z rąk króla — tłum zgodnie wykrzyka,
„Wziąć srebrną strzałę, nagrodę łucznika!“ —
Lecz próżno Duglas, ukląkłszy w milczeniu,
Szukał współczucia w monarchy spójrzeniu;
Król obojętnie, jak strzelcu prostemu,
Dał mu nagrodę, nie patrząc ku niemu.

XXIII.

Tłum się rozstąpił — ucichły hałasy:
Wyszli szermierze, i idą w zapasy.
Dwóch pozostało zwycięzców nad zgrają;
Chełpią się dumnie, i lud wyzywają.

Wystąpił Duglas, i obu przełamał.
Hugo z Larbertu na wielki ochramał;
Nie lepsze przyszło na Jana z Aloi,
Bez tchu do domu odnieśli go swoi.
„Jemu z rąk króla — okrzyk się rozszerza,
„Wziąć złoty pierścień, nagrodę szermierza.“ —
Król dając spójrzał; — lecz źrenica chłodna,
Jak w lód błękitny ścięta kropla wodna,
Serce Duglasa zmroziła aż do dna.
Duglas chciał mówić — lecz myśli chaosu
Nie mógł rozwikłać, ni znaleźć dość głosu.
Wzburzony powstał i szedł, gdzie młodzieńce,
Zebrani kołem, zakasawszy ręce,
Ciężkiemi kręgi ciskają ku górze.
Gdy już z nich każdy pokazał co może:
Zbliżył się Duglas, i dłońmi silnemi,
Kamień od wieków wpół wrosły do ziemi,
Wyrwał, rozwahał, i cisnął pod nieba:
Kamień o staje padł daléj niż trzeba.
Dotąd w Sztirlingu, w królewskich ogrodach,
Starcy pomniący o dawnych przygodach,
Wskazują przestrzeń, zwaną: rzut Duglasów,
Skarżąc na słabość teraźniejszych czasów.

XXIV.

Po całéj łące oklaski zabrzmiały,
Trzykrotném echem odbiły je skały.
Król po raz trzeci, z twarzą niewzruszoną,
Podał zwycięzcy kiesę napełnioną.

Duglas z uśmiechem pogardy i dumy,
Powstał, i złoto rozsiał między tłumy.
Dziw je ogarnął: zbliska i zdaleka
Tłoczą się widzieć dziwnego człowieka.
Aż wkoło szepty powstały przychylne:
Że dłoń tak hojna, i ramię tak silne,
Rodu Duglasów są cechy nieomylne! —
Starcy zważali, potrząsając głowy,
Na skroniach jego szron włosa zimowy,
I szepcąc z sobą, uczyli swych synów,
Przeważnych zwycieztw i chwalebnych czynów,
Jakie za dawnych i za nowych czasów,
Kraj ich był winien rodowi Duglasów.
Niewiasty postać szlachetną chwaliły,
Choć ją i trudy i lata zgarbiły;
Młódź czcią przejęta, w myślach się zacieka
Nad siłą większą, niż siła człowieka;
A szepty o nim i szmery ciekawe
W coraz głośniejszą zmieniały się wrzawę. —
Lecz nikt ku niemu, w owém całém gronie
Panów i dworzan, co stali przy tronie,
Nie zwrócił nawet wzroku dobréj chęci;
Nikt nie przywołał wygnańca w pamięci;
Nikt — z takich nawet, co niegdyś bez braku
O służbę w jego żebrali orszaku,
I w polu bitew, i za jego stołem,
Pod jego tarczą kupili się społem,
Ślady stóp jego zamiatając czołem!… —
Ale któż z łaski monarszéj wygnany,
Znajdzie przyjaciół pomiędzy dworzany? —

XXV.

Król, by ożywić radość zgromadzenia,
Kazał wypuścić pięknego jelenia,
Którego w polu, dla większéj dnia chwały,
Dwa ulubione charty ścigać miały,
A ztąd zwierzyna, przy burgundzkiém winie,
Miały być ucztą strzeleckiéj drużynie.
Lecz Lufra — niczém od Duglasa boku
Nieodwołana, nieodstępna kroku,
(Psa jéj równego Szkocya nie miała)!
Zoczywszy zwierza, pomknęła jak strzała;
I psy królewskie minąwszy w pół drogi,
Wskoczyła z tyłu na łup pysznorogi,
I ostrym pyszczkiem wpoiwszy się w szyję,
Zwisła ku ziemi, i krew jego pije. —
Łowczy królewski cudzego psa zoczył,
Rozżarł się gniewem, i szybko przyskoczył,
I zaprzątnione zwaloną zdobyczą,
Szlachetne zwierze okładać jął smyczą. —
Duglas bez gniewu znieść umiał od rana
Pogardę dworzan, i zimny wzrok pana,
I co najbardziéj dumne serce boli,
Politowanie gminu w swéj niedoli:
Lecz ten pies jego! kochanek rodziny,
Towarzysz łowów, stróż łoża jedyny!
Lufra! — dla któréj na wysmukłą szyję
Helena codzień świeży wianek wije;
Co z nią tak wzrosła, że samo wspomnienie
Lufry, już budzi pamięć o Helenie!…

Nie! Duglas tego nie zniesie widoku!
Znać że wre gniewem, znać z twarzy i wzroku.
Jak wały morskie przed łodzią pędzone,
Ciżba się przed nim rozpierzcha na stronę;
On słyszy skowyt swéj Lufry — i bieży.
Jeden policzek — już łowczy w krwi leży.
„Takiego razu — krzyknęła gromada,
„Dłoń w rękawicy żelaznéj nie zada!“ —

XXVI.

Tu okrzyk powstał w królewskim orszaku,
Miecze i kije wzniosły się bez braku.
„Precz!“ krzyknął Duglas, „komu życie miłe!
„Precz podła zgrajo! — widzieliście siłę,
„Znajcie Duglasa! — Tak, królu Jakóbie!
„Jam jest ów Duglas — i z krwi się méj chlubię! —
„Próżno śledzony od sług twego gniewu.
„Dziś, by nie sprawiać krwi bratniéj rozlewu,
„Sam dobrowolną przynoszę ofiarę,
„Tę głowę moje — pod jaką chcesz karę,
„Ani śmiem czekać, ni błagać łask twoich,
„Prócz przebaczenia dla przyjaciół moich.“ —
— „Tak mi to płacisz — król z gniewem wyrzecze,
„Moję łaskawość, zuchwały człowiecze!
„Żem niepamiętny krzywd moich tak wielu,
„Ciebie jednego, Jakóbie z Bottwelu,
„Przez słabość serca, w plemieniu twém całém,
„Długo za wroga policzyć nie chciałem? —
„Lecz czyliż mniemasz, że króla oblicze
„Ścierpi bezkarnie gwałty buntownicze?

„Hej! wodzu warty! miéj go w ścisłéj straży!
„Niech się nikt zbliżać ku niemu nie waży! —
„Dosyć tych igrzysk!“ — bo wzmogły się huki,
I lud już zaczął porywać za łuki. —
„Dosyć tych igrzysk! i niech jazda nasza —
Dodał brwi marszcząc — „ten gmin porozprasza!“ —

XXVII.

Wnet ciżba, nieład, zgiełk, jęki i wrzawy,
Zmieniły pozór wesołéj zabawy.
Jeźdźcy w bok koński wciskając ostrogę,
Przez tłum przebojem torować chcą drogę,
Dzieci i starców tratują kopyty.
Pierzchają tchórze, w głos krzyczą kobiéty:
Śmielsi kamieńmi, maczugą, toporem,
Bronią się w miejscu, i stają oporem.
Widząc bunt jawny, Duglasa niezwłócznie
Lasem królewskie opasały włócznie.
Wiodą na zamek: — rozhukana tłuszcza,
Z tyłu i z przodu kupi się, nie puszcza.
Z boleścią Duglas ujrzał i z obawą,
Że lud za niego powstaje nad prawo,
I by oszczędzić występku i mordu,
Do wodza straży rzekł: „Janie z Hinfordu!
„Jeśli pomnisz, że moje to ramię
„Niegdyś rycerstwa przepięło ci znamię,
„Za ten czyn dobry, każ się zastanowić,
„Bym do zbłąkanych mógł słowo przemówić.“

XXVIII.

„Ludu! ziomkowie! nim dla méj miłości
„Stargacie węzły praw i powinności,
„Słuchajcie! — Duglas pod rozwagę prawa,
„Sam swoje życie i cześć swą oddawa.
„Jestże to prawo w tak słabéj niemocy,
„Że mu aż buntu potrzeba pomocy?
„Lub choćbym z krzywdą miał ponieść cios zgubny,
„Zaliż myślicie, że gniew samolubny
„Z miłości kraju tak wyzuł me serce,
„Iż, aby podle ukarać oszczerce,
„Zechcę być wojny domowéj powodem,
„I zerwę miłość krwi mojéj z narodem? —
„O! nie! — Pomnijcie, że w ciężkiéj niewoli,
„Myśl ta nie będzie osładzać méj doli:
„Że się broń, któréj nasz wróg niech się boi!
„Krwią własnych ziomków z méj winy napoi;
„Że śród was reszta przyjaciół mych zginie;
„Że dla mnie matka wyrzeka po synie;
„Że dla mnie, słuszną przejęte rozpaczą,
„Sieroty ojców, wdowy mężów płaczą;
„Że obywatel, widząc praw zniewagę,
„Zdeptaną wierność i tronu powagę,
„Kląć musi w duszy, jak złego przyczynę,
„Imię Duglasa i jego rodzinę! —
„Nie, ludu! przestań! pozwól, bym i daléj
„Ja was mógł kochać, i wy mnie kochali!“ —

XXIX.

Rzekł, a gniew ludu, po wzdęciu złowieszczém,
Skończył się łzami, jako burza deszczem.
Wkoło Duglasa otoczyli zgrają,
Podnoszą oczy i ręce, wzywają
Błogosławieństwa dla szlachetnéj głowy,
Co niepamiętna na śmierć i okowy,
Woli znieść krzywdę, niż szukać mścicieli,
Z krzywdą ojczyzny i obywateli! —
Starcy przed chwilą drżąc o byt spokojny,
Wielbią rozjemcę bratobójczéj wojny;
Niewiasty dzieci podnosząc, zdaleka
Wskazują ze czcią wielkiego człowieka,
Co wolał raczéj znieść śmierć i sromotę,
Niż jedną w kraju uczynić sierotę.
Żołnierze nawet wzruszyli się sami,
I czując oczy zachodzące łzami,
Jakby za wodza trumną ulubioną,
Szli za nim zwolna, i z bronią spuszczoną,
Aż nie bez żalu, u bramy zamkowéj,
Chlubnego jeńca zdali straży nowéj.

XXX.

Król wrzasków tłuszczy słuchając ze wstrętem,
Jechał w milczeniu i z sercem zawziętém,
Ni się dał prosić, by tymże znów szlakiem,
Przez miasto z swoim powracał orszakiem.
„Słyszysz? Lennoxie! — sądź, czy warte trudu,
„Władza nad ludem, i miłość u ludu?

„Słyszysz ten tryumf, ten okrzyk wesela,
„Jak sławią imię Duglasa-Bottwela,
„Te same gardła, co dziś przez dzień cały,
„Darły się wrzeszcząc na króla pochwały? —
„Ogłuchłem niegdyś od takich hałasów,
„W dniu, kiedym skruszył potęgę Duglasów;
„Takiżby hałas w tym samym brzmiał tonie,
„Gdyby dziś Duglas na moim siadł tronie! —
„Rządźże ten motłoch, ten potwór stugłowny,
„Niepewny, zmienny, dziwaczny, gwałtowny!
„Niepewny drogi, jak liść na strumieniu,
„Zmienny w uczuciach, jak obraz w marzeniu,
„Dziwaczny w chęciach, jak myśl białogłowy,
„A gwałtowniejszy, niż szał gorączkowy! —
„Litości godne jest życie i dola
„Tego, co musi wam służyć za króla!“ —

XXXI.

„Lecz patrzcie! cóż to za chyży posłaniec
„Pędzi w czwał polem pod zamkowy szaniec? —
„Goniec od wojska… ciekawym zamiaru! —
„Cóż nam donosi nasz krewny, Jan z Maru?“ —
— „Błaga cię, panie, byś podczas igrzyska
„Bezpieczną strażą otoczył się zbliska,
„Bo skryty podstęp, czy jawne szaleństwo,
„Zdają się godzić na twe bezpieczeństwo.
„Rodryk wygnaniec, wódz Alpińskiéj dziczy,
„Zebrał pod bronią swój klan buntowniczy,
„Mówią, że w sprawie Duglasa-Bottwela,
„Tobie się, panie, przeciwić ośmiela.

„Lord Mar z Morajem, na czele swych szyków,
„Wyszli rozproszyć zgraję buntowników,
„I wnet o bitwie przyjść musi nowina. —
„Tymczasem, wódz nasz błaga i zaklina,
„Abyś, o! królu! póki bunt się warzy,
„Nie raczył nigdzie wyjeżdżać bez straży.“ —

XXXII.

— „Poselstwo twoje błąd mój przypomina! —
„Byłem zapomniał o klanie Alpina.
„Obymże jeszcze złe wstrzymać był w stanie! —
„Wróć, zkądeś przybył; a śpiesz, co tchu stanie!
„Nie dbaj o konia, pędź! choćby padł w pędzie,
„Najlepszy z moich nagrodą ci będzie.
„Powiédz hrabiemu, by cofnął krok zbrojny,
„Że zakazujem kończenia téj wojny.
„Rodryk dziś rano w szczególném spotkaniu
„Raniony, jeńcem jest w naszém pojmaniu;
„I Jakób Duglas, pod sąd nasz i prawa,
„Sam swą osobę i sprawę oddawa.
„Wieść straty wodzów, co gmin ośmielali,
„Rozproszy sama zebranych górali;
„A nie pragniemy, ażeby lud niski,
„Za winy wodzów czuł zemsty pociski. —
„To jest nasz rozkaz — pośpieszaj, Brakonie!“ —
— „Będę pośpieszał — lecz niźli to błonie
„Przelecieć zdołam, boję się, ażeby
„Tam już do krwawéj nie przyszło potrzeby!“ —
Rzekł; — koń z pod kopyt darń w górę wyrzucił —
Król zamyślony na zamek powrócił.

XXXIII.

Nie w smak królowi szły tego wieczoru
Pieśni minstrelów i uczta u dworu;
Wcześnie pożegnał dworaków tłum cały,
I pieśni w zamku przed nocą ustały.
Ani weseléj nad miejskiemi mury
Osiadał ze mgłą mrok siny, ponury.
Mieszkańcy z igrzysk wracając tłumami,
Śpieszą do domów, lub stają przed drzwiami,
I wkoło siebie patrząc niespokojnie,
Szepcą pocichu o domowéj wojnie,
O wojskach, zbliska grożących nawzajem,
Klanu Alpina, i Mara z Morajem;
O strasznych skutkach, co z tego być mogą,
I o Duglasie, skaranym zbyt srogo,
Zamkniętym w wieży, gdzie za dawnych czasów,
Miecz króla niegdyś pił już krew Duglasów!… —
Tu mówca umilkł, i jakby się trwożył
Słów swoich, palec na ustach położył,
Wszedł prędko we drzwi, lub kroku przysporzył. —
O zmierzchu jeźdźców ujrzano na błoniach,
Pędzili w zamek na spienionych koniach;
I wnet pogłoski gruchnęły śród gminu,
O bitwie zaszłéj na brzegach Katrinu:
Trwała z południa do zachodu słońca,
Krwawa z obustron — niewiadomo końca.
Tak wieść niepewna głosiła po mieście,
Aż noc znużonych uśpiła nareście.

KONIEC PIEŚNI PIĄTÉJ.
PIEŚŃ SZÓSTA.

WARTA.
I.

Słońce wschodząc nad miastem, przez mgły dymu bure
Patrzy smutnie na szczyty kamiennych pałacy,
Budząc, nie z snu do życia wesołą naturę,
Lecz ludzi z ciężkich marzeń do trosk i do pracy;
Kończąc ucztę, gdzie wrzeszczą gracze i pijacy,
Płosząc zbójcę, zkąd w nocy czyhał na przechodnia;
Lub zaglądając w mędrca mieszkanie ponure,
Walczy z światłem, co blada rozrzuca pochodnia
Na bladą twarz i księgi, w których czytał do dnia.

Co za obrazy cierpień, choć różnie odmienne,
Ogląda wzrok ów słońca po mieszkaniach ludzi!
Tu konający łazarz, klnąc nocy bezsenne,
Klnie ostatni dzień życia, że go blaskiem trudzi;
Tam nędzarz mrący głodem z rozpaczą się budzi;

Tam bogacz, jeszcze nie wstał, już z nudów poziewa;
Uwiedziona dziewczyna drży na światło dzienne;
Ówdzie nad chorém dzieckiem matka łzy wylewa,
I tuląc je noc całą — tłumi żal, i śpiewa.

II.

W zamku Sztirlingu, po wałach i wieży,
Brzmią szczeki broni i kroki żołnierzy,
Gdy bęben głosząc dnia hasło poranne,
Znużonéj straży zapowiedział zmianę.
Przez kraty w oknach i strzelnic otwory,
Do kordygardy dzień wciskał się z góry,
Ćmiąc zżółkłe światła świéc i smolnych szczepów,
Co tkwiąc po szparach zakopconych sklepów,
Lub tu i ówdzie lepione po ścianach,
Błyszczą się w dymie, jak gwiazdy w tumanach,
Wpół ukazując, wpół kryjąc w pomroku,
Dzikie postaci, skupione w natłoku,
Brodate twarze i oczy zbłąkane,
Bezsenną nocą i trunkiem pijane.
W środku dębowy stół, winem oblany,
Pobite szklanki, wywrócone dzbany,
Świadczą na jakich noc przeszła zabawach.
Jedni już chrapią po ziemi i ławach,
Ci kończą jeszcze dopijać się winem;
Ci zziębli strażą, przed wielkim kominem
Grzeją się, ręce trzymając nad żarem
Węgli, tlejących w popielisku szarém;
A z każdym ruchem dokoła się szerzy,
Albo brzęk ostróg, albo chrzęst pancerzy.

III.

Nie są to kraju własnego obrońcy,
Z ziem lennych oręż za panem noszący[69];
Ani ich miłość lub ojcowska władza
Wodzów, pod jedną chorągiew zgromadza.
Zbiegi, przybylce z różnych świata krajów,
Różnych języków, krwi, i obyczajów,
Z wojen na wojny, z przygód na przygody,
Idą szukając śmierci, lub nagrody.
Tu Włoch, rodzinném ogorzały słońcem,
Tu Hiszpan, z okiem jak iskra błyszczącém:
Tu Szwajcar, tęskny do gór swych ojczystych,
Oddycha wolniéj w krainach górzystych;
Tu dumny Flamand, co pracy się lenił,
Pług lub rzemiosło na oręż zamienił;
Tu syn Sekwany, tu Renu mieszkaniec.
I Anglik, z własnéj ojczyzny wygnaniec,
Z nędzy u wrogów przyjął służbę twardą,
Za żołd płacony, i brany z pogardą.
A wszyscy mężni, wprawieni do znojów,
Gardzący życiem, tęskniący do bojów;
W obozach hardzi, niekarni, swarliwi,
W wojnach łupieżcy okrutni i chciwi;
Dziś, na cześć igrzysk i uczty u dworu,
Wolni od służby i starszych dozoru.

IV.

Mówią o bitwie wojsk króla z Alpinem,
Po nad Achrajem i po nad Katrinem;

Twierdzą i przeczą: a każdego słowa
Dłoń zaraz mieczem dowodzić gotowa.
Ani ich wrzawy na chwilę uciszy
Wzgląd na spokojność rannych towarzyszy,
Co z téjże bitwy, oblani krwią świeżą,
W rękach lekarzy po za ścianą leżą,
A jęk ich głośny, z modłami zmięszany,
Brzmi, jak wtór sprzeczny biesiady pijanéj. —
Wtém wstał Jan z Brentu, kapral wielce wzięty,
Najlepszy łucznik z ponadbrzeża Trenty,
Człek nieznający co strach i sumienie:
Niegdyś ochotnik na cudze jelenie,
W obozach pierwszy do nieposłuszeństwa,
Lecz niezrównanéj odwagi i męztwa,
Gdy szło o trudy i niebezpieczeństwa. —
Zły był, że w kości przegrywał noc całą,
I że dnia hasło grę dalszą przerwało.
Wstał więc i krzyknął: „Hej! szklanki nalewać!
„Chce mi się piosnkę wesołą zaśpiewać;
„A niech mi każdy wtóruje nie zcicha,
„Kto mój towarzysz broni i kielicha!“ —

V.
Pieśń.

„Nasz klecha nam prawi koszałki, opałki,
Że Paweł czy Gaweł zakazał gorzałki;
Że pełna baryłka lub gąsior pękaty,
Pęczniéją grzechami jak szatan brzuchaty: —

Ej! fraszki! czart z flaszki za nos nas nie złowi!
Wypijmy, użyjmy! a figa mędrkowi!“

„Nasz klecha nam grozi, że ścisnąć dziewczynę,
To znaczy leźć w piekło po samą czuprynę;
Że w oczach jéj siedząc djablęta z rogami,
Zdaleka na człeka rzucają iskrami: —
Obcesem, z tym biesem, jak tylko się złowi,
Tańcujmy, całujmy! a figa mędrkowi!

„Nasz klecha tak uczy, boć mądrą ma głowę,
By na te łakocie mieć oczy popowe;
Nas straszy od flaszy, sam djabła chrzci z beczki,
Sam dla się on pasie niewinne owieczki: —
Ej! drwijmy, użyjmy, dopókiśmy zdrowi!
Tańcujmy, całujmy! a figa mędrkowi!“ —

VI.

Głos straży zewnątrz przerwał pieśń i wrzawę.
Ku drzwiom się oczy zwróciły ciekawe;
Przemknął je żołnierz oparty na dzidzie:
„Cicho! panowie! Bertram z Gentu idzie:
„Ale mu werbel zabębnić nie wadzi,
„Bo nam dziewczynę i barda prowadzi!“ —
Wszedł Bertram, starzec poznaczony blizny,
Poważny Flamand, jeden ze starszyzny;
Z nim bard, i młoda góralska dziewica,
Pledem po oczy zakrywając lica,
Weszła, i nagle cofnęła się w kroku,
Chroniąc się zgrai spójrzeń i widoku. —

„Co słychać?“ wrzasli. — „Wiém, żeśmy się wczora
„Od pół dnia z wrogiem tłukli do wieczora,
„Z obu stron darmo strugi krwi przelano,
„Żadna się chlubić nie może wygraną.“ —
— „Po tobie nie znać, żeś darmo pracował;
„Jeńcy nie lada! — Dość jużeś wojował,
„Na starość lepsza gratka ci się zdarza:
„Jesteś sam Niemiec, masz teraz arfiarza,
„Dziewczyna widać nieszpetnie wygląda:
„Kup sobie jeszcze małpę i wielbłąda,
„Wsadź mu to wszystko na garb między juki,
„I jedź niemieckie pokazywać sztuki!“ —

VII.

— „Nie, towarzysze! ci nie są jeńcami;
„Po bitwie zaraz przyszli do nas sami.
„Mar ich wysłuchał, i wydał rozkazy
„By im nikt żadnéj nie czynił obrazy;
„I mnie polecił, bym koni nie szczędził,
„I co tchu starczy wraz z nimi tu pędził. —
„Dość więc tych żartów! bo nie dam nikomu
„Czynić im żadnéj ni krzywdy, ni sromu.“ —
— „Ho ho!“ — Jan z Brentu ozwał się śród gwaru,
Zawsze najpierwszy do bójki lub swaru:
„Patrz go, jak groźny! — Myślisz, że kto zniesie,
„Byś nam zwierzynę strzelał w naszym lesie,
„I jeszcze mruczał, broniąc nam udziału?…
„Nie tobie, bratku, uczyć nas morału!
„Sam ja część moje wziąć umiem dla siebie.
„Mimo twych Marów, Morajów, i ciebie.“ —

Z mieczem na drodze stanął Bertram z Gentu,
I Allan, drżący z obrazy i wstrętu,
Choć i niewprawny i słaby do broni,
Ujął za sztylet, i zżymał go w dłoni.
Gdy wtém Helena, co za nim się kryła,
Dała krok naprzód, i pled swój zrzuciła —
Tak zwykło nagle z mglistego chmur wianku,
Wychodzić słońce w majowym poranku. —
Dzikie żołdactwo zamilkło dokoła,
Jak na cudowne zjawienie Anioła;
Nawet Jan z Brentu stanął niewzruszony,
Wpół zachwycony, wpół upokorzony.

VIII.

„Żołnierze!“ rzekła — „w czasach niebezpiecznych,
„Ojciec mój niegdyś był wodzem walecznych;
„Wiódł ich do boju, do męztwa zagrzewał,
„Dzielił trud z nimi, i krew swą przelewał:
„Dziś jest wygnańcem — lecz czyż od żołnierzy
„Córce się jego krzywd lękać należy?“ —
Na to Jan z Brentu, w złém czy dobrém dziele
Zawsze najskorszy, by stanąć na czele:
„Przebacz!“ — zawołał — „zbłądziłem, jak widzę.
„Żal mi słów moich, sam siebie się wstydzę.
„Córkaś wygnańca — ach! wié, kto doświadczy,
„Jak na tym świecie gorzki chleb tułaczy! —
„Jam też wygnaniec i tułacz od młodu;
„Przyczynę tego wié knieja Nidwodu.

„I moja Rózia! — biedne moje dziecie!
„Jeżeli jeszcze żyje gdzie na świecie.
„Biedna sierota! — w twém być musi lecie…“ —
Żelazną ręką przetarł wzrok i czoło,
I dodał, groźnie spoglądając w koło:
„Hola! kamraci! ja po wodza idę,
„A tu na ziemi kładę moję dzidę;
„Kto mi się przez nią jednym krokiem ruszy,
„Ostrzem mu w piersiach domacam się duszy.
„Znacie mnie, wiecie, że na wiatr nie mówię.
„Wara od żartów! — słyszycie, panowie!“ —

IX.

Przyszedł wódz straży, udatny młodzieniec,
Tullibardinów rodu pokrewieniec;
Nie nosił jeszcze rycerskiéj ostrogi;
Wesołéj myśli i serca bez trwogi,
I choć grzeczności nie uchybiał w niczém,
Swobodny mową i śmiały obliczem.
Nie łatwo było znieść skromnéj dziewicy
Wzrok przenikliwy badawczéj źrenicy.
I uśmiech w ustach; — spłonęła rumieńcem. —
A jednak Ludwik zacnym był młodzieńcem;
Lecz twarz Heleny i postać jéj cała,
Tak źle się z miejscem i strojem zgadzała,
Że mimowolnie krzywdzące domysły,
Jak w myślach jego, i w oczach zabłysły.
„Witaj!“ rzekł, „piękna! w tych twierdzach północy!
„Jeśli przybywasz szukając pomocy,

„Z sędziwym bardem, na białym dzianecie,
„Jak niegdyś błędne królewny po świecie:
„Mów, czy rycerskiéj chcesz włóczni lub tarczy,
„Czy do twych usług i giermek wystarczy? —
Wzrok jéj zaiskrzył — lecz westchnęła cicho:
„Ach! nie mnie teraz unosić się pychą! —
— „Śród niebezpieczeństw i wojny po drodze,
„Sierota, błagać za ojcem przychodzę,
„O wstęp do króla i o posłuchanie.
„Dziwi cię, widzę, zbyt śmiałe żądanie;
„Lecz oto pierścień, co za mną przemówi;
„Sam go monarcha dał Fitz-Jakóbowi.“ —

X.

Ujrzawszy pierścień, Ludwik się zapłonił,
Zmienił oblicze i czoła nakłonił,
I rzekł: „Znam pierścień, i przebacz, o! pani!
„Jeśliśmy prości, w obozach schowani,
„Zmyleni kształtem twéj odzieży gminnéj,
„Chybić w czém mogli czci tobie powinnéj! —
„Skoro się pańskie otworzą podwoje,
„Niosę mu pierścień i żądanie twoje.
„Tymczasem, pani! w zamkowych pokojach
„Racz spocząć z drogi po trudach i znojach:
„Znajdziesz na rozkaz niewiasty służebne,
„Ranny posiłek, i stroje potrzebne;
„I jeśli względu spodziewać się mogę,
„Pozwolić raczysz, bym wskazał ci drogę.“ —
Lecz nim odeszła, z uśmiechem powabnym,
Kilka sztuk złota w woreczku jedwabnym,

Oddała, prosząc, aby jak należy
Rozdał je równo pomiędzy żołnierzy.
Przyjęli wszyscy z korném dziękczynieniem:
Ale Jan z Brentu, z nieśmiałém spojrzeniem,
Odepchnął złoto i rękę Ludwika:
„Przebacz! rzekł, dumie wolnego Anglika,
„I ach! zapomnij o żołnierza błędzie!
„Próżny ten worek niech działem mym będzie.
„Na czapce mojéj, mam kiedyś nadzieję,
„W tłumie on bitew tam nieraz powieje,
„Gdzie się niejeden hełm z piórem zachwieje!“ —
Helena z wdzięcznym uśmiechem i słowy,
Przyjęła dowód grzeczności marsowéj.

XI.

Skoro odeszła za śladem Ludwika,
Allan się z prośbą zwrócił do łucznika;
„Dzięki! rzekł, za twą opiekę waleczną!
„Pani już moja jest widzę bezpieczną.
„Mężny żołnierzu! pozwól mi téż żądać,
„Bym mógł dziś pana mojego oglądać!
„Jam jest bard jego: do grobu z powicia
„Przeznaczon dzielić losy jego życia.
„Dziesiąty z rodu, po ojcach bez sromu,
„Piastuję arfę w świetnym jego domu;
„A nie był żaden, coby się znieważył,
„Że dobra panów nad własne nie ważył. —
„Z życiem wraz wodza bard służbę zaczyna:
„Przy pieśniach jego usypia dziecina;

„On żądzę chwały zaszczepia w młodzieńca,
„Uczy dzieł przodków, i w ślad ich zachęca;
„W pokoju, w wojnie, nierozdzielny z mężem,
„Sławi go pieśnią, i wspiera orężem;
„I nie opuści, aż w szczeréj żałobie,
„Pieśń mu ostatnią zanóci na grobie.
„Dziś pan mój w więzach; przychodzę mu służyć.
„To prawo moje; — pozwól mi go użyć!“ —
— „Mało my wiemy, rzekł Brent, w naszym kraju,
„O naszych przodkach i ich obyczaju,
„Ani pojmujem, jak imię, czcze brzmienie,
„Trzyma w poddaństwie cale pokolenie.
„Lecz i mój zwierzchnik — błogosław mu Boże!
„Lord z Bodesertu, nie był złym; — i może,
„Gdybym to umiał czuć w młodszych mych czasach,
„I zamiast sarny płoszyć mu po lasach,
„Szedł raczéj z pługiem za wołem oraczem:
„Latbym mych nędznie nie styrał tułaczem! —
„Pójdź dobry starcze! nie prosisz daremno.
„Obaczysz wodza swojego: — pójdź ze mną!“ —

XII.

Rzekł, i ze ściany zdjął pęk zardzewiały
Kluczów, co u drzwi na haku wisiały;
Zatlił pochodnię, i sam idąc przodem,
Wiódł starca ciasnym i krętym przechodem.
Szli mimo okien z żelaznemi sęki,
Zkąd słychać w głębi jęk i kajdan brzęki;
Przez ciemne lochy i ponure sale,
Gdzie tu i ówdzie rzucone niedbale

Leżą i wiszą, rdzą krwawą okryte,
Katnie topory, i miecze zużyte,
I różne sprośnéj tortury narzędzia,
Na których wzmiankę blednie kat, i sędzia;
Dzieła rąk mistrzów, co przez wstyd sumienia
Sami im nadać nie śmieli imienia. —
Stanęli wreście u nisko sklepionych
Drzwi, na wrzeciądze i rygle zamknionych;
Brent w ręce barda pochodnię swą złożył,
Dobrał klucz, zgiął się, i zamek otworzył.
Weszli do środka: — było to więzienie,
Posępne ściany i mroczne sklepienie,
Nie loch jednakże: bo dzień do komnaty
Z okien u góry wciskał się przez kraty.
I na podłodze kobierzec rozpięty,
I starożytne obicia i sprzęty,
Świadczą, że w pośród tych murów obwodu,
Jest miejsce więźniów wysokiego rodu.
„Zostań tu śmiało! nikt cię nie pośledzi —
Rzekł Brent. — „aż lekarz znowu go odwiedzi.
„Sam król, jak słychać, przykazał surowie
„Jak najtroskliwiéj dbać o jego zdrowie.“ —
Spórzał ku łożu, potrząsł smutnie głową,
I wyszedł: — rygle skrzypnęły na nowo.
Zbudzon ich brzękiem ze snu, czy z dumania,
Chory pół ciałem podniósł się z posłania;
Zdziwiony Allan, w twarzy niewolnika
Poznał — nie pana swego, lecz Rodryka!
Bo przybyłego z gór pytać o panu,
Wzięto za barda Alpińskiego klanu.

XIII.

Jak wielki okręt, co burzą strzaskany
Walczyć już więcéj nie będzie z bałwany,
I na mieliźnie piaszczystych wybrzeży
Od swych żeglarzy opuszczony leży:
Na niskiém łożu, leżał Rodryk śmiały.
Pierś i ramiona konwulsyjnie drgały,
Jak boki nawy, gdy szumiąc dokoła
Fala nią wstrząsa, lecz zruszyć nie zdoła. —
Gdzież dziś jéj lotne bujanie po morzach!
Gdzie szybkość jego po polach i wzgórzach! —
Skoro go poznał — wzrok topiąc w Allanie:
„Cóż o twéj pani?“ — rzekł — „co o mym klanie? —
„O mojéj matce? — Duglasie? — mów śmiało!
„Czy i ich moje nieszczęście spotkało? —
„Ach, tak! przyjść tutaj nie mógłbyś inaczéj! —
„Lecz mów! mów! — podłéj nie bój się rozpaczy.“ —
(Bo Allan znając zapał jego gniewny,
Wahał się, milczéć czy mówić niepewny).
„Starcze! mów prędko! — chcę, żądam koniecznie. —
„Kto walczył mężnie? kto dotrwał statecznie?
„Kto pierzchnął? — mogli! bez wodza, bezemnie! —
„Mów! kto legł z chwałą? kto żyje nikczemnie?“ —
— „O! bądź spokojny!“ rzekł bard „bądź spokojny!
„Helena żyje daleko od wojny.“ —
— „Dzięki ci za to!“ — „Duglas w dobrym stanie,
„Matka twa zdrowa; — co zaś o twym klanie:
„Nigdy pieśń bardów, ni bitwy tak śmiałéj,
„Ani świetniejszéj nie głosiła chwały.

„Wiele gałęzi ubyło twéj sośnie,
„Lecz nie upadła, i wysoko rośnie!“ —

XIV.

Z dumnym uśmiechem wódz podniósł swą głowę,
Ogniem błysnęły oczy gorączkowe,
Choć sina bladość i twarz wycieńczona,
Bliskiéj już śmierci nosiły znamiona.
„Starcze! pamiętam, śpiewałeś mi nieraz,
„Tam… na téj wyspie zielonéj… gdzie teraz…
„Gdzie nigdy więcéj bardów moich pienia
„Nie będzie słuchał wódz z mego plemienia! —
„Pomnisz tę nótę — hymn chwały Alpinów[70],
„Pieśń o pogromie Dermidowych synów?
„Graj ją! a razem wojennym jéj tonem
„Nóć mi bój klanu mojego z Saxonem!
„Będę cię słuchał, aż słuch mój usłyszy
„Miły szczęk mieczów, głos mych towarzyszy;
„Aż przed mém okiem te kraty, te mury,
„W wolne, rodzinne zamienią się góry,
„A duch mój wtedy, swobodny i śmiały,
„Uleci w górę, jakby z pola chwały!“ —
Nie mógł się oprzeć Minstrel rozrzewniony.
Długo wprzód, długo trącał zcicha stróny;
Ale wnet pamięć widoku, na który
Sam okiem wieszcza spoglądał był z góry,
I to, co słyszał w Saxonów obozie,
O bitwie, w ciasnym zakrytéj wąwozie:
Zatliły duszę natchnieniem płomienném,
I myśl uniosły nad polem wojenném.

Tak łódź na rzekę puszczona od brzegu,
Odpływa zwolna, i chwieje się w biegu,
Lecz niech ją porwie prąd wody — wnet śmiała,
Przestaje chwiać się, i leci jak strzała.

XV.
Pieśń Barda.
BITWA[71].

„Raz ostatni przed rozstaniem,
Na Benwenu szczyt ponury
Wstąpił Minstrel, i dumaniem
Kraj rodzinny żegnał z góry.
Gdzież on znajdzie w cudzym kraju,
Takie wody jak Achraju!
Takie góry nad wodami,
Takie niebo nad górami!…

„Żadnym listkiem wiatr nie wiewa,
Żadnéj fali nie muśnie;
Ptaszek w lesie nie zaśpiewa,
Rybka w wodzie nie pluśnie;
Sęp pod skrzydło głowę chowa,
Jeleń w gęstwę ucieka:
Taka straszna, krwisto-płowa,
Chmura dżdżysta, piorunowa,
Od Benledi nawleka. —
 

„Słyszę, słyszę! huczy w górach,
Jak wezbranych szum potoków:
Czy to echo gromu w chmurach,
Czy od zbrojnych ziemia kroków? —
Widzę, widzę! mgłę przeświéca.
Wężem błysło po tle fali:
Czy krzyżowa błyskawica,
Czy słoneczny blask od stali? —
Patrz, patrz! wioną z głębi jaru
Herb Moraja, sztandar Maru!
I za niemi, wzdłuż po brzegu,
Stąpa szereg po szeregu. —
Rycerz chciwy igrzysk zbrojnych,
Bard wojennym tchnąć zapałem,
Dałby dziesięć lat spokojnych,
Za ten widok, co ja miałem!

XVI.

„Zbrojna w łuki strzelców rota,
Straż i czata, przodem bieży;
Środkiem sunie krok piechota,
Las to włóczni, mur puklerzy!
Z pod piór hełmów stal migota,
Gdzie straż tylną jazda dzierży:
A na czele Mar z Morajem
Jadą obok nad Achrajem.

„Cicho, głucho między niemi.
Ni zabębnią, ni zagrają:
Z chrzęstu zbroi, z huku ziemi,
Słyszysz tylko że stąpają.

Nie ma wiatru zachwiać piórem,
Rozdąć sztandar, co w dół płynie;
Ledwo chyba nad jeziorem
Liść gdzie zadrży na osinie. —
Pusto! — nigdzie żywéj duszy!…
Próżne szpiegi, czaty marne!
Nic się nie mknie, nic nie ruszy,
Prócz gdzie w krzakach spłoszą sarnę.
I szeregi, jako wały,
Co skał jeszcze nie spotkały,
Idą równe, groźne, czarne.

„Już minęli brzeg Achraju,
Na równinę wyszli z gaju,
Przed Trosachu ciasne wrota.
Znać się boją zdrad górali —
Obaj wodze rozkaz dali,
Staje jazda i piechota.
Mar z Morajem szlą łuczniki,
By przejrzeli wąwóz dziki.

XVII.

„Nagle powstał wrzask tak srogi,
Gniewu, zemsty, groźby, trwogi,
Jakby całe piekło wrzasło
Na powszechnéj wojny hasło.
I w przestrachu, wstecz z Trosachu,
Jak dym wiatrem popędzony,
Tłum łuczników, już bez szyków,
Wypadł, pierzcha w różne strony:

„W pomoc! w pomoc!“ — ciżba, wrzawa,
Jęki, szczęki, bitwa krwawa.
Tuż, tuż wali, tłum górali —
Chmura pledów, błyski stali:
„Śmierć Saxonom! sromota!“
Biegną, walczą, pomieszani
Ścigający i ścigani,
Gdzie kto może, śmierć miota. —
Téj ucieczce, téj pogoni,
Czyż się oprze, czy obroni
Jak mur wryta piechota? —
— „Wróg czy swoi, w tył!“ — Mar woła.
„Włócznie na sztych, w dół!“ —
Jak przed wichrem puszcza goła,
Jak na polu kłosów czoła,
Las się włóczni zgiął.
Chrzęszczą zbroje, szyk się zwęża,
Tarcz do tarczy, mąż do męża,
Jak z żelaza mur.
„Na tych włóczniach“ — dumnie krzyczą,
„Dzicz góralów buntowniczą
„Wtłoczym do ich gór!“

XVIII.

„Rot łuczników błahe szczęty
Prąc przed sobą — jako wzdęty
Wał po przedzie miece piany —
Pędzi Alpin niewstrzymany.
Za nim, nad nim, jakby chmura,
Wzdęte pledy, czarne pióra,

Mieczów, tarczy blask;
I jak w burzy morskie wały,
Wpadł na wroga, jak na skały —
Ciżba, łoskot, wrzask! —
Jęczą drzewca, jako w boru
Suche sosny od toporu;
Huczą zbroje, jakby razem
W sto kowadeł grzmiał żelazem;
Alpin wygra bój! —
Lecz ach! widzę chmurę pyłu —
Moraj jazdę ruszył z tyłu:
„Naprzód sztandar mój!
„Naprzód! woła, naprzód śmiało!“ —
Zabrzęczało, zatętniało,
Jeźdźcy lecą w skok;
Z dwóch stron razem, za rozkazem,
Z kopijami i żelazem,
Wpadli w pieszych tłok.
Jak jelenie wprost przez krzaki,
Wczwał tratują ich rumaki:
Widać tylko pył;
Miecz tnie z góry, spisa kole —
Próżno, próżno stawić pole!
Alpin pierzcha w tył.
Ale jeszcze, jeszcze w szyku —
„Gdzieżeś, gdzieżeś, o! Rodryku!“
Krzyczą dzieci twe:
„Twój głos chyba, twoje ramię,
„Wstrzyma popłoch, wroga złamie; —
„Gdzież jest Rodryk, gdzie?“ —

Do Trosachu tłum się wali:
Włócznie, pióra, błyski stali,
Widać z pyłu chmur;
Jeźdni, piesi, pomieszani,
Ścigający i ścigani,
Prą się w paszczę gór.
Jak w Braklinu otchłań mglistą,
Niezgłębioną, przepaścistą,
Wściekłéj wody szum:
Jak w podziemny wir bałwany:
W wąwóz ciasny, niedojrzany,
Zapadł wrzask i tłum.
A na polu, jak po burzy,
Widać tylko mgłę rozwianą;
Nikt nie został — prócz tych, którzy
Już na wieki nie powstaną.

XIX.

„Coraz daléj echem grozy,
Coraz ciszéj brzmią wąwozy; —
Nuże! bardzie, przyśpiesz kroków!
Pójdź oglądać grę wyroków,
Odzie się Trosach drugą stroną
W wód Katrinu patrzy łono,
I na wyspę ich zieloną! —

„Szczyt Benwenu’m wstecz przebieżał,
U stóp moich Katrin leżał.
 

„Słońce zgasło, chmury wstały —
Pełzną, dymią, po skał wierzchu;
Pod ich cieniem brzeg i wały
Leżą sine, jak o zmierzchu.
Wiatr to nagle świśnie w borze,
To zakręci po jeziorze,
To znów cisza; i jak wprzódy,
Milczą chmury, brzeg i wody. —

„Ja nie baczę chmur ni burzy,
Sroższą burzę Trosach wróży.
Słyszę tylko huk ponury,
Jakby z posad wstrząsał góry.
Nad wąwozu ciasną szyją,
Huczą wrzaski, jęki wyją,
I zmieszane grzmią ku niebu,
Jak dzwon trwogi i pogrzebu.

„Coraz bliżéj, coraz bliżéj,
Grzmi szczęk mieczów, trzask paiży —
Cóż to? nagle ustały! —
Słyszę tylko okrzyk mściwy:
Trzeszczą łuki, brzmią cięciwy —
Zaświstało — to strzały!
Czekam, patrzę — wtém z parowu
Wybiegają, pędzą znowu:
Lecz nie razem w natłoku.
Bo górale w pledach, w piórach,
Po urwistych pną się górach,
Szyk ściskają w obłoku;

A u dołu, nad jeziorem,
Saxon gęstym włóczni borem
Zaćmił brzegi potoku.

„Obie strony, z gniewną pychą
Grożąc wzajem, stoją cicho,
Jedna drugiéj znać strzegą. —
Każdy sztandar rozpostarty,
Jak śród burzy żagiel zdarty;
Nieład w szykach, lóźne konie,
Ścięte włócznie, krwawe bronie,
Świadczą dzieło dnia tego.

XX.

„Ruch w Saxonach: — krąg gromadzą,
Wodze w środku — znać że radzą;
Po jeziorze wzrok prowadzą.
Moraj wyszedł, wznosi włócznię,
Wskazał wyspę, i niezwłócznie
Gniewem zdjęty mówić pocznie:
„Patrzcie! wyspy nikt nie broni:
„Tam się plemię zbójców chroni,
„Tam swe skarby mają oni!
„Kiesę złota daję temu,
„Pławaczowi odważnemu,
„Co przebrnąwszy wpław przez wodę,
„Z czółnem wróci po nagrodę.
„Tém uskromim bunt téj dziczy:
„Wilk nam u stóp zaskowyczy,
„Po swych dzieciach, po zdobyczy!“ —

Młody łucznik wskok wybiega,
Zrzucił odzież, i wprost z brzega
W wodę nurka dał.

Gall i Saxon zamiar baczy:
Głos tryumfu, krzyk rozpaczy,
Wzniósł się z głębi skał.

Płacz niewieści i jęk w dali,
Poklask zbrojnych rąk po fali,
Na powietrzu wrzask górali,
Jedném echem brzmiał.

Jakby hasła czekał w chmurze,
Piorun błysnął, zagrzmiał w górze,
Wiatr zaświstał: — Katrin cały
Wre i kipi, jak śnieg biały.

Dla pławacza szczęściem fala,
Wziąć go na cel nie dozwala;
Bo wraz z deszczem Gallów strzały,
Jak deszcz gęsto, wkrąg padały.

Próżno, próżno! on uchodzi!
Wprost ku wyspie, wbrew powodzi,
Już dopłynął — sięga łodzi.

Wtém błysnęło; — błyskawica
Cały wyspy brzeg oświéca.
I ujrzałem — w porcie stała
Dunkragana wdowa śmiała,
W prawéj ręce stal błyszczała.

Pociemniało; — wtém zdaleka
Usłyszałem jęk człowieka.

Błysło znowu: — trup Saxona
Pływa z falą, a Matrona
Stoi nad nim, krwią zbroczona.

XXI.

„Zemsta! zemsta!“ Saxon wrzasnął,
Gall z tryumfem w ręce klasnął.
I z obu stron krzyk „do broni!“
I z obu stron miecz już w dłoni.
Zemsty chciwe, na krew skore —
Nie im burza! — w dół i w górę
Biegną, lecą… — Wtém ujrzałem,
Jeździec zdała pędzi czwałem;
W mgle od konia, jakby w chmurze,
Biały sztandar trzyma w górze;
Dwóch trębaczów posłał wprzódy,
Trąbią rozejm, hasło zgody;
Goniec w króla imieniu:
Każe wstrzymać bój śmiertelny.
Bo już Duglas, Rodryk dzielny,
Są u króla w więzieniu.“ —

Tu zmilkły nagłe i śpiew, i strón dźwięki,
I arfa z barda wymknęła się ręki. —
Często on patrzał, w ciągu swéj powieści,
Na twarz Rodryka, jak znosił jéj treści.
Z razu wódz, słysząc wojska pochód zbrojny,
Wzniósł dłoń, i zlekka znaczył takt spokojny.

Ruch ten wnet ustał; — lecz gwałtowne czucie,
Przy każdéj w twarzy zmieniało się nócie.
W końcu znać było, że w uchu stępioném
Pieśń niewyraźnym brzmi już tylko tonem.
Wtém twarz zadrgała — ścisnęły się palce,
Jakby w rozpacznéj z boleściami walce;
Ścięły się usta; obumarłe oko
W słup nieruchome stanęło wysoko;
I w téj postaci, bez mąk, bez jęczenia,
Rodryk ostatnie wyzionął westchnienia! —
Z drżeniem Allana cześć przejęła głucha,
Jakby czuł przejście potężnego ducha;
Ale wnet, patrząc na śmiertelne zwłoki,
Tak w smutnéj pieśni wydał żal głęboki.

XXII.
Pieśń.

„Takżeś skończył, zgasł poranu,
Słońce chwały Bredalbanu!
Gromie wrogów, tarczo klanu!
W więzach u nieprzyjaciela? —
Lecz tyś kochał pieśń minstrela,
Tyś przytulił ród Bottwela —
Cześć twa w pieśni żyć zaczyna:
Bard, ojczyzna, i rodzina
Nie zapomną dzieł Alpina.

„Co za boleść w rodzie Gallów,
Co rozpaczy, łez i żalów,

Co za wściekłość twych wassalów,
Zabrzmią w górach twego rodu! —
Legł bohater wpół zawodu,
Dzień nie dotrwał do zachodu! —
Gdzież dom taki, gdzie rodzina,
Coby nie dał ojca, syna,
By mógł ożyć wódz Alpina?

„Smutny, smutny kres twéj doli!
Szpak choć w klatce, życie woli,
Lecz dla orła — śmierć w niewoli. —
Duchu wielki! usłysz z góry
Pieśń, dziś głuchą między mury,
Pieśń samotną — lecz przy któréj,
Ta, coś kochał, mąk przyczyna,
Łzy lać będzie twa jedyna,
Słysząc cześć i śmierć Alpina!“

XXIII.

Tymczasem w trwodze o najdroższe głowy,
Helena w izbie czekała zamkowéj,
Gdzie blask słoneczny, tęczą barw zmieszanych,
Wpadał przez szyby okien malowanych.
Lecz próżno igrał z pozłocistym szczytem,
Z drogim marmurem i ścian axamitem:
Próżno naczyniem złotém nie leniwa
Służba, stół przed nią do uczty nakrywa:
Przepych komnaty, bogactwo zastawy,
Ściągnęły ledwo jeden wzrok ciekawy;

A i ten tylko w duszy zasmuconéj
Obudził pamięć téj wyspy zielonéj.
Tych dni szczęśliwych, gdy nieraz w poranku,
W myśliwskiéj sali, lub na wonnym ganku,
Luby jéj ojciec, do skromnego stołu
Z gościem Malkolmem zasiadał pospołu;
Gdy wierna Lufra, z niepokojem w oku,
Strzegła zawistnie miejsca przy jéj boku,
A Duglas w męzkich smakując rozmowach,
Wiódł rzecz z Malkolmem o wojnach i łowach:
Choć nieraz w ciągu odpowiedź wspak dana,
Zdradzała inny cel myśli młodziana.
Ci, co tych prostych rozkoszy doznali,
Czują ich wartość, gdy je czas oddali! —
Wtém patrz! podniosła w dół zwieszone skronie.
Wzrok gore ogniem, twarz rumieńcem płonie;
Wstrzymała oddech, nastawuje ucha.
Ku oknu zwolna zbliża się, i słucha! —
Czyjeż-to głosy, czyjéj pieśni echo,
Tak ją snąć nagłą natchnęły pociechą? —
Z małéj wieżyczki, z jéj okien widoméj,
Z za krat u okna, nócił głos znajomy.

XXIV.
Pieśń uwięzionego myśliwca.

„Smutny mój sokół skrzydłami bije,
Chart mój zamknięty skomli i wyje,
Koń się mój zżyma i rży przy żłobie,
I pan ich w więzach tęskni sam w sobie.

Kiedyż znów, kiedy, w dzikich dąbrowach
Będziem jelenie ścigać na łowach,
Na rączym koniu, z sercem wesołém,
Z swobodną myślą, z psem i sokołem!

„O! jak tu smutno liczyć czas życia
Na pogrzebowe zegarów bicia,
Albo go mierzyć, patrząc na mury,
Jak kirem po nich cień pełza bury! —
W polu skowronek głosił mi zorzę,
Hasło wieczoru gil świstał w borze: —
O! piękne lasy! o! czyste pola!
Tu choć król mieszka — dla mnie niewola!

„Kiedyż znów, kiedy, ujrzę blask świtu
Z oczu Heleny, z niebios błękitu?
Kiedyż znów, kiedy, wracając z boru,
Odetchnę wolno wonią wieczoru,
I witający, i powitany,
U nóg Jéj złożę łup pozyskany,
I znów jak niegdyś, wzrok Jéj dobroci —
Kiedyż, ach! kiedy, szczęście mi wróci?“ —

XXV.

Ledwo śpiew przebrzmiał ostatniemi słowy.
Słuchaczka jeszcze nie podniosła głowy,
Nie oschły jeszcze łzy lśniące w jéj oku.
Gdy usłyszała szmer bliskiego kroku —
Jakób Fitz-Jakób stanął przy jéj boku.

„O! witaj!“ — rzekła, śpiesząc się z rozmową,
Nimby głos więźnia ozwał się na nowo:
„Czémże ci zdołam, w méj doli sierocéj,
„Zawdzięczyć łaskę tak bratniéj pomocy?“ —
— „O! nie mów tego! — tyś mi nic nie winna.
„Los twój niestety! ma w mocy dłoń inna.
„Ja ci do króla wskazać tylko drogę,
„I do próśb twoich przyczynić się mogę.
„Nie jest on tyran — choć może gniew skory
„Nieraz krzywdzące rzucił nań pozory. —
„Śpieszmy, Heleno! — to właśnie godzina,
„Gdy król swych dworzan przyjmować zaczyna.“ —
Drżąca z bojaźni, na poły w omdleniu,
Jakby na brata wsparła się ramieniu.
On dodał męztwa, on otarł łez ślady,
I wiódł przez ganki i mroczne arkady,
Aż na znak jego, złociste podwoje
Królewskie przed nim otwarły pokoje.

XXVI.

Wszystko tam wewnątrz jasne, okazałe,
Bogate stroje, postacie wspaniałe!
Cały ten obraz lśniącego natłoku,
Razem w Heleny wydawał się oku,
Jak zwał obłoków nad zachodniém słońcem,
Połyskujących barw jego tysiącem,
W których złudzony wzrok łatwo dostrzeże
Strojne niewiasty i zbrojne rycerze. —
Drżąc, nieodstępna od Jakóba boku,
Nieśmiało naprzód pomykała kroku,

I wznosząc zwolna zapłonione czoło,
Lękliwym wzrokiem rzuciła wokoło,
Szukając Tego pomiędzy natłokiem,
Czyja chęć prawem, a słowo wyrokiem! —
Widziała wielu, z postaci, z pozoru,
Godnych być panem królewskiego dworu;
Widziała wielu strój i przepych drogi… —
I wtém struchlała z podziwu i z trwogi:
Bo wszyscy stali z nagiemi głowami,
Jeden Fitz-Jakób miał czapkę z piórami!
Na niego wszystkich oczy obrócone,
Ku niemu wszystkich czoła nakłonione;
Śród blasku złota i drogich kamieni,
On sam stał w prostéj myśliwskiéj zieleni,
Stał w środku, dworzan otoczon półkolem —
Jakób Fitz-Jakób był Szkocyi królem[72]!

XXVII.

Jak wianek śniegu, gdy słońce zabłyśnie,
Zsuwa się z skały, na któréj zawiśnie,
Biedna Helena, struchlała i zbladła,
U stóp monarchy na kolana padła.
Nie mogła mówić — głos zamarł w jéj łonie.
Podniosła pierścień, uderzyła w dłonie… —
O! ani chwili monarcha łaskawy
Nie zniósł jéj trwogi i kornéj postawy!
Podniósł uprzejmie — i zmarszczeniem czoła
Powściągnął uśmiech obecnego koła,
I na jéj głowę kładąc obie dłonie,
Z powagą ojca ucałował skronie,

I rzekł: „Tak, piękna! gość twój z obcém mianem,
„Jest królem twoim i Szkocyi panem.
„Do niego zanoś twe prośby i chęci,
„Król chce odkupić pierścień swéj pieczęci.
„Nie proś za ojcem; — od wczorajszéj chwili,
„On i król jego wiele przebaczyli:
„On poniósł krzywdę z potwarców przyczyny,
„Jam krzywd doświadczył od jego rodziny.
„Wzgardziłem tłumu niesfornemi wrzaski,
„Gdy się śmiał gwałtem domagać dlań łaski;
„Lecz sam, z pomocą rady mojéj wiernéj,
„Z walecznym De-Vaux i lordem z Glenkerny,
„Spokojnie całéj wysłuchawszy sprawy,
„Znieśliśmy wyrok śmierci i niesławy;
„I znów w osobie Duglasa-Bottwela,
„Tron ma podporę, a król przyjaciela. —
„Co? jeszcześ smutna? łzy twe widzę znowu? —
„Śmiesz-li nie wierzyć królewskiemu słowu? —
„Lordzie Duglasie! wystąp, i za karę,
„Świadectwem swojém zawstydź jéj niewiarę!“ —

XXVII.

Ukryty Duglas wystąpił z śród grona,
I córka w jego upadła ramiona.
Król patrząc na nich rozrzewnioném okiem.
Poił się władzy najsłodszym urokiem,
Gdy może głosem pociechy Anioła
Rzec smutnéj cnocie: „wstań, i bądź wesoła!“ —
Lecz nie zniósł długo, by obce źrenice
Śledziły świętych uczuć tajemnice:

„Dość, rzekł, Duglasie! czas twe szczęście skrócić!
„Bierzesz mi serce, com ja chciał nawrócić.
„Do mnie należy wyjaśnić rzecz całą,
„Jak nam tę Niebo pociechę zesłało. —
„Tak, wiedz Heleno! gdy przebrany chodzę
„Po życia niższéj, lecz szczęśliwszéj drodze,
„Przybieram zwykle znajome ci miano:
„Snowdunem Sztirling w dawnych czasach zwano,
„A dotąd jeszcze w Normandzkiéj mnie mowie
„Anglik Jakóbem Fitz-Jakóbem zowie.
„Tym ja sposobem, kosztem mego trudu,
„Czuwam nad prawem i słucham skarg ludu.“ —
Potém z uśmiechem szepnął jéj do ucha:
„Ty wiész, zdrajczyni! jak płocha otucha,
„Jak możne czary i cel sercu miły
„W góry mię wasze raz drugi zwabiły;
„Ale pamiętaj! że co bądź król winien,
„Nikt nigdy o tém wiedzieć nie powinien.“ —
I znowu głośno rzekł: „Nie myśl o dziękach!
„Talizman łaski masz dotąd w swych rękach.
„Mów, żadna wielka nie zda mi się cena. —
„Czego od króla chce piękna Helena?“ —

XXX.

Zgadła dziewica, że król z nią żartował,
I że jéj serca słabości próbował;
Lecz wraz z tą myślą, nie postrzegła sama,
Jak przyszła pewność o losy Grahama.

A sądząc raczéj, że król gniewem płonie
Przeciwko temu, co buntowne dłonie
Wzniósł przeciw prawu, w jéj ojca obronie:
Prosiła, idąc za głosem natchnienia.
Życia Rodryka i win przebaczenia.
— „Próżna twa prośba! sam chyba Król-króli
„Konającego z rąk śmierci wyzwoli.
„Znam jego serce, znam moc jego dłoni,
„Doznałem jego gościny i broni:
„Najlepsze hrabstwo państw moichbym łożył,
„By bohaterski wódz Alpinów ożył! —
„Lecz niktże inny, wart twojéj przyjaźni,
„O los swój w tobie nie wzbudza bojaźni?“ —
Nie śmiąc wznieść oczu, spłoniła się cała.
I ojcu pierścień królewski oddała,
Jakby żądając, aby on wymienił
Tajemny powód, co twarz jéj rumienił. —
„Tak? — więc mój zakład moc swoję utraca,
„I sprawiedliwość do praw swoich wraca!
„Malkolmie! wystąp!“ — i wnet u stóp pana,
Posłuszny Graham uchylił kolana.
„Nikt się za tobą przyczynić nie raczył,
„Sądź sam, czyś godzien, bym ja ci przebaczył?
„Ty, coś przez nasze wychowan staranie,
„Czarną nam zdradą wypłacił się za nie,
„I w pośród wiernych Grahamu mieszkańców,
„Śmiał szukać miejsca dla rodu wygnańców?…
„Nie! — słusznéj zemsty dosięgnie cię ramię! —
„Więzów i stróża trzeba ci, Grahamie“ —

Rzekł, i z swéj szyi, kunsztownéj roboty
Na pierś Malkolma rzucił łańcuch złoty,
Zacisnął klamrę, i przy ogniw brzęku,
Z uśmiechem pełnym dobroci i wdzięku,
Podał Helenie, i złożył w jéj ręku.



Arfo północna, żegnaj! — mrok osiadł w dolinach,
I purpurowe szczyty gór ciemność odziewa;
Gwiazdy w chmurach, świetliki błyszczą po gęstwinach,
Zwierz ukrył się w łożysku, i ptastwo nie śpiewa.
Zawieszam cię, zkąd wziąłem, na gałęzi drzewa:
Brzmij znów, jak brzmiałaś, z wiatrem nad cichym strumieniem!
Niech się z hymnem natury słodki głos twój zlewa:
Z dalekim szumem lasów i wód, i z kwileniem
Nocnéj fletni pasterza, i pszczoły brzęczeniem.

Żegnaj raz jeszcze, arfo wieszczów i minstreli!
Raz jeszcze przebacz słabe ręki méj władanie!
Nie trwoży mię sąd świata; ni zdziwi, jeżeli
Lekka pieśń w lekkiéj wadze u sędziów zostanie.
Dość miałem, gdym w rozpacznym duszy mojéj stanie,
Ból niewyjawny światu słodził twemi dźwięki;
Gdy po bezsennych nocach natrętne świtanie
Przymus tylko i nowe zwiastowało męki!…
Żem to zniósł, czarodziejko! jednéj tobie dzięki!

Lecz słyszysz! — ledwom odszedł, w ciszy uroczystéj
Jakiż duch niewidomy budzi strón twych brzmienie?
To raz jakby w nie skrzydłem bił Seraf ognisty,
To jakby na nie wiało płoche Sylfa tchnienie!… —
Dźwięk rozchodzi się, płynie — echo i milczenie
Chwytają naprzemiany błędne tony wieszcze.
Ucichły — i już tylko jak przedtém, strumienie
Szumią z gór, i po drzewach cichy wiatr szeleszcze. —
Arfo czarownych pieśni! żegnaj mi raz jeszcze!

KONIEC.


PIEŚŃ
OSTATNIEGO MINSTRELA.
POEMA
WALTERA SKOTTA.
W SZEŚCIU PIEŚNIACH.
WSTĘP.

Wiatr był północny, droga daleka,
Minstrel był stary, słaby kaleka;
Poważne lice, włos jego biały,
Widać, że lepsze dni kiedyś znały;
Arfę, jedyną jego osłodę,
Dźwigało za nim pachole młode.
Był to ostatni z szkockich Minstreli,
Co ze czcią niegdyś w kraju słynęli,
I głosząc dzieła praojców sławnych,
Uczyli młodych, iść w ślady dawnych.
Lecz się, niestety, wszystko zmieniło!
Współbracia jego śpią pod mogiłą;
On, biedny tułacz w ojczystéj ziemi,
Chciałby już tylko odpocząć z niemi.
Bo cóż po życiu, gdy wszystkie jego
Młode uroki serce odbiegą?
Nie jemu teraz, na rączym koniu,
Jak ptak swobodnie hasać po błoniu!

Nie jemu teraz, ach! już nie jemu,
Pożądanemu, szanowanemu,
W zamkach, na ucztach, śród grona gości,
Śpiewać cześć męztwa, urok miłości,
I w sercach mężów budząc wzruszenie,
Z oczu piękności czerpać natchnienie!
W Szkocji teraz wszystko inaczéj:
Ani tych biesiad, ni tych słuchaczy!
Z starymi ludźmi, zniknęły wszędy
Stare zwyczaje, stare obrzędy;
Przychodzień, z ciężkiém berłem w prawicy,
Na Sztuartowéj zasiadł stolicy;
Mroczny fanatyzm, grożąc pochodnią,
Pieśń i wesołość mieni być zbrodnią.
Wzgardzony śpiewak, płonąc od sromu,
Musi iść żebrać z domu do domu,
I dla motłochu arfę swą stroić,
Którejby dźwiękiem król się mógł poić.
Szedł, gdzie z śród cienia dębu i świerku
Wznoszą się błyszcząc wieże Newerku.
Bard zwrócił ku nim posępne oko,
Wspomniał swą przeszłość, westchnął głęboko;
Spójrzał dokoła — lecz nigdzie innéj
Nie było niższéj strzechy gościnnéj.
Drżącym więc krokiem, przez most zwodowy,
Szedł ku podwojom bramy zamkowéj,
Któréj żelazne rygle i brony
Odbiły nieraz szturm rozpędzony,
Lecz w któréj zawsze stojąc na straży,
Duch gościnności witał nędzarzy.

Księżna przez okno starca ujrzała[73];
Włos jego biały, postać nieśmiała,
Wzbudziły litość; — rzekła paziowi,
By go z czcią spotkać wyszli domowi.
Bo choć tak można, z krwią królów bliska,
Znała i ona losu igrzyska,
Gdy kochająca, w lat swych zaraniu,
Z dziką rozpaczą, przy rusztowaniu
Lubego męża, próżno na wroga
Wzywała pomsty ludzi i Boga.

Gdy zmordowane wędrowca siły
Skromnym posiłkiem nieco ożyły,
A widok chętnéj, dworskiéj względności,
Wzbudził w nim pamięć lepszéj przeszłości:
Z dawno doznaném czuciem wesela,
Zapłonął w duszy ogień minstrela.
Zaczął więc prawić o przodkach księżny,
Co był za rycerz dziad jéj potężny[74],
Jak gromił wrogów, jak w kraju słynął;
Jak, świeć mu Panie! ojciec jéj zginął.
Dodał, że jeszcze z dawniejszych dziejów
Wié różne czyny wielkich Buklejów;
I gdyby księżna, przez wzgląd na treści,
Chciała posłuchać starca powieści,

Choć dłoń mu skrzepła, choć głos oniemiał,
On — i dla czegóż wyznaćby nie miał? —
On czuje w sobie dość jeszcze ducha,
By śpiew zanócić godny jéj ucha.
Chętnie spełniono skromne żądania,
Paź go do księżny zawiódł mieszkania.
Lecz skoro wstąpił w gmach jéj wspaniały,
Gdzie z nią jéj dworskie damy siedziały,
Możeby raczéj wolał odmowę;
Tak uczuł w sobie wzruszenie nowe,
Tak mu się nagłe w myślach zmąciło
Wszystko co teraz, co dawniéj było;
Że gdy sam w sobie upokorzony,
Chciał dobyć z arfy dawne jéj tony,
Uczuł, że palce moc swą straciły,
Którą nadaje wiara w swe siły.
Księżna odgadła co się w nim działo.
A więc nie rażąc zbytnią pochwałą,
W słowach jednakże miłych dla ucha,
Dodała serca, zagrzała ducha,
Aż stróny, w które trącał powoli,
Zabrzmiały wszystkie w ton jego woli.
Wtedy rad z siebie ozwał się śmieléj,
Że pomni powieść dawnych minstreli,
Któréj już w życiu swém poniżoném
Nie miał nadziei śpiewać przed zgonem.
Bo nie dla gminu pieśń ta złożona,
Lecz dla dam wielkich, dla panów grona;
Sam ją przed królem śpiewał za młodu,
Na jednéj z świetnych uczt Holyrodu;

Pieśń tę powtórzyć chciałby w téj dobie,
Nótę jéj tylko przypomni sobie.
I zwolna ręką wodząc po strónach,
Coraz to w innych przebiera tonach;
I w czole widać walkę z pamięcią,
Którém raz po raz wstrząsał z niechęcią.
Aż gdy raz wzbudził znajome brzmienia,
Twarz zajaśniała blaskiem natchnienia,
Duch w oku starca zaiskrzył młody,
Dziwny rumieniec oblał jagody,
I harmonijny, choć w miarach zmienny,
Rozległ się odgłos pieśni wojennnéj. —
Miejsce, słuchacze, dola żebraka,
Wszystko zniknęło z myśli śpiewaka;
Zimna nieufność w sercu zbolałém.
Nagle przed wieszczym pierzchła zapałem;
I tak, gdy wszyscy wkrąg oniemieli,
Nócił ostatni z szkockich Minstreli.


PIEŚŃ PIERWSZA.

I.

Umilkł w Branksom gwar biesiady[75],
Do tajemnych komnat gmachu
Samotna odeszła Lady.
Do komnat, których drzwi potężne czary
Tajemniczemi zamknęły słowami: —
Słów tych nikt wspomnieć bez strachu,
Powtórzyć nie śmie bez kary: —
Jezus Marya zmiłuj się nad nami!
Nikt oprócz Lady, za żaden skarb ziemny
Nie śmiałby wstąpić w ten gmach jéj tajemny,

II.

W biesiadnéj sali gwarliwa drużyna,
To stoi kołem przed ogniem komina,
To znów pod ręce wzdłuż chodząc pospołu,
Ciągnie rozmowy zaczęte u stołu.

Na potrząśnionych gałęźmi kamieniach
Śpią psy myśliwe, i w sennych marzeniach
W głos gonić zwierza zdają się śród boru,
Z Tewiotstonu do Eskedalmoru.

III.

Dwudziestu dziewięciu szlachetnych rycerzy
Wciąż w zamku Branksomskim gościło;
Dwudziestu dziewięciu, w bogatéj odzieży,
Na rozkaz ich paziów służyło;
Dwudziestu dziewięciu rycerskiéj młodzieży
Rumaki ich w stajniach karmiło;
A wszyscy waleczni, ojczyzny nadzieja,
A wszyscy są krewni hrabiego Bukleja.

IV.

Dziesięciu z nich w kolej, na pierwszy znak trwogi,
Gotowych co chwila do boju lub drogi,
Z orężem u pasa, z ostrogą u nogi,
W dzień i w nocy nie zrzuca zbroicy;
Na swych twardych puklerzach,
W nierozpiętych pancerzach,
Chwilę ledwo snu dadzą źrenicy;
W rękawicach ze stali
Za stół nawet siadali,
Wino pili przez kratę przyłbicy.

V.

Dziesięciu giermków, wprawionych do broni.
Trzyma przed gankiem kopije rycerzy;
Trzydzieści zbrojne osiodłanych koni,
Dziesięciu w rękach wodzi masztalerzy;
Każdy koń z kitą piór strusich u skroni,
Za każdém siodłem buzdygan się jeży;
Sto innych w stajniach zostaje się w domu. —
Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu.

VI.

Dla czegóż te konie pod siodłem tak stoją?
Dla czego rycerze czuwają pod zbroją? —
Czuwają, by w porę brytanów szczekanie,
By w porę posłyszeć strażników wołanie;
By zdała nad chmurą kurzawy wzniesiony
Świętego Jerzego krzyż dojrzeć czerwony[76];
By w porę pośpieszyć i bronić swych właści,
Przed Skropem, lub Percym, wsławionym z zdrad tylu,
I nie dać się ubiedz Howarda napaści,
Z Warkwortu, z Nawortu, z pięknego Karlilu.

VII.

Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu. —
Mężni rycerze bronią go i strzegą:

Lecz on, pan zamku, wódz Buklejów domu!
Miecz jego straszny jak łyskanie gromu,
Rdzewieje nad grobem jego! —
Rok ledwo upłynął
Jak lord Walter zginał[77],
Gdy nie syt krwi bratniéj i mordu,
Niezgodę na nowo.
Straszliwą, domową,
Rozniecił Karr, baron z Cessfordu.
Gdy lud z nad granicy
Pierzchał ku stolicy,
Gdy Edymburg nawet krwią spłynął:
Tam w dymach pożogi,
Lord Walter bez trwogi,
Broniąc swoich, walczył i zginął.

VIII.

O! straszna wojno pychy rodowéj,
Wojno sąsiedzkiéj zawiści!
Kto cię rozbroi? kto z Kaimowéj
Zbrodni twych wodzów oczyści?…
Ach! — próżno razem w pielgrzymim stroju,
Do miejsc cudownych szli wszędy[78];
Próżno za dusze poległych w boju
Wspólne sprawiali obrzędy:
Póki w Cessfordzie włada dom Karrów,
Buklej w Etryku przewodzi:
Póty zawziętość odwiecznych swarów,
Z pamięcią rzezi, klęsk i pożarów,
Z ojca na syna przechodzi.

IX.

Lud wojowniczy załamywał ręce
Nad trumną lorda Waltera;
Niewiasty w łzami uroszone wieńce
Stroiły grób bohatéra.
Lecz łzy ni kwiatu pozostała wdowa
Nie uroniła na grobie;
Nadzieja pomsty i duma surowa
Dodały męztwa w żałobie.
Aż gdy wkrąg patrząc na twarze żałośne,
Syn mały w domu zawołał:
„Pomszczę się ojca, niech tylko podrosnę!“
Żal dłużéj kryć się nie zdołał,
Łkając go swemi okryła pieszczoty,
I łzy jéj wdowie zlały twarz sieroty.

X.

W stroju z rozpaczy starganym,
Na wiatr rzuciwszy włos,
Nad ojcem swym ukochanym
Anna płakała w głos.
Lecz prócz żałości dziecinnéj,
Był jeszcze powód łez inny:
Bojaźń o przyszły los.
Serce jéj gore miłością —
Przed nimby tylko z ufnością

Odkryła głąb tajemnicy;
Lecz twardéj matczynéj duszy,
Wié, że ni zmiękczy, ni wzruszy,
Prośba ni rozpacz dziewicy.
Lord Kranston jéj oblubieniec,
Cessfordów był pokrewieniec[79],
Herb jeden na ich sztandarach;
A wié, że matka jéj sroga,
Wprzód niż ją wydać za wroga,
Woli wprzód ujrzéć na marach.

XI.

Lady ród wiodła wysoki.
Ojciec jéj, mędrzec głęboki,
Szczep możnych Bethunów domu[80],
Za morzem szukał nauki,
I w Padwie uczył się sztuki
Niedozwolonéj nikomu.
Wieści krążyły u ludu,
Że czynił, czego bez cudu
Człek nie dokaże swą siłą;
I w dzień, gdy szedł w zamyśleniu,
Ni przed nim, ni za nim cieniu
Od ciała jego nie było[81].

XII.

Po ojcu, mówią, z dziecięcia
Lady tę sztukę posiadła,
Że na jéj straszne zaklęcia
Nadziemskie drżały widziadła[82]. —

I oto właśnie, w swéj niedostępnéj,
Zaczarowanéj wieży posępnéj,
Powstawszy z gniewem, słucha łoskotu,
Co się wzniósł nagle z fal Tewiotu.
Ryk-że to wody, co gdy przybierze,
Chce swe skaliste skruszyć nadbrzeże?
Szum-że to wichru, co między lasy
Z twardemi dęby idzie w zapasy?
Trzęsienie ziemi, czy łoskot gromu,
Co wstrzasł jak z posad mury Branksomu?

XIII.

Przerażone echem dzikiém
Psy zawyły z przestrachu;
Ćma puszczyków, z głośnym krzykiem,
Rozpierzchła się po gmachu.
Goście z miejsc się swych porwali,
Tłum ku oknu się spycha:
Myślą, burza! — patrzą z sali,
Lecz noc jasna i cicha.

XIV.

Lady odgadła powód łoskotu.
Nie był to łoskot fal Tewiotu,
Nie był to wicher burzy dalekiéj.
Nie grom to wstrząsnął Branksomu mury:
Lady poznała, że Duch to rzeki,
Przemawiał do Ducha góry.

XV.
duch rzeki.

„Śpisz-li bracie?“

duch góry.

— „Bracie, nie! —
Księżyc w pełni świeci mnie.
Na kobiercach moich z wrzosu,
Od Skelf-hillu do Craig-crossu[83],
Pod drzewami, nad zdrojami,
Tłumy Sylfów girlandami,
W przezroczystéj tańczą mgle.
Wstań, i obacz tan ich zręczny,
Wstań, i usłysz śpiew ich wdzięczny,
Luby bracie, odwiedź mnie!“ —

XVI.
duch rzeki.

— „Nurt mój mącą łzy dziewicy,
Pięknéj Anny z Branksomu,
Co swéj serca tajemnicy
Nie śmie zwierzyć nikomu.
Powiédz ty, co widzisz gwiazdy,
Prędkoż mordy i najazdy

Wezmą koniec na granicy? —
Co sądzono dla dziewicy? —
Gdzie jest kres jéj doli złéj?
Kto ma zostać mężem jéj? —

XVII.
duch góry.

— „We mgle krąży Wóz Artura;
Niedźwiedzica zamroczona
Patrzy groźno; czarna chmura
Stoi w pasie Oryona.
Wyższe gwiazdy w ćmie obłoków —
Nie wyczytać ich wyroków!
Lecz nie pierwéj wszystko wróży,
Wojnie koniec, ludziom zgodę,
Aż się pycha upokorzy,
A miłość zyszcze swobodę.“ —

XVIII.

Nadziemskie duchy mówić przestały,
I łoskot umilkł w przestworze;
Tewiot tylko pluska o skały,
I drzewa szumią na górze.
Ale w Branksomie jeszcze się szerzy
Echo ich głosów złowieszcze:
Bo brzmi dokoła zaklętéj wieży,
I w uchu Lady brzmi jeszcze.

Porywczo i śmiało,
Z postawą wspaniałą,
Postąpiła ku oknu i mówi:
„Góra wasza pęknie,
„Rzeka w ziemię wsięknie,
„Nim ja córkę oddam wrogowi!“ —

XIX.

I śpiesząc dąży przez samotne gmachy.
Gdzie śród domowych i gości,
Syn jéj, w pancerzu i w szyszaku z blachy,
Bawi się z krzykiem radości.
I małym w ręku wywijając kordem,
Na kiju biega po sali,
Krzycząc, że jedzie na wojnę z Cessfordem,
I zamki wrogów popali.
Starzy wojacy giestami i słowy
Dodają dziecku ochoty;
Serca ich twarde jak puklerz stalowy,
Wzrusza wesołość sieroty.
Patrzą, i wzajem szepcą wróżby ciche,
Że byle tylko rósł w zdrowiu,
Poniży kiedyś Jednorożca pychę,
Wskrzesi blask Gwiazdy i Nowiu[84].

XX.

Lady przez chwilę z matczyném wzruszeniem
Spójrzała na widok ten,
I wnet, wkrąg bystro rzuciwszy spójrzeniem,
Wyszła — wezwawszy za sobą skinieniem
Wiljama de Deloraine.

XXI.

Z tylu rycerzy, co w zamku gościło,
Nikt mu nie równał postawą i siłą;
Nikt na turniejach, ni w bitew natłoku,
Kopii zręczniéj nie ułożył w toku.
Od błot Tarrasu, do piasków Solwaju,
Nikt nie znał lepiéj mieszkańców i kraju,
Gdzie stokroć z łupem uchodząc przez jary,
Zmylił najlepsze Percego ogary[85].
W niczém dlań nigdzie nie było zapory:
Przez góry, rzeki, przez lasy i bory,
Wié wszystkie ścieżki, i ani się boi
Wczwał gnać po skałach, lub płynąć we zbroi.
Jedno dla niego czas lipca czy grudnia,
Ciemność północy, czy skwary południa;
Niczém dla niego jest mord i pożoga,
Gdy ma łup dostać, lub napaść na wroga.
Pięćkroć przez Szkocką wygnany królowę,
Unosił życie w kraj nieprzyjacielski:
I pięćkroć wracał, gdy na jego głowę
Cenę nałożyć król kazał Angielski.

XXII.

„Rycerzu! — rzekła Lady — téj nocy
„Trzeba mi twojéj wiernéj pomocy.
„Weź najlepszego konia ze stajni.
„I co najśpieszniéj, i co najtajniéj.
„Pędź do Melrozu! — Gdzie? zkąd? i po co?
„Milcz! — lecz pośpieszaj, byś przed północą
„Był tam, nim przebrzmią modły wilii! —
„Pytaj o mnicha Świętéj Maryi.
„Pozdrów i powiédz, żem cię przysłała:
„Że przyszła chwila, i że wam obu
„Poruczam dzisiaj zdobyć Skarb Grobu.
„Bo dziś Świętego wilja Michała:
„Gwiazdy zamglone, lecz księżyc czysty. —
„Czas wam i miejsce krzyż wskaże krwisty.

XXIII.

„Co ci mnich odda, strzeż i ukrywaj!
„Wracaj! — nie stawaj, ani spoczywaj!
„I czy to będzie pismo, czy księga,
„Niech do niéj twoje oko nie sięga;
„Bo gdybyś zajrzał, albo dochodził —
„Lepiéjby było, byś się nie rodził!“ —

XXIV.

— „O! nie bój się Lady! mój dzielny koń gniady
„Niech tylko się kopnie z kopyta,
„Za Bozką pomocą, tam dziś przed północą.
Tu staniem nim zorze zaświta.

„I szukać daremnie, lepszego odemnie
„Do spełnienia twojego rozkazu:
„Bo jako Bóg żywy! jam rycerz prawdziwy!
„Książki w ręku nie miałem ni razu.“ —

XXV.

Rzekł, dopadł konia, wzmocnił się w łęku,
Kopiję z giermka pochwycił ręku,
Ścisnął ostrogą — przez most zwodowy
Zagrzmiał jak piorun tentent podkowy.
Przez las, na prawo, szybkim zawrótem,
Puścił się drogą nad Tewiotem.
W bok Goldilandu granicznéj wieży,
Skalnych Bortwiku dotarł wybrzeży;
W mgle Moat-hillu szczyt ujrzał głuchy,
Gdzie dotąd błądzą Druidów duchy;
Z okien Hawiku, światła w pomroku
Jak wstęga tylko migły mu w oku;
I wnet jak widmo straszne dla gminu,
Przemknął około bram Hazeldinu.

XXVI.

„Kto? stój!“ — strażnicy z baszt zawołali.
— „Swój — rzekł — z Branksomu! — i pędził daléj.
Skręcił na północ brzegiem strumienia,
Na stromą górę wbiegł bez wytchnienia;
Aż nieznużony po trudach tylu,
Ujrzał półdrożną błoń Horslie-hillu.

Na lewo przed nim pasem leżała,
Odwieczna Rzymian droga wspaniała.

XXVII.

Tu wstrzymał konia, lecz się nie bawił:
Obejrzał oręż, siodła poprawił,
I wskok znów daléj! — Jasność księżyca
Olbrzymie Mintu skały oświéca,
Zkąd głośny w pieśniach, zbójca przemożny,
Czyhał przed laty na łup podnożny[86],
A trąbki jego dźwięk między skały,
Tysiączne echa w grom zamieniały.
Delorraine myśląc o nim, żałował
Że go dziś nié ma, by z nim spróbował!

XXVIII.

Szybko i prosto, jak grot do celu.
Przeleciał bujne pola Riddelu,
Gdzie Ail z jeziór i z gór wezbrany,
Wrąc z szumem tłucze o skalne ściany,
I jak wędzidła koń niecierpliwy,
Fal swych pieniste wydyma grzywy.
Ale dla gońca nié ma przeszkody!
Wprost, jak gnał czwałem, wskoczył do wody.
Nigdy mąż cięższy, w nocnym pomroku.
Nie walczył z szybszym nurtem potoku.
Koń się ponurzył: — jeździec bez trwogi,
Spiął go wędzidłem, dodał ostrogi;

Koń wzbił się na wierzch — nozdrza rozszerza,
Fala dosięga piersi rycerza,
Pryska nad głowę: — lecz w nim odwaga
Z niebezpieczeństwem równo się wzmaga.
Zwrócił na ukos, i z biegiem prądu
Kierując zręcznie, dobił się lądu.
Koń nie miał czasu parsknąć na brzegu,
Pan go znów bodźcem zmusił do biegu.

XXIX.

Przez Bowden-Moru pędząc bezdroże,
Halidon-Hillu obaczył wzgórze,
I westchnął z smutném wstrząśnieniem głowy. —
Bo w myślach jego stanął dzień owy,
Straszny dzień piérwszy wojny domowéj,
Krwawy początek dziedzicznych swarów,
Przyjaznych dotąd Skottów i Karrów[87].
Gdy król, w Duglasów tęskniąc przemocy,
Wiernéj Bukleja wezwał pomocy,
A wodze Karrów, w stanowczéj chwili,
Zwycięztwo jego w klęskę zmienili;
A śród pogoni, ciżby i mordu,
Legł z nich najpierwszy, baron z Cessfordu. —

XXX.

Z gniewem w bok konia topiąc ostrogi,
Deloraine mijał widok złowrogi;
Aż z góry we mgle ujrzał w oddali,
Cień wież Melrozu, błysk Twidu fali.

Olbrzymi naksztalt skały szerokiéj,
Gmach się kościelny dźwigał w obłoki,
A wkoło w massach skupione mury,
Zdały się gruzem zwalonéj góry.
W Hawiku słyszał hasło wieczoru,
Tu dzwon się ozwał z wieży klasztoru —
Księża na Laudes idą do choru.
„Ha! w sam czas!“ — jeździec krzyknął z pociechą.
I podwojone kopytów echo,
Jak grom się przed nim tocząc wzdłuż łanu,
Spotkało z świętym brzmieniem organu,
Co z bram kościelnych wiatr niósł na błonia. —
Deloraine w bramie zeskoczył z konia,
I przy ostatniéj nócie nieszpornéj,
Jak duch wpół widny we mgle wieczornéj,
Szedł ku podwojom fórty klasztornéj.


Tu stróny zmilkły; — z echem ich brzmienia,
Zgasł w duszy wieszcza zapał natchnienia.
Skromnie ku arfie pochylił czoło,
Nieśmiałym wzrokiem rzucił wokoło;
Znać, że w obecnych twarzy i oku,
O pieśni swojéj szukał wyroku:
I jakby nie śmiąc ufać pochwale,
Nieco o dawnym wspomniał zapale,
I jak w nim nędza i wiek zwątliły,
Lepsze za młodu pamięć i siły.

Księżna i wszystkie damy orszaku,
Umiały pojąć wieszcza w śpiewaku,
I z szczerém czuciem, głośno oddały
Jemu i pieśni winne pochwały.
Starzec ośmielon słodką ich mową,
Tak pieśń swą nócić zaczął na nowo.

KONIEC PIEŚNI PIERWSZÉJ.
PIEŚŃ DRUGA.

I.

Kto dziś Melrozu chesz zwiedzać ruiny[88],
Idź, gdy je nocy mrok ogarnął siny.
Wesoła jasność dziennego promienia,
Złocąc je, zda się urągać z zniszczenia.
Lecz gdy z za chmury wyjrzy księżyc blady,
A wzniosłe łuki i mroczne arkady,
Mdłém jego światłem bielejąc po wierzchu,
Czernią się spodem jak otchłanie zmierzchu;
Gdy każda ściana, w cieniach lub jasności,
Zda się z hebanu, lub słoniowéj kości;
A wkoło wieków wpół zatarte rysy,
Obrazy świętych, grobowe napisy,
Mówią z przeszłości: — a szum Twidu fali,
Albo huk sowy słychać tylko w dali; —
Wtedy, wędrowcze! idź, gdy ci się przyda,
Idź na gruz gmachu świętego Dawida,

I gdy czuć umiész, wyznaj, żeś ni razu
Tak uroczego nie widział obrazu!

II.

Ślepy na urok malownych scen,
Wielkiemi kroki szedł Deloraine,
I rękojeścią swego klajmoru
Bił, co miał siły, w fórtę klasztoru.
— „Kto tam?“ — głos z wewnątrz ozwał się groźno.
„Czemu tak głośno? po co tak późno?“ —
— „Goniec z Branksomu!“ — Ledwo domówił,
Drzwi się otwarły, stróż go pozdrowił.
Bo z dawien dawna Buklejów plemię
Prawa i właści Melrozu strzeże,
I hojne dary, skarby i ziemie,
Za dusze przodków święci w ofierze.

III.

Deloraine krótko cel swój wymienił.
Stróż nie rzekł słowa, lecz się nie lenił:
Zatlił pochodnię, i idąc wprzódy,
Przez kryte ganki, przez kręte wschody,
Ostróżnym krokiem, boso, w kapturze,
Sunął się cicho, jak cień po murze:
Gdy łoskot zbrojnéj rycerza stopy,
Krok w krok sklepione wtórzyły stropy.
Aż uchylając hełmu i szyi,
Wszedł w progi mnicha Świętéj Maryi,

I pozdrowiwszy skinieniem głowy,
Wznosząc przyłbicę, rzekł temi słowy.

IV.

„Lady z Branksomu tu mię przysłała:
„Mówi, że przyszła chwila, i obu
„Każe nam dzisiaj zdobyć Skarb Grobu.
„Bo dziś Świętego wilja Michała:
„Gwiazdy zamglone, lecz księżyc czysty. —
„Czas nam i miejsce krzyż wskaże krwisty.“ —

V.

Z twardéj pościeli, mnich ze snu zbudzony,
Zwlókł wyschłe członki, i stał cały drżący.
Wiek stuletniemi ubielił mu szrony
Poważną brodę i włos rzedniejący.
Stał, i na gońca obrócił źrenice,
W głębokich jamach tlące pode brwiami:
„Tyżbyś śmiał zgłębiać straszne tajemnice,
„Co Bóg i szatan chce ukryć przed nami? —
„Patrz na mnie! widzisz z mojego oblicza
„Com cierpiał: — skóra odpadła od kości,
„Od włosiennicy i ostrego bicza; —
„Przez lat sześćdziesiąt ciało moje pości,
„Żyjąc o chlebie i wodzie; — kolanem
„Starłem kamienie podłogi: — a przecie,
„Nie wiém, czy dotąd nie stoi przed Panem
„Grzech, com go z młodu popełnił na świecie,

„Chcąc przedrzeć chmurę, którą Bóg na ziemi
„Rozdzielił wiecznie duchów z śmiertelnemi! —
„Zważ więc! — lecz jeśli odrzucisz przestrogę,
„Jeśli wiek cały strawiwszy w pokucie,
„Chcesz drżeć o duszę w ostatniéj minucie: —
„Pójdź! — obiecałem, pokażę ci drogę.“ —

VI.

— „Pokut ja żadnych czynić nie myślę,
„Post chyba w głodzie zachowam ściśle.
„Trzepię, jak umiém, Pater i Ave,
„Gdy siadam na koń iść na wyprawę,
„Lecz piekłem sobie głowy nie suszę. —
„Czyń więc co trzeba, bo śpieszyć muszę.“ —

VII.

Znowu na niego mnich spójrzał zdumiały,
I patrząc westchnął głęboko.
Bo i on kiedyś był wojownik śmiały,
I w świecie słynął szeroko.
I wspomniał siebie, gdy w zbroi promiennéj,
Z krzyżem na piersiach, wesoły,
Na morzu z fali urągał bezdennéj,
Lub koniem ścigał sokoły.
Wspomniał — i kijem podpierając kroki,
Schylony, drżący, pokorny,
Wiódł gościa, kędy krużganek wysoki
Otaczał ogród klasztorny.
Cień mrocznych sklepień padał na ich głowę,
A stopą głazy deptali grobowe[89].

VIII.

Zioła i kwiaty, mgłą nocną obwiane,
Błyszczały rosą — a księżyc na ścianę
Padając z boku, oświécał dokoła
Podobneż w rzeźbie i kwiaty i zioła. —
Mnich stanął nagle, i trwożne źrenice
Zwrócił ku stronie północnéj:
Gdzie jak z wulkanu, skry i błyskawice
Tryskały z ciemności nocnéj.
I to jak race, śmigając ku górze,
To w bok, jak szmermle rozpierzchłe,
Czerwoną łuną, jak polarne zorze,
Oblały niebo zamierzchłe.
Mnich zdwoił kroku, i szepcąc akt skruchy,
Korzył się w częstych westchnieniach:
Bo on to poznał, że nieczyste duchy
Bujały na tych promieniach.

IX.

Przez kute z miedzi wązkie drzwi poboczne,
Weszli do środka kościoła.
Na lekkich słupach, szczyty jego mroczne
W ciemnościach nikły dokoła.
Gdzieniegdzie tylko promień księżycowy,
Przez okna padając z góry,
Oświécał obszar olbrzymiéj budowy,
I kształty wnętrznéj struktury.
Łuki rzucone wszerz bokowych skrzydeł,
Cud dłóta, podziw spójrzenia!

Gzymsy z potwornych masek i straszydeł,
Zdobiły kosze sklepienia.
A słupy cienkie, od góry do dołu
W trofeach między kwiatami,
Zdały się każdy pękiem dzid, pospołu
Pozwiązywanych wieńcami.

X.

Z ponurém echem wiatr wijąc przez szpary,
Wstrząsał chorągwie i stare sztandary.
Tkwiące przy wielkim ołtarzu.
Tam jedna tylko, ze srebrzystéj urny,
Bladawa lampa siała blask pochmurny,
Na groby wasze, wodzu Otterburny,
I Liddesdalski mocarzu! —[90]
O! marne szczęty wielkości światowéj:
Blask tylko lampy i kamień grobowy!

XI.

W oknach, przez które lśnił księżyc promienny,
Splot fantastyczny trelazy[91] kamiennéj,
Zdumiewał oczy patrzące;
Rzekłbyś że wróżka, z dziecinnéj swawoli,
Prątkami z trzciny, gałęzie topoli
Pogięła w węzłów tysiące,
I potém wreście, dla lepszych omamień,
Wiotką pleciankę zamieniła w kamień.

Srebrzysta jasność, w pośród ram tych krętych,
Na tle szyb w różnych kolorach,
Ukazywała Proroków i Świętych,
W różnobarwistych ubiorach.
W środkowém oknie stał Archaniół Michał,
Z chorągwią z krzyżem czerwonym,
Deptał szatana i w otchłań go spychał,
Godząc weń mieczem wzniesionym.
Przez tę chorągiew blask przechodząc z góry,
Krwawy znak krzyża rzucał na marmury.

XII.

Deloraine z mnichem usiedli na grobie. —
Był to grób króla szkockiego[92].
A mnich, znać było że gwałt czyniąc sobe,
Tak zcicha mówił do niego.
„Nie zawsze byłem, czém mię widzisz teraz;
„W krainach Maurów pogańskich.
„Z młodu za wiarę krew przelałem nieraz,
„Walcząc w szeregach hiszpańskich.
„Dziś wzrok mój ćmi się patrząc na twą zbroję,
„Szczęk twego miecza razi ucho moje.

XIII.

„Tam, w Salamance, zdarzenie mi dało
„Napotkać Michała Skotta[93].
„Świat drżał przed jego czarnoksięzką chwałą;
„Bo gdy go wzięła ochota,

„Dać tam swym uczniom dowody swéj siły,
„I laską powiódł po śpiżu:
„Z wież same dzwony na trwogę dzwoniły,
„I wieże drżały w Paryżu[94],
„Mag mi przez przyjaźń odkrył tajnie swoje,
„Pozwolił użyć wyrazu,
„Co szczyt Ejldonu rozszczepał na troje,
I przez Twid rzucił most z głazu[95].
„Lecz, wojowniku! powtórzyć go tobie,
„Byłoby zgubić twą duszę;
„A i tak nawet, żem go wspomniał sobie,
„Pokutę potroić muszę.

XIV.

„On téż na swojéj śmiertelnéj pościeli
„Poznał, że moc ta jest grzechem.
„Jam był najbliższy z jego przyjacieli,
„Kazał mi przybyć z pośpiechem.
„W Madrycie jego odebrałem hasło,
„Gdy słońce wstawało z morza;
„I, wojowniku! nim słońce zagasło,
„Stałem tu, u jego łoża.
„Co mi powiedział ostatniemi słowy,
„Nie pytaj! — straszna ich siła
„Na gróbby jego i na nasze głowy
„Sklep téj świątyni zrzuciła.

XV.

„Lecz jak mi kazał, złożyłem przysięgę,
„Pogrześć z nim razem jego Czarno-księgę,
„Nie okazując nikomu;
„Prócz gdyby chyba w gwałtownéj potrzebie,
„Dla swego klanu, lub samego siebie,
„Żądał jéj Buklej z Branksomu.
„Wtedy ją z grobu wziąć mogłem jedynie,
„Lecz pod przysięgą, gdy potrzeba minie,
„Że ją na nowo zagrzebię. —
„W nocy, przede dniem Świętego Michała,
„Tu go złożyłem w grób ciasny,
„Gdy z wieży pierwsza godzina zabrzmiała,
„A z okien księżyc lśnił jasny.
„Umyślnie na to wybrałem tę chwilę,
„Aby ów krzyż Archanioła.
„Świecąc wprost wtedy na jego mogile,
„Złe duchy płoszył dokoła.

XVI.

„Straszna to była noc! — Kościół ten cały
„Drżał jak od ziemi trzęsienia;
„Chorągwie same bez wiatru szumiały,
„A z za filarów, śród cienia,
„Słyszałem śmiechy i głosy złowieszcze. —
„Włos się na głowie méj jeżył;
„Jednak…“ — Mnich daléj chciał cóś mówić jeszcze,
Wtém zegar piérwszą uderzył. —

Deloraine dotąd nie wiedział co trwoga:
Na rzędy włóczni, na zastępy wroga,
Na śmierćby nawet szedł śmiało;
W téj chwili jednak dreszcz go przejął zimny,
I gdy za mnichem powtarzać chciał hymny,
Głosu mu w piersiach nie stało.

XVII.

„Teraz, rycerzu! teraz chwytaj porę!
„Krzyż lśni na grobie mocarza.
„Cudowna lampa wewnątrz jego gore,
„Któréj blask duchy odraża[96].
„Gore, i będzie goreć nieprzerwanie,
„Aż na sąd straszny pan jéj nie powstanie.“ —
Mnich rzekł, i wskazał na środku kościoła
Głaz niczém nieodznaczony.
Prócz że nań z góry sztandar Archanioła
Rzucał cień krzyża czerwony.
Deloraine idąc za mnicha rozkazem,
Znalazł w framudze drąg kuty żelazem,
I jak mógł krzepił ochotę.
Mnich bił się w piersi, i grób wkoło żegnał,
I jakby pewny że duchy odegnał,
Dał znak by zacząć robotę.

XVIII.

Z bijącém sercem, natężając siłę,
Ze wszech stron rycerz ciężką wzruszał bryłę,

I krwawym oblał się potem.
Dwakroć odpoczął: — lecz za trzecim razem,
Głaz zasadzoném podjęty żelazem
Na bok odwalił z łoskotem. —
O! wtenczas, chciałbym, żebyście tam były!
Bo czyż wam zdołam wystawić
Obraz téj chwili, gdy światło z mogiły
Buchnęło łuną błyskawic;
I w mgnieniu oka, jak blask meteoru,
Oblało ołtarz i ściany,
I kolumnadę krużganków i choru,
I sklep w trójkąty łamany? —
Z zbroi rycerza jak płomień wytrysnął.
Jak śnieg zaiskrzyło pióro.
Mnich prędko kaptur na oczy nacisnął,
I w ziemię patrzał ponuro!

XIX.

W całéj postaci Mag leżał przed niemi,
Jakby od wczoraj złożony do ziemi.
Do pasa długa, broda jego biała
Jak biały całun pierś mu okrywała;
Sto lat przeżytych znać było z oblicza,
Gdzie tchnęła jeszcze wielkość tajemnicza.
Strój miał pielgrzymi, bez żadnego znaku,
I pas w złociste godła zodyaku;
Srébrny krucyfiks trzymał w dłoni prawéj.
Pod lewą, gruba, żałobnéj oprawy,
Leżała księga na klamry zamknięta,
A u stóp lampa płonęła zaklęta.

Twarz była cicha i wypogodzona.
Mnich wniósł, że dusza być musi zbawiona.

XX.

Nieraz na polach krwią ludzką okrytych,
Deloraine koniem tratował zabitych,
I nie czuł zgryzot ni strachu:
Lecz go przejęły i strach i zgryzota.
Widząc otwarty grób Michała Skotta,
I ów blask nagły po gmachu.
Krew skrzepła lodem, i stał jak przykuty. —
Mnich bił się w piersi, i akty pokuty
Odmawiał głośno, żarliwie.
Lecz w grób już więcéj nie śmiał rzucić wzroku,
Bo czuł, że dłużéj nie zniesie widoku
Tego, co kochał tak tkliwie.

XXI.

I domówiwszy swojego pacierza:
„Czyń, co masz czynić!“ — krzyknął na rycerza,
„Śpiesz! albo biada nam obu! —
„Nie możesz widzieć — bo śmiertelne oczy
„Znieśćby nie mogły — tłumu, co się tłoczy
„Na brzeg otwartego grobu!“ —
Deloraine chwili nie tracąc daremno,
Przykląkł, i z grobu wziął księgę tajemną,
I nagle porwał się z trwogą:
Bo czy to światło, co wzrok oślepiało.
Czy strach go złudził: — dość, że mu się zdało,
Że martwy zmarszczył się srogo[97].

XXII.

Gdy kamień znowu pokrył wierzch mogiły,
Głębsze niż przedtém ciemności wróciły,
Bo księżyc zaszedł, a gwiazdy się śćmiły. —
Mnich z Delorainem przyśpieszając kroku,
Szli, i drzwi długo w nieprzejrzanym mroku
Nie mogli znaleźć z przestrachu;
Bo wciąż, długiemi powtarzane echy.
Nadludzkie głosy i szydercze śmiechy
Brzmiały za nimi po gmachu.
Rzekłbyś, złe duchy radośnym okrzykiem,
Tryumfowały z urąganiem dzikiém.
Że na świat idą ich czary. —
Co w tém jest prawdy? — gdybyście spytali,
Nie śmiałbym ręczyć; — lecz tak powiadali
Starcowie, co godni wiary.

XXIII.

„Teraz uciekaj! — rzekł mnich na podwórzu:
„A gdy już będziem na śmiertelném łożu,
„Wzywajmy Świętych opieki:
„By przez ich możną za nami przyczynę,
„Bóg litościwy odpuścił nam winę,
„I nie potępił na wieki!“ —
Rzekł, i sam jeden wrócił do swéj celi. —
Ale gdy w chórze nie widząc go rano.
Bracia w południe do drzwi jéj zajrzeli,
Już go w niéj martwym zastano.

Leżał na ziemi krzyżem rozciągnięty,
Lecz w twarzy jego jaśniał pokój święty.

XXIV.

Rycerz wyszedłszy z pod sklepień krużganku.
Odetchnął wolniéj świeżością poranku:
Dopadł rumaka, i pędząc co siły,
Rad był że minął klasztorne mogiły.
Bo mu na piersiach, jak ołowiu bryła,
Tajemna księga pod zbroją ciężyła.
I jakby własnym ożywione duchem,
Czuł, że jéj karty ciągłym drgały ruchem.
Lecz nabrał męztwa, gdy z wyższych gór szczytu
Ujrzał świecący piérwszy promień świtu;
I aby całkiem pokonać obawę.
Trzepał, jak umiał, swój Pater i Ave.

XXV.

Słońce rumieni szczyt Czewiotu,
Słońce na skalnym błyszczy Karterze;
I już niém iskrzy nurt Tewiotu.
I już niém tlą się Branksomu wieże.
Ptastwo się zewsząd chórem ozwało,
Wietrzyk odetchnął wonią poranną,
Kołysząc zlekka liliję białą,
Lub rozwijając różę rumianną.
I już piękniéjsza niż kraśne róże,
Choć od lilii bladsza od żalu,

Swoje bezsenne rzuciła łoże,
Królowa dziewic Tewiot-dalu.

XXVI.

Czemuż to piękna Anna z Branksomu
Wdziewa tak rano, strój tak powabny?
Czemu tak z drżeniem, tak pełna sromu
Sznuruje śpiesznie stanik jedwabny?
Czemu tak wkoło rzuca wzrok strachu,
Zbiegłszy na boczny dziedziniec gmachu?
Czemu tak czule brytana głaszcze,
Co już by szczeknąć otwierał paszczę?
Czemu, choć cała kwefem okryta,
Stróż jéj „kto idzie?“ w bramie nie pyta?
Gdzież to tak sama śpieszy w téj porze,
Gdy ledwo piérwsze zabłysło zorze? —

XXVII.

Anna z Branksomu stąpa tak z trwogą,
By ujść przed matki czujnością srogą.
Głaszcze brytana, bo wie, że ludzi
Głos jego gruby w zamku rozbudzi.
Strażnik jéj daje przechód bezpieczny,
Bo tym strażnikiem jest brat jéj mleczny;
A tak się rano z zamku wymyka,
By spotkać w gaju Lorda Henryka.

XXVIII.

I już pod cieniem drzew zielonych wianków,
Usiadła para szczęśliwych kochanków;

A pary siebie godniéjszéj wzajemnie,
Na świecie szukać byłoby daremnie!
On młody, raźny, szlachetnéj postawy,
Grom wpośród bitwy, i dusza zabawy;
A ona, ona! — gdy widok młodzieńca
Oblał jéj lice szkarłatem rumieńca;
Gdy każde tchnienie jéj piersi miotanéj
Zaokrąglało jéj strój sznurowany,
A wdół spuszczone błękitne źrenice
W łzach malowały serca tajemnicę:
Jakażby piękność w téj chwili, bez sromu
Śmiała na równi iść z Anną z Branksomu? —

XXIX.

O! teraz widzę, że moje pienie,
Szlachetne damy! serce wam wzrusza:
Ku mnie się zwraca wasze spójrzenie,
W każdém spojrzeniu lśni wasza dusza!
Czekacie pewnie tkliwéj powieści,
Tęsknéj rozkoszy, słodkiéj boleści,
Co pierś kochanków przejmuje;
Jak śmiały rycerz, w słowach płomiennych,
Czci niezachwianéj, uczuć niezmiennych
Świętość i zapał maluje;
I jak dziewica, z tęskném westchnieniem,
Wpół z przelęknieniem, wpół z rozrzewnieniem,
Słucha, i słuchać się boi;
I jak nakoniec, lekką zasłoną
Na wpół obwianą, skroń zapłonioną,
Oparła na jego zbroi;

I cichym głosem, ledwo słyszanym,
To raz naglonym, to przerywanym,
Rzekła: że byle w ich domu
Krwawa nieprzyjaźń była skończona,
Ręki swéj, oprócz Lorda Kranstona,
Nigdy nie odda nikomu.

XXX.

Ale niestety, szlachetne panie!
Próżne jest wasze oczekiwanie!
Widzicie ten szron starości.
Wiek mię oziębił, nędza mię tłoczy,
Arfa straciła dźwięk swój uroczy —
Nie śmiem już śpiewać miłości! —

XXXI.

Blizko pod dębem, na straży od błonia,
Karzeł Kranstona trzymał jego konia[98],
I włócznię, i hełm z piórami.
Karzeł, nie wiedzieć czy ze krwi i z ciała,
Jeśli prawdziwa wieść o nim biegała
Nad Tewiotu brzegami. —
Razu jednego Lord bawiąc na łowach,
W mało zwiedzanych Ridsdalu dąbrowach,
Nagle w gęstwinie usłyszał zdziwiony,
Okrzyk: „stracony! stracony! stracony!“

I wnet, jak piłka palantem podbita,
Postać wpół ludzka, wpół małpia, w kłąb zwita,
Na stóp trzydzieści trzy z głębi gęstwiny
Dała skok w górę, i w środku doliny
Upadła pod jego stopy.
Baron spiął konia i puścił wędzidło,
I gnał co siły; — lecz karle straszydło
Leciało za nim tuż w tropy.
I w tymże czasie, co koń jego milę,
Ubiegło pieszo cztéry razy tyle;
I gdy Lord Kranston, czyniąc krzyża znamię,
Wjeżdżał w swój zamek — spotkało go w bramie.

XXXII.

Czas, powiadają, i z czartem oswaja.
Baron i cala domowników zgraja
Nawykli zwolna do karła.
On nic nie robił, nic jawnie nie jadał,
Rad stronił wszystkich, i z nikim nie gadał;
Lecz gdy był jeden, machając ramiony,
„Wrzeszczał: „stracony! stracony! stracony!“
I śmiał się z całego gardła.
Był zły, gniewliwy, i mściwy niezmiernie,
Lecz baronowi pokornie i wiernie
Służył, i pełnił co kazał.
Mówią, że nawet ocalił mu życie:
Ostrzegł o zdradzie uknutéj nań skrycie,
I drogę ujścia pokazał.

XXXIII.

Bo gdy Lord Kranston raz do kaplicy
Słynnéj cudami Boga-Rodzicy,
Po nad Yarrowem, blizko granicy,
Szedł z nim, by ziścić swe śluby:
Nie wiedzieć jako, Lady z Branksomu
Miała wieść o tém, i pokryjomu,
Zwoławszy krewnych swojego domu,
Powzięła myśl jego zguby.
Z Newark-Lee[99], piérwsi wodzowie klanu,
Walter z Hardenu, Jan z Tirlestanu,
Deloraine piérwszy podżegacz planu,
Przez las, wzdłuż brzegów Yarrowu,
Trzysta trzy włócznie wiodąc za sobą,
By go tam napaść, szli nocną dobą,
I byli pewni połowu.
Ale paź-karzeł, mówią, przez czary,
Wiedział ich przyjście, odkrył zamiary —
Lord z nim przed świtem uszedł przez jary;
I gdy Skottowie przybyli,
W próżnéj wściekłości, z gniewu i sromu,
Mszcząc się zawodu na Bożym domu,
Obraz z kaplicą spalili[100].

XXXIV

W téj chwili karzeł, trzymając konia,
Czujny wzrok ciągle zwraca na błonia.
Nagle koń chrapnął, nastawił ucha —
Karzeł ku ziemi zgiął się i słucha:
I wywijając w górze ramiony,
Dał wnet kochankom znak umówiony. —
Nie było czasu długiéj rozmowy,
Przysiąg, pożegnań: — tentent podkowy
Słychać zdaleka. — Jak gołębica
Przed lotem ptaka, trwożna dziewica
Śpieszy do zamku: — Lord Henryk śmiało,
Słuchając echa co się zbliżało,
Stał jeszcze w miejscu: — lecz karła rada
Przemogła wreście; — na koń więc wsiada,
I w myślach na dół zwiesiwszy głowę,
Zwolna w cienistą jedzie dąbrowę.


Kiedy tak śpiewał wieszcz osiwiały,
Głos i natchnienie coraz słabiały.
Postrzegł to młody paź, i z uśmiechem
Wybiegł, i z czarą wrócił z pośpiechem:
Z czarą Welezu winnéj purpury.
Bard ze łzą w oku wzniósł ją do góry,
I drżąc polecał opiece świętéj
Dom, gdzie syn pieśni tak był przyjęty.
Młode dziewice kryły śmiech pusty,
Patrząc jak starzec chciwemi usty,

Z jaką rozkoszą chylił z puharu,
Ożywiające krople nektaru.
On zgadł ich myśli — i patrząc wkoło,
Wzajem się ku nim zaśmiał wesoło.
Bo czuł, jak coraz rosła w nim siła,
Jak coraz żywiéj krew w nim krążyła;
Aż coraz jaśniéj czując swe treści.
Tak ciągnął daléj wątek powieści.

KONIEC PIEŚNI DRUGIÉJ.
PIEŚŃ TRZECIA.

I.

Jażem powiedział, że mię los tak zgnębił;
Jażem powiedział, że czas tak oziębił
Serce me szronem starości:
Że nie śmiem śpiewać bóztwa, co udziela
Barw najświetniejszych marzeniom minstrela,
Że nie śmiem śpiewać miłości? —
Nie, nie! — dopóki w piersiach bije serce,
Póki choć jeszcze w ostatniéj iskierce
Tli zapał wieszczego ducha:
Na samą wzmiankę świętego imienia,
Serce się musi obudzić z uśpienia,
Natchnienie iskrę rozdmucha!

II.

Miłość w pokoju,
Stroi flet pasterzy;
Miłość śród boju,
Krzepi miecz rycerzy.

Miłość w pałacach,
Na ucztach przewodzi;
W chatach, po pracach,
Sen rolnika słodzi.
Ludziom nagradza
Trud ziemskich padołów;
W Niebie jéj władza
Jest szczęściem Aniołów.
Dzielona wzajem,
Niewinna z ufnością,
Świat czyni rajem,
Bo raj jest miłością.

III.

O niéj, jak sądzę, pochyliwszy głowę,
Dumał lord Kranston jadąc przez dąbrowę,
I w myślach z Anną przedłużał rozmowę. —
Wtem karzeł nagle świsnął i zawołał.
Lord spójrzał w górę — lecz ledwo co zdołał
Spuścić przyłbicę, już prosto nań z boku
Olbrzym nie rycerz gnał z kopią w toku.
Koń był śpieniony, okryty kurzawą,
Zbroja rycerza przyćmiona rdzą krwawą;
Sam chwiał się w łęku, i tak się zdawało,
Że musiał nie spać i jechać noc całą.
Nie spał i jechał — i nie dbał o sen:
Bo tym rycerzem był sam Deloraine.

IV.

Ale wnet znikły i ślady znużenia,
Gdy błyskający z pomiędzy drzew cienia,
Ujrzał hełm zdala, i poznał po godle.
„Broń się, bo zginiesz!“ zawołał tuż wpodle.
Kranston się raźnie umocnił na siodle —
I był to widok godzien oczu barda! —
Groźne pytanie i odpowiedź harda
Dały znak boju. — Obadwa ich konie,
Jakby dzieliły nienawiść, co płonie
W sercu ich panów, parskały i rżały,
Rzekłbyś patrzając, że się ośmielały
Ku przeczuwanéj potrzebie:
Gdy tocząc niemi między rzadkim gajem,
Jeden i drugi szukali nawzajem
Korzyści miejsca dla siebie.

V.

Kołem harcował koń dzielny barona,
On się pomodlił, westchnął pokryjomu:
Modlitwa była do jego Patrona,
Westchnienie było do Anny z Branksomu.
Deloraine zamiast westchnień i modlitwy,
Zgrzytał zębami z przewłoki gonitwy,
I zwarłszy konia, wprost pędził do bitwy. —
O! widzieć było, gdy w pędzie, z łoskotem,
Starli się — echo rozległo się grzmotem.

VI.

Deloraine z gniewem moc całą wysilił,
Kranston się zachwiał i na wznak pochylił.
Dosiedział jednak; pióra tylko letsze
Z kity się jego rozpierzchły na wietrze,
Gdy włócznia wroga, jako maszt o skały,
O tarcz się jego strzaskała w kawały.
Silniéj czy trafniéj wymierzył snać swoję,
Bo przebił tarczę, kolczugę i zbroję.
I w piersiach wroga załamał żelezca.
Jeździec nie upadł — lecz słabszy od jeźdźca
Koń się zatoczył, i jak martwe brzemię
Runał, i pana pociągnął na ziemię.
Kranston wstrząśniony gwałtownością ciosu,
Nie widział nawet przeciwnika losu.

VII.

Lecz gdy po chwili obaczył leżących,
Konia i jeźdźca, w krwi własnéj broczących,
Litość go zdjęła nad krewnym kochanéj;
Kazał karłowi opatrzyć mu rany,
I wieźć do zamku, by go wzięły straże.
„Śpiesz tylko, dodał, i spełń co ci każę!
„Mnie chwila droga; bom jeszcze nie gotów
„Iść na sąd Boży, by czekać na Skottów.“ —

VIII.

Rzekł, i wczwał daléj puścił się dąbrową. —
Paź patrzał za nim potrząsając głową;

Nie miał on nigdy chęci do dobrego,
Lecz rozkaz pana był prawem dla niego.
Kiedy więc zaczął oglądać rycerza,
Księgę stérczącą ujrzał z pod pancerza,
Zdziwił się mocno, że rycerz tak dzielny
Jeździ z książkami jak klecha kościelny;
Potém, nie dbając że ranny umiera,
Chciał naprzód wiedziéć co księga zawiera.

IX.

Lecz się z klamrami musiał biedzić długo:
Co odpiął jedną, i chciał odpiąć drugą,
Piérwsza znów mocniéj niż wprzód zaskoczyła.
Zgadł, że je broni czarnoksięzka siła,
I że trud próżny, bo jéj nie pokona,
Bez znaku krzyża, ręka nieochrzczona.
Lecz znalazł sposób na sztukę szatańską:
Krwią je z ran jeźdźca potarł chrześcijańską;
I gdy otworzył, z uwagą głęboką,
Trafił na rozdział, jak omamić oko[101]:
By zwierz człowiekiem, człek zdać się mógł zwierzem,
Rycerz dziewicą, dziewica rycerzém;
By sieć pajęcza w podziemném więzieniu,
Zdała się rzeźbą na złotém sklepieniu;
Obronnym zamkiem, lada chaty strzecha,
Nawą żaglowną, łupina z orzecha;
Słowem, by w żywym czy martwym przedmiocie,
Pozór był inny, niż przedmiot w istocie.

X.

Karzeł się bardzo ucieszył z nauki,
Śmiał się, i w myśli snuł przyszłe swe sztuki.
I już wytrzeszczał wzrok na rozdział wtóry: —
Wtém wiatr zaświstał, i policzek z góry
Spadł nań jak piorun; — wzrok mu się zamroczył,
Padł jak nieżywy i w kłąb się potoczył.
Powstawszy jednak, ogłuszony ciosem,
„No! starcze, bijesz!“ rzekł tylko półgłosem;
I choć ciekawość wrzała najgoręcéj.
Do strasznéj księgi nie śmiał zajrzéć więcéj:
Któréj téż klamry, straciwszy krwi plamę,
Znowu jak przedtém zamknęły się same.
Wziął ją jednakże i ukrył w swéj szacie. —
Lecz zkąd policzek? — jeżeli spytacie,
Nic nie śmiem twierdzić: ale raz tak dzielny,
Nie mógł pochodzić od ręki śmiertelnéj[102].

XI.

Karzeł tymczasem, choć wbrew swéj ochoty,
Do nakazanéj zabrał się roboty.
Podźwignął konia, jeźdźca złożył w łęku,
I sam za cugle prowadząc go w ręku,
Wiódł wprost do zamku; — straż oczarowana,
Widziała tylko że wjeżdża wóz siana. —
On wszedłszy w bramę, rycerza we zbroi
Niósł aż do Lady zaklętych podwoi,
I gdyby wnętrznych czarów się nie trwożył,
Na jéjby łożu niechybnie go złożył.

Lecz stanął w progu, i niemiłe brzemię
Podniósł nad głowę, i rzucił o ziemię; —
Bo ile razy miał porę po temu,
Zawsze coś złego chciał zrobić każdemu; —
I śmiał się dziko, potrząsając głową,
Gdy krew z ran płynąć zaczęła na nowo.

XII.

Wracając, ujrzał w dziedzińcu na dole,
Bawiące samo nadobne pacholę.
Wpadł zaraz na myśl, by nie tracąc czasu,
Zwabić je z sobą i uwieść do lasu;
I nie mógł wstrzymać dzikiego chychotu,
Myśląc co przez to narobi kłopotu.
Bo zły czyn każdy był jego żywiołem. —
Zdał się więc dziecku chłopięciem wesołém,
I wyjść za bramę namówił je społem.
Tuż przy ich drodze przedmostowa warta,
Widziała tylko brytana i charta.

XIII.

Karzeł swą zdobycz prowadząc przez niwy,
Różne mu w lesie obiecywał dziwy.
Aż gdy zabrnąwszy w głąb ciemnego gaju,
Przyszli nad brzegi bystrego ruczaju,
Bieg żywéj wody zniszczył nagle czary[103],
I karzeł wrócił do kształtu poczwary.
Gdyby w téj chwili śmiał iść za swą chętką,
Męczyłby dziecię; — lecz przypomniał prędko

Moc jego matki, i bojąc się kary,
Wstrzymał rad nie rad złośliwe zamiary.
Krzyknął więc tylko na biédną dziecinę,
I dał skok w górę, i zapadł w gęstwinę;
Głos przeraźliwy, ze śmiechem złączony,
Zabrzmiał: „stracony! stracony! stracony!“

XIV.

Dziecię przelękłe nadludzkim widokiem,
Nie śmiąc ni płakać, ni ruszyć się krokiem,
Drżało jak trzcina nad bystrym potokiem.
I gdy się wreście ozierając wszędy,
Chciało iść nazad, nieświadome kędy,
Na każdy szelest drzew albo powiewu,
Karzeł mu zdał się wyskakiwać z krzewu,
I śmiać się śmiechem szyderstwa i gniewu. —
Tak coraz bardziéj zbijając się z toru,
Zamiast do zamku, szło daléj wzdłuż boru;
Aż usłyszało, z głębi dzikich jarów,
Gończe szczekanie myśliwych ogarów.

XV.

Głos bliżéj, bliżéj — aż tuż w ślady sarny,
Zziajany z gęstwy wypadł ogar czarny,
I wzniósłszy paszczę wietrzącą po tropie,
Rzucił się obces na bezbronne chłopię.
Była to scena malowania warta:
Gdy chłopiec widząc psa tylko, nie czarta,
Poczuł w swém sercu godne ojców męztwo,
I niepamiętny na niebezpieczeństwo,

Z twarzą i okiem iskrzącém od gniewu,
Plecami tylko przyparł się ku drzewu,
I gdy nań ogar już zęby wyszczerzył,
Kijkiem co trzymał, tak zręcznie uderzył,
Że pies odskoczył, stanął, grzbiet najeżył,
I nie śmiąc kąsać, już tylko zdaleka
Szczekał zajadle, czekając człowieka.
Jakoż wnet, pełen zapału.
Myśliwiec nadbiegł, i psa gdy obaczył,
Pewny, że zwierza grubego osaczył,
Podniósł łuk jakby do strzału.
Wtém z drugiéj strony głos zabrzmiał strzelecko:
„Hop, hop, Edwardzie! nie strzelaj, to dziecko!“ —

XVI.

Mówca po chwili ukazał się z chróstu.
Łucznik angielski, wysokiego wzrostu:
Krótki do kolan strój jego zielony.
Czapka z piórami, włos krągło strzyżony;
Na czapce świecił krzyż, Anglii znamię;
Trąbka myśliwska wisiała przez ramię,
Oszyta skórą wilczą, a za pasem,
Sajdak z strzałami, obok z kordelasem.
W ręku łuk trzymał, co o pięćset kroków
Jaskółkę umiał zrzucić z pod obłoków,
I smycz, co grożąc gdy podniósł do góry,
Pies skomląc tylko, warował z pokory.

XVII.

Łucznik nic złego nie czyniąc dziecięciu,
W silném go jednak zatrzymał ujęciu,
I uspakajał w sposób przyjacielski.
Bo chłopiec widząc strój jego angielski,
Szarpał się strasznie: — a wtém téż z kolei
Młodszy towarzysz, Edward wyszedł z kniei.
„Hop, hop!“ — rzekł łucznik — „patrz, zdobycz nie marna;
„Lepiéj się może opłacić niż sarna.
„Patrz, jak się szarpie! — ręczę bez zawodu,
„Że to jest dziecię wysokiego rodu.

XVIII.

— „Pewnie że jestem! — chłopiec krzyknął groźno —
„Bo jestem Buklej, i dziedzic Branksomu.
„Puść mię! — bo będziesz żałował za późno.
„Puść mię, powiadam, lub odwiedź do domu!
„Bo gdy mię więzić chcesz, zbójco bez wstydu!
„Wszyscy Skottowie od Esku do Twidu,
„Szukać mię będą: i tu gdy przybiegą,
„Zaraz cię z twoim i psem i kolegą,
„Mimo tych waszych długich strzał i łuków,
„Każę powiesić na pastwę dla kruków!“ —

XIX.

— „Ho, ho, mój mały! dzięki za chęć twoję!
„Lecz ja tak bardzo wysoko nie kroję,

„Ale gdy wzrośniesz — ho! nasi strażnicy
„Będą co mieli robić na granicy! —
„Tymczasem lordek niech z nami pójść raczy,
„Lord Dacre[104] rad będzie, gdy ciebie zobaczy. —
„No cóż, Edwardzie! tęgi zuch z mołojca? —
„Nie lada zdobycz jest syn jego ojca!“

XX.

Rzekł, i nie bacząc na krzyki dziecięce,
Obaj z Edwardem wzięli go pod ręce,
I psa wołając poszli nazad w knieje. —
Lecz próżne były dziecięcia nadzieje,
Usłyszeć tentent pogoni z Branksomu:
Nikt tam nie wiedział, że baron znikł z domu.
Bo karzeł kończąc złośliwą swawolę,
Ptakiem do zamku powrócił przez pole,
Wziął jego postać, i grał jego rolę. —
Ale jak! — ludzie zachodzili w głowy,
Zkąd mu tak nagle tak dzikie narowy!
Na cały zamek wrzeszczał, gdy się bawił,
Swych towarzyszów bił, szarpał, pokrwawił,
Jednego nawet omal nie zadławił.
Starszym się także przykrzył nieskończenie:
Zdarł nową suknię ciotce Magdalenie;
Rycerzom octu namięszał do wina;
I gdy Sym stary grzał się u komina,
Wsadził mu węgiel w ładownicę z prochem,
Aż się gmach cały wstrząsł jednym popłochem.

Lecz któżby wszystkie złe jego spamiętał? —
Dość, że myślano, że go czart opętał.

XXI.

Lady od razu poznałaby czary,
I karzeł słusznéj nie uszedłby kary;
Ale on wiedział, i ztąd był tak śmiały,
Że Delorainem zajęta dzień cały.
Skoro go bowiem ujrzała na progu,
Piérwsza myśl była o nieziemskim wrogu,
Jeśli, choć czytać nie umiał wyrazów,
Śmiał zajrzeć w księgę wbrew danych rozkazów.
Lecz fałsz posądzeń uznała widocznie,
Postrzegłszy w piersiach załamaną włócznię.

XXII.

Zlekka ją zatém wydobywszy z rany,
Krew utuliła swemi talizinany;
I ani dłużéj postała przy łożu:
Lecz go przy wiernym zostawiwszy stróżu,
Narządzie rany wziąwszy tylko z sobą,
Poszła skuteczniéj czuwać nad chorobą.
W gmachu, gdzie ludzkie oko nie dościgło,
Z żelezca naprzód zmyła krew zastygłą,
I wióry z drzewca strugając żelazem,
Kładła do wody; a za każdym razem,
Deloraine z bolu jęczał nieprzerwanie,
Jakby mu nożem wiercono po ranie[105].

Lady nakoniec wyrzekła, że chory
Będzie zdrów całkiem od pory do pory;
Lecz nie przestała swych sztuk czarnoksięstwa,
Nie chcąc z uwagi spuścić bezpieczeństwa,
Męża tak znanéj wierności i męztwa.

XXIII.

Tak dzień przeminął — i słońce bez chmury,
Za błękitnawe spuściło się góry,
Szczyt ich malując szkarłatem purpury.
Wieczór był cichy, powietrze łagodne,
Ziemia wesoła, i niebo pogodne.
Księżyc się zwolna wyiskrzał od wschodu,
Wietrzyk orzeźwiał tchem woni i chłodu;
W nieporuszonym wód rzeki krysztale,
Zamek się z brzegu odbijał wspaniale.
Najdzikszy nawet z zbrojnych towarzyszy,
Czuł w sercu urok pogody i ciszy:
Jakże więc Anny tkliwe serce młode,
Błogosławiło ciszę i pogodę,
Gdy sama jedna, na wysokim ganku,
Patrząc po niebie, marząc o kochanku,
Trącała zlekka swojéj arfy stróny:
Lub w dal bez celu szląc wzrok zamyślony,
Czekała zda się, aż błyśnie z za wzgórzy,
Miłéj kochankom, wschód wieczornéj zorzy!…
— Cóż jéj ta gwiazda dobrego wywróży? —

XXIV.

Onaż to, ona? — co nagle tak w zmierzchu
Na Penchrist-Penu wyiskrzą się wierzchu,
I jak kometa w powietrza przezroczy
Roztacza wstęgi czerwonych warkoczy? —
Nie! — to nie promień kochankowéj gwiazdy!
To sygnał wojny! to mord i najazdy! —
Arfa z rąk Anny jak z jękiem wypadła,
Gdy chcąc zbiedz na dół struchlała i zbladła,
Wzrok się jéj zaćmił — i mdłość nią owładła.

XXV.

Ledwo straż światło ujrzała promienne,
Z wszystkich wież trąby zabrzmiały wojenne.
I widzieć było, w godowniczéj sali,
Jak się rycerze porwali od stołu!
I słyszeć było, chrzęst, łoskot, szczęk stali,
Gdy wszyscy na dół zbiegali pospołu! —
Wkrąg na dziedzińcu, przy bramach, wzdłuż szańców,
Wpół w cieniach nocy, wpół w świetle kagańców,
Migają hełmy, kołyszą się kity,
Konie parskają i biją kopyty;
Drzewce o drzewce trącają w natłoku,
Jak zmarzłe trzciny w zimowym potoku.

XXVI.

Seneszal[106] w środku, z ubielonym włosem,
Prędkiém skinieniem, podniesionym głosem,
Daje rozkazy: — a sędziwe lica
Jaskrawa jasność pochodni oświéca.
„Na Penchrist-Penie sygnał się pali[107],
„Trzy na Priesthawie; — na koń więc, daléj!
„Na koń za Branksom![108] — Janie z Altonu!
„Spiesz zbudzić mężów klanu Dżonstonu!
„Do Liddesdalu nie ma potrzeby
„Posyłać gońców; dość jest ażeby
„Ujrzeli sygnał: — któż z Eliotów,
„Któryż z Amstrongów zawsze nie gotów,
„Śpieszyć, na pomoc braci swych Skottów? —
„Na koń Todrygu! patrz wzdłuż granicy,
„Czy na swych miejscach stoją strażnicy. —
„Z was, gdzie kto może niech się przemyka,
„Byle o wrogu dostać języka! —
„Gilbercie! zapal oba sygnały;
„Wróg się znać zbliża w sile nie małéj —
„Śpiesz! niech do broni kraj staje cały!“

XXVII.

Rzekł — zamek jedném rozległ się echem:
„Na koń, za Branksom!“ — Gońcy z pośpiechem

Wpadli na siodła: — każdy w swą stronę,
Pędzą za bramy; — mosty zwodzone
Brzmią jedném echem: — a trąby grają,
A straże krzyczą, konie chrapają —
Szczęk, łoskot, hałas, huk nakształt gromu,
Zbudził z omdlenia Annę z Branksomu.

XXVIII.

Młody paź rześko poskoczył na wały,
Z dwóch wież narożnych dwa błysły sygnały.
Z drew suchych wybuch czerwonych płomieni
Oświecił zamek i niebo rumieni.
Po nad ogniami dym w kłęby kręcony,
Czarny i gęsty, od spodu czerwony,
Wije z wież obu, jak sztandar podwójny,
Złowrogie godło żałoby i wojny. —
I w mgnieniu oka, jak wzrok sięgnie zdala,
Ogień się widać po ogniu zapala:
Na ostrych skałach, na lesistych górach,
Gdzie orle gniazda kołyszą się w chmurach;
Na piramidach grobowych kurhanów[109],
Gdzie śpią snać prochy dawnych kraju panów.
Rzekłbyś, na niebie rodzące się gwiazdy:
Każdy przeraża, zwiastując najazdy,
A jednak każdy ośmiela i cieszy,
Wróżąc, że bratu brat w pomoc pośpieszy.
Aż po nad Soltrą i Dumpender-Lawem,
Edymburg światłem przeraził się krwawém;
Aż okrzyk zbudził echa Lothianów[110]:
„Na koń! na odsiecz pogranicznych klanów“ —

XXIX.

W zamku Branksomu do zorzy porannéj,
Wciąż, jak z wieczora, trwał gwar nieustanny,
Czujność, i zapał, i trwoga.
Słychać jak toczą kamienie do bramy,
Widać na wieże jak windują tramy,
By je ztąd spychać na wroga.
Kapelan kazał uderzyć we dzwony.
Dźwięk ich przeciągły, żałobnemi tony
Jęczy nad lasem i górą;
Zbudzone echem ciągłego rozruchu,
Psy niecierpliwe rwąc się na łańcuchu,
W dziedzińcach wyją ponuro.

XXX.

Lady podziela trudy Seneszala,
Młodszych zachęca i męztwo wychwala;
Z starszymi radzi i słucha wysłańców.
Wrócili wszyscy bez wieści i brańców:
Nikt nie wie pewno, kto? zkąd? gdzie są wrogi?
Jaka ich liczba, ni jaki cel drogi? —
Jedni twierdzili, że dziesięć tysięcy;
Drudzy przeciwnie, że to jest nic więcéj,
Jak zwykły podjazd rabusiów z Tyndalu,
Po czarny haracz[111]; i że z Liddesdalu,
Sami mieszkańcy wypędzić go mogą. —
Tak między ciągłą nadziéją i trwogą,
Przeszła noc straszna; i wszyscy we dworze
Z radością nowe powitali zorze.


Tu śpiewak umilkł; — w ciągu powieści,
Częste przemiany tonu i treści,
Którym podrażał arfy swéj brzmieniem,
Znużyły siłę; — z ciężkiem westchnieniem
Wsparł się na arfie. — Wzruszone damy
Pytały tkliwie: czemu tak samy
Błądzi po świecie? Nikogoż nié ma,
Coby przytulił starca-pielgrzyma?
Nie maż-li córki, któréjby tkliwość
Słodziła nędzę, wsparła sędziwość?
Nié ma-li syna, coby staranny,
Zapewnił ojcu chleb nie żebrany? —
— Ach! miał był kiedyś! — żal stłumił mowę,
Ku arfie białą pochylił głowę,
I widać było łzy, co po zbladłéj
Twarzy, kroplami na pierś mu spadły.
Aż uroczystym tonem boleści.
Tak ciągnął daléj rym swéj powieści.

KONIEC PIEŚNI TRZECIÉJ.
PIEŚŃ CZWARTA.

I.

O Tewiocie! już dziś wzdłuż twych brzegów
Nie płoną hasła bratobójczéj wojny;
Pól twych nie wstrząsa czwał zbrojnych szeregów,
Echa twych gajów drzemią sen spokojny.
Prócz wierzb twych szmeru i fali mruczenia.
Nic uroczego nie mąci milczenia
Twych wzgórz, łąk, łanów twych plennych;
Jak gdybyś nigdy, prócz fletni pasterskiéj,
Nie słyszał głosu, ni trąby rycerskiéj,
Ni szczęku mieczów wojennych!

II.

Nie tak się dzieje z rzeką życia ludzi:
Jakkolwiek nurt się jéj wije,
Łzy co ją zmąci, krwi co raz ją zbrudzi,
Żadna z niéj siła nie zmyje.

Im bliżéj ujścia swojéj wiecznéj bramy,
Tém czarniejszemi pokrywa się plamy:
Zgryzoty, żalu, lub winy.
Tyle lat temu! a dotąd tak żywo
Pomnę, jak wczoraj, tę chwilę straszliwą,
Gdy poległ syn mój jedyny!
Gdy Hannowerskich muszkietów wystrzały
W ręku Górali ich broń druzgotały,
A na ich czele walczył Dundee śmiały!…[112]
Czemużem razem nie zginął? —
Stało się! — poległ godny ojców męztwa,
Obok z Grahamem, na polu zwycięztwa:
Obok z nim będzie téż słynął!

III.

Na pograniczu w dolinach i górach,
Wzdłuż i wszerz straszna rozbiegła się trwoga;
Po grzązkich bagnach, po zamierzchłych borach,
Lud rzucał domy i krył się od wroga[113].
Na rozkaz Lady, noc całą i rano
Stada i trzody do zamku spędzano.
Niewiasty z dziećmi szły płacząc, gdy męże
Na ich obronę chwytali oręże,
Z wałów Branksomu widziano, jak bury
Dym tu i ówdzie wzbijał się do góry,
I blask na niebie odbijał czerwony: —
Znak, że wróg krwawe rozpuścił zagony.

IV.

„Otóż i wieści o nieprzyjacielu!“ —
Krzyknął stróż; — „widzę zdaleka,
„Jak w bród przez rzekę, Watt Tinlinn z Liddelu[114],
„Tu, znać przed wrogiem ucieka.
„Nie jest to napaść niesfornéj gromady,
„Gdy jéj Watt Tinlinn sam nie mógł dać rady.
„Stawiłbym szyję, że nie to wróg liczny,
„Lecz że dowodzi sam Lord nadgraniczny.“ —

V.

Ledwo domówił, ujrzano na błoniu,
Watt Tinlinn pieszo szedł obok przy koniu.
Konik był mały, kosmaty i czarny,
Lecz z kęp na kępy, przez bagna i tarny,
Sadził wezwał zręczniéj od kozy lub sarny.
Teraz niósł panią z dwojgiem małych dzieci:
Pieszo za niemi szedł służalec kmieci.
Pani rumiana, czarnobrewa, biała,
Dumna ze srebrnych błyskotek co miała[115],
Ręką znajomych z uśmiechem witała.
Łucznik był chudy, wysokiego wzrostu;
Stalna misiurka, ukuta po prostu,
I tarcz powłoką obwiedziona skórną,
Składały całą jego broń odporną.
Na krzyż przez plecy miał sajdak szeroki,
I w ręku włócznię, od świeżéj posoki

Znać zrumienioną; a zaś łuk śmiertelny,
Jeżył się w ręku połowicy dzielnéj.

VI.

Tinlinn zdał sprawę o nieprzyjacielu.
„Wiliam Howard i Lord Dacre potężny[116],
„Idą tu sami na czele dzid wielu,
„Prowadząc w pomoc Niemców huf zaciężny[117],
„Co stał w Askerten na zimowych leżach,
„Najwyćwiczeńszy w mordach i łupieżach.
„Wczoraj przez Liddel w bród przeszli o zmroku,
„I dom mój naprzód spaliła dzicz wściekła. —
„Czart niech ich za to spiecze na dnie piekła!
„Nie był spalony już przeszło od roku! —
„Przy blasku jego iskrzystéj pożogi,
„Przez grzązkie bagna, przez las i rozłogi,
„Uchodząc z dziećmi, szukałem méj drogi.
„I ledwom uszedł od pogoni krwawéj:
„Fergus z Grahamu i Jan z Akeszawy,
„Tuż tuż w ślad za mną ścigali noc całą.
„Cierpiałem długo, lecz jak rozedniało,
„Wzięli za swoje; — w Priest-Scrogg, na zawrócie,
„Konie ich naprzód postrzelałem w błocie.
„Potém Fergusa, gdy uciekał z siodłem,
„Dopadłszy, dzidą na wylot przebodłem.
„Żal mi jest nieco biednéj jego wdowy —
„Lecz już się stało! — spór nasz był nie nowy —
„Ostatnich zapust zabrał mi dwie krowy.“ —

VII.

Wkrótce stwierdziły Tinlinna nowiny,
Co tchu z stron różnych czaty wracające;
A wszystkie głoszą, że za trzy godziny,
Stanie pod zamkiem wrogów trzy tysiące.
Lecz i zamkowi nie braknie obrońców! —
Na blask sygnałów, na wezwanie gońców,
Z gajów Ettriku, z nad Ailu brzegów,
Wzdłuż Tewiotu brzmi tentent szeregów.
Wszędzie mężowie siodłają swe konie,
Wszędzie niewiasty podają im bronie;
Bo każdy śpieszy ku odsieczy bratniéj,
Bo biada temu, kto przejdzie ostatni!
Szyderstwo dziewic i pogarda braci,
Kownie lenistwo, jak tchórstwo zapłaci. —

VIII.

Przede wszystkimi, bohater klanu,
Z gór i zamierzchłych Gamesklu jarów,
Zastęp swych włóczni, Jan z Tirlestanu[118]
Przywiódł pod cieniem świetnych sztandarów.
Na tarczy jego, zaszczyt i chluba,
Lśni herb królewski: — króla Jakóba
Darto pamiętny; — gdy nikt z wassali,
Z obozujących nad brzegiem Fali,
Nikt, oprócz niego, nie chciał iść daléj

Na wojnę, z cichych namiotów.
Odtąd na hełmie swym zamiast kity,
Nosi pęk włóczni laurem obwity;
Odtąd na tarczy napis wyryty:
„Jam gotów, zawsze jam gotów“ —

IX.

Sędziwy starzec z okiem sokolém,
Zbrojno na koniu huf przywiódł bitny.
Na tarczy jego ze złotém polem,
Świecą Trzy Gwiazdy i Nów błękitny.
W krąg Oakwudu i Owru wieży,
Ciągną się jego pola przestronne;
Z po nad Bortwiku skalnych wybrzeży,
Jeżą się jego zamki obronne.
Tam, w lesistego głębiach parowu,
Rażąc powietrze echem swych ryków,
Pasą się trzody — nie jego chowu,
Lecz łup to wzięty z wrogów Anglików. —
Wódz napastniczy! jego zabawa:
Ranna potyczka, nocna wyprawa!
Ani go wdzięki Róży Yarrowu,
Zdołały z młodu wstrzymać od boju;
Ani wiek syty prac i obłowu,
Mógł mu dać uczuć słodycz pokoju.
Choć z pod szyszaku włos świeci biały,
Jak śnieg na skalnym szczycie Benwenu,
Sam pięciu synów, na polu chwały,
Uczy przykładem; — a gdzież tak śmiały,
Gdzie tak potężny, jak Lord z Hardenu[119]?

X.

Skottów z Eskdalu lud wojowniczy,
Z gór Todshaw-hillu przybieżał społem:
I mężny Hedschaw, wódz nadstrażniczy,
I chyży Whistlade, zwany sokołem.
Lecz któż wyliczy wszystkich, co śmieli,
Od Yarrow-Klejgu, do Czester-Glenu,
Od Hindhaw-Sweru, do Wudhouselie,
Szli, mając hasłem: „błoń Bellendenu?“[120]
I nigdy lepszych włóczni i mieczy,
I nigdy śmielszych serc i prawicy,
Ni ku napaści, ni ku odsieczy,
Nie było widać na téj granicy. —
I serce Lady wzniosło się w pychę,
Patrząc na dzielne konie i męże:
Tak, że rzuciwszy zaklęcia ciche,
Wolała w ziemskie ufać oręże.
Każe więc przywieść syna-dziedzica,
By wcześnie uczeń Marsowéj szkoły,
Poznał przyjaciół swego rodzica,
I nawykł walczyć z nieprzyjacioły.
„Widziałam, rzecze, jak krucze gniazda
„Zbijał strzałami z wierzchołków skały;
„Na piersiach wrogów czerwona gwiazda,
„Pewniejszym celem będzie dla strzały.
„Ty go, Whistladzie, wesprzyj twą dłonią,
„Gdzie mu dziecinne siły nie starczą:
„Ty go ucz władać ojcowską bronią,
„I w razie zasłoń ojcowską tarczą!“ —

XI.

Łatwo jest zgadnąć, że świadom swéj zdrady,
Karzeł nie życzył iść przed oczy Lady.
Udał więc trwogę i fochy dziecięce:
Tupał nogami, załamywał ręce,
Wrzeszczał, i jęczał, i łez lał potoki.
Aż przerażone piastunki i świadki,
Z trwogą oznajmić przybiegły do matki,
Że nań ktoś widać złe rzucił uroki. —
Lady niemiłéj wysłuchawszy wieści,
Spłonęła ogniem wstydu i boleści:
„Precz z nim! — krzyknęła — precz z zamku Branksomu,
„Nimby klan stał się świadkiem mego sromu! —
„W zamku Bukleju, nad brzegiem Ranglbornu,
„Tam niech nikczemnik żyje po klasztornu! —
„Ty, Watt Tinlinnie, bądź mu przewodnikiem,
„Ni się daj wzruszyć prośbami ni krzykiem! —
„Bóg mię snąć skarał w surowości swojéj,
„Że się nikczemnik narodził z krwi mojéj.“

XII.

Stokroć Watt Tinlinn przeklinał swą dolę,
Gdy przyszło na koń brać wściekłe pacholę.
Posadził jednak; — lecz koń przerażony,
Czując na sobie szatańskie straszydło,
Rżał, parskał, wierzgał, leciał jak szalony,
Nic nie pomogły ni bicz ni wędzidło.

Aż gdy przez pole przemknąwszy w zawody,
Trafił pod lasem na żywy zdrój wody,
Pierzchnęły czary; — i paź w oka mgnieniu,
Zmienił się w potwór, jak obraz w marzeniu.
Zeskoczył z siodła, i kręcąc ramiony,
Wrzasnął: „stracony! stracony! stracony!“
Lecz jak bądź szybko uciekał po brzegu,
Strzała Tinlinna dościgła go w biegu,
I aż po pióra zagrzęzła we grzbiecie. —
Nie mógł on umrzeć: lecz żyjąc na świecie,
Czuł ból po ludzku; — więc bieżąc po niwie,
Na czém świat stoi wrzeszczał przeraźliwie.
Łucznik, jak gdyby rażony od gromu.
Gnał wstecz co siły do zamku Branksomu.

XIII.

I już był stanął na wierzchołku góry,
Zkąd widać u stóp i rzekę i mury,
Gdy nagle z głębi lesistych rozłogów,
Usłyszał hasła zbliżania się wrogów:
Dźwięk kobz, piszczałek, i wojennych rogów,
Zmieszany z bębnów łoskotem, i czasem
Ze rżeniem koni i ludzi hałasem.
I wnet nad niższe zarośle wzniesione,
Powiały z wiatrem chorągwie czerwone;
I widać było, gdzie gąszcz rzedniejąca,
Jak broń i zbroje błyskały od słońca.

XIV.

Przednia straż naprzód, na rączych koniach,
Rozpierzchłym szykiem hasa po błoniach,
Śledząc zasadzek i wrogów:
Za nią Kendalscy dzielni łucznicy,
Cali w zieleni, z łukiem w prawicy,
Mierzą krok z taktem swych rogów.
Tuż po za nimi, rzędem jak ściana,
We zbrojach Dakra jazda dobrana,
Szła z krzyżowemi sztandary:
Co niegdyś z Akry zdobytéj szańców,
Wionęły grozą w hordy pohańców.
Męztwem w rycerzy swéj wiary.
Zbroje na piersiach krzyżem znaczone,
Na krzyż przez piersi szarfy czerwone,
Twarz za kratami przyłbicy;
A przed ich szykiem, gronem minstrele,
Z kobzami w ręku, grają na czele:
„Lord Dacre, stróż naszéj granicy!“[121]

XV.

Po za angielską jazdą i piechotą,
Szedł Niemców hufiec zaciężny;
Konrad z Wolfsteinu, zuchwały i mężny,
Krew ich frymarczył za złoto.

Tłuszcza bez prawa, bez kraju i domu,
Niedbała o nic, niekarna nikomu,
Gwoli piérwszemu, co lepiéj zapłaci,
Gotowa przelać krew wroga lub braci[122].
Broń ich też inna, niż noszą Anglicy:
W górę z ramienia tkwi rura rusznicy;
Z bawoléj skóry marszczone kaftany,
Ściąga w pół ciała pas klamrą spinany;
Z lewego boku, zwieszona z pod pachy,
Wisi u szarfy ładownica z blachy;
Prawe kolano jest nagie, ażeby
Łatwiéj na mury iść w razie potrzeby;
A wszyscy razem, w zwartym idąc szyku,
Śpiewali pieśni w swym twardym języku.

XVI.

Lecz zgiełk się wzmaga — i głośniéj, i śmieléj,
Brzmią trąby, surmy, i kobzy minstreli,
Gdy na kraj pola, okutą we zbroje,
Lord Howard z lasu wywiódł jazdę swoję:
Straż tylną w szyku, lecz piérwszą na boje! —
Nie jeden młody ochotnik bez trwogi,
Szedł z nią, by złote zasłużyć ostrogi,
I na ognistym harcując rumaku,
Godłem swéj damy wstrząsał na szyszaku.
Szli dwaj za dwóma, aż nad lasu brzegiem,
Długim, podwójnym stanęli szeregiem,
I „Święty Jerzy za Anglią!“ wkoło
Okrzyk z ust wszystkich rozległ się wesoło.

XVII.

Oczy Anglików, jak strzały, łakomie
Utkwiły wszystkie w warownym Branksomie,
Co tak już blisko, że słuch przenikliwy
Dosłyszy każde brząknienie cięciwy. —
Na wałach wkoło jeżą się błyszczące,
Ostrza halabard i włóczni tysiące;
Na wieżach stoją mosiężne haubice,
Gotowe ciskać grom i błyskawice;
Słupem z nadbramnych baszt, dym i popioły
Wieją z pod kotłów smażącéj się smoły:
Deszcz to ognisty na nieprzyjacioły!
A od czerwonych promieni ogniska,
Śród kłębów dymu stal krwawo połyska.
Anglicy patrzą; — wtém most się odwala,
I z bram wyjeżdża rycerz, w którym zdala
Poznali wszyscy, starca Seneszala.

XVIII.

W pełnéj byli zbroi, prócz hełmu, a biała
Broda poważnie na pierś mu spływała.
Niezgięty wiekiem, prosto siedział w łęku:
Wodze rumaka w lewym ściąga ręku,
I coraz bodźcem łechtając po bokach,
Zmusza go zwolna iść w ciągłych podskokach.
Na znak rozejmu, w prawicy nad głową
Trzymał do góry gałązkę wierzbową;

A za nim giermek, w bawolim kirysie.
Niósł rękawicę zwieszoną na spisie[123]. —
Skoro się zbliżył, wnet Angielscy wodze,
Lord Dacre i Howard, by spotkać na drodze,
Wyszli na czoło wojsk swoich, ciekawi,
Co im ów goniec z Branksomu objawi.

XIX.

„Lordowie!“ — starzec rzekł — „Lady z Branksomu,
„Pyta was przez mię: przecz i przeciw komu,
„Gwałcąc przymierze, co wiąże dwa kraje,
„Wiedziecie Niemców najemnicze zgraje,
„Kendalskie łuki i Gilslandzkie włócznie? —
„Lady wam radzi cofnąć się niezwłocznie;
„A jeśli dobra nie pomoże rada,
„Przez usta moje to wam zapowiada:
„Że niechaj tylko tłum łupu łakomy,
„Spali nam w polu choć jedno źdźbło słomy;
„Niech tylko hałas lub szczęk broni waszéj,
„Jedną jaskółkę z wież naszych wystraszy;
„Jako Bóg żywy! na zbójeckiéj bandzie,
„Ogniem i mieczem pomścim w Kumberlandzie!“ —

XX.

Dacre z gniewu ledwo dosłuchać go zdołał,
Lecz spokojniejszy Lord Howard zawołał:
„Cny Seneszalu! proś twéj pani saméj,
„Niech raczy zstąpić do zewnętrznéj bramy,

„Tam jéj przez usta Herolda powiemy,
„Z czémeśmy przyszli, i z czém wrócić chcemy.“ —
Seneszal wrócił, i wnet z Lady samą,
Stanął na murze, nad zewnętrzną bramą;
A wkoło klanu przedniejsi wodzowie,
Chciwi usłyszeć co Herold opowie. —
W barwach Howarda, zbliżył się przez pole,
Wiodąc za rękę nadobne pacholę. —
O! widok matce straszniejszy od gromu!
Poznała syna, dziedzica Branksomu! —
Herold ją grzecznym witając ukłonem,
Wskazał na dziecię, i rzekł śmiałym tonem.

XXI.

„Lord Dacre i Howard, przeciw pięknéj damie,
„Z boleścią serca muszą zbroić ramię;
„Ale im dłużéj znosić nie przystoi,
„Widząc jak krewni i lennicy twoi,
„Wzdłuż granic naszych puszczając zagony,
„Lud nasz mordują i łupieżą plony,
„A ty, o pani! z ujmą czci imienia,
„Zbójcom w swym zamku udzielasz schronienia.
„Żądają zatém, by im był wydany
„Rycerz, Wiljamem Delorianem zwany,
„Na słuszną karę, jaka się domierza
„Na gwałcicielach wspólnego przymierza.
„Niedawno bowiem, jak o tém wié każdy,
„Złupił Stapleton na czele swéj jazdy,

„I depcąc Bozkie i rycerskie prawa.
„Sam zabił brata Ryszarda Musgrawa.
„Gdy więc, jak widać, kobiécie i wdowie
„Trudno powściągnąć to złe: Milordowie,
„Chca, abyś w pomoc, w zamku twego progi,
„Przyjęła dwieście angielskiéj załogi.
„Inaczéj, szturmem wziąwszy jego wały,
„Pługiem zaorzą te miejsca, gdzie stały:
„A syn twój, pani, w prostych paziów rzędzie,
„Na dwór Londyński odesłany będzie.“ —

XXII.

Umilkł — lecz chłopiec lejąc łzy dziecięce,
W górę ku matce wzniósł drobne swe ręce,
I po imieniu zwał wiernych lenników,
By go wyrwali z przemocy Anglików. —
Serce się Lady ścisnęło boleścią.
I oko matki zaszło łzą niewieścią.
Bystro po wodzach spojrzała wokoło:
Każdy stał smutny, opuściwszy czoło.
A więc zamknąwszy na dnie męzkiéj duszy,
Żal swój, co łkaniem chciał ulżyć katuszy,
Nieporuszona na pozór i śmiała,
Wyniosłym głosem tę odpowiedź dała.

XXIII.

„Idź, powiedz panom twym, co tak wspaniali
„Wojnę niewiastom i dzieciom wydali;

„Że się Deloraine, cel ich nienawiści,
„Albo przysięgą z zarzutów oczyści[124],
„Lub na sążd Boski, zgodnie z ludzkiém prawem,
„Stanie sam na sam do walki z Musgrawem. —
„Ze krwi i z męztwa Deloraine, z pierwszymi
„Równać się może lordami waszymi;
„Z ręki Duglasa wziął rycerstwa znamię,
„Gdy krew angielska wzbierała w Ankramie[125];
„I sam Dacre, gdyby nie rączość sokola
„Konia, co wtedy unosił go z pola,
Dacre samby widział, czém w dniu tym bez trwogi
Deloraine złote okupił ostrogi. —
„Co do młodego dziedzica Branksomu:
„Bóg niech go strzeże! — lecz ja w jego domu,
„Ja, póki żyję, nie dopuszczę sromu,
„By przyjaciela wydać w ręce wrogów;
„Lub wrogom naszym dać wstęp do mych progów! —
„Idź więc i powiédz dumnym twoim panom,
„Że gdy się dobrym nie cofną sposobem,
„Trąby wnet nasze zabrzmią śmierć ich klanom,
„A ten nasz przekop stanie się ich grobem.“ —

XXIV.

Rzekła, i z dumą spójrzała dokoła. —
Tirlestanowi gniew iskrzy się z czoła,
Walter z Hardenu zatrąbił — i razem
Cały gmach nagłe zabrzęczał żelazem.
Z wież sto chorągwi rozwiło się w górze,
Tysiące mieczów błysnęło na murze,

I okrzyk w niebo wzbił się nakształt gromu:
„Święta Maryo! za Lorda Branksomu!“ —
Hasło angielskie ozwało się echem:
Jazda w tok włócznie złożyła z pośpiechem,
Łucznicy z trzaskiem cięciwy napięli,
Zabrzmiały trąby i kobzy minstreli
Pieśń, hasło szturmu i mordów:
Wtém — nim ostatni znak dano do boju,
Ujrzano gońca: — w kurzawie i znoju
Przypadł, i mówi do Lordów.

XXV.

„Przebóg, Lordowie! o! biada wam, biada!
„Pochód wasz wrogom odkryła snać zdrada.
„Co tu czynicie pod temi murami,
„Twierdza przed wami, a wojna za wami? —
„W nieprzyjaciołach już się radość nieci,
„Że lew angielski dał się złowić w sieci.
„Z gór Ruberslawu, pod dzielnym Duglasem,
„Równina włóczni pokryła się lasem;
„Nieprzeliczony tłum Lorda z Maxwelu,
„Tył wam zabiera od brzegów Liddelu.
Z Dżedwudu[126], Esku, i Tewiotdalu,
„Angus zastępy prowadzi;
„Z całego Mersu, i z niw Lauderdalu.
Hom ochotników gromadzi,

„Ja jestem Anglik, wygnaniec z méj ziemi,
„Ale Anglicy są braćmi mojemi;
„Ciche schronienie mam śród Liddesdalu,
„Lecz klęsk ojczyzny nie zniosę bez żalu;
„Co tchu więc stało pędziłem tu w nocy,
„By wam oznajmić o wrogów przemocy.“ —

XXVI.

— „Niech przyjdą — krzyknął Dacre — „na zgubę swoję!
„Znamię to ojca mojego i moje,
„Co niegdyś godłem zwycięzkiéj nadziei
„Wiało z wiatrami na brzegach Judei,
„Wnet z wież Branksomskich wzdymając się groźno,
„Urągać będzie z przybyłych za późno! —
„Łucznicy! naprzód! — zdwójcie krok i meztwo!
„Kto Anglik, za mną! — śmierć albo zwycięztwo!“ —

XXVII.

— „Stój! — rzekł mu Howard — „przyjm radę przyjaźni,
„Ani sądź, proszę, że mówię z bojaźni;
„Bo i któż widział, by kiedy Lew Biały[127]
„Zadrżał przed wrogiem, lub zszedł z pola chwały? —
„Ale tak na szwank stawić kwiat rycerstwa,
„Naprzeciw siłom całego królestwa;

„Chcieć w trzy tysiące zbić dziesięć tysięcy:
„Czyn taki byłby szaleństwem, nic więcéj.
„Przetoż me zdanie jest przyjąć układy,
„Nim wieść odsieczy wzmoże duch osady.
Musgraw swe spory niech kończy orężem:
„Jeśli zwycięży, my przezeń zwyciężem;
„Gdy się zaś szczęście odwróci od niego,
„Będzie to strata — lecz tylko jednego.
„Zresztą spokojnie, bez szkody i sromu,
„Jakeśmy przyszli, wrócimy do domu.“ —

XXVIII.

Nie w smak Dakrowi szły takie wyrazy,
Wstrzymał się jednak, i zmienił rozkazy.
Ale już odtąd, dawni przyjaciele
Nie stali razem na wojsk swoich czele;
I mówią ludzie, że ten powód gniewu
Był potém źródłem bratniéj krwi rozlewu.

XXIX.

Herold na nowo zbliżył się pod wały, —
I dźwięki trąby znów wodzów przyzwały.
Herold z obrzędem rycerskiego prawa,
Czynił wyzwanie w imieniu Musgrawa;
U stóp ich zbrojną rękawicę złożył,
I w takich słowach rzecz swoję wyłożył:

„Gdy Musgraw palmę zwycięztwa odbierze,
„W zakładzie u nas zostanie lord młody;
„A za doznane gwałty i łupieże,
„Klan wasz nam wróci ubytki i szkody.
„Jeśliż Deloraine Musgrawa pokona,
„Puścimy wolno dziedzica Branksomu;
„A w każdym razie, ta i owa strona,
„Nie szkodząc drugiéj, ani uszkodzona,
„Lud swój wojenny rozpuści do domu.“ —

XXX.

Nikt z wodzów blizkich posiłków nie świadom,
Każdy więc w sercu rad był tym układom.
I próżno Lady dwuznacznemi słowy
Chciała przewłóczyć lub zerwać umowy;
Bojąc się wydać z wiedzą tajnych rzeczy,
I sztuki wyższéj nad rozum człowieczy,
Przez którą miała wieść pewnéj odsieczy:
Przystała w końcu, że nazajutrz rano,
W polu szrankami plac oznaczyć miano,
Gdzie z Delorainem Musgraw przed wieczorem,
Stoczą bój pieszo, z szablą i toporem.

XXXI.

Wiém, że niejedni minstrele bajali,
Iż się bój taki, we zbrojach ze stali,
W szrankach odbywać zwykł konno:
Z kopią w toku, w całym pędzie koni,
I z mieczem w zapas, gdyby włócznie w dłoni
Prysły o tarczę ochronną.

Lecz mistrz mój w pieśniach — on lepiéj to wiedział[128],
I jak wam mówie, tak mnie opowiedział
Wszystkie téj walki obrzędy;
On, co tak prawa rycerskie Duglasów[129],
I tak znał dziéje najdawniejszych czasów,
Jakby sam zawsze był wszędy!
To téż nie ścierpiał, by żart czy zuchwałość,
Fałsz pieśniom jego lub niedoskonałość
Zarzucać śmiały przed światem;
I gdy raz wspólnie spełniali kielichy,
Za taki zarzut, w gniewie swojéj pychy,
Wszczął spór z Reullem współbratem.
Nad Tewiotem, w samotnéj ustroni,
Spokojne echa zbudził szczęk ich broni,
I Reull poległ w złą chwilę.
Mistrz mój, gdy ostygł gniew co go zaślepił,
Polany łzami krzew głogu zaszczepił
Na przeciwnika mogile.

XXXII.

Mamże wspominać pod jak krwawym ciosem
Legł sam, mistrz pieśni, z ubielonym włosem,
Jak osądzili go ludzie? —
Próżno głos jeden współziomków boleści,
I Ousenamskich dziewic płacz niewieści,
Błagały za nim w Dżedwudzie.
Umarł! — uczniowie jego po jednemu,
Płacząc tu po nim, już poszli ku niemu;

Ja tylko jeszcze, starzec nad mogiłą,
Stoję i płaczę, wspomniawszy co było;
I że już ucho moje nie usłyszy,
Zajrzanych nieraz pieśni towarzyszy; —
Bo zawiść moja zgasła razem z niemi,
A żal mi tylko został na téj ziemi.


Umilkł — i znowu łza błysła w oku,
Którą wnet skrycie otarł na boku.
Lecz księżna uczuć przenikła skrytość:
I na wpół szczerze, na wpół przez litość,
Ona i damy, co go słuchały.
Jedna przed drugą pieśń uwielbiały.
Księżna się zdała dziwem przejęta,
Że tyle rzeczy wié i pamięta,
O rodach, co już dawno wymarły,
O czynach, co się w dziejach zatarły;
O zbrojnych zamkach, gdzie las dziś wzrasta,
Albo o lasach, gdzie teraz miasta;
O zapomnianych tylu zwyczajach,
I tylu mężach, w obu tych krajach,
Co je na własnych dźwigali siłach,
A tyle wieków śpią już w mogiłach,
Że już od wieków, zwodnicza chwała
Imion ich nawet pozapomniała,
I na skroń młodszych dała czcicieli,
Wieniec, za który krew swą przeleli.
Nic jestże dziwną pieśń, co tak budzi
Z grobu przeszłości, czasy i ludzi? —

Wieszcz się uśmiéchnął: — bo gdzież pochwała
W uchu poety próżno zabrzmiała?
Ród prosto-duszny! cel ich i pycha,
Czyjś krótki uśmiech, czyjaś łza cicha!
Temu z nich każdy, zapał młodzieńca,
Temu swe męzkie siły poświęca;
I gdy wiek nawet oziębi ducha,
Jeszcze pochwała iskrę rozdmucha,
I wyobraźnia, jak zgonu bliska
Lampa, raz jeszcze kołem zabłyska.
Wieszcz się uśmiéchnął — i tak z uśmiechem
Śpiewał, wtórując cichém strón echem.

KONIEC PIEŚNI CZWARTÉJ.
PIEŚŃ PIĄTA.

I.

Nie zwijcie płonném marzeniem minstrela,
Jeśli wam powié, że po zgonie wieszcza,
Natura płacze swojego czciciela,
I żal swój po nim widomie obwieszcza.
Że mroczne lasy i skaliste góry,
Z głębi swych pieczar wznoszą jęk ponury;
Że w kir obłoków stroją się niebiosy;
Że kwiaty nad nim sączą łzy swéj rosy;
Że wiatr po lubych gajach jego wzdycha,
A szelest liści wtóruje mu zcicha;
Albo że woda wezbrana w strumieniach,
Jak gdyby łkała, brzęczy po kamieniach.

II.

Nie by w istocie, po śmierci człowieczéj
Smucić się mogły nieżyjące rzeczy:

Lecz ze wiatr, woda, las, przepaść i góra,
Niebo i ziemia, i cała natura,
Są echem żalu tych, co zapomniani
Na ziemi, w pieśniach żyli jeszcze dla niéj,
A z śmiercią Barda, ich pamięć u ludzi
Kona raz drugi, i już się nie wzbudzi. —
Tkliwéj dziewicy cień, która boleje
Że czystych uczuć jéj zaginą dzieje,
Na grób śpiewaka, i z kwiatów ich wonie,
I świéżą rosę westchnieniem owionie.
Duch wojownika, widząc kres swéj chwały,
Którą rozumiał że wieki czcić miały,
Ze wstydu w czarnych zawiwszy się chmurach,
Jęczy z wiatrami po lasach i górach.
Feudalny mocarz, poznając jak licha,
Jak marna była potęga i pycha,
Dla któréj kraje zamieniał w pustynie,
A któréj z Bardem ślad nawet zaginie:
Wyje z wściekłości po przepaściach ziemi,
I wody w zdrojach wzdyma łzami swemi.
A wszyscy w Barda lutni oniemiałéj,
Płaczą swéj własnéj pamięci i chwały.

III.

Ledwo co hasło cofniono bojowe,
I obie strony stwierdziły umowę,
Gdy z wież Branksomu, z Tewiotu brzegów.
Ujrzano przednią straż nowych szeregów.
Kurz tumanami kłębił się po błoni,
I słychać było głuchy tentent koni;

Ostrza sztandarów i włóczni tysiąca,
Jak gwiazdy w górze błyskały od słońca;
A rozwinione chorągwie znaczyły,
Gdzie który z wodzów, i jakie wiódł siły.

IV.

Cóż nada klany zwać po imieniu,
Z jakich szły grodów, gór, albo lasów?
Dość, że na przedniéj straży znamieniu
Jaśniało Krwawe Serce Duglasów[130];
Że w środku Siedem Lanc z Wedderburn’y[131],
Dosiadło siedmiu orłów-dzianetów;
Że odwodowy hufiec poczwórny,
Wiódł Swinton, pogrom Plantagenetów![132]
Lecz któż wyliczy wszystkich rycerzy,
Imię ich klanu, godło sztandaru:
Których z niw Mersu, z Twidu wybrzeży,
Wiódł młody Hepburn, i Hom z Dunbaru[133]? —
Tłum różno-barwny szedł różnym szykiem,
Aż z gór ujrzawszy wieże Branksomu,
Zatrząsł powietrze jednym okrzykiem:
Hom! Hom! za Branksom! naprzód Lord Homu!“ —

V.

Z zamku tłum gońców, giermków i rycerzy,
Na dzielnych koniach, w godowéj odzieży,
Czwałem przebiega równinę:

Klanom za pomoc dziękować uprzejmie,
Wodzom oznajmić o zaszłym rozejmie,
I ofiarować gościnę. —
Ale chcąc uczcić wodzów przyjacielskich,
Nie zapomniano i Lordów angielskich:
Seneszal, w obrzednym stroju,
Stanął przed nimi, i w imieniu Lady,
Wzywa, by chętnym podziałem biesiady,
Stwierdzili układ pokoju. —
Lord Howard, który, jak w sztuce szermierskiéj,
Nie miał równego w grzeczności rycerskiéj,
Przyjął gościnność; lecz Dacre ku ochocie
Nie skory, wolał pozostać w namiocie.

VI

Terazbyś, Księżno, spytać może rada,
Jak się przeciwne dwa wojska spotkały,
Myśląc zapewne, że trud był nie lada,
Utrzymać pokój zaledwo nastały,
Gdy wojsko z wojskiem, na téj saméj błoni,
Zawziętość w sercu, a broń mają w dłoni? —
Z mlekiem wyssana dziedziczna nienawiść,
Wzajemne krzywdy, i sąsiedzka zawiść,
Wszystko ich dzieli przez wieki;
Lecz się w téj chwili, układów świadomi,
Schodzą, witają, jak dobrzy znajomi,
Zszedłszy się w ziemi dalekiéj.
Z uprzejmą twarzą, z rozjaśnioném czołem,
Wkrąg na murawie zasiadają społem,
W ufności, w zgodzie braterskiéj;

Z rąk do rąk krąży napełniona flasza,
Jeden drugiego woła i zaprasza
Na podział uczty żołnierskiéj.
Tani dwaj gdy wzajem podnieśli przyłbice,
Sąsiad sąsiada poznał o granicę,
Śmieją się, podają dłonie;
Młodzież gra w piłkę z palantem, lub w kości[134],
A wszędzie wrzawa i gwar wesołości
Napełnia lasy i błonie.

VII.

A jednak wiedzcie, że gdyby w téj chwili
Trąby do boju znak dały:
Z tych samych, którzy jak bracia bawili,
Co razem z sobą igrali i i pili,
Wrogiby wzajem powstały.
Wesołe echa po nad Tewiotem,
Nagleby zbrojnym zabrzmiały łoskotem,
I chórem jęków i krzyków;
A sztylet, który w prawicy bezbrojnéj,
Pomagał krajać na uczcie spokojnéj,
Sam piłby krew biesiadników. —
Nagły ten przechód od uczt do zapasów,
Tak bywał częsty za tych dawnych czasów,
Że nie był dziwny nikomu[135].
Tą razą jednak, spokojnie i zgodnie
Przeszedł dzień cały, i słońce pogodnie
Zaszło nad zamkiem Branksomu.

VIII.

Mrok nigdzie miłéj nie przerwał zabawy:
I wkrótce słupy światłości jaskrawéj,
Z sal biesiadniczych, przez okna zamkowe,
Sięgając rzeki, padły na dąbrowę.
I słychać w zamku, jak coraz weseléj
Brzmi gwar biesiady i pieśni minstreli,
Którym, jak gdyby przeciągłemi echy,
Wtórują z zewnątrz obozowe śmiechy,
Żołnierskie śpiewy, lub wybuch hałasów,
Na wiwat imion: Dakrów lub Duglasów.

IX.

Ale im ciemniéj, tém ciszéj i ciszéj
Brzmi ruch i gwary — aż całkiem ustały.
Z wałów Branksomu nic ucho nie słyszy,
Prócz szmeru rzeki, gdy pluska o skały.
I na równinie milczenie dokoła:
Prócz że gdzie niegdzie straż hasło zawoła;
Prócz że z tchem wiatru, z dalekiego boru,
Kiedy niekiedy zabrzmi szczęk toporu;
Gdzie robotnicy, wysłani z wieczoru,
Całą noc drzewo sposobią do szranek,
By stanąć mogły na jutrzejszy ranek.

X.

Anna nie bacząc na groźny wzrok Lady,
Powstawszy wcześnie od stołu biesiady,

Odeszła do swych pokoi;
Ani widziała, ile tkliwych oczu,
I ile westchnień, tajonych w uboczu,
Szło za nią na próg podwoi.
Nie jeden bowiem sprzymierzeniec młody,
W sercu jéj słodkiéj pożądał nagrody,
Za wierną przyjaźń dla domu;
Nie świadom o tym, co jak w myślach dziennych,
Sam tylko teraz w jéj marzeniach sennych,
Zajmował Annę z Branksomu. —
Marzenia były ciężkie i zwikłane:
Więc uprzedzając świtanie rumiane,
Wstała, szukając im przerwy.
Z tyluset, którzy tu wczoraj zasnęli,
I z przyjacieli, i z nieprzyjacieli,
Najlepsza, wstała najpierwéj!

XI.

Wstała, i patrzy na dziedziniec próżny,
Który zalegał cień wieży narożnéj,
I na dalekie rozłogi.
Wszystko w śnie twardym i ciszy ponuréj,
Gmach i obozy: — a wtém się o mury
Odbił brzęk zbrojnéj ostrogi.
Jezus Marya! sen-że to czy jawa? —
Oddech jéj w ustach stłumiła obawa,
I serce w piersiach ustało.
To on! Lord Kranston! jak gdyby w swym domu,
Stąpa sam jeden w dziedzińcach Branksomu,
Stąpa spokojnie i śmiało! —

Mogłaż go duma lub ufność tak złudzić?
Gdy dość jednemu paziowi się zbudzić,
Dość by straż słowo wyrzekła:
Za wszystkie perły Królowéj Maryjéj,
Za wszystkie droższe od pereł, ach! łzy jéj,
Śmierćby się jego nie zwlekła.

XII.

Lecz Kranston pewien był swoich zamiarów:
Karzeł albowiem nauczył go czarów,
Jak przybrać na się kształt cudzy:
I gdy przechodził przez bramę Branksomu,
Znanego wszystkim przyjaciela domu
Widział w nim strażnik i słudzy. —
Ale jakiegóż potęga uroku
Zaćmi przenikłość w kochającém oku,
Przeczucie w duszy młodzieńczéj? —
Anna poznała — lecz drżąca i blada,
Nie wie co czynić; — i nim przyszła rada,
Lord Kranston u nóg jéj klęczy.

XIII.

Nie raz myślałem, jaki cel prawdziwy
Mógł mieć w istocie ów karzeł złośliwy,
Gdy to ułatwiał spotkanie? —
Miłość szczęśliwa a czysta zarazem,
Nazbyt jest nieba na ziemi obrazem,
By znaleźć pomoc w szatanie.

Wpadam więc zawsze na ten domysł, czyli
Nie myślał raczéj, że w uniesień chwili,
Namiętność popchnie do grzechu;
A wtedy widząc jéj łzy i sromotę.
I jego rozpacz, i żal, i zgryzotę.
Miałby dość przyczyn do śmiechu. —
Lecz podłe duchy pojąć nie są w stanie,
Co jest prawdziwe, szlachetne kochanie:
Drogi dar Niebios, który przed innemi
Bóg zesłał ludziom na osłodę ziemi.
Nie jest to wietrzny ogień wyobraźni,
Co póty gore, dopóki się draźni;
Nie z ziemskiéj żądzy swéj mocy nabiera,
Nie przez nią żyje, i nie z nią umiera.
Lecz jest to związek ducha z duchem, który,
Spaja się tajném ogniwem natury,
I łączy węzłem niezrywnéj jedności,
Dwa serca w życiu, dwie dusze w wieczności! —
— Ale zostawmy szczęśliwych kochanków,
A przejdźmy, gdzie się tłum kupi do szranków.

XIV.

Trąby z obozów zabrzmiały po łanach,
Wojska się ze snu porwały ochoczo;
Hufce po hufcach, i klany po klanach,
Jeden przed drugim ku szrankom się tłoczą;
Włócznie się jeżą nad głowami tłuszczy,
Jak nagie sosny w wypalonéj puszczy.
A wszystkich oczy zwrócone ku drodze,
Zkąd zapaśnicy i przedniejsi wodze

Z zamku przybędą za chwilę;
A każdy tego lub owego sławi,
Wróży mu tryumf, i zakłady stawi
Na jego męztwie i sile.

XV.

W zamku tymczasem toczyły się spory.
Walter z Hardenu i Jan z Tirlestanu,
Za Deloraina, co jeszcze był chory,
Obaj chcą bronić czci jego i klanu.
Obaj uparci: — już jeden i drugi
Liczy swe prawa, wspomina zasługi,
Już gniew zaiskrzył w ich oku;
Słowo — a z sporu przejść mogą do zwady!
Próżne jednania przyjaciół i Lady: —
Gdy wtém — o! dziwny widoku!
On sam, Deloraine, już w zbroję odziany,
Zdrów, jakby nigdy nie odebrał rany,
Wszedł — sam chce bronić swéj chwały.
Lady zdumiała nad skutkiem swych czarów,
Między wodzami znikł powód do swarów,
I trąby wyjścia znak dały.

XVI.

Lady jechała na czele orszaku,
Lord Howard pieszo szedł przy jéj rumaku,
Ręką trzymając za wodze;
Z częstych uśmiechów i skinienia głowy,
Znać, że uprzejme i wdzięczne rozmowy
Wiedli nawzajem po drodze.

Lord zamiast zbroi godowe miał szaty:
Brabanckie tkania i perskie bławaty
Zdobiły kaftan bawoli;
Na zwierzchnim płaszczu haft połyskał drogi,
Złoty miał łańcuch, i złote ostrogi,
I kołpak z polskich soboli.
Miecz Toledański, formy starożytnéj,
Wisiał w szkarłatnéj pochwie aksamitnéj,
U pasa cudnéj roboty.
Wassale widząc ten strój od przepychu,
Jeden drugiemu szeptali po cichu
Dawniejsze Lorda zaloty.

XVII.

Tuż po za Lady, krokami wolnemi
Stąpał koń Anny; — strój długi do ziemi
Igrał z tchem wiatrów nieśmiałych;
Twarz obwiewała przejrzysta zasłona,
Włos utrefiony spadał na ramiona,
Ujęty wieńcem z róż białych.
Gdyby nie Duglas idący koło niéj,
Cuglów utrzymać nie mogłaby w dłoni,
Tak drżała w sobie i w ręku.
Duglas rozumiał, że blizki bój krwawy
Trwoży dziewice: i koił obawy,
Zlekka wstrzymując ją w łęku.
 Ale prawdziwa przyczyna katuszy
Nieodgadniona została w jéj duszy,

I znać ją całkiem owładła:
Gdy wszedłszy ledwo na wysoki ganek,
Pod baldachimem wzniesiony u szranek,
Miéjsce przy matce zasiadła.

XVIII.

Z boku, w obliczu obustronnych szyków,
Stał młody Buklej, pod strażą Anglików,
I cały w oku, z ciekawém obliczém.
Znać, że prócz bitwy nie myślał o niczém,
W szrankach Hom z Dakrem, na koniach, wezbroi,
Bacznie, jak sędziom potyczki przystoi,
Plac rozmierzają od końca do końca,
Dzieląc korzyści powietrza i słońca.
I z ich rozkazu woźny, przy trąb dźwięku,
Głosi, by podczas walki zapaśników,
Nikt wzrokiem, ręką, ani niczém w ręku,
Nie dawał znaków, nie wydawał krzyków,
Pod karą śmierci z prawa i zwyczajów.
Skończył — i cichość nastała dokoła;
A Heroldowie obu wojsk i krajów
Wyszli na środek, i każdy tak woła.

XIX.
herold angielski.

„Tu stoi Ryszard Musgraw, rycerz prawy,
„Mąż dzielny, z zacnéj, wolnéj krwi szlacheckiéj;

„I Deloraina, za mord brata krwawy,
„Za łupież podczas napaści zbójeckiéj,
„Ogłasza zbójcą bez czci i bez sławy,
„Zdrajcą przymierza i zgody sąsiedzkiéj.
„A co rzekł, mieczem poprze w każdéj porze:
„Tak mu dopomóż sprawiedliwy Boże!“ —

XX.
herold szkocki.

— „Tu stoi Wiljam Deloraine, mąż dzielny,
„Rycerz i wolny szlachcic; — i powiada:
Że Ryszard Musgraw jest kłamca bezczelny,
„Że żadne podłe morderstwo i zdrada
„Nie plamią jego czci nieskazitelnéj;
„I niechaj potwarz na potwarce spada!
„A co rzekł, mieczem poprze w każdéj porze:
„Tak mu dopomóż sprawiedliwy Boże!“ —

lord dacre.

— „Bóg niech rozstrzyga! Do broni, rycerze!
„Trębacze! hasło!“ —

lord hom.

— Bóg niech prawdy strzeże!“ —

Rzekł — i wnet echa po nad Tewiotem,
Trąb przeraźliwych i broni łoskotem
Zabrzmiały wszystkie zarazem:

Gdy się śród szranek dwaj współzawodnicy,
Z zapałem w sercu i gniewem w źrenicy,
Starli — żelazo z żelazem.

XXI.

Nie przed damami śpiewać przystoi,
Jak ostrza siekier grzęzły we zbroi,
Jak po nich krwawe płynęły strugi:
Bo siła równa i bój był długi.
Lecz gdybym śpiewał wobec rycerzy,
Mógłbym opisać wszystko najszczerzéj: —
Bom i ja widział starcie puklerzy!
Bom i ja widział, jak się łamały
Włócznie o zbroje, i jak bryzgały
Krwią ludzką końskie kopyty!
A przecież nigdym nie cofnął kroku,
I nieraz ze mną wróg, oko w oku,
Zwarł się, i pierzchnął odbity.

XXII.

Stało się, stało! — hełm przeszła siekiera,
Zachwiał się, we krwi uśliznął na trawie,
Padł! — próżno jeszcze ostatek sił zbiera —
Już ci nie powstać Ryszardzie Musgrawie!
Krew pluszcze z rany: — przyskoczyli swoi,
Przecięli węzły u hełmu i zbroi,
Chcą podnieść z ziemi — daremne staranie!
Twarz coraz bladsza; — śpiesz, śpiesz kapelanie!

Niech szczera spowiedź i serdeczna skrucha,
W drogę wieczności usposobią ducha!

XXIII.

Sługa pokoju bieży na plac bitwy,
Nad konającym odmawiać modlitwy.
Z wiatrem w pośpiechu ulata włos biały,
Nagie się stopy krwią zafarbowały,
Gdy miejsce walki przebywał;
Ukląkł, i bacznie nastawiając ucha,
Niezrozumiałych słów spowiedzi słucha,
Którą jęk często przerywał.
Słucha — i w górze przed jego oczyma,
Godło mąk ludzkich i zbawienia trzyma,
I budzi żałość za grzechy;
Każe zapomnieć nienawiści wroga,
Uczy jak ufać w miłosierdziu Boga,
I krzepi słowem pociechy.
Umierający wzniósł jeszcze powieki,
Oczy w krzyż wlepił — i zamknął na wieki.

XXIV.

Jakby wysilon spracowaniem bitwy,
Lub jakby z mnichem odmawiał modlitwy,
Zwycięzca stoi jak wryty;
Szyszaku nawet nie zdejmuje z czoła,
Głuchy na okrzyk, co brzmi dookoła,
Zimny na chwały zaszczyty.

Wtém nowe krzyki podziwu i trwogi,
Wzniosły się razem od zamkowéj drogi,
Między Szkockimi widzami;
Tłum się rozpierzcha: — człowiek, czy widziadło?
Wpół nagi, z usty i twarzą wybladłą,
Z rozczochranemi włosami:
Bieży — przeskoczył zagrodę — i oczy
Wpół obłąkane na około toczy…
Cóż to jest? jawa czy sen? —
Gwar przerażenia dokoła się szerzy:
Patrzają wszyscy, nikt oczom nie wierzy: —
To Wiljam de Deloraine! —
Lady się szybko porwała z siedzenia,
Sędziowie szranek skoczyli z strzemienia,
„Ktoś ty jest?“ razem spytali,
„Coś Deloraina wziął postać i lice,
„I w imię jego przyjął rękawicę?“ —
Zwycięzca milcząc odsłonił przyłbicę —
Lord Kranston! — milczą zdumiali.
On rzekł: „walczyłem w obronie dziecięcia!“ —
I syna Lady przywiódł w jéj objęcia.

XXV.

Przemogło dumę uczucie matczyne,
Całując łzami oblała dziecinę:
Bo i w śród boju, jak bądź sobą władła,
Widziano nieraz jak drżała i bladła.
Lecz na Kranstona nie zwróciła wzroku,
Choć klęcząc u stóp snać czekał wyroku.

Długoby mówić, co za nim w téj chwili
Hom, Duglas, Howard, i drudzy mówili,
Prosząc i radząc, by wspólne niechęci
Rzucić nawzajem na wiatr niepamięci,
I by wzgląd słuszny na miłość i męztwo,
Zjednał im łaskę i błogosławieństwo.

XXVI.

Lady spójrzała na rzekę i góry,
Przypominając ich duchów wyrocznie;
I na Kranstona wznosząc wzrok ponury:
„Bóg, nie tyś przemógł! — Niebo chce widocznie
„Wrócić nam pokój i zgodę.
„Obyż się całkiem ziścił wyrok Boży!
„Przed wolą Jego pycha się ukorzy,
„Miłość mieć będzie swobodę.“ —
Rzekłszy, dłoń Anny, co jak listek drżała,
Wzięła, i w ręce Kranstona oddała:
„Oto masz twoję nagrodę!
„Bądź zawsze wierny dla mnie i dla moich,
„Jak ja być pragnę dla ciebie i twoich:
„I niech Bóg czuwa nad wami!
„Bo dzisiaj jeszcze jest wasze wesele
„A wszyscy nasi zacni przyjaciele
„Zechcą podzielić je z nami.“ —

XXVII.

W drodze do zamku, Lady przez połowę
Pojęła przeszłych wypadków osnowę,

Długą z Kranstonem prowadząc rozmowę:
O jego karle, gdzie i jak go zoczył;
O bitwie, którą z Delorainem stoczył;
O księdze, którą paź zabrał mu skrycie;
I jak przez wziętych z niéj nauk użycie,
Dziś go do zamku wprowadził o świcie.
Jak ukradł potém Deloraina zbroję,
W którą się Kranston przyodział na boje,
Za brata Anny ważąc życie swoje. —
Co było więcéj — ukrył w tajemnicy,
I konia zwolna zwrócił ku dziewicy.
Lady z swéj sztuki nie szukała chwały,
Ani ją śmiała okazać w dzień biały;
Lecz w myśli swojéj, nim minie pół nocy,
Przysięgła użyć wszelkiego sposobu,
By dać karłowi uczuć gniew swéj mocy,
I księgę nazad odesłać do grobu.

XXVIII.

Na cóż się przyda powtarzać do słowa,
O czém szła tkliwa kochanków rozmowa:
Jak Niebu dzięki czynili i śluby,
Że ich tak cudem zbawiło od zguby;
Jak Anna, jeszcze bledniejąc z przestrachu,
Opowiadała, co czuła w téj chwili,
Gdy go dziś rano ujrzała w swym gmachu,
I gdy patrzała, jak w szrankach walczyli? —
Na co odkrywać serc ich tajemnice,
Wzruszeń, uniesień, szczęścia i wesela?…

Same to kiedyś poznacie, dziewice!
Gdy i wam wasza zaświta niedziela.

XXIX.

Deloraine jeszcze pozostał śród szranek.
Ledwo go ze snu obudził poranek,
Gdy z trwogą i przerażeniem,
Zewsząd oznajmić przybiegli mu swoi,
Że się ktoś w jego postaci i zbroi,
Zjawił pod jego imieniem,
I walczy w szrankach. — Na te straszne wieści,
Deloraine z gniewu zapomniał boleści:
I tak jak leżał w chorobie,
Pędził — i wszystkich przestrachu nabawił:
Myśleli bowiem, że szatan się zjawił
W żywego człeka osobie[136]. —
Z razu z nowego nie rad sprzymierzeńca,
Widząc w nim jednak Anny oblubieńca,
Rękę mu podał serdecznie;
Bo jak bądź dziki, zawziętéj urazy
Nie chował nigdy za rany i razy.
Byle zadane walecznie.
Nie skory nawet byt do krwi rozlewu:
Chyba w potyczce, lub w zapale gniewu,
Lub mszcząc się śmierci krewnego.
I teraz właśnie, nad martwym Musgrawem,
Patrząc nań okiem wpół gniewném, wpół łzawém.
Tak zcicha mówił do niego.

XXX.

„Toż i na ciebie, Ryszardzie Musgrawie,
„Przyszła godzina, żeś stanął przed Bogiem!
„Równieśmy sobie dokuczyli prawie,
„Tyś mnie, jam tobie był śmiertelnym wrogiem.
„Ja tobie brata, a ty mnie siostrzeńca
„Zabiłeś mieczem; i gdym wpadł w niewolę,
„Tyś tysiąc marków wziął za okup jeńca,
„I miesiąc w wieży przetrzymał na dole.
„Przysiągłem tobie nienawiść do grobu,
„Ścigałem wszędzie ogniem i żelazem,
„Ścigałbym zawsze, pókiby z nas obu
„Nie poległ jeden, albo oba razem.
„Lecz już to przeszło! — odpoczywaj z Bogiem!
„Nikt szlachetniejszym nie może być wrogiem;
„Nikt śród gór waszych i naszych rozłogów,
„Nie ścigał dzielniéj jeleni i wrogów! —
„Cud było patrzéć, gdyś konno za psami,
„Ślad w ślad je głosem poduszczał za nami[137],
„A dźwięk twéj trąbki, na każdym zawrócie,
„Najśmielszym skrzydeł dodawał w odwrocie! —
„Dałbym połowę mych lasów i błoni,
„Gdybyś żył jeszcze — lub poległ z méj dłoni!“

XXXI.

Rzekł, i stał jeszcze: — aż Lord Dacre z namiotu,
Wojsku swojemu dał znak do odwrótu. —

W twarzach rycerzy tchnął smutek głęboki,
Gdy brali z ziemi towarzysza zwłoki,
I przy rozwitych nad niemi znamionach,
Na tarczy w kolej nieśli na ramionach.
Przodem minstreli słychać śpiew pogrobny,
Z tyłu kapłani, w odzieży żałobnéj,
Nócą Requiem i Ave Maria,
A dym kadzideł ku niebu się wzbija.
Po bokach jeźdźcy, krokami wolnemi,
Jadą, ostrz włóczni schyliwszy ku ziemi. —
I tak go nieśli śród swoich szeregów,
Skróś Liddesdalu, do Lewenu brzegów,
I w Holm-Koltramskiéj świątyni dalekiéj,
Obok z przodkami złożyli na wieki.


Śpiew zmilkł — lecz jeszcze strón dźwięk marsowy
Przedłuża, zda się, marsz pogrzebowy.
To brzmi głośniejszém, to cichszém echem,
Jakby wiał zdała z wiatru oddechem;
To się rozlega, jakby na górach,
To głuchnie, jakby w dołach i borach;
To słychać, zda się, pieśni minstreli,
To jakby cichy jęk przyjacieli;
Aż smutną nótę psalmu kapłanów,
Skończył poważném brzmieniem organów.
Gdy muzyk spoczął — księżna go bada:
Czemu, gdy arfą tak cudnie włada.
Woli kraj, w którym fanatyzm dziki
Wyklął jak zbrodnię urok muzyki[138],

I gdzie prócz tego ubóstwo ludu,
Nie ma czém godnie nagrodzić trudu;
Gdy na Południu[139] każdy ochoczy
Wspiérałby mistrza arfy uroczéj? —
Starzec, jakkolwiek miłą mu była
Arfa, co resztę dni mu słodziła,
Nie lubił jednak, gdy jéj zalety
Ceniono wyżéj niż rym poety;
Mniéj znosił jeszcze, gdy kto kraj inny
Kładł wyżéj jego ziemi rodzinnéj;
Więc dumę, którą poczuł w swém łonie,
Tak wydał w pieśni słowach i tonie.

KONIEC PIEŚNI PIĄTÉJ.
PIEŚŃ SZÓSTA.

I.

Jest-że gdzie człowiek, sąż gdzie samoluby,
Co nigdy w sercu, nigdy w myślach swoich,
Nie rzekli z czuciem miłości i chluby:
„To jest ojczyzna, to kraj ojców moich!“
Którychby łzami nie zaszły powieki,
Gdy wspomną o nim w pielgrzymce dalekiéj?
Którychby serce nie, wrzało płomieniem,
Gdy go znów własném obaczą spojrzeniem? —
O! gdy na świecie jest gdzie taki który:
Patrzcie nań, jakby na potwór natury!
I niechby błyszczał choć w mitrze książęcéj,
Niechby miał w skrzyniach tysiące tysięcy:
Mimo tych blasków, tytułów, i złota.
Dział jego będzie: wzgarda za żywota,

I śmierć podwójna — gdy z ciałem pospołu,
I pamięć jego zarzucą do dołu,
Bez czci, bez żalu, bez pieśni nagrobnych,
Na przykład kaźni do niego podobnych!

II.

O Kaledonjo! posępna i dzika,
Piastunko marzeń wieszcza-samotnika!
Ziemio skał mrocznych i lasów zielonych,
Przejrzystych jezior i rzek zapienionych,
Ziemio mych ojców! — jakażby potęga
Zerwać zdołała łańcuch co nas sprzęga,
Dziś, gdy odwieczne twe drzewa i skały
Jedne już tylko na ziemi zostały,
W których mi jeszcze żyje przeszłość wspólna,
Gdym ja szczęśliwy, a tyś była wolna!
I których moją nie znudzę żałobą,
Nie zdziwię łzami, — nad sobą i tobą?
O! wy Yarrowu lesiste rozłogi!
Choćby nikt przez was nie wskazał mi drogi;
O! wy Ettriku rozłożyste gaje!
Choć już w was dzisiaj nikt mię nie poznaje;
O! Tewiocie! choć na twoim brzegu
Darń jest mi tylko łożem do noclegu;
Nie pójdę od was, cudzéj żebrać strzechy,
Cudzéj pomocy, ni cudzéj pociechy!
Choćbym zbłąkany zaginąć miał z głodu,
Choćby krew skrzepła od nocnego chłodu:

Znajdą się przecież, co rękami swemi
Rzucą na oczy garść rodzinnéj ziemi,
W któréj odpocznę z przyjaciółmi memi! —

III.

Nie tak wzgardzeni, jak dziś ja, minstrele,
Przybyli zewsząd na Anny wesele;
Z blizka i z dala przybyli wezwani,
Wojny i biesiad weseli kapłani! —
Żadne się bez nich nie działy obchody:
Z godów na bitwy, i z bitew na gody,
Szli po kolei, i zmieniając nótę,
Krzepili męztwo, rzeźwili ochotę. —
Przed chwilą jeszcze na czele swych klanów,
Jątrzyli każdy gniew swych współziemianów;
A oto wspólnie wobec pary młodéj,
Sławią wdzięk cichéj miłości i zgody.
Jedni na kobzach, ci na arfach grają,
Młodsi tańcują, sędziwsi śpiewają,
Aż się ich echem mury rozlegają.

IV.

Długoby było wyliczać wam z rzędu,
Wszystkie przepychy ślubnego obrzędu:
Jak się w zamkowéj zebrali kaplicy,
Damy, Rycerze, Szkoci i Anglicy;
Jakie na szatach drogie aksamity,
Atłasy, hafty, lub złotogłów lity;
Jakie na głowach pióra albo kity,

Ze strusich, czaplich, albo rajskich skrzydeł,
Pływały w górze, w mgle dymu kadzideł.
Jak po ciosowych kamieniach podłogi,
Brzęczały miecze i złote ostrogi,
Gdy czyniąc miejsce przechodzącéj parze,
Każdy w ślad za nią chciał biedz przed ołtarze.
Lub jak Lord Kranston płomienne źrenice
Zatapiał z dumą w narzeczonéj lice:
Lub jak jéj uśmiech, rumieniec lub bladość,
Zdradzały w koléj: wstyd, bojaźń i radość! —

V.

Byli, co potém głosili, że Lady,
Zajęta wrzkomo przyborem biesiady,
W rzeczy zaś nie śmiąc stanąć przed ołtarze,
Nie była razem; — to fałsz i potwarze!
Lady się wcale nie miała powodów
Obawiać świętych ni miejsc, ni obchodów.
Bo nie przez zgubną moc Magii czarnéj,
Lecz przez rachubę liczby planetarnéj[140],
Wiedziała tylko sposoby, przez które
Mogła zniewalać Duchy i Naturę.
Mówię co prawda — choć zgoła nie chwalę,
Że się w te rzeczy wdawała zuchwale.
Lecz że w kaplicy była — ręczę za to.
Okryta czarną aksamitną szatą,
Na głowie miała, ze strusiemi pióry,
Tok aksamitny, jaskrawéj purpury,

Szyty rzędami pereł, a u krajów,
Obramowany pasem gronostajów.
Na pięści sokół, w szkarłatnym kapturku,
Siedział, trzymany na jedwabnym sznurku[141].

VI.

Obrzęd skończony: — gromada wesoła
Parami nazad wracała z kościoła.
W sali podłużnéj, sklepionéj w arkady,
Stał zastawiony stół świetnéj biesiady.
Marszałek, podług wieku i godności,
Laską swą miejsca wskazywał dla gości;
Młodzi paziowie, z nożami ze stali,
Na znak krajania po rogach czekali.
Nad czaplą, głuszcem, bażantem, żórawiem,
I w samym środku wznoszącym się pawiem,
Z złoconym dziobem i odzianym w pióra[142],
I nad łabędziem z Maryi jeziora[143]:
Nad głową dzika z Kaledońskich borów,
Śród chorągiewek różnych barw i wzorów[144];
Nad żubrem, sarną, i inną zwierzyną,
Ksiądz błogosławił krzyżem i łaciną. —
Wtenczas to z gwarem i wrzawą u stołu,
Zgiełk, hałas, łoskot zabrzmiały pospołu,
Zewnątrz i wewnątrz, i z góry i z dołu!
Bo tuż przy oknach, na zewnętrznym ganku,
Trąby i kotły grzmią wciąż bez ustanku;
Starzy wojacy, na przekór ich echu,
Podnoszą coraz ton głosu i śmiechu;

Młodzi tém śmielsi, że nikt ich nie słucha,
Młodym dziewicom szeptają do ucha.
Sokoły w górze, pod sklepieniem gmachu,
Słysząc tę wrzawę i kracząc z przestrachu,
Brzęczą dzwonkami i skrzydłami biją,
Wtórując chartom, co skomlą i wyją.
Tymczasem Reńskie i Burgundzkie wino,
Z flasz w roztruchany potokami płyną;
Jeden drugiemu ochoty dodawa:
Wszędzie śmiech, żarty, pijatyka, wrzawa.

VII.

Karzeł Kranstona, jak żadnéj zręczności
Nie mijał nigdy do psoty i złości,
Widząc w téj chwili pijaną ochotę,
Rozpoczął swoję szatańską robotę.
I obiegając w krąg stołu biesiady,
To jątrzył żarty, to poduszczał zwady:
Aż wreście Konrad z Wolfszteinu, z natury
Skory do gniewu i zawsze ponury,
Dziś jeszcze bardziéj, że mu w nocy z błonia
Skradł ktoś w obozie najlepszego konia:
Słowo za słowo, uniósł się do tyla,
Że rękawicą uderzył Hunthila,
Rycerza z dumnych Ruterfordów domu:
Na słowo karła, co mu pokryjomu
Szepnął, że Hunthil wié sprawców kradzieży. —
Hom, Duglas, Howard, i inni z rycerzy,

Skoczyli zaraz, by w piérwszym zarodzie
I koniec krwawéj położyć niezgodzie.
Hunthil nic nie rzekł, lecz z twarzą surową
Zgryzł rękawicę, i potrząsnął głową[145]. —
Miesiąc nie minął — a już jak wieść niesie,
Ciało Konrada znaleziono w lesie,
Skrzepłe we własnéj krwi, i już bez broni. —
Nikt nie mógł dociec, jak, z czyjéj legł dłoni,
Lecz słychać było z powieści sąsiedzkiéj,
Że Hunthil odtąd miecz nosił niemiecki.

VIII.

Karzeł się bojąc, aby oko Lady
Złośliwéj jego nie dostrzegło zdrady,
Wemknął się, skrycie opuściwszy salę,
Gdzie godowali giermki i wassale,
Niemniéj wesoło, hucznie i wspaniale.
Watt Tinlinn grając gospodarza rolę,
Uprzejmie gości częstował przy stole,
I pił, śród gęstych i głośnych okrzyków,
Zdrowie Howarda i mężnych Anglików.
Red Roland, wzajem za gościnność domu,
Wzniósł toast Szkotów i Lady Branksomu.
A każdą razą, z wielkich dzbanów, w kolej,
Szumiało piwo, płynące jak olej.
Wszyscy twierdzili, że równéj biesiady
Nie było w zamku od przenosin Lady.

IX.

Karzeł poznawszy łucznika, któremu
Poprzysiągł zemstę od wczorajszéj doby,
I widząc teraz że pora po temu,
Jął mu dokuczać różnemi sposoby.
A naprzód w słowach dojadł do żywego:
Mówiąc, jak Armstrong bawił żonę jego;
Jak sam z pod Solway uciekł z pola bitwy,
I gnał co siły, i trzepał modlitwy.
Potém się czając, i choć nie bez strachu
Chroniąc się ręki potężnéj zamachu:
To go uszczypnął wpoiwszy paznokieć,
To oblał piwem trąciwszy pod łokieć,
To mu z pod ręki skradł talerz z posiłkiem;
Aż pod stół wreście wcisnąwszy się chyłkiem,
Ostrem żelezcem, snąć w jadzie zmaczaném,
Nogę mu na wskroś przebił pod kolanem:
Bo mimo leków różnego sposobu,
Ból ztąd i blizna zostały do grobu. —
Porwał się Tinlinn zgrzytając zębami,
I stół przewrócił do góry nogami.
Ściany się dzikim zatrzęsły hałasem:
Każdy klął, krzyczał — a karzeł tymczasem
Wrócił do sali, i w kąt utajony,
Mruczał: „stracony! stracony! stracony!“

X.

Lady by zabiedz wznawianiu się kłótni,
Przyzwała bardów i mistrzów na lutni.

Albert Groem, starzec, z powagą w obliczu,
Bard klanu swego, co na Pograniczu
Sam pan swój tylko, na swe hojne stoły
Brał równie szkockie jak angielskie woły[146]:
Powstał, i arfę trzymając na łonie,
Nócił pieśń prostą w układzie i tonie.

XI.
albert groem.

„Była Angielka cudnéj urody,
(Gdzie Karlil błyszczy od słońca w lecie);
Czułe jéj serce Szkot zyskał młody,
Bo miłość wszystkiém rządzi na świecie.

„Jasno dzień ślubu wschodził ich oku,
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Lecz z nim ich szczęście zgasło o zmroku,
Choć miłość wszystkiém rządzi na świecie.

„Ojciec ją darzył bogatym strojem,
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Brat podał tylko czarę z napojem,
Gniewny, że miłość rządzi na świecie.

„Brat jéj zazdrościł bogactw i złota,
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Nie chciał by posag szedł w ręce Szkota,
By miłość wszystkiém władła na świecie.

„Wypiła kroplę — i twarz jéj zbladła;
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
U nóg kochanka bez życia padła,
Jak dlań żyć tylko chciała na świecie.

„Kochanek mieczem przebił jéj brata.
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Wszystkim należy taka zapłata,
Co szczerą miłość dzielą na świecie.

„Potém z rozpaczy, próżen nadziei,
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Wziął krzyż, i walcząc zginął w Judei,
Żyć bez niéj dłużéj nie chcąc na świecie.

„O wy! co kochać umiecie szczerze,
(Karlil się błyszczy od słońca w lecie);
Z westchnieniem za tych zmówcie pacierze,
Co dla miłości giną na świecie!“ —

XII.

Gdy Albert skończył skromną pieśń swych krajów,
Powstał bard Anglik, bratniego języka,
Niegdyś z swych ballad, sonetów i lajów,
Słynny szeroko na dworze Henryka.
Tam twoję złotą arfę, Fitztrawerze!
Wielbiły damy, lubili rycerze,
I Surrey — Surrey! niestety!
Komuż jest obcą cześć tego imienia?…
Rycerz bez skazy, poeta z natchnienia,
Kochanek z sercem poety[147]!

XIII.

Z nim razem błądząc po dalekich krajach,
Nieraz gdy gwiazdy zabłysły na niebie,
Obaj w mirtowych lub w oliwnych gajach,
Pieśniami wzajem pocieszali siebie.
A tak był wdzięczny chór zlanych ich głosów,
Że nieraz wieśniak hiszpański lub włoski.
Brał je za echo, co płynąc z niebiosów,
Nad grobem Świętych brzmi hymn chwały Boskiéj:
Choć treść obudwu ich pieśni jedyna,
Była Surreja luba, Geraldyna.

XIV.

O Fitztrawerze! któż znając twą duszę,
Wysłowić zdoła rozpacz twego serca,
Gdy przyjaciela, na śmierć i katusze
Skazał bezbożny Tudor przeniewierca? —
Gardząc tyrana łaskami i gniewem,
Głos barda mściwym odezwał się śpiewem;
I opuściwszy blask miasta i dworu,
On sam, z zielonych ogrodów Windsoru,
Szedł szukać ulgi w żalach swoich rzewnych,
W pośród Surreja przyjaciół i krewnych,
I dziś przy wodzu rodziny Howardów,
Był druhem jego, i przewódzcą bardów.

XV.
fitztrawer.

„Było to na Zaduszny Dzień; — serce Surreja
Drżało gwałtownie: — północ wybiły zegary.
W sercu jego z bojaźnią walczyła nadzieja:
Mistrz Kornelius, mędrzec, obiecał przez czary,
Choć go z kochanką morza dzieliły obszary,
Ukazać mu jéj postać, i dać poznać razem,
Czy mu wiernie raz danéj dochowuje wiary. —
Surrey ufał — lecz poszedł za mistrza rozkazem,
By wzrok i serce lubym nasycić obrazem.

XVI.

„Ciemna była komnata, osklepiona głazem,
Gdzie czarodziej rycerza wiódł z licem wybladłém.
Jedna tylko gromnica, z mistycznym wyrazem,
Na ołtarzu, okrytym kiru prześcieradłem,
Tląc się blado przed mroczném, wysokiém zwierciadłem,
Rzucała blask na czarne dwóch tablic marmury:
Talizmany, z tajemném wschodniém abecadłem;
Na magiczne narzędzia, koła i figury,
Śród których z laską w ręku stanął mistrz ponury.

XVII.

„Nagle w głębi zwierciadła, jakby białe chmury,
Jak mgły wznoszą się z dołu, spływają się z boków;

Skróś nich światło, jak gwiazda spadająca z góry,
Błysło w środku — i laską skinął mistrz uroków.
We szkle, jak z pod zasłony rozwianych obłoków,
Widać pańską komnatę: — w oknach blask księżyca,
Wpadając słupem, walczy z ćmą wieczornych mroków;
W głębi lampa złocistą alkowę oświeca,
Na rzędach kolumn; — resztę okrywa ciemnica.

XVIII.

„Wszystko piękne — lecz stokroć piękniejsza dziewica,
Na łożu z perskiéj tkani, jakby wpół uśpiona,
Duma: — na śnieżnéj dłoni smutne wsparła lica,
Włos niedbale rzucony spływa na ramiona,
I na tunikę białą; — przed nią rozłożona
Księga w drogiéj oprawie; — w niéj zda się przyczyna
Ciężkich westchnień, co gwałtem wznoszą się z jéj łona: —
To księga pism Surreja! — to jego jedyna,
Wiernie po nim tęskniąca, piękna Geraldina!

XIX.

„Surrey chciał biedz: — wtém obraz cofać się zaczyna,
Jak gdyby się zatapiał w przezrocza otchłanie,
I znowu tło zwierciadła mgła powlokła sina. —
Tak złość twoja i zawiść, bezbożny tyranie!
Zaćmiły dni Surreja! — Niebo niech ci za nie
Odpłaci! — kara jego na twych synów syny,
Przeklęstwo niechaj spadnie na twe panowanie:

Za twe łoże zbroczone krwią ofiar bez winy,
Za morderstwo Surreja, i łzy Geraldiny!“ —

XX.

Zgodne oklaski Anglików i Szkotów,
Zabrzmiały echem piorunnych łoskotów;
Bo wszystkim wspólna nienawiść Henryka,
Jako tyrana i wiary zmiennika. —
Wtem z grona bardów powstał Harold młody,
Bard Lorda Saint Clair, co bawiąc z przygody
Gościem na uczcie u barona Homu,
Z nim razem przybył na odsiecz Branksomu.
Harold się rodził, gdzie jakby w okowy,
Między Orkadzkie ujęty ostrowy,
Ocean, wiecznie burzące się wały
Pieniąc się z rykiem roztrąca o skały.
Gdzie ród Saint-Clairów, potężny przez wieki[148],
Rozciągał berło władzy i opieki,
I gdzie dziś jeszcze sterczące na skale,
Pokonywając czas, wichry i fale,
Gruzy ich zamku jaśnieją wspaniale.
Tam Harold pnąc się na skaliste wzgórza,
Po dniach i nocach, nad brzegami morza,
Dumał, lub okiem ścigając za łodzią,
Drżał, gdy się z wzdętą łamała powodzią,
A fal i wichru wściekłość rozdąsana,
Były rozkoszą wieszczego młodziana,

XXI.

I wiele wzniosłéj, uroczéj osnowy,
Miały dla barda te dzikie ostrowy!

Tu niegdyś w czasach zamarłych dla gminu.
Grzmieli orężem synowie Lochlinu;
Ztąd brzmiała echem wieków powtarzana,
Trąba Fingala, i pieśń Ossyana.
Tu na skrzydlatych Oceanu Smokach[149],
Królowie Morza, w mgły nocnéj obłokach,
Srożsi niż burza i ocean razem,
Szli szukać łupu, z ogniem i żelazem! —
Niejedna dotąd zapadła dolina
Pomni hymn Skaldów na chwałę Odina;
Niejeden w runach kurhan tajemniczy,
Spłynął krwią ofiar bałwochwalczéj dziczy;
Niejedna saga, żyjąca w podaniu,
Przewodniczyła Harolda dumaniu.
Aż napojony duchem ich powieści,
Mglistéj, posępnéj, cudotwornéj treści,
Przybył do zamku Roslinu, gdzie wonne,
Zielone smugi, i pola przestronne,
Milszym wzrok jego czarując obrazem,
Pieśń łagodniejszą natchnęły zarazem.
Zawsze się jednak z rzewnemi jéj nóty,
Łączył ton dawny ponuréj tęsknoty.

XXII.
harold.

„Słuchajcie, słuchajcie! nie głośnéj powieści
Dzieł sławnych, rycerskich minstreli:
Lecz tęsknéj, jak ciche westchnienie boleści,
Któréj godzien jest los Rozabelli.

„Patrz, starcze sterniku! jak nieba się chmurzą!
„Patrz młoda, nadobna ty pani! —
„Przyjm w zamku nadbrzeżnym gościnę przed burzą!
„Sterniku, zwiń żagle w przystani!

„Na głębiach już fala pianami się bieli;
„W poświstach dziś wichru o świcie,
„Rybacy słyszeli, krzyk Ducha topieli,
„Co blizkie zwiastuje rozbicie.

„I nasi wieszczbiarze od wczoraj już wróżą
„Śmierć komuś w bezdennéj otchłani.
„Więc, piękna dziewico! wyjdź na brzeg przed burzą!
„Sterniku, zwiń żagle w przystani!“ —

— „Nie przeto, że młody Lord Lindsay w Roslinie
„Z orszakiem dziś bawi od rana:
Lecz śpieszę, że we łzach o każdéj godzinie
„Wygląda mię matka stroskana.

„Nie przeto, że jutro turnieje w Roslinie,
„I że Lindsay lubi turnieje:
„Lecz ojciec mój smaku nie będzie czuł w winie,
„Gdy nie ja mu kielich naleję.“ —

I nawa szła daléj, wbrew wichru i fali,
Po ryczącéj morza topieli:
Tak na nic niepomna, tak niczém niezłomna
Była młoda chęć Rozabelli.

„Nad zamkiem Roslinem dnia tego z wieczoru,
Blask dziwny śród niebios obwodu,
Zajaśniał — jaśniejszy niż blask meteoru,
Czerwieńszy niż księżyc u wschodu.

„I pałał noc całą, nad zamkiem i skałą,
Nad głębią wąwozu i jaru;
Z okolic Drydenu, i z skał Hawthorndenu,
Widziano jak łunę pożaru.

„I w zamku się wszystko zdawało w płomieniach,
Dziedziniec, i baszty, i wieże;
I kościół, gdzie w dawnych grobowych sklepieniach,
Śpią dawni Roslinu rycerze.

„I w środku kościoła, jak ogniem dokoła
Iskrzył ołtarz, i strop, i kolumny:
I w grobach rycerzy, blask bił od pancerzy,
Leżących we zbrojach, bez trumny[150].

„Pan zamku i pani, i goście zebrani,
Noc w modłach spędzili w Roslinie:
Bo rzecz to nie nowa, że jasność takowa
Śmierć wróży w Saint-Clairów rodzinie.

„Dwudziestu baronów z Saint-Clairów rodziny,
Śpi w grobach zamkowéj kaplicy;
Lecz otchłań głębiny, i całun wód siny.
Są grobem nieszczęsnéj dziewicy!

„Każdego z baronów, dźwięk pieśni i dzwonów
Prowadził do wiecznéj pościeli;
Lecz świst huraganu, i ryk oceanu,
Głosił tylko zgon Rozabelli!“ —

XXIII.

Piosnka Harolda tak zajęła gości,
Że nikt nie zważał niezwykłéj ciemności,
Co zwolna gmachu osiadła sklepienie.
Nie zmrok to jeszcze, nie słońca zaćmienie,
Nie mgła: — a jednak tak gruba pomroka,
Że obok blizcy stracili się z oka,
Że nikt swéj ręki nie dojrzał u czoła. —
Cisza przestrachu obeszła dokoła,
I w sercu Lady wzbudziła się skrucha:
Poczuła przemoc silniejszego ducha!
Karzeł na ziemię padł, i przerażony
Jęczał: „znajdziony! znajdziony! znajdziony!“ —

XXIV.

A wtém śkróś stropu, z piorunowym trzaskiem,
Strzał błyskawicy, gzygzakowym blaskiem,
Rozdarł ciemności; — wszystko w oka mgnieniu
Zdało się w iskrach i krwawém płomieniu.
Błysły na stole srebrzyste talerze,
Błysły na ścianach wiszące puklerze;

Wszystko co było, od góry do dołu,
Zalśniło ogniem i zgasło pospołu.
Piorun przeleciał wzdłuż po nad wszystkiemi,
I padł — gdzie karzeł, z jękami głuchemi,
Gryzł wściekle ręce, i wił się po ziemi.
Każdy, jak siedział, skamieniał z przestrachu.
Gęsty dym siarki rozszedł się po gmachu,
Blask z okien oblał doliny i wzgórza,
Łoskot się rozległ od morza do morza;
W zamku Karlilu, na wałach Berwiku,
Straż z bronią w ręku wybiegła do szyku.
Aż gdy się wreście wszystko uciszyło,
Pierzchły ciemności — lecz Karła nie było.

XXV.

Wielu słyszało głos w sali Branksomu,
Wielu, przy świetle błyskawicy gromu,
Widziało widok nie ziemskiéj natury.
Głos ten straszliwy zawołał jak z góry:
„Sam tu, Gylbinie!“ — a gdzie karzeł w trwodze
Jęczał, i piorun spadł nań na podłodze:
Śród kłębów dymu, wiejących po gmachu,
Jedni widzieli, jakby dłoń w zamachu,
Drudzy kraj szaty; innym się zdawało
Widzieć twarz ludzką, z długą brodą białą.
A każdy niemy, bez tchu i bez ruchu,
Drżąc bił się w piersi i korzył się w duchu.
Ale nikt nie był jak Deloraine, który,
Tak śmiały niegdyś z wprawy i z natury,

Teraz, jakgdyby sam rażony gromem,
Z zjeżonym włosem, z okiem nieruchomém,
Z ustami naścież, i twarzą wybladłą,
Stał jak ten, który obaczył widziadło,
I czyj się rozum z przestrachu obłąkał.
Aż zapytany, przerywanym głosem,
Słowo po słowie zaledwo wyjąkał:
Że widział starca z ubielonym włosem,
W pielgrzymim stroju, bez żadnego znaku,
I w pasie w złote godła zodyaku;
I choć nie mówił zkąd mógł sądzić o tém,
Przysiągł, że starzec był Michałem Skottem.

XXVI.

Słuchali wszyscy blednąc z przerażenia,
Ale nikt nie śmiał przerywać milczenia.
Aż powstał z miejsca Duglas znamienity,
I bogobojnych obyczajem czasów,
Uczynił votum do Świętéj Brygitty,
Patronki domu i rodu Duglasów;
Że nie wracając do domu, z obozu
Wprost na pielgrzymkę pójdzie do Melrozu,
I mszę zakupi za Michała duszę.
Wnet wszyscy inni, w pokorze i skrusze,
Czyniąc znak krzyża i wstając od stołu,
Każdy z osobna, i wszyscy pospołu,
Brali na świadki swych świętych Patronów,

Że razem pieszą pielgrzymkę odprawią,
I przy odgłosie organów i dzwonów,
Obrzęd żałobny za Michała sprawią.
Lady tymczasem, z uchyleniem czoła,
Czyniąc akt wnetrznéj pokory i skruchy,
Przysięgła w imię Boga i Kościoła,
Zerwać na zawsze z czarami i duchy.

XXVII.

Mamże wam daléj śpiewać o weselu,
Co tak przerwane, po dniach ledwo wielu
Święcono znowu, z książęcym przepychem,
Tańcem, pieśniami, arfą i kielichem? —
Ja tam nie byłem, ale ci co byli,
Długo w swych pieśniach weselnego tonu,
Sławili zgodnie i błogosławili
Kwiat Tewiotu i Lorda Kranstonu. —
Właściwsze dla mnie są posępne nóty,
Które pielgrzymom brząkali minstrele,
Gdy nócąc hymny i psalmy pokuty,
Szli do Melrozu, z Duglasem na czele.

XXVIII.

Z rękami na krzyż, włosieniem odziani,
Boso, powrozem grubym przepasani,
Szli zwolna jeden za drugim.
Prócz echa psalmów, ni gwaru, ni śmiechu,
Ni słów, ni kroków, ni prawie oddechu,
Nie słychać w rzędzie ich długim.

Rycerska śmiałość i książęca pycha
Znikły z ich czoła: a pokora cicha
Wzrok ich schyliła ku ziemi.
Szli, i nikt chwili nie wytchnął ze znoju,
Nikt źdźbła pokarmu, nikt kropli napoju
Nie dotknął usty śpiekłemi.
I do kościoła, o północy głuchéj,
Weszli, posępni, milczący jak duchy,
W białych kapicach, wybladli;
I przed wielkiego ołtarza stopniami,
Jeden za drugim, jak stali parami,
Twarzą na ziemię upadli.
Nad nimi dawnych znamiona rycerzy,
W grobach pod nimi proch ich ojców leży;
W lampach z ołtarza jaśnieje krzyż Zbawcy,
A w świetle jego, Święci i Wyznawcy,
Jak w blasku chwały wiekuistéj, biali,
W ściennych framugach nieruchomi stali.

XXIX.

A wtém z ubocza, naprzeciw ołtarzy,
Z głębi dalekich, mrocznych korytarzy,
Po dwóch, szeregiem, z klasztoru:
Przy dzwonów, dzwonków, i kadzielnic brzęku,
Z krzyżem na czele, z gromnicami w ręku,
Kapłani idą do choru.
Na białych komżach ich czarne kaptury,
Krok ledwo znaczny, ton śpiewu ponury,

Twarz światłem gromnic pobladła;
Rzekłbyś, że ciemne otwarły się groby,
I że po sobie obrządek żałoby
Same sprawują widziadła. —
Opat w tyarze, z pastorałem w dłoni,
W mgle przezroczystéj dymiących się woni,
Po ukończonych modlitwach,
Błogosławieństwem powitał rycerze:
By niezachwiani w jedności i wierze,
Niezłomni byli na bitwach! —
Równo ze świtem, śpiewaną mszą świętą
Wielki, żałobny obrzęd rozpoczęto
Za duszę Michała Skotta.
Z wieży kościelnéj wciąż bito we dzwony,
Księża śpiewali msze i antyfony,
Aż echem sklepień ponuro wtórzony
Śpiew pogrzebowy i nóta:
„dies irae, dies illa,
„solvet saeclum in favilla,“
Zabrzmiały z dźwiękiem poważnych organów.
I gdy się godzi, świętemi ich słowy
Skończyć pieśń ziemskiéj i błahéj osnowy,
Te były słowa kapłanów:

XXX.
hymn za umarłych.

„Straszny dzień sądu Twojego, Panie!
Gdy się otworzą grobów otchłanie,

Gdy wszelkie ciało z martwych powstanie,
Któż gniew twój wtedy wytrzyma, Panie?

„Gdy jak pargamin spalone zwoje,
Niebiosa zwiną błękity swoje,
Gdy ziemia z jękiem pęknie na dwoje:
Przy czémże grzesznik ja się ostoję?

„Lecz Tyś jest Bogiem, Ty Ojcem, Panie!
W tobiem ja złożył moje ufanie:
Ty racz nademną mieć zlitowanie,
W straszny dzień sądu Twojego, Panie!“ —


Bard skończył powieść; — lecz czyliż znowu,
Gajem Ettriku, brzegiem Yarrowu,
Poszedł, jak przedtém, pod gołém niebem
Spać, i żebranym karmić się chlebem? —
Nie! — tuż przy bramie zamku Newerku,
W gajowym cieniu dębu i świerku,
Wzniosła się barda ustroń wesoła.
Skromna lepianka: — ale dokoła
Kwitł bujny sadek, grodzony głogiem,
Siedzenie z darni było przed progiem,
W środku kominek — przed którym codzień,
Nie jeden zwykle grzał się przychodzień,
Lub gospodarza chętnéj rozmowy
Słuchał, zasiadłszy w wieczór zimowy. —
Bowiem udzielać innym gospody,
Któréj sam żebrać musiał był wprzódy,

Była to starca rozkosz jedyna.
I nieraz wtedy kieliszek wina,
Nieraz zmięszany ze łzą wdzięczności,
Za zdrowie księżnéj przepił do gości.
Tak przechodziła zima; — lecz z wiosną.
Gdy gaj brzmiał ptasząt wrzawą radosną:
Gdy smug Harhedu, Bowhillu wzgórza,
Krasiły kwiaty, wieńczyły zboża,
A szum wód rwących lodu okowy,
Łączył się z szumem Blandro dąbrowy:
Wtenczas na pięknych brzegach Yarrowu,
Duch wieszczy w starcu ożywał znowu;
Wtedy znów śpiewał rycerskie dzieje,
Wesołe uczty, świetne turnieje,
Miłość, zabawy, łowy i bitwy,
Lub swój ojcowski żal i modlitwy.
Przechodnie stając w milczeniu głuchém,
Echa słów chciwém łowili uchem;
Starcy słuchając wspomnień przeszłości,
Rzeźwieli w sercu ogniem młodości;
Młodzi rzucając płoche zabawy,
Ssali z nich żądzę podobnéj sławy;
A wszyscy zewsząd ze czcią bieżeli,
W dom Ostatniego z Szkockich Minstreli.

KONIEC.


ZAMEK KADYOW.
BALLADA
Z WALTERA SKOTTA.
Poświęcona przez Autora
pannie hamilton.

Gdy Hamiltonów możne pradziady
Żyły, panując na Kadyowie;
Brzmiały na zamku głośne biesiady,
Szli na wyścigi głośni bardowie.

W dziedzińcach jego grzmiały gonitwy,
Rycerska młodzież biegła z okoła;
Po salach jego, zwycięzców z bitwy
Wabiła w taniec piękność wesoła.

Dziś Kadyowu gmach w gruzach leży,
Grobowy pomnik dawnego stanu;
Wiatr tylko szumi w ruinach wieży,
I szemrze spodem fala Ewanu.


Ty jednak każesz, o jego dawnych
Dniach wspaniałości, uczt i wesela,
O jego panach wielkich i sławnych,
Śpiewać dawnego tonem minstrela.

Bo dusza twoja lubi na chwilę
Wzgardzić światowym zgiełkiem i pychą,
I na przeszłości świętéj mogile
Dumać, i ze czcią łzę wylać cichą.

A więc, dziewico! niech się tak stanie!
Wzrok twój zapałem wieszcza przenika;
Na twoich brzegach, kręty Ewanie!
Przeszłość powraca, obecność znika.

Patrz! kędy gruzów zwalone stosy
Przed chwilą trawa i mech krył szary:
Ostrza się wieżyc wznoszą w niebiosy,
Na nich herbowe wieją sztandary.

Patrz! gdzie skaliste rzeki nadbrzeże,
Piętrząc się dziko, cień ściele bury,
Powstają rzędem baszty i wieże,
I czarnym pasem ciągną się mury! —

Noc jest; — w przejrzystych rzeki kryształach
Drży postać zamku, tło ich mrocząca;
Strażnicze ognie, płonąc po wałach,
Rumienią bladą jasność miesiąca.


Miesiąc zachodzi — zorze się płoni —
Wszystko się w zamku rusza i budzi;
Słychać w dziedzińcach parskanie koni,
Skomlenie psiarni, i gwary ludzi.

Padł most zwodowy — brzęczą łańcuchy,
Brzmią głucho deski — tłoczy się zgraja;
A każdy jeździec pełen otuchy,
Bodźcem rumaka zapał podwaja.

Przede wszystkimi sam wódz na przedzie,
W myśliwskim stroju hasa na koniu:
A koń, na którym Hamilton jedzie,
Wiatry wyścigać umié po błoniu.

Sarna się kryje w najgęstsze łomy,
Jeleń w najdalsze ucieka bory,
Bo już straszliwy, głos im znajomy,
Głos trąb napełnił lasy i góry.

Lecz coż to? słyszysz! wzdłuż rzeki brzega,
W gęstwinie dębów wiekami żywych,
Trzask drzew i głuchy ryk się rozlega,
Głośniéj od wrzasku rogów myśliwych.

Najpotężniejszy z mocarzów lasu,
Czarno-brodaty żubr Kaledonu[151],
Wypadł jak piorun, śród psów hałasu,
Pędzi, gdzie stoi wódz Hamiltonu.


Chyląc ku ziemi czoło straszliwe,
Krwią zaszłe oczy ciska na wrogów,
Ryczy, i jeżąc rozlotłą grzywę,
Szarpie darninę ostrzem swych rogów.

Dobrze wymierzył wódz niezmięszany,
Śród piersi byka grot utkwił cały.
Runął, krwawemi rzygając piany,
A trąby wkoło tryumf zagrały. —

Już jest południe: — pod gęstym dębem
Myśliwy orszak skrył się przed spieką;
Dym między drzewa wije się kłębem,
W lesie im ucztę warzą i pieką.

Z dumą wódz patrzał, leżąc na ziemi,
Na orszak krewnych, na stosy plonów. —
Czemuż nie widzi razem z drugiémi,
Najmężniejszego z krwi Hamiltonów? —

 — „Gdzie jest, rzekł, Bottwell nasz z Bottwellawy,
Piérwszy na naszych ucztach i łowach?
Czemu nie dzieli naszéj zabawy,
Naszej biesiady w leśnych dąbrowach?“ —

Ponurym głosem rzekł Klaud z Paslei:
„Minęły czasy jego wesela!
Nigdy za stołem, nigdy śród kniei
Nie zobaczymy więcéj Bottwella!


„Kilka dni temu, jego spokojny
Zamek brzmiał echem szczeréj radości,
Gdy do swych ognisk wróciwszy z wojny,
Częstował ucztą krewnych i gości.

„Kilka dni temu, piękna i tkliwa,
Marya jego, w dni swoich kwiecie,
Szczęśliwa żona, matka szczęśliwa,
Swe pierworodne karmiła dziecię.

„Lecz nagle rozkaz Murraja wroga,[152]
Z ogniem i mieczem nasłał żołnierzy;
Na dachy jego spadła pożoga,
Zastęp obrońców pod gruzem leży.

„A jego żona! — szydząc z jéj jęku,
I urągając z krzywdy i sromu,
W nocy, wpół nagą, z dzieckiem na ręku,
Z przywłaszczonego wypchnęli domu!…

„Cień jéj dziś tylko, w mglistych osłonach,
Gdzie fala Esku szumi przez gaje,
Niesiony wiatrem, z dzieckiem w ramionach
Co noc bolesne jęki wydaje.

„Widzą go ludzie, słyszą rozpacze,
Jak woła imię swego Bottwella,

Jak nad umarłém dzieckiem swém płacze,
I żąda pomsty z nieprzyjaciela!“ —

Skończył — struchleli żalem i gniewem,
Jeden krzyk zemsty zatrząsł dąbrową.
Skoczył Hamilton wsparty pod drzewem,
I mieczem z pochwy błysnął nad głową…

Wtém zatętniało pole kopyty —
Ktoś prosto ku nim pędzi przez błonia;
A w ręku jego sztylet dobyty,
Zamiast ostrogi bodzie nim konia.

Twarz jego blada, włos rozczochrany,
Wzrok słupem na przód patrzy bez celu;
Jeździec i rumak krwią obryzgany —
„To on! to Bottwell! — witaj Bottwellu!“ —

Wołają, biegną, trzymają strzemię —
On z gorączkowym w twarzy zapałem,
Zskoczył, i z wzgardą rzucił na ziemię
Muszkiet dymiący świeżym wystrzałem.

I rzekł ponuro: — „Wiém, że wam miło
Myśliwskie trąby brzmiały dziś z rana;
Lecz miléj stokroć mnie słyszeć było
Ostatnie jęki wroga, tyrana!

„Żubr co go wasze zwaliły strzały,
Z dumą dziś jeszcze deptał po puszczy;
Lecz dumniéj stokroć Murraj zuchwały
Jechał na czele dwornéj swéj tłuszczy.


„Przez Linlitgowu kręte ulice,
Tłum go zebrany wiódł z okrzykami;
Z okien i z ganków, ręce kobiéce
Przed nim i za nim siały kwiatami.

„Wracał zalawszy krwią Pogranicze,
Jarzmo swéj władzy narzucił klanom;
I upojone dumą oblicze
Ku swym przybocznym zwracał dworzanom.

„Lecz co mi znaczy wroga potęga?
Co mi straż jego, orszak i pycha?
Gdy wiém, jak zdala muszkiet mój sięga,
Gdy w sercu mojém zemsta oddycha! —

„Ja i mój muszkiet weszliśmy w radę.
Obrałem miejsce w ciemnéj ustroni;
Ztamtąd widziałem całą gromadę,
Całą tę ciżbę ludzi i koni.

Morton zausznik, dzid szkockich borem[153],
Z konnicą drogę torował panu;
W tyle, z dobytym w ręku klajmorem,
Szedł gęstym szykiem klan Makferlanu.

„Po bokach Duglas, i Lord z Glenkerny,
I Knox się swoją świętością puszył[154];
I dziki Lindsay,[155] zdrajca niewierny,
Co się królowéj płaczem nie wzruszył.


„Między tym dworzan i wojsk natłokiem,
Z pod piór Murraja hełm złoty błyskał;
Koń jego ledwo stąpić mógł krokiem,
Tak wkoło niego lud się naciskał.

„On skinął czołem, i wzrok ponury,
Z pod brwi nawisłych, wodził po tłumie;
I swą buławę podniósł do góry,
Jakby wskazywał, że dzierżyć umie.

„Lecz było w twarzy zwątpienie ducha,
Próżno chciał udać uśmiech wesela;
Zły duch snąć jemu szeptał do ucha:
„Skrzywdziłeś, bój się zemsty Bottwella!“ —

„Zagrzmiał mój muszkiet — krzyknęła zgraja.
Wspiął się do góry rumak książęcy:
Chyli się na bok pióro Murraja
Runął o ziemię, by nie wstać więcéj.

„Jak kochankowi, gdy wzajemności
Słowo z ust lubéj posłyszy przecię;
Jak myśliwemu, szarpiąc wnętrzności
Wilka, co niegdyś pożarł mu dziecię:

„Tak, i sto razy miléj mi było,
Widzieć, jak zdrajca w prochu się tarzał;
Słyszeć, gdy życie z krwią uchodziło,
Jak próżno nędznik jęki powtarzał.


„Ujrzałem mojéj Maryi ducha,
Cieszył się z śmierci nieprzyjaciela;
Konającemu szeptał do ucha:
„Czujesz, morderco! zemstę Bottwella!“……

„A więc do broni, krwi Hamiltona!
Wszystkim jak krzywda, zemsta nam wspólna.
Dziś czas rozwinąć wojny znamiona —
Murraj zabity, Szkocya wolna!…“ —

Wszyscy z zapałem rwą się do broni,
Brzmi trąb odgłosem puszcza okólna:
„Chwała Bottwellu! chwała twéj dłoni!
Murraj zabity, Szkocya wolna!…“ —

Lecz patrz! zniknęło barda widzenie,
Ucichł mu w uszach okrzyk wojenny;
Ewanu tylko słychać mruczenie,
I po ruinach wiatr dmie jesienny.

Runęły wieże, spadły sztandary,
Chwast na ich miejscu powiewa znowu;
I znów jak przedtém mech okrył szary
Leżący w gruzach gmach Kadyowu.

I pieśń minstrela znikła gdzieś z echem,
Wiatr tylko jęczy resztą jéj tonów;
A obok niego, z łzą i uśmiechem,
Stoi ostatnia z krwi Hamiltonów!…


Szczęśliwy śpiewak! czyja pieśń umie,
Wzbudzić łzę żalu, uśmiech wesela;
Szczęśliwa dusza! która rozumie
Urok przeszłości, pieśni minstrela!…


przypiski do ballady zamek kadyow.

Zamek Kadyow, niegdyś baronialna stolica rodziny Hamiltonów, nad rzeką Ewan, w Szkocyi, zburzony został w wojnach domowych, za czasów Maryi Sztuart. Hamiltonowie byli najwierniejszymi stronnikami nieszczęśliwéj królowéj, gdy naturalny jej brat, Jakób Murraj, przemocą złożył ją z tronu, i uwięziwszy w zamku Loch-Lewen, do dobrowolnéj niby abdykacyi przymusił; poczém sam, pod tytułem Rejenta i opiekuna małoletniego jéj syna, Jakóba VI, władzę królewską w Szkocyi sprawował. Panowanie jego było ciągiem prześladowaniem stronników Maryi, którzy téż ze swojéj strony, nie przestawali używać wszelkich sposobów przywrócenia jéj na tron. Śmierć Murraja, będącą przedmiotem niniejszéj ballady, w tych słowach opowiada historyk szkocki, Robertson:
„Zabójcą Murraja był jeden z rodziny Hamiltonów, Bottwell z Bottwellawy, a to z następującego powodu. Po przegranéj bitwie stronników Maryi, pod Langside, Bottwell, z wielu innymi, skazany był na śmierć, i lubo potém przebaczenie życia otrzymał, większa cześć dóbr jego oddaną została jednemu z dworzan Rejenta. Ten ostatni opanowawszy gwałtem zamek Bottwella, żonę jego, ledwo co po połogu będącą, nago podczas zimnéj nocy, wraz z dzieckiem wypędzić kazał. Gwałtowne pomięszanie zmysłów, i wkrótce śmierć jéj i dziecka, były skutkiem tego nieludzkiego postępku. Zniewaga i strata ulubionéj żony, połączona z dawną niechęcią, sprawiły, iż pałający zemstą Bottwell, śmierć Rejenta poprzysiągł. Barbarzyńskie maksymy owego wieku, usprawiedliwiały wszelkie najgorsze środki pomszczenia się nad nieprzyjacielem. Długo Bottwell śledził w skrytości obroty Rejenta, nim upatrzył sposobną porę wykonania swego zamiaru. Murraj poskromiwszy zbuntowane klany na pograniczu Szkocyi, wracał do Edymburga przez małe miasteczko, zwane Linlitgow. Tam Bottwell czekać go przedsięwziął. Uzbroiwszy się w muszkiet, obrał sobie stanowisko na krytym krużganku, mającym okno na ulicę, w domu jednego z rodziny Hamiltonów, stryja swojego; podłogę okrył pierzynami, aby kroków słychać nie było; ściany zawiesił suknem czarném, aby cieniu jego nie dojrzéć; i po tych wszystkich ostrożnościach, spokojnie oczekiwał przejazdu Rejenta, który w niedalekim domu nocował. Doszły były Murraja wieści i ostrzeżenia o jakiémś grożącém mu niebezpieczeństwie, choć o niém nikt z pewnością nie wiedział. Postanowił więc był z rana, nie przejeżdżać przez miasto główną ulicą, lecz wrócić do téj saméj bramy, przez którą był wczoraj przyjechał, i miasto polem ominąć. Ale że wielki tłum ludu, przed domem jego zebrany, zagradzał mu tę drogę, a raczéj że był mężny i śmiały z natury, udał się ulicą przez miasto. Tenże sam natłok ludu, co mu wstecz jechać nie dopuścił, był przyczyną, że koń jego musiał iść bardzo powoli. Korzystając z tego zabójca, wziął go tak dobrze na cel, iż kula przeszła przez sam środek piersi, i zabiła konia pod Duglasem z Parkhedy, jadącym obok Rejenta. Murraj upadł; dworzanie jego i straż wpadli do domu, zkąd wystrzał pochodził, lecz nim zdołali przebyć zaryglowaną bramę i wszystkie drzwi domu, Bottwell wymknąwszy się tajemném przejściem, dosiadł przygotowanego już konia, i bodąc go sztyletem zamiast ostrogi, uszedł przed ich pogonią; wpadł do zamku Kadyowu, gdzie mieszkał naczelnik rodziny i klanu Hamiltonów, i tam jak zbawca Szkocyi, w tryumfie przyjętym został. Prześladowanie przez Murraja nieszczęśliwéj królowéj Maryi Sztuart i jéj stronników; okropność krzywdy wyrządzonéj Bottwellowi, a nadewszystko stronnicza nienawiść i obyczaje owego wieku, usprawiedliwiły w ich oczach popełnione zabójstwo. Stało się to w r. 1596.


WIECZÓR PRZED ŚWIĘTYM JANEM.
BALLADA
Z WALTERA SKOTTA.

Groźny baron Smajlhomu,[156] przede świtem sam w domu
Siodła konia, i jedzie za mury.
Obejrzał się: nikogo! — ścisnął konia ostrogą,
I jak wicher zapuścił się w góry.

Nie w tę stronę gdzie wojna, gdzie Duglasa dłoń zbrojna
Grzmi piorunem i lśni błyskawicą;
Gdzie ojczyzny nadzieja, dzielne hufce Bukleja
Stoją murem nad szkocką granicą.


Przecież od stóp do głowy, cały w zbroi stalowéj,
I koń cały okryty żelazem;
I bojowy miecz w ręku, i zwieszony na łęku
Lśni buzdygan i topór zarazem.

Gdzie pojechał, nikt nie wié; wiedzą tylko, że w gniewie
Był straszliwym przed samą swą drogą.
Lecz nikt przyczyn nie zbadał; Baron z nikim nie gadał,
Słowa o nic nie pytał nikogo.

Dnia czwartego z za góry, nasępiony, ponury,
Baron wraca; — twarz dzika i blada.
I koń widać podbity, kurzem, znojem okryty,
Drży pod jeźdźcem, i omal nie pada.

Baron wraca do dworu — ale nie z Ankram-Moru[157],
Gdzie pamiętny zwycięztwem i mordem,
Stoczył bój Duglas mężny, i Lord Buklej potężny,
Z Sir Ewersem, angielskim milordem.

Zkądże ten znak przy znaku, na puklerzu, szyszaku,
Od brzeszczotu, czy włóczni żelezców?
Ha! i topór stępiony, we krwi widać zbroczony —
Lecz nie we krwi angielskich najeźdźców!


Most przejechał zwodowy, i u bramy zamkowéj
Zsiada z konia, i gwizdnął trzy razy.
Jakby czekał już wprzódy, na to hasło paź młody,
Przybiegł skokiem na pańskie rozkazy.

„Słuchaj, paziu mój młody! twéj wierności dowody,
„Wiész, że łaską odpłacam wzajemnie.
„Mów więc śmiało, licz na niéj: mów, gdzie była twa pani?
„I kto był u twéj pani beze mnie?“ —

— „Lady codzień o zmroku, boczną fórtką u stoku,
„Wychodziła, gdy wszyscy już spali;
„I szła prosto na góry, gdzie od pory do pory
„Podczas wojny nasz sygnał się pali.

„Dnia pierwszego, mgły sine okrywały równinę,
„Krok w krok za nią więc mogłem iść blizko.
„Szła z pośpiechem i trwogą; lecz na górze, nikogo!
„Samo jedno gorzało ognisko.

„Dnia drugiego, przed zmierzchem, w szparze skały pod wierzchem
„Siadłem skrycie, by schadzki dośledzić.
„Nagle spójrzę — aż stoi, młody rycerz we zbroi;
„Lecz zkąd przyszedł? — nie umiem powiedzieć.

„Lady przyszła niedługo, i godzinę i drugą
„Rozmawiali z żywością wzajemnie.
„Lecz deszcz padał kroplami, wiatr szeleścił liściami,
„Nastawiałem więc ucha daremnie.


„Wczoraj wreście, pogoda! niebo czyste jak woda,
„Wietrzyk nawet poprzestał oddychać.
„Znów się skryłem w ustroni, zkąd mi jakby na dłoni
„Było wszystko i widać, i słychać.

„I słyszałem z ust Lady, jéj układy i zdrady,
„Jak mówiła, ściskając młodziana:
— „„O! mój luby, mój drogi! jutro do mnie bez trwogi,
„„Przychodź jutro, przed świętym dniem Jana.

„„Mąż z Duglasem na wojnie: w zamku wszystko spokojnie;
„„Ja ci fórtkę u stoku otworzę.
„„Przede świętym dniem Jana, straż i czeladź bez pana,
„„Będzie piła i spała we dworze.“ —

— „„Nie! Janie mogę przyjść; nie! mnie nie wolno przyjść;
„„Nie! ja nie śmiem przyjść jutro do ciebie! —
„„Mnie przed świętym dniem Jana, straż gdzie indziéj wskazana,
„„Aż świt piérwszy zabłyśnie na niebie.“ —

— „„Któż cię zmusza? kto każe? Gdy się ja tu przyjść ważę
„„Tyżbyś dla mnie nie ważył się na to? —
„„Przyjdź! noc będzie pogodna; chwila szczęścia swobodna
„„Stanie sercu za wiosnę i lato!

„„Ja przekupię wprzód straże, ja psów spuszczać nie każę,
„„Ja gałęźmi potrząsnę podłogi.

„„Przyjdź! zaklinam więc ciebie, w imię Boga na Niebie!
„„Przyjdź, przyjdź do mnie! mój luby! mój drogi!“ —

— „„Choć stróż będzie zjednany, choć przykute brytany,
„„Choć gałęźmi potrząśniesz podłogę;
„„Wiész, że ksiądz śpi przy wchodzie; on mnie pozna po chodzie,
„„Każe w dzwony uderzyć na trwogę.““ —

— „„Ksiądz na rozkaz przeora, już w Drajburgu od wczora,
„„Pogrzebowe odprawia modlitwy,
„„Za jakiegoś rycerza, co bez skruchy, pacierza,
„„Niespodzianie legł wczoraj śród bitwy.“ —

„Rycerz podniósł twarz smutną, a był blady jak płótno,
„I roześmiał się dziko i srogo:
— „„Cha, cha, cha! — rzekł — te modły, co tam księdza wywiodły,
„„Cha, cha, cha! czyż być za mnie nie mogą? —

„„O północy, jak skoro, duchy mocy nabiorą,
„„Jak zaklęłaś, tak będę u ciebie!““ —
„I to rzekłszy ponuro, znikł gdzieś nagle za górą,
„I Milady wróciła do siebie.“ —

Baron milczał i słuchał, z oczu, z twarzy żar buchał,
Porwał sztylet, i krzyknął w zapędzie:
„Któż on? kto on? mów! jaki, był herb, zbroja i znaki?
„Ja czy on, jutra widzieć nie będzie!“ —


— „Hełm i pancerz złocony, miecz na szarfie czerwonéj,
„Po nad hełmem trzy pióra sokole;
„Na puklerzu wyryty, sokół strzałą przebity,
„A u góry trzy gwiazdy w półkole.“ —

— „Paziu! kłamstwo w twéj mowie! Ha! i biada twéj głowie!“ —
Krzyknął Baron, i porwał się z gniewem.
„On być nie mógł na górze! on już nie żył w téj porze;
„0n już leżał w mogile pod drzewem.“ —

A paź ręce załamał: „Karz mię, zabij, gdym skłamał!
„Bo widziałem, słyszałem ja sam,
„Jak go Lady ściskała, jak go Lady nazwała
„Sir Ryszardem de Koldingham.“ —

Baron pobladł jak chusta, wlepił oczy, ściął usta,
I stał niemy, aż przemógł swą trwogę.
„Nie! grób jego głęboki; skrzepłe były już zwłoki;
„Nie! nie mogę wierzyć, nie mogę! —

„Gdzie około Melrozu, z gór ciasnego wąwozu
Twid się w szersze rozlewa koryto,
„Tam na dzikiém rozdrożu, na Ejldońskiém tam wzgórzu,
„Koldinghama śród nocy zabito.

„Olśniło cię ognisko, wiatr ci przyniósł nazwisko,
„Jeśli wreście uwierzyć ci muszę;
„Bo już trzy dni zań w chórze, tam w Drajburskim klasztorze,
„Księża psalmy śpiewają za duszę.“ —


To rzekł, i krok za krokiem, w zadumaniu głębokiém,
Szedł na zamek, gdzie sala wspaniała;
Tam jak maju pogoda, jasno-lica i młoda,
Żona jego u okna siedziała.

Lecz w jéj licach nie radość; czarny smutek a bladość!
Siedzi sama, i patrzy tęskniąca:
Na równiny, doliny; na Mertunu las siny,
Na blask Twidu przy świetle miesiąca.

Baron wszedłszy pozdrowił, ale słowa nie mówił,
Wzrok w nią tylko zatapia ciekawy.
Ona drżąca powstała, ona piérwsza spytała
O nowiny z wojennéj wyprawy.

„Dobre, dobre nowiny! Ankram-Moru równiny
„Trupy wrogów jak mostem zasłały.
„Buklej razem z Duglasem, proszą ciebie tymczasem
„Dawać baczność na nasze sygnały.“ —

Lice Lady Smajlhomu, krwią zabiegło od sromu.
Słowa więcéj nie rzekli oboje;
Lecz przez kręte w słup wschody, i przez długie przechody,
W swe sypialne odeszli pokoje.

Ale sen był daleki, od obójga powieki.
Próżno Baron powtarzał sam w sobie:
„Nie! to próżna obawa! kto raz umarł, nie wstawa;
„Na wiek wieków zwodziciel śpi w grobie!“ —


Noc przed świętym dniem Jana, krótka, chociaż niespana,
Przeszła prędko; — aż koło poranka,
Sen ogarnął Barona; lecz obawą dręczona,
Oka złożyć nie mogła kochanka.

Wzniosła głowę i słucha: — wkoło cisza, noc głucha,
Cały zamek w pomroce i we śnie.
Życie daćby gotowa, by dziś rycerz mógł słowa
Nie dotrzymać — nie przyszedł niewcześnie.

Nikt nie skrzypnął podłogą; — a wtém nagle — o! trwogo!
Rozsunęły się poły firanek;
Lady spójrzy — aż stoi, tuż u łoża, we zbroi —
O! nieszczęsna! — to on! jéj kochanek!

Przed oczyma ściemniało, serce w piersiach ustało,
Ręką tylko wrkazała na łoże —
„O! wiém ja, rzekł, w téj dobie, kto spoczywa przy tobie;
„Lecz się nie bój! on powstać nie może.

„Nie otworzy powieki — on dziś, a ja na wieki;
„On w swém łożu, ja w zimnéj mogile! —
„Trzeci dzień dziś upłynął, z ręki jego jam zginął,
„Księża za mnie się modlą w tę chwilę.

„Lecz sąd Boga surowy! Gdzie nas słodkie rozmowy,
„Gdzie nas miłość łączyła szczęśliwa:
„Duch mój żalem przykuty, czas czyścowéj pokuty
„U sygnału na górze odbywa.


„Ale nie miałbym mocy, przyjść aż tutaj śród nocy,
„Bez twych zaklęć na święty dzień Jana. —
„Teraz, żegnaj na wieki! — mnie czas w kraj mój daleki,
„Gdzie mnie zorza nie spłoszy poranna!“ —

W Niéj miłości odwaga, nad przestrachem przemaga:
— „O! Ryszardzie! o! powiedz mi słowo!
„Jest-żeś ty tam zbawiony? czy na wieki zgubiony?“ —
Rycerz westchnął, i tylko wstrząsł głową.

— „Kto tu przelał krew braci, krwią na sądzie zapłaci;
„Niechaj o tém wié Baron twój mściwy.
„A że miłość nieprawa, tam za grzech się uznawa,
„Przyjm odemnie ten dowód straszliwy!“ —

Rzekł, i dłonią swą lewą, wsparł się o łoża drzewo,
„A prawicą dotyka jéj ręki.
Lady wstrząsła się, zbladła — i jak martwa upadła.
W całym zamku rozległy się jęki.

I nazajutrz tam rano, w drzewie łoża ujrzano
Wypalonych pięć palców ognistych.
Lecz z ust Lady ni słowa; — prawą tylko dłoń chowa,
U stóp męża w łzach tonie rzęsistych. —

W górach blisko Melrozu, w mrocznéj głębi wąwozu,
Jest mnich wieczném związany milczeniem;
Jest w Drajburgu, w tajemnym, ciemnym lochu podziemnym,
Mniszka drżąca przed słońca promieniem.


Ten pustelnik ponury, jak milczące wkrąg góry,
Ta jak noc, pokutnica posępna:
To jest Baron Smajlhomu, mściciel krzywdy i sromu —
To jest jego małżonka występna.



LENORA.
BALLADA
Z BÜRGERA.

Z ciężkich snów, o bladym ranku,
Lenora rwie się i płacze:
„O! Zbigniewie! o! kochanku!
Kiedyż cię, kiedy zobaczę?“ —
On z potęgą króla Jana,
Bronił Wiedeń od Sułtana;
Ona w ciągłéj boleści.
Bo ni listu, ni wieści.

Długo polski miecz zwycięzki
Strach w pohańczych tłumach szerzył,
Aż ciężkiemi zlękły klęski,
Bisurmanin mir uderzył.

Całe wojsko z brzękiem, dźwiękiem,
Z hukiem kotłów, broni szczękiem,
W laurach, z bitew pogromu,
Wraca spocząć do domu.

I na drogi, na rozłogi,
Z wiosek, z miasta, z okolice,
Lud naprzeciw wybiegł mnogi,
Dzieci, starce, i dziewice.
Tu rodzina, tu drużyna
Wita brata, ojca, syna;
Lenora tylko jedna,
Niepowitana biedna.

Bieży szukać wpośród szyków:
Lecz cię nie ma, o! Zbigniewie!
Bieży pytać wojowników:
„Gdzie mój Zbigniew?“ — żaden nie wie.
Aż gdy przeszło wojsko całe,
Ona tłukąc piersi białe,
Łzami zalana, zbladła,
Z żalu na ziemię padła.

Widząc to matka przybieży:
„Ach! córko! co ci się dzieje?“ —
Żałośnie w dłonie uderzy,
I oko łzami zaleje. —
— „Matko! matko! gdzież mój luby?
Próżne modły! próżne śluby!

On zginął! Matko droga!
Ach! nie ma, nie ma Boga!“ —

— „Stój! stój! nieszczęsna! — O! Boże!
Bluźnierczéj przebacz żałości! —
Proś Boga, On cię wspomoże,
On ojciec pełen litości.“ —
— „Cóż On mi zrobił dobrego?
O cóż mam prosić u niego?
On się światem nie trudzi,
Śmieje się z płaczu ludzi.“ —

— „Porzuć ten zbrodniczy lament,
Biada! kto Bogu złorzeczy.
Weź Przenajświętszy Sakrament,
On cię z szaleństwa uleczy.“ —
— „Daremnie, matko! daremnie!
Precz twe namowy ode mnie!
Sakrament mąk nie skróci,
Umarłych nie ocuci.“ —

— „Lecz zkądże pewność, jeżeli
Zbigniew nad brzegiem Dunaju,
Z inną już łoża nie dzieli,
Niepomny ciebie i kraju? —
Córko! posłuchaj co radzę,
Niech żal ustąpi zniewadze;
Zapomnij go, a w Niebie
Bóg się pomści za ciebie.“ —


— „On rycerz! zdradzić nie może
Ani kochanki, ni kraju! —
W grobie on chyba ma łoże,
Albo gdzie na dnie Dunaju.
Tam chyba znajdę wesele,
Gdy z nim to łoże podzielę.
Lecz cóż mi pacierz nada? —
O! biada mi! o! biada!“ —

— „O! Boże! Boże litości!
Nie racz jéj karać w twym gniewie;
Ona dziś w zbytku żałości
Sama rzeczonych słów nie wié! —
Córko! znoś ziemskie cierpienie,
Pomnij na Boga, zbawienie!
Tam wiecznéj chwały wieniec,
Tam wieczny oblubieniec!“ —

— „O matko! cóż mi zbawienie?
O! matko! cóż mi jest piekło? —
Z nim dla mnie tylko zbawienie,
Bez niego wszędzie mi piekło! —
Zbigniewie! byle przy tobie,
Niebo dla mnie w zimnym grobie,
Niebo w piekle; bez ciebie,
Piekło mi nawet w Niebie!“ —

Tak ogniem dzikiej rozpaczy
Paląc się, Bogu złorzeczy;

Próśb nie słucha, rad nie baczy,
Targa włosy, pierś kaleczy,
I ręce łamie bez końca;
Od samego wschodu słońca,
Aż do późnego mroku,
Jęk w ustach, łza na oku.

Noc była — nagle po błoniu
Zahuczał tentent podkowy,
I rycerz na czarnym koniu,
Wbiegł na dziedziniec zamkowy.
Zskoczył z konia, szabla szczękła,
Rumak parsknął, klamka brzękła,
Przeze drzwi głos surowy,
Z temi się przedarł słowy:

— „Ha! Lenoro! jak się miewasz?
Jak myślisz o mnie po wojnie?
Śmiejesz się, czy łzy wylewasz?
Czuwasz-li, czy śpisz spokojnie?“ —
— „Tyż to! Zbigniew! Czy nie we śnie?
Zkąd powracasz tak niewcześnie?
Dawno ciebie czekałam,
Nie spałam i płakałam!“ —

— „My tylko jeździm z północy! —
Późnom się wybrał od siebie:

Leciałem co koń miał mocy,
A przyjechałem po ciebie.“ —
— „Co? po mnie? dziś? o téj porze? —
Zimny wiatr świszczę na dworze.
Do mnie! do mnie, kochanku!
Poczekajmy poranku.“ —

— „Nie mogę; nie, moja droga!
Nie dbaj na zimno, na ciemno;
Koń parska, brzęczy ostroga.
Muszę jechać — siadaj ze mną!
Siadaj ze mną! dziś przededniem
Musimy stanąć pod Wiedniem.
Nie zwłócz chwili daremno,
Dziewczyno! siadaj ze mną!“ —

— „Czyż to podobna do wiary,
Sto mil dziś ubiedz, mój miły? —
Słyszysz! jeszcze brzmią zegary,
Co jedénastą wybiły.“ —
— „Nic to! nic to! — księżyc świeci,
Nocny jeździec prędko leci!
Nim ranne błyśnie zorze.
Staniesz na moim dworze.“ —

— „Gdzież twój dwór?“ — „O! ztąd daleko!
Bez próżnych wystaw, bez pychy;

W zieloném polu, nad rzeką,
Ciasny, posępny — lecz cichy.“ —
— „Będzież tam miejsce przynamnie?“ —
— „Dosyć dla ciebie i dla mnie!
Śpiesz się! droga daleka,
Tłum gości na nas czeka.“ —

Niepewną, bladą i drżącą,
Zbigniew na ganek prowadził,
I wpół niechcącą, wpół chcącą,
Przy sobie na koń posadził.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Jak mgła nikną, z każdéj strony,
Łąki, pola, wsie i grody;
Leci rumak rozogniony,
Wprost przez lasy, wpław przez wody.
— „Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —
Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Wieczny im pokój w grobie!“

Cóż to tam słychać za jęki,
I czarne kruki łopocą?
To śpiew śmierci, dzwonów brzęki! —
Kogóż to chcą grzebać nocą? —

Niosą trunę, koło truny
Blade lampy i całuny;
Przodem, czarno ubrani,
Pieją smutnie kapłani.

— „Dość tych jęków, przyjaciele!
Późniéj ciało złóżcie w grobie;
Teraz do mnie, na wesele!
Młodą żonę wiozę sobie.
Za mną, za mną! wszyscy wkoło,
Zanóćcie mi pieśń wesołą;
Księże! mów słowo Boże,
Żegnaj małżeńskie łoże!“ —

Rzekł Zbigniew, i na te słowa
Wszystko znikło, wszystko ścichło,
Cala tłuszcza pogrzebowa
Tuż, tuż za nim śpieszy rychło.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Jako woda, po nad niémi
W tył się zdaje płyną chmury;
Tak przed niémi, tak pod niémi,
Nikną pola, lasy, góry.
„Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —

Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Wieczny im pokój w grobie!“ —

— Patrz tam, patrz! na górze, w lasku,
W długie się wiążąc łańcuchy,
Przy mdławym księżyca blasku,
We mgle ciche tańczą duchy,
„Do mnie, do mnie, przyjaciele!
Do mnie, do mnie, na wesele!
Tańczcie wszyscy wokoło,
Zanóćcie pieśń wesołą!“ —

I wnet z hukiem, i wnet z szumem,
Z jakim w puszczy wiatr szeleszcze,
Za rycerzem lecąc tłumem,
W dłoń posłuszna zgraja pleszcze.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Wkoło nich, w świetle księżyca,
Nikną pola, góry, drzewa.
Tuli się drżąca dziewica,
Do zimnéj piersi Zbigniewa.
— „Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —
Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Ach! daj im pokój w grobie.“ —


— „Koniu mój, koniu! kur pieje,
I rosa błyszczy po błoniu;
Czuje, już ranny wiatr wieje.
Prędzéj, prędzéj, prędzéj koniu!“ —
Koń się wzmaga, nozdrzem pryska,
Noga w niebo piasek ciska.
— „Ha! ot i dom Lenoro!
Umarli jeżdżą skoro.“ —

Wnet widać żelazną bramę,
Któréj twarde rygle strzegły;
Rycerz dotknął, pękły same,
Drzwi się na oścież rozbiegły.
Przebóg! cóż to za zjawienie?
Wkoło krzyże a kamienie!
A mdławy blask miesiąca
O groby się roztrąca.

Rumak ogniem parsknął z garła,
Wspiął się, zarżał, jak grom ryknął,
Ziemia się pod nim rozwarła,
Ogień buchnął, rumak zniknął.
Nagle słychać szelest głuchy,
Z grobów, z góry, tłumne duchy
Wstają, lecą i płyną: —
Cóż ty teraz, dziewczyno?

W dłoni tuląc blade czoło,
Na kochanka piersi mdleje;

A chór duchów tańcząc wkoło,
Tę jéj zcicha piosnkę pieje:
„Cierp, choć z żalu serce pęka.
Straszna Boga zemsty ręka!
Tu zwłoki zginąć muszą —
Boże! miéj wzgląd nad duszą!“


PRZYPISEK DO BALLADY LENORA.

Treść poprzedzającéj ballady wziął autor z powieści gminnéj, upowszechnionéj w Niemczech, a z małą co do szczegółów różnicą, i naszemu pospólstwu znajoméj. W obu narodach musiała być kiedyś wierszem ułożoną, co zdają się potwierdzać małe z niéj dotąd pozostałe ułamki, co dziwna, że też same w obu językach. I tak np. u nas, między innemi są cztery następujące wiersze:

„Miesiąc świeci,
Martwieć leci,
Sukieneczka szach, szach,
Panieneczko, czy nie strach!“

a które zupełnie prawie odpowiadają niemieckim:

„Der Mond, der scheint so helle,
Die Todten reiten so schnelle,
Graut Liebchen auch dir nicht!“

Słowa te podały Bürgerowi pierwszą myśl jego ballady. Późno raz bowiem przy blasku księżyca powracając do domu, napotkał śpiewającą je kobiétę; a zastanowiony piękną ich prostotą, wypytawszy się o resztę powieści, napisał z niéj w 1772 r. Lenorę, która, przez znakomitego krytyka Schlegela, królową ballad nazwana, obudzając licznych naśladowców, nadała stały charakter balladom niemieckim, który po dziś dzień noszą.



MYŚLIWIEC.
BALLADA
Z BÜRGERA.

Pan lasów bije w róg grzmiący,
„Daléj konno! daléj pieszo!“
Rwie się, hasa rumak rżący,
Wkoło zbrojno strzelce śpieszą:
Pan siadł — kopnął rumak skory,
Przez ciernie, ściernie i bory,

Ledwie piérwszy świt niedzielny
Złotem oblał krzyż kościoła,
Świętych dzwonów brzęk weselny
Na modlitwę wiernych woła:

Zdala wdzięczne brzmi śpiewanie,
Biegną tłumnie chrześcijanie.

Przez rozdroże szybko, żwawo,
Hasa na myśliwców przedzie. —
Lecz patrz! lecz patrz! w lewo, w prawo,
I ztąd, i ztąd rycerz jedzie.
Koń prawego jak śnieg biały,
Lewego jak żar roztlały.

Kto rycerz prawy? kto lewy?
Domyślam się coś, lecz nie wiém.
W czarnéj zbroi jechał Lewy,
Wzrok piekielném tlał zarzewiem;
Prawy w śnieżystém odzieniu,
Promień wiosny niósł w spójrzeniu.

„Witam ciebie! witam ciebie!“
Rzekł pan zdjąwszy czapkę z głowy —
„Ni na ziemi, ni na niebie,
Nie ma zabawy nad łowy!“ —
Rzekł, spiął konia, i w dłoń klaszcze,
I w róg trąbi, i psy głaszcze.

Na to Prawy rzekł do niego:
„Źle się zgadza trąba w boru
Z brzękiem dzwonów, z śpiewem choru!
Nie spolujesz nic dobrego;

Wierz mi, wróć się, porzuć łowy,
I złych aniołów namowy! —

— „Poluj, poluj pośród boru,
Przerwał Lewy — „poluj dłużéj!
Cóż ci dzwony? co bek choru?
Trąba za wtór im posłuży!
Na mnie się zdaj, o! młodzieńcze!
Bezpieczeństwo ja ci ręczę.“ —

— „Oto mowa godna męża!
Dobréj radzie chęć ma sprzyja.
Komu straszny szczęk oręża,
Niech trzepie Ave Maria.
Marne groźby! próżne gniewy!
Daléj, daléj, mężu Lewy!“ —

I hop, hop, hop, rumak skory,
Hasa, leci, śród trąb wrzawy,
Z dolin w doły, z gór na góry,
Obok rycerz Lewy, Prawy.
Wtém, jak śnieg biały, z gaika
Na pole jeleń wymyka.

„Na tu! na tu! daléj dzieci!
Prędzéj konny, prędzéj pieszy!“ —
Pan na czele jak wiatr leci,
Za nim strzelców orszak śpieszy;
I z smycz lotne mknęły charty.
Hasa rumak kolcem sparty.


Hasa, leci w chmurach pyłu:
Patrzaj, patrzaj! w jednéj chwili,
Strzelce z przodu, strzelce z tyłu,
W koło źwierza oskoczyli.
Koń pod jednym na kieł chwyta,
Jeździec zleciał pod kopyta.

— „Mniejsza! krzyknął pan rozżarty,
Bierz go djabeł! niech się wali!
Na tu! na tu! heżha charty!
Na przód, na przód! daléj, daléj!“ —
Hasa, leci rumak żwawy,
Obok rycerz Lewy, Prawy.

Źwierz na zbożne pędzi łany,
Złotym pływające kłosem.
Patrz: wieśniak łzami zalany,
Błagającym woła głosem:
„Panie! miéj litość! przez Nieba!
Nie wytłaczaj biednym chleba!“ —

Skoczył Prawy i ostrzega:
— „Wróć się, wróć się, mężu młody!“ —
Lecz Lewy umysł podżega
Do zabawy z cudzéj szkody.
Pan pogardził radą zdrową,
Za Lewego szedł namową.

„Co? — krzyknął gniewem rozżarty,
Śmiesz mię spędzać z twego pola?…

Precz ztąd! lub wnet spuszczę charty.
Towarzysze! za mną! hola!
Daléj za mną!“ — Tak pan wrzasnął,
I z harapa na wiatr klasnął.

„Na tu! na tu! heco! heco!“
Warczą rogi, brzęczą bronie;
Przez płot sadzą, w ogród lecą,
Pan i strzelce, psy i konie:
Trąbią, lecą przez zasiewy,
Obok rycerz Prawy, Lewy.

Przed blizkiemi jeleń sfory
Lekką stopą wiatr wyściga;
Z dolin w doły, z gór na góry —
Tuż zziajana psiarnia ściga.
Źwierz chcąc chytrze ujść od szkody,
Wpadł i skrył się między trzody.

Lecz przez góry, lecz przez bory,
Lecz przez łąki i przez błonie,
W zdradzające zwierza tory,
Lecą strzelce, psy i konie. —
Pasterz padłszy na kolana,
Tak ze łzami błaga pana:

Panie! cofnij twoje łowy,
Użal się mojéj biedoty!
Nie jednéj tu krówka wdowy,
Nie jednéj jagnie sieroty;

A ich wszystkiém, jest to jedno.
Ocal, panie, trzodkę biedną!“ —

Skoczył Prawy i ostrzega:
— „Wróć się, wróć się, mężu młody!“ —
Lecz Lewy umysł podżega
Do zabawy z cudzéj szkody,
Pan pogardził radą zdrową,
Za Lewego szedł namową.

— „Precz mi z prośbą! precz mi z radą!
Ty mi dawać śmiész nauki? —
Precz! lub wnet ciebie i stado
Psy me rozerwą na sztuki!
Daléj za mną!“ — Tak pan wrzasnął,
I z harapa na wiatr klasnął.

„Na tu! na tu! heco! heco!“
Za przykładem, za rozkazem,
Strzelce, konie, i psy lecą,
Walą zębem i żelazem.
Rzną się, warczą charty wściekłe,
Szarpiąc sztuki krwią ociekłe.

Ledwie wymknął z pośród tłuszczy,
Coraz słabszym jeleń lotem;
Krwią zbryzgany, zlany potem,
Znów się chroni w gęstwach puszczy:
Śród drzew miga, w głębi znika,
Wpadł do chatki pustelnika.


Szybko, żwawo, z biczów klaskiem,
Z hukiem i tententem koni,
Z brzękiem, dźwiękiem i trąb wrzaskiem,
Zjadła psiarnia źwierza goni. —
A wtém z chatki, w szacie białéj,
Wyszedł starzec osiwiały.

„Niebaczny! szanuj te progi,
Nie leć w przepaść zgubnéj matni!
Jeszcze moment do przestrogi,
Jeden tylko — i ostatni! —
Wróć się, nie gardź radą zdrową,
Miecz zemsty nad twoją głową!“ —

Troskliwie Prawy nalega:
— „Wróć się, wróć się, mężu młody!“ —
Lecz Lewy umysł podżega
Do zabawy z cudzéj szkody.
Pan pogardził radą zdrową,
Za Lewego szedł namową,

— „Rad mi żadnych nie potrzeba,
Groźba mię nie przejmie trwogą;
Choćbyś był z trzeciego Nieba,
Gardzę tobą i przestrogą! —
Próżne słowa! marne gniewy!
Daléj, daléj, mężu Lewy!“ —

W dłonie klasnął, w róg uderzył —
„Daléj, daléj!“ — konia śpina. —

Wtém — o! dziwy! któżby wierzył?
Starzec, chatka, psy, drużyna,
Wszystko razem w oka mgnieniu
Znikło, jak sen przy ocknieniu.

Przerażony, w martwéj ciszy,
Chce zatrąbić — trąba niema;
Krzyknął — sam siebie nie słyszy;
Tchu ni głosu w piersiach nie ma.
Spójrzy — wkoło mgłą okryty;
Chce uciekać — koń jak wryty.

A wtém z dołu, z góry, z boków,
Mgła się zgęszcza, ściemnia, chmurzy:
Pod nim zda się szum potoków,
Nad nim zda się szelest burzy;
Aż ze świstem wichru z chmury,
Głos, jak piorun, zabrzmiał z góry:

„Bezbożny! coś w bliźnim brata,
Stwórcy nie uczcił w stworzeniu;
Zaślepiony pychą świata!
Poznaj w wieczném zatraceniu,
Że Bóg wszystkich stworzycielem,
Wszystkich ojcem — i mścicielem.

„Uciekaj przez wieków wieki,
Szczwany od czartów i piekła,
Dla przykładu w czas daleki,
Wszystkim, których chuć zaciekła,

Nie znając ni praw, ni granic,
Ludzi i Boga ma za nic!“ —

Głos zmilkł — a wtém z trzaskiem gromów,
Ziemia wstrząsa się, rozpada,
I z bezdennych jéj rozłomów
Leci czarnych psów gromada,
I z ognistym biczem w dłoni.
Czarny jeździec do pogoni.

„Na tu! na tu! heco! heco!“
Klaskiem, wrzaskiem, huczy puszcza;
Gończe skomlą, charty lecą,
Jeździec głosem je poduszcza.
Tuż, tuż, z tyłu — już dopada —
„Uchodź, uchodź! albo biada!“

Pan się porwał, spiął rumaka,
Rumak skoczył — i w podskoku
Zawisł w górze — i w obłoku,
Pędem wichru, lotem ptaka,
Leci, leci — a tuż wściekła,
Ślad w ślad za nim, psiarnia piekła.

Już, już, zda się, już go chwyta —
Z paszcz dym bucha, ogień świeci;
Już chce szarpać — wtém z kopyta
Koń się pomknie, i znów leci —
I nie stanie w pędzie wiecznym,
Aż na sadzie ostatecznym.


Ztąd ten hałas dzikiéj tłuszczy,
Który to w nocy, to we dnie,
Brzmiąc po skałach Czarnéj Puszczy,
Przeraża strony sąsiednie. —
Nie wierzysz? spytaj! te dziwy
Każdy rad stwierdzi myśliwy.


PRZYPISEK DO BALLADY MYŚLIWIEC.

Ballada ta, nosząca w oryginale tytuł: Der wilde Jäger (dziki strzelec), należy do najsławniejszych utworów Bürgera. Podanie znajome w Niemczech, na którém się ono opiéra, jest następujące. Niejaki Falkenburg, dozorca lasów królewskich, całkiem oddany polowaniu, tak przytém był rozwięzły i srogi, że urągając się z religijnych obrządków, w niedziele, lub inne dni poświęcone modlitwom, wyjeżdżał zwykle na łowy, najdzikszych nad swymi poddanymi dopuszczając się okrucieństw. Po jego śmierci lud przyjął powszechne mniemanie, że za karę, przez zbytnią chęć do łowów popełnionych zbrodni, Bóg go potępił na wieczne polowanie po śmierci. Częstokroć w głębi ciemnych lasów w Niemczech, a zwłaszcza w paśmie gór, Czarnym Lasem, lub Czarną Puszczą (Schwarzwald) zwanych, dają się słyszeć jakieś hałasy. Pochodzą one, jak mi jeden uczony niemiecki naturalista powiadał, z krzyku ptastwa zwanego Scolopax Galinago, które się tłumnie po tych lasach znajduje; gmin jednak pragnie w nich rozróżniać znany głos Falkenburga, szczekanie psów i trąb dźwięki, i ztąd słyszany szelest łowami Dzikiego Strzelca nazywa.
Razu pewnego, młody jeden myśliwy, zbłąkany nocą śród lasu, usłyszał blisko siebie ten hałas, a chcąc doświadczyć prawdy, „Gluck zu! Falkenburg! zawołał! — „Dzięki ci!“ odpowiedział głos gruby — „za dobre życzenie, podzielmy się zdobyczą;“ — i kawał przegniłéj zwierzyny upadł pod nogi zuchwałego młodzieńca, który wkrótce utracił dwa najlepsze konie, i nigdy z doznanego przestrachu przyjść do siebie nie mógł. Powieść ta, jakkolwiek od różnych różnie powtarzana, jest przedmiotem wiary gminu w całych prawie Niemczech.



GRAF HABSBURG.
BALLADA
Z SZYLLERA.

W Akwisgranie, w zamkowych komnatach,
Namaszczalna cesarska biesiada.
Cesarz Rudolf, w obrzędnych swych szatach,
Tron wzniesiony u stołu zasiada.
Falcgraf Reński na złocie mu kraje,
Puhar z winem Król Czeski podaje;
Wszyscy siedmiu wyborcy cesarza,
Jak wkrąg słońca chór planet niebieskich,
W złotych mitrach, w purpurach królewskich,
Stoją kołem przy tronie mocarza.

I z dziedzińców, z krużganków pałacu,
Z dźwiękiem muzyk, jak grom nieprzerwany,
Okrzyk tłumów skupionych na placu
Bije echem o okna i ściany.

Bo przeminął czas klęsk i swawoli,
Pychy możnych, a ludu niewoli,
Pan i sędzia jest znowu na ziemi.
Nie śmie szaleć bezkarnie gwałt zbrojny,
Nie drży słaby, zaufał spokojny,
Że jest moc i opieka nad niemi.

Cesarz puhar do góry wzniósł złoty,
I powłócząc wkrąg okiem radości:
„Nic tu nie brak do naszéj ochoty,
„Wpośród takich i uczty, i gości.
„Lecz nie widzę śpiewaka-Minstrela.
„Pieśń natchniona jest duszą wesela,
„I duch wyższy na serce z niéj wionie.
„Cześć mą dla niéj wyssałem już z mlekiem,
„A com czuł będąc prostym człowiekiem,
„Czuć i uczcić potrafię na tronie.“ —

Ledwie skończył — z za tłumu rycerzy
Wyszedł mąż — z białym włosem na skroni,
W długiéj, nakształt zakonnéj odzieży,
Złotą arfę trzymając we dłoni.
„W stronach arfy jest cały świat ducha,
„W miarę tego, kto śpiewa, lub słucha,
„Jak pieśń wieszczą pojmuje, lub stwarza.
„Wiém, co duszę podnosi i krzepi,
„Lecz ty, Panie, sam powiédz najlepiéj,
„Co jest godne słuchacza-cesarza.“ —

Na to Cesarz z łagodném wejrzeniem:
„O! na taką się pychę nie ważę.

„Wyższy Pan rządzi wieszcza natchnieniem,
„Co mu samo i cel swój pokaże.
„Bo jak wicher na morskim rozlewie
„Zkąd i dokąd ma zawiać, nikt nie wie,
„Jako woda z swych źródeł podziemnych:
„Tak pieśń wieszcza wynika mu z duszy,
„Aż ją porwie za sobą i wzruszy
„Czucia śpiące w jéj głębiach tajemnych.“ —

Z oczu starca jak światło wypadło,
I strón dźwięki zmieszały się z słowy:
„Przez Szwajcarską dolinę zapadłą,
„Możny Graf jechał konno na łowy.
Dzielny koń, niecierpliwym poskokiem,
„Sadził wczwał po nad wzdętym potokiem,
„Na dźwięk trąbki już brzmiącéj śród boru.
„Wtém głos dzwonka się rozdał rozłogiem —
„Był to kapłan, co szedł z Panem Bogiem,
„Poprzedzony chłopięciem od choru.

„Rycerz z wiarą i czcią chrześcijańską,
„Zskoczył z konia i ugiął kolano,
„Wielbiąc Ciało i świętą Krew Pańską,
„Dla zbawienia naszego wylaną. —
„Ksiądz tymczasem nad brzegiem strumienia,
„Zrzucał obów i zwierzchnie odzienia,
„By w bród łatwiéj mógł na brzeg przejść drugi.
„Bo most woda zerwała przed dobą,
„A tam grzesznik złożony chorobą
„Czekał jego ostatniéj posługi.


„A wtém rycerz przystąpił ku niemu,
„Sam mu konia za cugle prowadzi,
„Zmusza na nim nieść pomoc choremu,
„Trzyma strzemię, na siodło go sadzi,
„I sam pieszo zapuszcza się daléj. —
„Kapłan przebył bezpiecznie nurt fali,
„Błogosławiąc rycerza po drodze.
„I nazajutrz, o wschodzie jutrzenki,
„Do bram zamku, z winnemi podzięki,
„Odwiódł konia, trzymając za wodze.

„Ale rycerz powitał go słowy:
— „„Strzeż mię Boże! bym kiedy dla siebie
„„Użył konia na boje lub łowy,
„„Co niósł Zbawcę i Pana na Niebie.
„„Gdy być twoją własnością nie może.
„„Niech zostanie przy waszym klasztorze,
„„Na pobożne zakonu posługi.
„„Bogu memu w ofierze go składam,
„„Bo od Niego, co tylko posiadam,
„„Dzierżę z łaski — nie z właséj zasługi.““ —

— „Niechże Pan, który widzi w skrytości,
„Dar twój tobie odpłaci w swéj porze!
„Niech cię wsławi i tu, i w wieczności,
„Jakeś ty mu hołd oddał w pokorze.
„Tyś Graf możny w szwajcarskiéj krainie,
„Dom twój z cnót i z hojności w niéj słynie,
„Sześć cór kwitnie w nim pięknych i skromnych.

„Niechże każda — rzekł kapłan w natchnieniu
„Wniesie berło twojemu plemieniu,
„Ród twój wsławi u wieków potomnych!“ —

Cesarz słuchał i dumał głęboko,
Jakby dawne obudzał wspomnienie.
Wtém na starca iskrzące wzniósł oko,
I z ócz jego słów pojął znaczenie.
Był to kapłan spotkany przed laty —
Cesarz krajem obrzędnéj swéj szaty
Zakrył spiesznie łez rzewnych potoki. —
Lecz pojęto w orszaku cesarskim,
Że to on był tym Grafem Szwajcarskim,
I niebieskie wielbiono wyroki.



ŚWIETLANA.
BALLADA
Z ŻUKOWSKIEGO.

Raz ciekawe przyszłéj doli,
Różnemi kabały,
Dziewice wilją Trzech Króli[158],
Przyszłość zgadywały.
To policzoném ziarenkiem
Gołąbki karmiły[159];
Biegły słuchać pod okienkiem[160],
Biały wosk topiły[161].
To w kielich wodą nalany,
Kładły pierścień pozłacany,
Każda z prawéj ręki[162]:
Nad nim dzierżąc obrus biały,
Wszystkie razem w takt śpiewały
Godowe piosenki. —


Noc już była — księżyc blady
Świeci przez tumany.
Wtém najweselsza z gromady
Rzecze do Świetlany.
„Siostro! masz-li wiecznie łzami
Zlewać twarz rumianą?
Tańcuj z nami, śpiewaj z nami,
Kochana Świetlano!
Wróci wkrótce twój młodzieniec,
Wij mu z róży, z ruty wieniec,
Złoty pierścień z ręki
Rzuć do czary, potém w koło
Skacząc z nami, nuć wesoło
Godowe piosenki!“ —

— „Lube siostry! nie zmuszajcie
Śpiewać mię ni skakać;
Wy szczęśliwe, wy śpiewajcie,
Mnie pozwólcie płakać!
Rok już minął, żadnéj wieści
O miłego bycie;
We łzach gorzkich i boleści
Młode wlokę życie.
Zginął-li? — czy mię niepomny,
W obcéj ziemi, wiarołomny,
Z łez mych czyni śmiechy? —
Ja się modlę, ja łzy leję;
Utul boleść, wróć nadzieję,
Aniele pociechy!“ —


Wtém patrz! za starszych poradą,
Niosą stół dziewice;
Na nim dwa talerze kładą,
Palą cztéry świéce.
Stawią zwierciadło na stole,
Biało podesłane;
Piszą koło, i w tém kole
Sadzają Świetlanę.
„Siedź, i nic się nie bój wcale:
W czystym zwierciadła krysztale
Obaczysz kochanka.
Gdy z wieży północ uderzy,
Siądzie z tobą do wieczerzy,
Zabawi do ranka.“ —

Już w izbie nie ma nikogo.
Naprzeciw zwierciadła,
Drżąca, blada, z tajną trwogą,
Dziewica usiadła.
Na najmniejszy szelest trzyma
Wytężone ucho;
Nie śmie w tył rzucić oczyma —
Wkoło ciemno, głucho.
Płomyk tylko świéc nie jaśnie
To wybuchnie, to przygaśnie,
Zwęża się, to szerzy.
Wtém wiatr świsnął po dolinie,
Smutnie świerknął świerszcz w szczelinie,
Północ bije z wieży. —


Północ! — Nagle w martwéj ciszy,
Strwożona dziewica,
Lekki klamki brzęk usłyszy.
Pot wybił na lica,
Srogie zimno ją przepadło,
Pierś się trwogą wzdyma —
Któż to patrzy we zwierciadło
Bystremi oczyma? —
W zbladłych ustach mdleje mowa;
A wtém ciche, miłe słowa
Głos wymówił znany:
„Po co bojaźń? po co trwoga?
Tom ja z tobą, moja droga!
Płacz twój wysłuchany!“ —

Obejrzy się — ku niéj miły
Wyciągając ręce:
„Łzy twe Niebo umodliły,
Koniec wspólnéj męce! —
Śpiesz Świetlano! już w kościele
Kapłan na nas czeka;
Śpiesz, kochanko, na wesele,
Droga niedaleka!“ —
Za odpowiedź wzrok wzajemny.
Idą przez dziedziniec ciemny,
Na szeroki ganek;
Gdzie dwa konie niecierpliwe,
Brzęcząc cugiem, jeżąc grzywę,
Czekają u sanek.


Siedli; — konie w szybkim biegu
Zda się nie tkną ziemi;
Z pod kopytów chmura śniegu
Wzniosła się nad niemi.
Ciemno wkoło, pusto wkoło,
Step w oczach Świetlany;
I księżyca blade czoło
Omgliły tumany. —
Zimny strach jéj serce chwyta;
Z trwogą dziewica zapyta:
Blizkiż koniec jazdy?“ —
Ni pół słowa odpowiedzi:
Miły cichy, smutny siedzi,
Wzrok wlepiony w gwiazdy. —

Konie lecą śród bezdroży,
Po górach, po błoniu.
Patrz! samotny kościół Boży
Stoi na ustroniu.
Wicher drzwi otworzył z trzaskiem,
I widać w kościele,
Ołtarz rzęsnym płonie blaskiem,
Wkoło ludu wiele.
W środku katafalk ubrany,
I słychać, z jękiem zmieszany,
Smutny śpiew pogrzebu. —
Strach dziewicę zdjął na nowo:
Konie mimo — On surowo
Pogląda ku niebu. —


Nagle świsnął wiatr z za chmury,
Śnieg zrywając z ziemi;
Czarny kruk szumnemi pióry
Wije się nad niemi.
Coraz bliżéj, coraz niżéj —
Polękane konie.
Coraz daléj, coraz chyżéj,
Lecą wprost przez błonie —
W mrocznéj dali ogień błyska,
I wnet widać, chatka niska
Kryje się w ustroni.
Coraz ciemniéj gwiazdy świecą,
Coraz prędzéj konie lecą,
Lecą prosto do niéj.

Przyleciały wnet przed ganek —
I ach! — cud niezwykły! —
Konie, sanki i kochanek
W oka mgnieniu znikły. —
Sama jedna w pośród nocy,
Sama w pośród wiei:
Zkąd ratunku, zkąd pomocy,
Zkąd czekać nadziei? —
Wracać? — śnieg już zawiał ślady. —
W izbie błyska płomyk blady,
Tam więc wsparcia szuka.
Uzbrojona znakiem krzyża,
Powoli się ku drzwiom zbliża,
Zlekka w nie zapuka.


Z cichym szmerem się otwarły.
Lecz trwoga po trwogach!
W środku trumna, w niéj umarły,
Krzyż i lampa w nogach. —
Wejść czy nie wejść? stojąc w progu
Dziewica się chwieje;
Weszła wreście, ufne w Bogu
Złożywszy nadzieje.
We łzach cała, drżąca, zbladła,
Z trwogą na kolana padła
W pełnéj serca wierze;
Potém wziąwszy krzyż do ręku,
Poszła, siadła przy okienku,
Kończyć swe pacierze.

Księżyc zaszedł, brzask nie dnieje,
W izbie lampa blada,
Coraz słabsze światło sieje,
Coraz głębiéj spada.
Wszędzie ciemno, pusto, głucho,
Wszystko w martwéj ciszy;
Przebóg! lecz dziewicy ucho
Jakiż szelest słyszy?
Spójrzy trwożna — ku niéj z góry,
Gołąbeczek śnieżno-pióry
Przylatuje zcicha;
Przyleciał, siadł na ramieniu,
W jasném się jego spojrzeniu
Nadzieja uśmiécha.


Ciemno znowu, głucho znowu —
Lecz ach! — czy się zdaje,
Czy z pod czarnego pokrowu
Umarły powstaje? —
Powstał nagle, z mar zeskoczy,
Blade podniósł czoło,
Wpół otwarte, błędne oczy
Rzucając wokoło.
Pierś się zdaje znów oddychać,
Twarz czerwienieć; w ustach słychać
Jęk niezrozumiały;
Ku dziewicy się przysuwa —
Ach! cóż ona? — drży — lecz czuwa
Gołąbeczek biały.

Z szumem szybki lot roztoczył
Stróż dziewicy biednéj,
Umarłemu na pierś wskoczył —
I wnet, w chwili jednéj,
Gasną oczy, blednie lice,
W tył się cofnął krokiem,
I zaiskrzył na dziewicę
Pełném grozy okiem.
I padł na wznak. — Lecz, dla Boga!
Co za rozpacz, co za trwoga
Nieszczęsną przejęła!
Na jego skroni jéj wianek!
Umarły, to jéj kochanek! —
Ach! — wtém się ocknęła.


Gdzież? — śród izby, u zwierciadła,
Za stołem wieczerzy.
Patrzy wkoło, zlękła, zbladła,
Widzi i nie wierzy.
A już trzykroć świt różany
Kogut wita pieniem;
Wszystko jasne!… myśl Świetlany
Mroczna snu widzeniem.
„Straszne widmo! cóż mi wieści?
W grobie-ż tylko kres boleści?
Z śmiercią-ż tylko śluby? —
Czy się Niebo płaczem wzruszy?
Gdzieżeś, duszo mojéj duszy!
Gdzieżeś, o! mój luby?“ —

Wstała — pierś jéj wzdyma trwoga —
Patrzy w dal Świetlana:
Z okien długa, długa droga
Widna, mgłą owiana,
Już się ranne słońce pali
Siejąc blask ukośny;
Wszystko cicho — nagle w dali
Brzęczy dzwonek głośny.
Po gościńcu, we mgłach śniegu,
Lecą konie w szybkim biegu,
Prosto przed jéj ganek;
Przyleciały wnet, i staną.
Gość wysiada — patrz, Świetlano!
Kto gość? — twój kochanek!


Cóż, dziewico? sen widziany
Złą ci wróżył dolę? —
Patrz, twój miły! żadnéj zmiany;
Też oczy sokole:
Tenże uśmiech, ten rumieniec,
Też słodkie rozmowy!… —
On to, on twój oblubieniec,
I żywy i zdrowy! —
Rozweselcież smutne czoła.
Otwierajcie drzwi kościoła,
Stańcie przed ołtarze!
Niechaj puhar wkrąg obiega,
Niech się z każdych ust rozlega:
„Chwała pięknéj parze!“ —



RÓŻA.
POWIEŚĆ
Z SOUTHEY’A.

I.

Witaj mi, córo wiosny! kwiatów jéj królowo!
Strojna krasą jutrzenki, czy bielą śniegową,
Równieś miła poety i sercu i oku!
Niechby inne powaby wziąwszy czas zazdrośny,
Ciebie tylko zostawił zdobić berło wiosny:
Jeszczeby wiosna warta zwać się Różą roku!

II.

Miło jest, pod rozkwitłym spoczywając krzewem,
Gdy wkoło chłodném skrzydłem lekki wiatr powiewa,
Słuchać, jak pod zieloném utajony drzewem,
Słodką ci, jak twe wonie, słowik piosnkę śpiewa!

Chwała tym, co go tobie za kochanka dali!
Sam słowik chyba godnie wdzięk róży pochwali.

III.

Zbiegają się dziewice z koszykami w ręku,
Napawać się jéj wonią, napatrzyć się wdzięku.
Pójdźcie do mnie, dziewice! — Po co ten rumieniec? —
Niech mi każda obieca kraśny upleść wieniec,
Lub dać kwiatek od piersi; ja wam na podziękę,
Albijońskiego barda powtórzę piosenkę,
A w niéj powieść o róży: jak niezwykłym cudem,
Po raz piérwszy na ziemi, przed zdumionym ludem,
Płoniące się ku słońcu rozwinęła krasy. —
Bard ten biegły w podaniach, znał dawniejsze czasy,
Znał dawniejsze przygody; wiele ziem przebywał,
W nich usłyszał tę piosnkę i kochance śpiéwał.

IV.

Żyła w Betleem, Izraelskiéj ziemi,
Dziewica sławna wdzięki anielskiemi,
Zillah ją zwano: a Judea cała,
Chwałą cnót Zillah i piękności brzmiała.
Głos chwały nęci, ciekawość zapala:
Liczni młodzieńcy zbiegali się zdala.
Cnota cześć budzi, miłość niecą wdzięki:
Liczni młodzieńcy pragnęli jéj ręki.
Biedni młodzieńcy! — daremnie, daremnie’.
Zillah was kochać nie może wzajemnie.

Zillah z cnót tylko szukająca chluby,
Bogu dziewicze poprzysięgła śluby! —
Poszli młodzieńcy — a w ciężkiéj tęsknocie,
Płacząc na srogość, dziwili się cnocie.

V.

Przyszedł z innymi Hamuel bogaty,
Miał mnogie skarby, miał kosztowne szaty,
Pragnął mieć Zillah. — Daremnie, daremnie!
Zillah go kochać nie może wzajemnie.
Srogość na twarzy, ponurość w źrenicy,
Trwożyły serce nieśmiałéj dziewicy. —
Nie próżna trwoga, przeczucia to wieszcze;
Wzrok on miał dziki, duszę dzikszą jeszcze.
I wnet rojona popchnęła go zawiść,
Z miłości w rozpacz, z rozpaczy w nienawiść.

VI.

Czemuż, niestety! obrażony w dumie,
Człowiek się w zemście powściągnąć nie umie? —
Hamuel zemstę poprzysiągł zbrodniczą,
Oczernił Zillah, i chwałę dziewiczą. —
O! biada temu, kto potwarze szerzy!
O! hańba temu, kto potwarcom wierzy!
Wierzono jednak: a Judea cała
Czczonéj wprzód Zillah obelgami brzmiała —

Hamuel możny, sam w świetnym urzędzie,
Zakupił świadki, pouwodził sędzię,
A ci bezbożni, skazali niegodnie,
Wzór niewinności, na karę za zbrodnie.

VII.

Był plac pod miastem, naprzeciw kościoła,
Żelazną kratą ogrodzon do koła,
Plac pełen zgrozy: gdzie przestępne głowy
Sprawiedliwości karał miecz surowy.
Tam, jak się zdało, od ludzi i Boga
Wzgardzoną Zillah, śmierć czekała sroga. —
Już wkoło słupa stos złożono suchy,
Już na tym stosie, twardemi łańcuchy
Niewinną Zillah przykuto do pala.
Już kat śmiertelną pochodnię zapala…
Ona spokojna — jakby ją wnet mieli
Na złotych skrzydłach w Niebo wznieść anieli —
W skromném milczeniu dokoła powłoczy
Świtem już nieba śmiejące się oczy.
Widząc ten pokój, widząc blask spójrzenia,
Lud przestał wierzyć w prawdę przewinienia

VIII.

Z inném uczuciem Hamuel stał blisko:
Zemsta go wiodła na to widowisko.
Nie długi tryumf! — bo wnet rozpacz wściekła,
Bo wnet zgryzota, poprzedniczka piekła,
W mściwe się cisnąć zaczynały serce.

Oczy dziewicy padły na oszczercę.
Wzrok był łagodny: a jednak się zdało,
Że piorunową przeraził go strzałą.
Wzrok był łagodny — cóż w nim trwogę budzi?
O! ty Aniele Stróżu w sercach ludzi,
Sumienie!… twoja to święta powinność,
W chwilach cierpienia, pokrzepiać niewinność,
W chwilach tryumfu, być mścicielem zbrodni!…

IX.

Przebóg! przy stosie błysnął blask pochodni.
Lud bieży ku niéj. — Ach! stójcie, szaleni!
Przygaście pożar rosnących płomieni,
Zbawcie niewinność! — Próżno! nikt nie słucha.
Wznoszą się ognie, dym kłębami bucha.
Ach! ty sam chyba, sprawiedliwy Boże!
Twoja dłoń tylko ratować ją może!…

On płacz dziewicy usłyszał z wysoka,
Ujrzał niewinność; tchnął, i w mgnieniu oka,
Przed Jego tchnieniem płomień się uniża:
I jak piorunu błyskawica chyża,
Jak wąż ognisty, od stosu odstrzelą
Na głowy sędziów i oskarżyciela.

Struchlała głazem oniemiała rzesza…
Lecz cóż znów ciszę uroczystą miesza? —
Wzniosły się w niebo okrzyki radości:
„Cześć Wszechmocnemu! chwała niewinności!“

Jakiż cud nowy? — Stos się w krzew zamienił,
Pękły okowy, słup się zazielenił,
I w kształcie wieńca, nad dziewicy czołem,
Dwubarwne róże zakwitnęły społem.

Tak po raz piérwszy od utraty raju,
Róża w śmiertelnym zakwitnęła kraju;
Kraśna jak skromność, jak niewinność biała,
Niebieskie wonie w powietrzu rozlała.


PRZYPISEK AUTORA

„Między miastem a kościołem w Betleem, jest pole nazwane Campus Floridus, pole kwitnące, a to z następującego powodu. Piękna dziewica, oskarżona niewinnie o przestępstwo, skazaną została na spalenie żywcem w tém miejscu; i kiedy już stos podpalać zaczęto, ona wzniósłszy oczy ku niebu, błagała Boga, aby jako świadomy jéj niewinności, wybawić ją raczył od tak srogiéj a niezasłużonéj kary; i to rzekłszy na stos pałający spokojnie wstąpiła. Lecz w mgnieniu oka zagasły płomienie, rozzieleniły się na wpół spalone głównie, a na nich zakwitły róże czerwone i białe: były to pierwsze, które widziano na ziemi. A tak niewinna dziewica za łaską Boga uwolnioną została.“

(Wyjątek z Podróży Jana Mandeville)


WIERNOŚĆ.
BALLADA
Z BÜRGERA.

Kto chce mieć kochankę dla siebie jedynie,
Rad stroni od miasta i dworu.
Pan dworski raz w pięknéj kochał się dziewczynie.
I chcąc ją dla siebie zachować jedynie,
Strzegł w zamku dalekim śród boru.

Nie zważał na trudy, nie zważał na pory,
Bo miłość trud płaci sowicie.
Jak skoro mrok zapadł — przez góry, przez bory,
Do zamku, gdzie miła, niósł jego koń skory,
I stawał u celu o świcie.

Mgłą nocną obwiany i rosą oblany,
Gnał raz Pan co siły zdaleka.
Już widać, już widać cel drogi żądany:
„Pośpieszaj! pośpieszaj, mój koniu kochany!
Gdzie szczęście i rozkosz nas czeka!“ —


Już blizko, już blizko cel drogi żądany —
Jak ranna u wschodu jutrzenka,
Tak w oknach zamkowych świt błyszczał rumiany.
„Ach! nie śpiesz, słoneczko! ach! nie budź kochanéj!
Ach! nie świeć w méj miłéj okienka!“ —

I przybył pod zamku cieniste ogrody,
I konia zostawił zdaleka,
Gdzie łączkę rozkwitłą przepływał zdrój wody;
A sam biegł skwapliwie przez tajne przechody,
Gdzie mniemał, że rozkosz go czeka.

Wszedł cicho — lecz jakąż przejęty był trwogą!
Ach! jakże w nim serce zadrżało!
Gdy w zimném łóżeczku nie znalazł nikogo.
Któż porwał? zawoła, kochankę mą drogą?
Ach, przebóg! ach! co się z nią stało?“ —

I z izby do izby wołając przebiega,
Lecz wszystko w ponuréj śpi ciszy; —
A echo się tylko po salach rozlega,
I mdlejąc powoli, po gmachu przebiega —
Wtém nagle podziemny jęk słyszy.

To stary murgrabia był w sklepie zamknięty,
Któremu straż zamku zlecona.
— „Gdzie moja kochanka? mów, starcze przeklęty!
Mów! co się tu stało, żeś w sklepie zamknięty?
Gdzie ona? — mów prędzéj! gdzie ona?“ —


— „Ach! wielkie się, panie, nieszczęście zdarzyło!
Młodzieniec tu jakiś nieznany,
Wpadł w nocy na zamek, ze zbrojną swych siłą,
Mnie wtrącił do sklepu, i porwał twą miłą,
I twoje dwa wierne brytany.“ —

Aż zimny mróz Pana po ciele przeszywa,
A z oczu mu szczery żar świeci;
A w sercu mu zemsta zawrzała straszliwa;
Z okropném przeklęstwem miecz z pochew dobywa,
I wpada na konia, i leci.

Nie trudno zgadł jaką ubiegli ztąd drogą,
Po śladach na rosie, po błoniu.
Więc leci, i konia w bok kole ostrogą:
„Ach! daj się mi pomścić za krzywdę tak srogą,
Pospieszaj! pośpieszaj, mój koniu!

„Ach! będę ich ścigał, choć na kraj gdzie świata! —
Pośpieszaj! pośpieszaj, mój koniu!
Sowita cię za to nie minie zapłata:
Bez pracy, bez trudu, wieść będziesz twe lata
Przy złotym obroku, na błoniu!“ —

Tak woła, i w górze miecz wstrząsa dobyty.
A koń się wyciągnął jak strzała.
Aż jakby z pod ziemi skry krzesze kopyty,
Aż echem piorunu grzmi tentent odbity,
A w jeźdzcu aż kipi krew cała.


Wtém kiedy na wzniosły pagórek wybiegą,
Przy świetle bladawém jutrzenki,
Młodzieńca z dziewicą w dolinie spostrzegą;
A wierne brytany do Pana przybiegą,
I łasząc się skaczą do ręki.

„Stój! zdrajco bezczelny!“ — Pan gniewny zawoła
A w sercu wre zemsty chęć wściekła;
„Jeżeli masz śmiałość nadstawić mi czoła,
Pójdź do mnie, psie podły! a miecz mój podoła
Dziś jeszcze cię wtrącić do piekła!“ —

Młodzieniec nie łatwo dostępny był trwodze,
Miał męztwo i siłę straszliwą.
Na takie obelgi, gniew zawrzał w nim srodze;
Bystremu koniowi zawściągnął więc wodze,
I skoczył ku Panu co żywo.

I jeden i drugi miecz wstrząsa nad głową,
I obaj zskoczyli wnet z koni;
I z okiem iskrzącem, i z twarzą surową,
Spotkali się, zwarli; — szczęk huczy dąbrową,
A iskry się sypią z ich broni.

I jeden i drugi nastaje i siecze,
Już obu krew broczy pancerze;
Jak ognie się jakie krzyżują ich miecze,
Z obudwu znój ciężki, z obudwu krew ciecze,
Obadwaj są równi rycerze.


Wtém kiedy już obaj osłabli na sile,
Zawołał Młodzieniec: „O! panie!
„Jeżeli się zgodzisz, przestańmy na chwilę!
Nie bój się podstępu! odpoczniem na sile,
A ja ci otworzę me zdanie.“ —

Pan utkwił miecz w ziemię, i czekał spokojnie
Co powie Młodzieniec nieznany.
— „Daremnie, o! panie! walczymy tu zbrojnie,
Gdy możem rzecz całą załatwić spokojnie,
Chciéj tylko! bez bitwy, bez rany.

„Na lepsze krew winni oszczędzać rycerze.
Niech spór nasz rozstrzyga sąd damy.
Lecz słowem rycerskiem zaręczmy się szczerze,
Że kogo z pomiędzy nas sobie wybierze,
Bez sprzeczki ją temu oddamy.“ —

Pan przypadł na układ, i myślał sam w sobie:
„Mnie przenieść powinna nad niego!
Ach! czyżem jéj w każdéj nie wierny był dobie?
Ach! czyżem ją kiedy naraził ku sobie?
Czyż kiedy zabrakło jéj czego? —

„Mnie przenieść powinna!“ — tak myślał Pan zcicha,
I zdał się na słodką nadzieję.
Lecz ona dość piła z jednego kielicha —
A ja was, panowie, ostrzegam nie zcicha,
Że miłość zdawniała nie grzeje.


Niedługo się Dama w namyśle wahała,
Bo gdy się rycerze zbliżyli,
Nowego, młodszego, wnet sobie wybrała,
I białą mu rękę z uśmiechem podała,
I usta tu niemu nachyli.

Więc pana żegnali, i daléj jechali,
Młodzieniec nieznany z dziewczyną.
Pan ścigał ich wzrokiem, aż znikli w oddali;
Gniew szarpie za serce, twarz wstydem się pali,
A z oczu mu gęste łzy płyną.

Sprzecznością tych uczuć i myśli miotany,
Daremnie chciał przemódz swe bole;
I upadł zemdlony pomiędzy brytany;
Te skaczą wokoło, i liżą mu rany,
I liżą znój ciężki na czole.

To znowu mu w oko dzień wniosło stracony,
I życie po członkach rozlało.
Wiernością brytanów do głębi wzruszony,
Przypomniał z żałością na skarb swój stracony,
Bo jeszcze go serce kochało.

Aż kiedy łzy smutku ulżyły mu brzemię,
Co z oczu płynęły jak rzeka,
Chciał wracać do domu; wiec podniósł się z ziemie —
Lecz nogę zaledwie postawił na strzemię,
Gdy słyszy wołanie zdaleka.


Więc spójrzy, aż oto Młodzieniec nieznany
Przybiega doń w pyle i znoju.
— „Dziewica, od któréj dziś jestem wybrany,
Przysyła mię po twe dwa wierne brytany,
Lub oddaj, lub stawaj do boju!“ —

Pan wsparł się na mieczu, i słuchał spokojnie
Co mówił Młodzieniec nieznany.
— „Daremnie, młodzieńcze! chcesz walczyć wnet zbrojnie,
Gdy możem rzecz całą załatwić spokojnie,
Chciéj tylko! bez bitwy, bez rany.

„Na lepsze krew winni oszczędzać rycerze.
My spór nasz na wolę psów zdamy.
Lecz słowem rycerskiem zaręczmy się szczerze,
Że który którego za pana obierze
Bez sprzeczki go temu oddamy.“ —

Rad przypadł na układ Młodzieniec nieznany,
I skrycie się cieszył z umowy;
Albowiem w swéj myśli był pewnym wygranéj,
Nie wątpił, że zwabić potrafi brytany,
I wabił je ręką i słowy,

I woła, i cmoka, i bije w kolana,
Słodkiemi łakotki przynęca;
Lecz wierne brytany przyskoczą do Pana,
I skaczą wokoło, i liżą kolana,
A zębem swym straszą Młodzieńca.



BAŚŃ
O UŚPIONÉJ KRÓLEWNIE I O NAJŚMIELSZYM KRÓLEWICU.
Z ŻUKOWSKIEGO.

Był sobie król i królowa.
On zdrów, młody — ona zdrowa;
Przecież rok, drugi i trzeci,
Jak nie ma, tak nie ma dzieci.
Król w myślach smutkiem się trawi,
Komu swe berło zostawi;
Królowa także się troska.
Lecz cóż? taka wola Boska!
Dręczyli się, umęczyli,
W końcu się uspokoili.

Aż królowa raz wieczorem,
Poszła dumać nad jeziorem,

Dumać zawsze o tém jedném,
O sierocém życiu biedném,
I przez jakąby ofiarę
Odwrócić tę Niebios karę.
Idzie, duma — aż z jeziora,
Płynie wielki rak — potwora,
Z wąsem jak som, a w kirysie,
Jakby jaki rycerz lśni się:
I kiwnąwszy zlekka głową,
Tak się ozwie: „O! królowo!
„Dobre tobie niosę wieści:
„Koniec troskom i boleści!
„W trzy ćwierć roku od téj pory
„Będziesz matką pięknéj córy.“ —
— „Ach! ty raku mój nad raki!
„Zkądże tobie rozum taki,
„Byś mógł wiedzieć co się stanie?“ —
Rak jéj na to zapytanie
Nic nie odrzekł, lecz się zwinął,
Plusnął w wodę, i gdzieś zginął.

Snem królowéj to się zdało;
Lecz jak mówił, tak się stało.
W trzy ćwierć roku od téj pory
Była matką pięknéj córy,
A tak pięknéj, chociaż małéj,
Że jéj równéj, na świat cały
Ludzkie oczy nie widziały.
Król niezmiernie rad z dzieciny,
Sprosił cały kraj na chrzciny,

A nasamprzód, państwa stróżek,
Jedénaście możnych Wróżek.
Byłać wprawdzie i dwunasta,
Ale stara, zła niewiasta;
Téj nie prosił; — nie dla tego,
Że stara i nic dobrego —
Lecz był powód. —

W dworskich składach,
Po królewskich pra-pradziadach,
Był, osobliwszéj roboty,
Serwis cały szczerozłoty,
Jak raz na dwanaście osób.
Król bez niego w żaden sposób
Nie chciał nigdy dać obiadu. —
Aż tu kłopot! — Czy ze składu,
Czy z kredensu, dość, że skrycie
Ktoś dwunaste skradł nakrycie;
Lecz kto? lecz jak? gdzie i kiedy?
Ani śladu! — Król więc tedy
Rada w radę z swym Marszałkiem;
I wolał nie prosić całkiem
Téj dwunastéj Wróżki staréj,
Niż dać serwis nie do pary.

Baba co nie pękła z złości. —
A tymczasem tłumy gości,
Co na bal proszeni byli,
Zebrali się, jedli, pili,

I nakoniec, jak w tym kraju
Było zdawna w obyczaju,
Czy kto krewny, czy nie krewny,
Niósł podarki dla królewny.
A po krewnych i za drużbą,
Przyszły Wróżki z dobrą wróżbą,
I przez rymy, przez zaklęcia,
Zarzekały los dziecięcia:
„Będziesz cudem tego świata,
„Będziesz można i bogata,
„Będziesz cudna jasnolica,
„Znajdziesz męża królewica,
„Będziesz wiek wesoło trawić,
„Lud cię będzie błogosławić,
„Będziesz miła, będziesz tkliwa,
„Będziesz dobra i szczęśliwa!“ —
Takie, w kolej od dziesięciu
Wróżek, wróżby szły dziecięciu.
Jedénasta z wróżbą nową
Idzie także: — lecz nim słowo
Wyrzec mogła: — sen czy mara?
Jedną razą Wróżka stara
Zjawiła się przy kolebce,
I już rym swych zaklęć szepce:
„Mnie na ucztę nie proszono,
„Nie karmiono, nie pojono,
„A jać dar mój niosę przecie. —
„Krótko tobie na tym świecie,
„Królewiątko! żyć radośnie.
„W siedemnastéj życia wiośnie,

„Zaraniwszy dłoń wrzecionem,
„Zaśniesz na śmierć wiecznym zgonem.“ —
To wyrzekła, w dłoń klasnęła,
Zaśmiała się, i zniknęła. —
Lecz jak zmienić groźby wieszcze? —
Szczęściem Wróżka, która jeszcze
Nie darzyła niemowlęcia,
Tak skończyła rym zaklęcia:
„Kłamiesz! to się tak nie stanie!
„Będzie to sen, nie skonanie.
„Sen ten będzie trwał lat dwieście,
„Lecz nie wiecznie; — aż nareście,
„Zjawi się najśmielszy z ludzi,
„Co ją znajdzie i obudzi.
„Z nim, i z królem, i z królową,
„Odrodzi się jak na nowo;
„Będzie widzieć wnuków wnuki,
„I dopóty żyć, dopóki
„Sama zechce.“ —

To skończywszy,
Królowi się pokłoniwszy,
Wróżki poszły. — Król w rozpaczy,
Różnie słowa ich tłómaczy,
Wzdycha, płacze, mizernieje.
I cóż za dziw? nie śpi, nie jé,
Myśl złą wróżbą wciąż zajęta:
O dobrych ani pamięta,
A choć wspomni, to nie wierzy.
Myśli wciąż, jak zapobieży

Téj u niego jednéj pewnéj,
Co wróży śmierć dla królewny.
Aż ktoś z dworzan tak doradza:
„Królu panie! twoja władza!
„Zakaż w kraju lnu i przędzy,
„I drwij z przeklęstw staréj jędzy.“ —
W myśl królowi poszła rada.
Więc nie tracąc chwili, siada,
I do swojéj Rady Tajnéj
Pisze ukaz nadzwyczajny.
„Ja król, pan wasz, chcę i każę:
„By w całym państw mych obszarze,
„Nikt — ni szlachta, ani chłopi,
„Nie sieli lnu, ni konopi;
„A kto będzie siał, ten zwije
„Sam z nich stryczek na swą szyję.
„Zabrania się téż prząść nici,
„I zaleca się policji,
„Przez wszelkie jakiebądź środki,
„Zniszczyć wszystkie kołowrotki,
„A nadewszystko wrzeciona. —
„Wola moja niecofniona,
„Kto ją słyszy, niech wykona!“ —
Po wydaniu téj ustawy,
Król zbył troski i obawy,
Znów jadł, pił, spał, żył radośnie.
A tymczasem córka rośnie,
Rośnie — matki już dorasta,
I już wiosna siedemnasta!… —
Cóż się stanie z wróżbą ową? —

Dnia jednego, król z królową,
Gdzieś w gościnę, na czas pewny,
Pojechali bez królewny.
Smutno było to królewnie.
Napłakawszy się więc rzewnie,
Co tu począć? myśli sobie.
Nudno! — „Aha! wiém co zrobię.
„Co mam w domu sama siedzieć?
„Pójdę — rzekła — pałac zwiedzić!“ —
Jakoż poszła. — Ochmistrzyni,
Kilka Frejlin idzie przy niéj.
Idą naprzód do tronowéj,
Od tronowéj do balowéj,
Z tamtéj znów do innéj sali;
I tak coraz daléj, daléj.
Przyszły wreście do narożnéj,
Do okrągłéj wieży próżnéj,
Gdzie jak zamek zamkiem, pewno
Nie był nigdy król z królewną.
W środku tam nic szczególnego.
Mur z kamienia ciosowego,
Kręte wschody, tuż przy murze,
Wiodą w górę; a na górze,
Widać drzwiczki do ganeczka. —
Królewiątko, jak sarneczka,
Skik, skik, w górę — wbiegła sama.
Ochmistrzyni, wielka dama,
Leźć po wschodach nie tak rada.
Frejlinom téż nie wypada

Iść wprzód, zwłaszcza kiedy gniewna.
Więc zostały; — a królewna
Już tymczasem na wierzchołku.
Wbiega, patrzy — aż na stołku,
U nizkiego okieneczka,
Siedzi sobie staruszeczka,
Niziuteńka, siwiuteńka,
Jak gołąbek; — prawa ręka
Na powietrzu, palce w ruchu,
I coś kręci na fartuchu.
Co takiego? — kawał drewna,
Nakształt strzałki! — Więc królewna,
Cicho, cicho, choć w obawie,
Podkrada się — i ciekawie
Patrzy, co to za narzędzie?
A staruszka kądziel przędzie.
I to liźnie lewą rękę,
To coś mruczy jak piosenkę.
„Wrzecioneczko, wij się, wij się!
„Kądziałeczko, nie tak rwij się!
„Praca nasza nie igraszka,
„Wiążem sidło, złowim ptaszka!“ —
A królewna z udygnieniem
Spyta jéj: — „Za pozwoleniem,
„Co to robisz, proszę?“ — „Przędę.“ —
— „Naucz-że mnie, i ja będę!“ —
I już ręką wyciągnioną
Sięga nici: — wtém wrzeciono,
Ach! — ukłuło; — krew z paluszka
Wytrysnęła — a zła Wróżka

Zaśmiała się w głos, i znikła. —
A w królewnie mdłość niezwykła
Rozlewa się — wzrok się klei —
I usnęła. — Tuż z kolei,
Sen ogarnął Ochmistrzynię,
I Frejlinę po Frejlinie;
I co żyło w całym dworze,
Wpadło w letarg. —
W téjże porze
Król powraca. — Co to znaczy?
Ni doboszów, ni trębaczy,
By go witać za powrótem!
Cały odwacht śpi pokotem.
Straż przy bramie, choć stojąca,
Lecz pijana, czy drzemiąca,
Z zwisłą głową i rękoma,
Stoi martwa, nieruchoma.
Co to znaczy? — Król się gniewa,
Chce coś fuknąć — a wtém ziewa,
Ziewa, ziewa — i w pół słowa
Zasnął mówiąc — I królowa,
I jéj dama honorowa,
I szambelan z całą świtą,
Nawet laufer przed karétą,
Z podniesioną, jak biegł, nogą:
I woźnica z miną srogą,
Z zamachniętym biczem w dłoni,
I forysie, i sześć koni,
Jak jechali, tak w pół placu
I zasnęli. — I w pałacu,

Jak kto gdzie stał, tak śpi: — straże,
Prezentując broń; kucharze,
Kręcąc rożen; — nawet płomię,
Choć nie zgasło, nieruchomie
Stoi w górę: — i u góry,
Dym jak buchał, tak w kłąb bury
Zwił się, i śpi: nad kominy
Stercząc tylko jak słup siny.
A jak pałac, tak z nim cała
Okolica zadrzemała,
I powoli, czas za czasem,
Pokryła się gęstym lasem,
Czarnym borem; — a do boru,
Ani drogi, ani toru,
Ni przystępu, ani zblizka!
Wszędzie głogi, a bagniska.
Żaden wiatr tam nie dowiewa,
Nie zaszumią nigdy drzewa;
Żaden ptaszek nie zapiśnie,
Żaden zwierz się nie przeciśnie;
Nawet chmura kiedy płynie,
To go zawsze bokiem minie;
Nawet słońca jasność słodka
Nie ma kędy wejść do środka,
Tak jest gęstą mgłą objęty.
Słowem, był to bór zaklęty.

A tymczasem, jak dzień po dniu,
Tak szedł tydzień po tygodniu,
Tak szedł miesiąc po miesiącu,
Rok po roku — aż i w końcu

Sto lat przeszło. — Z razu ludzie
Rozprawiali o tym cudzie,
Potém coraz mniéj wierzyli,
Potém całkiem zaprzeczyli.
Została się wieść niepewna,
Że w tym borze śpi królewna,
I że kto najśmielszy z ludzi,
Ten ją znajdzie i rozbudzi.

Z razu było dość młodzieży,
Z książąt, grafów i rycerzy,
Co przed laty, jak wieść niesie,
Szli próbować szczęścia w lesie.
Ale jedni, pełni trwogi,
Powrócili od pół drogi,
To nie mogąc znaleźć toru,
To nie śmiejąc wejść do boru.
Było jednak i tych wiele,
Co przez głogi i topiele
Przedarli się w las; lecz z lasu
Nikt nie wrócił. — Czas od czasu,
Coraz to mniéj, coraz rzadziéj
Było takich, coby radzi,
Dla niepewnéj tam królewny,
Narażać się na zgon pewny.
W końcu nie ma i nikogo.

A czas zawsze swoją drogą
Jak szedł, tak szedł; — aż nareście
Upłynęło i lat dwieście.

Czasby ocknąć się królewnie.
Już jéj o tém śni się pewnie…
Lecz przyjdzież najśmielszy z ludzi,
Co ją znajdzie i obudzi? —
Nie potrzeba o to bać się,
Co ma stać się, musi stać się.
Posłuchajcie!

Dnia jednego,
Wiosennego, wesołego,
Syn królewski — (Król już nowy
Był w tym kraju) — lubiąc łowy,
Z wielką psiarnią, z wielkim dworem,
Przyjechał tam, i wieczorem
Jakoś zbłądził. — Jedzie, jedzie,
Przez noc całą; aż na przedzie,
Widzi — czarną mgłą okryta,
Stoi puszcza nieprzebyta.
Nigdzie drogi, nigdzie toru,
Ni przystępu! — Więc wzdłuż boru
Jedzie, jedzie — aż spotyka
Staruszeczka, Pustelnika.
Więc go wita, więc go pyta.
Co za puszcza nieprzebyta? —
A staruszek wstrząsłszy głową,
Zaczyna mu słowo w słowo
Opowiadać, co sam pewnie
Wié od starszych: o królewnie,
Co w królewskim wielkim dworze
Śpi zaklęta w owym borze:

Śpi lat dwieście, i śpiąc czeka,
Na kochanka, na człowieka,
Co najśmielszy będzie z ludzi,
Co ją znajdzie i rozbudzi.
Opowiadał potém daléj,
Jak już byli tak zuchwali,
Co jéj szukać próbowali:
Lecz jak jedni wejść nie śmieli,
A co weszli w las — zginęli.
A królewic słucha, słucha —
Był to młodzian pełen ducha,
Pełen serca. — Jednym razem
Wstrząsł się cały, i żelazem
Jak nie zepnie swego konia!
A koń wichrem, wprost przez błonia.
Jak nie skoczy!… w oka mgnieniu
Wpadł do boru, i w drzew cieniu
Zniknął z jeźdzcem. —

Cóż tam w borze? —
Dziwy dziwów! cuda Boże!
Raj nie gaj, nie puszcza dzika,
Oczom jeźdźca się odmyka.
Zamiast głogów — róż ogrody;
Zamiast bagnisk — żywe wody
Połyskują, szumią, brzęczą.
Rój motylów jasną tęczą
Leci nad nim; ptaszki zgrają,
Lecą przed nim, a śpiewają.

Kwiaty pachną — wszędzie wonność,
Wszędzie jasność a zieloność!
A koń leci, ani staje;
A przed koniem same gaje
Rozchodzą się, czynią drogę;
A królewic nie już trwogę,
Ale taką czuje radość;
Że i w niebie jéjby zadość!
A tymczasem konia bodzie,
Leci, leci — aż na przodzie,
Widzi pałac — cud struktury!
Z alabastru białe mury,
Dach się błyszczy jak ze złota,
Wrota na ścież — więc we wrota,
Pędzi prosto do pałacu.
Wjechał na plac: — aż na placu,
Tłumy ludzi w różnych strojach,
W złotogłowach, w jasnych zbrojach,
Stoją, siedzą, leżą — ale
Żaden się nie ruszy wcale,
I czy stoi, czy kto leży,
Śpi i chrapie jak należy.
A wśród placu, jakby wryta,
Stoi pyszna kocz-karéta,
Z herbem dworskim, sześcią koni.
Nasz królewic zajrzał do niéj.
Lecz nie widząc, jak był pewny,
Młodéj, ładnéj — więc królewny,
Wprost pod pałac gnał w zawody.
Przebył ganek, wbiegł na wschody.

Wszedł do sali — do tronowéj,
Ztamtąd prosto do balowéj,
Ztamtąd znów do innéj sali;
I tak coraz daléj, daléj,
Doszedł wreście do narożnéj
Owéj wieży — już nie próżnéj —
Bo tam właśnie Ochmistrzyni,
I Frejliny obok przy niéj,
Przed wschodami śpią na ziemi.
Spójrzał bystro między niemi,
Czy nie znajdzie téj, co szuka.
Lecz nie! serce nie oszuka,
A tu mówi, że jéj nie ma.
A więc rzucił wkrąg oczyma.
Patrzy, widzi wschody kręte,
I u góry wpół przeniknięte
Małe drzwiczki; — coś widocznie
Tam go ciągnie; — lecz cóż pocznie?
Przejść nie sposób! Ochmistrzyni
Leży wzdłuż, Frejliny przy niéj,
Chyba deptać. — Lecz poradził,
Krok w tył — skoczył, i przesadził.
Dopadł drzwiczek, popchnął, wbiega,
I postrzega — cóż postrzega?
O! radości! — „Tak! to pewna!
„To jest ona! to Królewna!“ —
Tak, to ona! — bo gdzież w świecie
Taka druga? —
Jakby dziecię,
Spokojniutka, miła, cicha,
Drzemie zlekka: — pierś oddycha;

Usta drgają, jak śród krzewu
Listek róży od powiewu;
Po przez rzęsy jasność oczek
Lśni jak gwiazdka przez obłoczek.
Włos w pierścieniach oblał szyję,
W twarzy róże a lilije.
Na wysmukły, cienki stanik,
Rzucon lekki półkaftanik,
Purpurowy, złotem tkany,
Gronostajem bramowany.
Zresztą w bieli, lekkiéj, mglistéj,
I w zasłonie wpół przejrzystéj.
W dole tylko z pod fartuszka,
W koturniku, drobna nóżka
Lśni się złotem. — Cudo dziewic!
Śpi jak anioł! — a królewic,
W zadumieniu, w zachwyceniu,
Cały w sercu a spójrzeniu,
Nieruchomy stał — i ona
Spała przed nim niewzruszona.

Lecz jak przerwać sen zaklęty? —
Od miłości on natchnięty,
Skoczył ku niéj, zgiął kolano,
Wlepił oczy w twarz rumianą.
Usta drgnęły jak uśmiechem,
Pierś jéj żywszym tchnie oddechem;
W licach zakwitł kwiat rumieńca,
Jakby czuła wzrok młodzieńca.

A młodzieniec! w uniesieniu,
W upojeniu, w omamieniu —
O! któżby się pohamował? —
Schylił się — i pocałował.

A wtém nagle izba cała
Blaskiem słońca zajaśniała.
I królewna się ocuca!
Błędném okiem wkoło rzuca,
I ujrzawszy królewica,
Rumieni się i zachwyca.
A tymczasem, jak w pałacu,
Tak na ganku i na placu,
Jak kto gdzie spał, tak się budzi.
Znów gwar, hałas, ciżba ludzi.
Ochmistrzyni jeszcze ziewa,
Na Frejliny już się gniewa.
Dobosz widząc że król jedzie,
Bije werbel; a na przedzie,
Laufer jak stał bieży daléj,
Furman z kozła z bicza pali,
I zajeżdża. — Król, królowa,
I jéj dama honorowa,
I szambelan z resztą świty,
I hajduki z za karéty,
Wysiadają, dłoń podają,
Króla we drzwi wprowadzają.
Straże bronie prezentują,
W kuchni znowu jeść gotują.
Kuchmistrz miechem w ogień dmucha,
Ogień trzaska, dym znów bucha.

Słowem, wszystko się ruszyło,
Odrodziło się, ożyło,
A wszystko jak dawniéj było.
Prócz nowego tylko gościa,
Królewica jegomościa,
Co z królewną wraca z wieży,
Król naprzeciw niego bieży,
Królowa tuż za nim kroczy,
Za królową dwór się tłoczy,
A u wszystkich wielkie oczy!…
A królewic im rzecz całą
Opowiada, jak się stało. —
Słysząc to król i królowa,
Ledwo mogli przyjść do słowa,
By mu wdzięczność swą objawić,
I z królewną błogosławić.

Cóż wam jeszcze mówić daléj? —
Kochankowie się pobrali.
Król znów sprosił gości wiele,
Sprawił ucztę, a wesele,
Lusztyk, bal! — I ja tam byłem,
Miód i wino z gośćmi piłem.
A com od nich się dowiedział,
Tom wam, jak mógł, opowiedział.



BAŚŃ
O ZŁOTYM KOGUTKU
Z PUSZKINA.

W trzydziewiątém wschodniém państwie,
W trzydziesiątém gdzieś sułtaństwie,
Żył był sobie Sułtan Dadom.
Straszny kłótnik! ni sąsiadom,
Ni poddanym, ni w swym domu,
Nigdy, nigdzie i nikomu,
Nie dał chwili żyć spokojnie.
Albo wojnę wiódł po wojnie,
Albo lud ciemiężył w kraju,
Lub w Dywanie i w Seraju,
Żartem, śmiechem, różną próbą.
Kłócił, jątrzył miedzy sobą

Odaliski, Muftych, Baszów,
Aż do pięści a pałaszów.
Bo najmilsza dlań zabawa,
Był harmider, hałas, wrzawa,
Nigdzie ładu ni porządku! —
Jednak z czasem — czy z rozsądku,
Czy z lenistwa — dość że z wiekiem
Sułtan cichszym stał się człekiem,
I nakoniec ku starości,
Sam zapragnął spokojności.

Aż tu kłopot! bo sąsiedzi,
Widząc że on cicho siedzi,
Nuż na niego! nuż wojować,
Napastować a rabować,
I wet za wet, żuk i żaby,
Deptać wroga, kiedy słaby! —

A więc Sułtan, by swe właści
Zabezpieczyć od napaści,
Musiał trzymać wojsk bez liku.
Wojsko ciągle w zbrojnym szyku
Dzień i noc pod bronią stało:
Lecz i to nie pomagało.
Bo naprzykład: wojsko w nocy
Strzeże granic od północy;
Aż tu goniec: „Marsz na prawo!
„Wróg od wschodu.“ — Wojsko żwawo
Daléj na wschód! — Aż znów goniec:
„Marsz na zachód!“ — Z końca w koniec

Wojsko ciągle tak biegało,
Aż mu w końcu nóg nie stało.

Krew ze złości wre w Sułtanie,
Aż się tarza po dywanie.
Nie śpi, nie jé, wychudł srodze.
Co po życiu w ciągłéj trwodze? —
Więc rad nie rad, rady słucha,
Szle do Mędrca, do Eunucha,
Do sławnego Astrologa,
By mu pomógł zwalczyć wroga.

Astrolog się téż nie leni,
Przyszedł, stanął, i z kieszeni
Dobył złotego kogutka.
„Padyszachu! rada krótka,
„Każ przynieść żerdź, na téj żerdzi
„Ten kogutek się przytwierdzi.
„Żerdź każ zatknąć w środku placu,
„Przed oknami, przy pałacu.
„A będzie to stróż twój wierny,
„Twego państwa jak odźwierny.
„Póki pokój, mój kogutek
„Będzie siedział spokojniutek;
„Ale niechże zkądbądź kiedy
„Przyjdzie wojna: zaraz wtedy
„Mój kogutek się strzepoce,
„Krzyknie, skrzydłem załopoce,
„I obróci się w tę stronę,
„Zkąd twe państwo zagrożone.“ —


Sułtan cieszy się, dziękuje,
Złote góry obiecuje.
A Astrolog Sułtanowi
Pokłonił się, i tak mówi:
„Padyszachu! mnie nie trzeba
„Ani złota, ani chleba.
„Tylko łaski twéj źrenicy,
„I téj jednéj obietnicy,
„Że najpiérwszą prośbę moję,
„Spełnisz jakby wolę swoję.“ —
Sułtan przyrzekł — i spokojny,
Jadł, pił, przestał bać się wojny,

A kogutek na swéj tyce,
Strzegł stolicę i granice.
Póki pokój, póty cicho.
Lecz jak tylko jakie licho
Zagroziło z któréj strony:
Wnet kogutek jak szalony,
Obracał się, kręcił, miotał,
I trzepotał i łopotał:
A co wrzasku, a co krzyku!
„Kukuryku! kukuryku!“
Nie ma rady! wszystkich głuszy,
Póki wojsko nie wyruszy,
Nie wyruszy w tamte strony,
Gdzie on dziobkiem obrócony.
I znów potém cicho siedzi. —

Dowiedzieli się sąsiedzi,
I raz, drugi, w pień wycięci,
Poskromili chciwe chęci.

Rok, i drugi, nie ma wojny!
Kogutek i kraj spokojny.
Sułtan nabrał sił i mocy.
Aż tu raptem jednéj nocy
Słyszy — stuk, stuk, do pałacu.
„Co tam? kto tam?“ — a na placu
Hałas, tertes! — wpada Basza:
„Padyszachu! zguba nasza!
„Ratuj! kogut krzyczy znowu.“ —
Sułtan z łoża, z złotogłowu,
Chyc, wyskoczył — patrzy z ganku.
A kogutek bez ustanku
Trzepoce się, kręci, wije,
Na wschód zwrócił dziób i szyję:
„Kukuryku! kukuryku!“ —
A więc na koń, i do szyku!
I najstarszy sam Sułtanic,
Poszedł z wojskiem bronić granic. —
Kogutek się uspokoił,
Sułtan znowu pił i poił.

A tymczasem dni mijały,
Jeden, drugi, tydzień cały,
A o wojsku ani słychu. —
Bają różnie, lecz po cichu:
Jeden przeczy, drugi twierdzi. —
Aż tu znowu krzyk na żerdzi. —

E! źle! — co tu rady długie? —
Sułtan zebrał wojsko drugie,
A z niém młodszy syn ostatni,
Poszedł na ratunek bratni.

Kogutek znów skrzydła zwija,
Znów dzień, drugi, tydzień mija,
A o wojsku ani słychu. —
A więc już i nie po cichu,
Dzieci skwiérczą, żony płaczą,
Że swych mężów nie zobaczą. —
A kogutek znowu wrzeszczy,
Jeszcze mocniéj! — Strach złowieszczy
Przejął Baszów i Dadoma.
A więc nie czas siedzieć doma.
Kto mógł oręż dźwigać w dłoni,
Na koń, na koń, i do broni! —
Sułtan konno sam na przedzie,
Na wschód trzecie wojsko wiedzie.

Wiedzie, wiedzie, dniem i nocą,
By wczas synom przyjść z pomocą.
Sam na czele czat swych przednich,
Szuka śladu wojsk poprzednich.
Nigdzie żadnych! — ani szańców,
Ni bojowisk, ni mieszkańców,
Aby powziąć choć języka. —
Okolica pusta, dzika!
Trzy dni idą samym borem,
Trzy dni polem; — aż wieczorem

Dnia siódmego, wchodzą w strome,
Góry dzikie, nieznajome.
Weszli, przeszli. — Z drugiéj strony,
Jak wzrok zajrzy, smug zielony;
I u wyjścia z gór rozbity,
Stoi namiot złotolity.

Spójrzy Dadom, i w dłoń klaśnie. —
Gate wojsko, jak śpi właśnie,
Na równinie trupem leży. —
Do namiotu Sułtan bieży.
Aż tu przed nim — o! żałoba!
Widzi synów — martwi oba.
Bułat w ręku, ostrz bułata
Tkwi nawzajem w sercu brata. —
„O! wy dzieci moje, dzieci!
Ryknął Dadom: „Wpadły w sieci
„Sokolęta przed sokołem!“ —
I uderzył w ziemię czołem. —
Całe wojsko, jak tam stało,
Jednym płaczem zapłakało.
Zapłakały echem góry! —

Wtém z namiotu — słońce z chmury!
Twarz huryski! postać pańska!
Sułtanówna Szachmachańska
Wyszła — idzie — wpół się sroma,
Wpół uśmiécha do Dadoma…
Jak przed słońcem ptastwo nocy,
Dadom zamilkł; nie ma mocy

Wyrzec słowa; głowę kłoni,
I już myśli tylko o niéj.
Ona w namiot go wprowadza,
Obok siebie za stół sadza,
I z uśmiechem spocząć wabi
Na łabędzi puch jedwabi. —
Dadom nie już o żałobie,
Lecz zapomniał sam o sobie;
I dzień za dniem, tydzień równo,
Przeucztował z Sułtanówną.

Ale pora wracać doma!
Wojsko woła na Dadoma.
Więc w kolasce, przy Dziewicy,
Wraca z wojskiem do stolicy.
W kraju już się rozgłosiło,
Co było i co nie było.
Więc kto żyje, co tchu stanie,
Wybiegł z miasta na spotkanie,
I tłum cały biegł ulicą,
Za Dadomem i Dziewicą.
Sułtan z okiem pełném łaski,
Kłania, wita lud z kolaski.
Aż przed zamkiem, w szacie białéj,
Sam jak łabędź osiwiały,
Mędrzec Eunuch stoi w progu.
„A! jak się masz, Astrologu!
„Cóż to się tak nam przyglądasz?
„Zbliż się, powiédz, czego żądasz? —

— „Padyszachu!“ mędrzec rzecze,
„Co się zwlecze, nie uciecze.
„Za podany ci ratunek,
„Musim skończyć nasz rachunek. —
„Patrz! kogutek tkwi na tyce.
„A więc, pomnisz obietnicę,
„Że najpiérwszą prośbę moję
„Spełnisz, jakby wolę swoję?“ —
— „Zgoda! Dadom odpowiedział,
„Spełnię wszystko, bylem wiedział
„Co chesz; ufaj łasce pańskiéj!“ —
— „Chcę Dziewicy Szachmachańskiéj.
„Sam bezemnie jéjbyś nie miał.“ —
Sułtan pobladł i oniemiał.
„Co ty? kto ty? czyś szalony?“
Krzyknął wreście zapérzony.
— „Padyszachu! a umowa!“ —
— „Obiecałem — ani słowa!
„Lecz wszystkiemu jest granica.
„I na djabłaż ci dziewica? —
„Wiész kto jestem! proś więc u mnie
„Co chcesz, ale proś rozumnie.
„Chcesz? dziel z nami kassę naszą;
„Chcesz? mianuję ciebie Baszą;
„Wreście dam pół państwa mego.“ —
— „Nie potrzeba mi niczego,
„Prócz twéj dawnéj obietnicy,
„Szachmachańskiéj Jasnolicéj.“ —
Tu już Sułtan jak za młodu,
Wobec miasta i narodu,

Zapędził się, wzniósł kułaki:
„Ach! ty taki! ty owaki!“
Zawrzeszczał na czém świat stoi.
Nie chciałeś mieć łaski mojéj,
„Figa-ż tobie, djable stary! —
„I nie ujdziesz mi bez kary,
„Czarowniku! — héj! powrozy!
„Wiąż go, łapaj, i do kozy!“ —
A staruszek się opiéra,
Szamoce się, z rąk wydziéra,
I kryje się pod kolaską.
A wtém Sułtan grubą laską
Jak nie machnie — w samo ciemię!…
Ani jęknął — bryk o ziemię.

Sułtan zląkł się, i stolica
Przelękła się; a Dziewica
Aż zachodzi się od śmiechu,
Jakby z żartu, a nie grzechu.
Sułtan już się zaczął krzywić,
Lecz się nie śmiał jéj przeciwić,
I wysiada pod przysionek…
Wtém coś brzęczy jakby dzwonek.
Kogutek się zerwał z tyki:
„Kiki-riki, kiki-riki!“
Coś inaczéj jak na wojnę. —
Wszystkich oczy niespokojne
Patrzą — nowość niesłychana!
A kogutek do Sułtana

Obces w oczy — dziub go w ciemię!…
Aż i Sułtan, hrym o ziemię.

A ta znowu w śmiech nie w smutek. —
„Py-li, py-li!“ — i kogutek
Jakby swojski leci do niéj.
Zwinął skrzydła, siadł na dłoni.
A ona wtém — jak siedziała,
Smyk w górę! — i poleciała.

A w stolicy żal i trwoga.
Sułtana i Astrologa
Pochowano obok siebie.
Był pogrzeb, a po pogrzebie
Stypa. — I ja na niéj byłem,
I płakałem, i miód piłem. —
A miód jak baśń: pijesz — miło;
Skończysz — jakby nic nie było.




KORSARZ.
POWIEŚĆ
LORDA BYRONA.

— „I suoi pensieri in lui dormir non ponno.
Tasso. Canto. X. Gerusallemme Liberata.



PIEŚŃ PIERWSZA.[163]

— „Nessun maggior dolore,
„Che ricordarsi del tempo felice
„Nella miseria........
Dante
I.

„Na modrych głębiach jasnéj morskiéj wody,
Jak ona z wiatrem, buja duch swobody;
Jak burza nad nią, grzmi nasza potęga.
Gdzie wiatr, gdzie fala, gdzie miecz nasz dosięga,
Tam dom nasz, państwo, łup naszéj odwagi!
Mórz i flot berłem jest maszt naszej flagi.
Nam w dzikiem życiu czuć wciąż, niespodzianie,
W każdym dniu nowość, rozkosz w każdéj zmianie! —
O! i któż pojmie? — nie ty zniewieściały!
Cobyś mdlał patrząc na wzburzone wały;
Nie ty pieszczochu! co wiek w zbytkach trawisz,
Śpiąc nie spoczywasz, bawiąc się nie bawisz;

O! i któż pojmie? — prócz tych samych, którzy
Pląsali z falą rozigranéj burzy:
Tę pełność życia, ten war krwi co pali
Serce żeglarza na bezdrożnéj fali;
Tę żądzę bojów, tę pewność zwycięztwa,
Ten szał, tę rozkosz śród niebezpieczeństwa?…
Gdzie trwożni rozpacz — my tryumf znajdujem;
Gdzie słabi mdleją — my żyjem i czujem:
Czujem, jak w piersiach krzepi się i wzmaga
Duch i nadzieja, siła i odwaga!…
Nie strach nam śmierci — byle wprzód lub razem,
Wróg u stóp naszych skonał pod żelazem:
Byle wprzód z życia rozkosz wyssać w życiu! —
Gdy ginąć — cóż ztąd, w bitwach czy w rozbiciu? —
Niech bojaźliwy zakochaniec świata
Woli w niemocy długie jęczeć lata,
I w puch przed śmiercią kryje się, nim skona!
Nam łożem piasek lub trawka zielona.
Gdy strach zeń duszę dzień po dniu wywleka:
Nam cios, strzał jeden — duch wolny ucieka!
Jemu niech dziedzic pyszną złoci trumnę,
Radzi że umarł, niech stawią kolumnę;
Po nas łzy płyną — krótko, ale szczerze,
Gdy nas w swe głębie ocean zabierze.
Nam ku czci nawet w biesiadniczém kole
Puhar pamięci zaiskrzy na stole;
Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męztwa:
Gdy pozostali dzieląc łup zwycięztwa,
Wspomną poległych, i rzekną ze łzami:
„Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami!“ —

II.

Taka pieśń brzmiała na wyspie korsarzy,
Wkrąg przy ogniskach ponadbrzeżnéj straży,
I bijąc echem o chropawe głazy,
Jak one twardy był ton i wyrazy,
Leżąc na piasku rozrzuconą zgrają,
Ci ostrzą bronie, ci piją lub grają,
Próbują strzelby, handlują łupami,
Nie patrząc nawet na krew, co je plami.
Brzmią szczeki siekier ciosających łodzie:
Ów marząc patrzy po dalekiéj wodzie,
Ów czyha rychło ptak mu w sidła wleci.
Mokre na słońcu rozwieszają sieci:
A każdy coraz pogląda ku morzu,
Czy gdzie nie dojrzeć żagla na przestworzu,
Lub wspominając ostatnią wygraną,
Radzą zkad znowu świeży łup dostaną. —
Zkąd? wódz niech myśli! — im tylko przystało
Ufać, iść za nim, i uderzać śmiało. —
Któż jest tym wodzem? — Od brzega do brzega
Imię się jego jak piorun rozlega,
To dość — o resztę nie troszczy się rzesza.
W bitwach on tylko z ich tłumem się mięsza,
Zresztą sam zawsze; — krótkie jego słowa,
Lecz wnet co wyrzekł, dłoń spełnić gotowa.
Nie lubi gwaru; nigdy z nimi społem
Nie zasiadł wesół za biesiady stołem,
Śmiech ni żart nigdy ust mu nie umili:
Lecz mężny — męztwu hardość wybaczyli.

Próżno go kolej pełnego kielicha
Wabi w Przechodzie: on z wzgarda odpycha;
A jego uczta! — najlichsi z czeladzi
Wzajemby z wzgardą odepchnąć ją radzi.
Jadło, chleb suchy; napój, czysta woda.
Zbytkiem nie częstym, owoc lub jagoda,
A i tych nawet ze wstrętem dotyka,
Jakby związany ślubem pokutnika.
Ale im żądze zmysłów trzyma srożéj,
Rośnie w nim dusza, i siła się mnoży.
„Płyń tam!“ — wnet płyną; — „rób to!“ — wnet zaczęto;
„Za mną, i naprzód!“ — poszli, i łup wzięto.
Tak skory rozkaz, skorsza jego ręka:
Każdy drżąc słucha, lecz pytać się lęka.
Szyderczy uśmiech, wzrok i twarz surowa,
Karcą zuchwalca za niewczesne słowa.

III.

„Patrz! żagiel, żagiel! — Nastawcie lunety! —
„Zkąd? — czyja flaga? — czy zdobycz?“ — niestety!
Nie zdobycz — jednak cieszą się weseli:
Z masztu czerwoną chorągiew ujrzeli.
„Nasza łódź, nasza! powraca z wyprawy! —
Dmij w pełne żagle, dmij wietrze łaskawy!
Nim słońce zajdzie, zawinie do brzegu. —
„Patrz, patrz, jak lekka! zda się pląsa w biegu.
Jak wzdyma skrzydła! — jak buja wspaniale!
Z szumem przed sobą prze kipiące fale.
Weszła w zatokę — patrz! idzie jak żywa,
Zda się żywioły do walki wyzywa!

Możeż się lękać burz, bitew, lub trudu,
Pan takiéj łodzi, wódz takiego ludu?“ —

IV.

Skrzypią powrozy, krzyczą robotnicy,
Opadły żagle — łódź drga na kotwicy.
Spuszczają czółno: — w podwójnym szeregu
Siedli wioślarze i pędzą do brzegu.
Wkoło na piasku tłum zebrany czeka,
Poznaje, woła, i wita zdaleka.
O! słodkie głosu przyjaznego dźwięki!
O! słodki uścisk przyjacielskiéj ręki!
Gdy wita w porcie żeglarza z wyprawy,
Gdy na bezpieczny brzeg wiedzie go z nawy;
Słodkie łzy, uśmiech, słodkie zapytania.
Gdy pocałunek odpowiedzi wzbrania!…

V.

Wieść się rozbiegła, tłum rośnie z pośpiechem,
Gwar, ciżba, wrzawa, przerywana śmiechem,
I głosy kobiét znać w cichszéj rozmowie:
Imię kochanka, męża, w każdém słowie.
„Czy zdrów? czy żyje? czy na brzeg wysiądzie?
Czy dziś, czy jutro zabawi na lądzie?
Gdzie był? co robił? czy bił się walecznie?
Mniejsza, co zyskał? gdy wrócił bezpiecznie;
Lecz czy nie ranny? dla czego nie z wami?
Czyż on nie wiedział że czekam ze łzami?“ —

VI.

— „Gdzie jest wódz? — ważne przywozim nowiny.
Śpieszmy! czas nagli, drogie są godziny. —

Dzięki wam, bracia, żeście braciom radzi!
Lecz niech nas Żuan do wodza prowadzi.
Wrócim za chwilę — zostańcie tu bliscy,
Wnet, co kto zechce, dowiecie się wszyscy.“ —
I poszli, kędy na najwyższéj górze
Zamek ich wodza wzbija się nad morze,
Śród bujnych krzewów i kwiatów pachnących,
Gdzie tysiąc zdrojów, świeżością dyszących,
Srebrzy się szemrząc po złomach granitu.
Poszli pod górę — dochodzą do szczytu.
Któż to nad brzegiem przepaścistéj skały,
Wsparty na mieczu, spogląda na wały? —
To on! wódz! Konrad! — sam, jak zwykle — myśli.
„Idź naprzód, Żuan! powiedz żeśmy przyszli.
Okręt nasz widzi; — powiédz, że go prosim
O posłuchanie, ważną wieść przynosim.
Idź! my nie śmiemy; wiész jak się wnet zżyma,
Gdy mu kto nagle stanie przed oczyma. —

VII.

Przystąpił Żuan — Konrad spójrzał srogo,
Wysłuchał, skinął, że się zbliżyć mogą.
Przyszli — ukłonem witają zdaleka.
Powitał wzajem — na słowa ich czeka.
„Wodzu! przynosim list od Greka szpiega,
Co nas o łupach i wrogach ostrzega.
Ważność tych wieści sam wódz niech oceni.
My téż…“ — „Już dosyć!“ — zmilkli zawstydzeni.
Wziął list — ciekawi poglądają z boku,
Wrażenia wieści dójrzeć w jego oku.

Zgadł myśl — czytając twarz zwrócił na stronę,
Może by ukryć uczucia wzburzone.
Skończył — na świstku coś pisze. — „Żuanie!
Gdzie jest Gonzalwo?“ — W łodzi. — „Niech zostanie!
Nieś mu ten rozkaz! — Wy nie stójcie dłużéj,
Każdy na miejsce, gotów do podróży!
Na waszéj nawie sam z wami dziś płynę.“ —
— „Dziś, wodzu? w nocy? — „Dziś w dzień, za godzinę.
Wiatr będziem mieli. — Minuty nie zwlekać!
Wziąć mój płaszcz, pancerz — u portu mię czekać!
„Ty weź mą trąbkę i strzelbę opatrzyj!
Zamek źle spuszcza — oczyść go i natrzyj!
Wezwać płatnerza! niech mój miecz bojowy
Natoczy ostro i da mu hart nowy.
Rękojeść zwłaszcza niech szerzéj rozkuje:
Ta broń mię gorzéj niż bitwa morduje. —
Śpieszcie! na hasło że czas już odpłynąć,
Dać ognia z działa i żagle rozwinąć!“ —

VIII.

Kazał — posłuszni odeszli w pokorze. —
Nie w smak im znowu puszczać się na morze,
Gotowi jednak: — Konrad sam prowadzi.
Dokąd? — któż pyta gdy on co uradzi? —
Dziwny ten człowiek dumy i milczenia,
Którego nigdy śmiechu ni westchnienia
Nikt z nich nie słyszał; którego zdaleka
Sam widok, twarz ich bladością powleka:
Rządzi ich duszą, z tą sztuka władania,
Co zmusza, mami, lecz sądzić zabrania.

Cóż jest ten urok, że mu nikt z korsarzy,
Choć szemrze, zajrzy, oprzeć się nie waży?
Co w nich dlań wzbudza tę cześć, posłuszeństwo? —
Potęga myśli, duszy czarnoksięstwo!
One go wzniosły, gdy i los mu sprzyja.
Tém on ich wolę pod rząd swéj podbija.
Walczy ich ręką, sam jak mistrz sprężyny:
Gmin dziełem jego własne mniema czyny.
Jest, było, będzie — to bieg świata tego,
„Wielu pracować musi dla jednego.
Lecz niech nieszczęśnik, co w trudach umiera,
Nie zajrzy temu, co owoc z nich zbiera!
Niechby znał ciężar, co wielkość nań zwala —
O! jakże lżejsza niższych cierpień szala! —

IX.

Nie na wzór świata dawnego mocarzy,
Szatanów w czynach, lecz bogów na twarzy,
Konrad nic w sobie nie ma nad człowieka.
Blask czarnych oczu ćmi smutna powieka.
Twarz ogorzała, skroń wzniosła i blada,
Włos kruczy bujno pierścieniami spada.
Krzepki w ramionach, lecz kształt nie olbrzymi,
Ani się wzrostem wyniósł nad innymi.
We wszystkiém jednak biegły wzrok badacza
Znajdzie coś, co go od gminu odznacza.
Patrząc nań, wszyscy dziwią się i śledzą,
Że tak jest, czują; lecz czemu? nie wiedzą. —
Nieraz z brwi groźnych, z drżenia ust, lub z czoła,
Znać dumę, któréj poskromić nie zdoła.

Głos jego wdzięczny, serce jednak ziębi:
Więcéj niż mówi, znać że tai w głębi.
Szybka gra rysów nagle się mieniących,
Wabi ciekawość, lecz miesza patrzących,
Jakby w tym duszy posępnym pomroku
Kryły się czucia zbyt straszne dla wzroku. —
Tak o nim sądzą — prawdy nieświadomi.
Wzrok jego śmiałość dostrzegacza gromi,
A i któż wzajem oka mu dotrzyma,
Gdy nań raz w pełni zaiskrzy oczyma? —
Umie on sztukę — gdy ciekawość skryta
Mniema że z twarzy myśl jego wyczyta —
Umie on sztukę, że wnet zamiar zgadnie,
I sam w ciekawca duszy brodzi na dnie,
Aż zadrżeć musi, by go wzrok Konrada
Nie przejrzał całkiem, niż on coś w nim zbada.
W szyderczym jego, chociaż głośnym śmiechu,
Jakby sam szatan śmiał się w jego echu,
Jest coś, co w sercu słyszących go ludzi
I gniew, i trwogę, i nienawiść budzi.
Wzrok jego gniewny, zabija Nadzieję,
Przed groźbą jego, Miłosierdzie mdleje.

X.

Wstręt ma iść na jaw złéj myśli katusza,
Wewnątrz to, wewnątrz — tam pracuje dusza!
Miłość jest szczera, śmieje się, czy wzdycha:
Ale nienawiść, lecz zbrodnia, lecz pycha,
Drgnieniem ust chyba, uśmiechem goryczy,
Zdradzą ci przepaść głębi tajemniczéj.

Z gry chyba rysów, z mieniącéj się twarzy,
Poznasz namiętność, gdy się w piersiach żarzy.
Lecz kto chcesz dójrzeć jéj pełnię lub zmiany,
Wtenczas patrz chyba, gdyś sam nie widziany! —
Patrz! gdy wódz w nocy, z rozognioném czołem,
Załamał ręce, szybkiém chodzi kołem,
I nagle stanie, i zadrży — czy w ciszy
Śledzącéj zdrady kroków nie dosłyszy? —
Patrz, jak się dziko groźna brew nachmurza,
Gdy każdym nerwem wnętrzna miota burza.
Patrz w jego wzroku na szaleństwo ducha!
Iskrzy, mgli, krzepnie, i znów ogniem bucha.
Patrz — jeśli zniesiesz widok téj katuszy,
Jaki los jego! jaki pokój duszy!
Jak cel zawiści gminu, śród ukrycia
Pożywa owoc występnego życia!
Patrz! tam go poznasz; — lecz któż tak z badaczy
Przejrzy człowieka? — kto ducha obaczy? —

XI.

Lecz nie natura stworzyła w Konradzie
Srogiego wodza zbojeckiéj gromadzie.
Zmienił on duszę, wprzód nim czyny swemi
Wyparł się nieba, wojnę wydał ziemi.
Z młodu pan siebie, więzów świata jeniec,
Mędrzec w swych słowach, lecz w czynach szaleniec,
By drżeć, zbyt mocny; by uledz, zbyt hardy;
Za chęć być dobrym — cel szyderstw lub wzgardy:
Zamiast nawzajem wzgardzić zgrają podłą,
On przeklął cnotę, jak swych cierpień źródło.

Z urągowiskiem wbrew stając obłudzie,
Choć znał, zapomniał że są lepsi ludzie,
Dla których lepiéj darów swych używszy,
Znalazłby szczęście, i stał się cnotliwszy. —
Lżony, gardzony, bez zgryzot nawzajem
Serce swe z ludzkim rozbratał rodzajem,
I obrał sobie, za swój cel na ziemi:
Za winy kilku, mścić się nad wszystkiemi. —
Czuł się występnym — lecz dumny, rozumiał
Że nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał,
I gardził dobrym, jak tym, co w obawie
Czyni to skrycie, co mężny na jawie. —
Nienawidzony, wiedział, że u ludzi
Nienawiść jego strach i zgrozę budzi:
Przestawał na tém; — zimny, dziki, hardy,
Nie dbał o miłość, gdy nie bał się wzgardy.
Stronić, drżeć przed nim, potępiać go, skarżyć,
Kląć, może każdy — lecz nikt lekceważyć!
Depcą robaka — lecz któż bez bojaźni,
Kto nie pomyśli, nim węża rozdraźni?
Robak się zwinie, i nie mszcząc się kryje,
Wąż zginie, ale i wroga zabije.
Sam się nań rzuci — łamie się, passuje,
Choć nie pokona — krew jadem zatruje.

XII.

Nikt nie zły całkiem: — i w duszy Konrada
Jedno tajemnie słodsze czucie włada.
Szydzi on z drugich, że ich wikła w sieci
Namiętność godna szaleńców lub dzieci;

Sam, próżno rozum przeciw niéj wytęża —
W nim nawet miłość wolę przezwycięża.
Tak! jest to miłość — wzajemna — płomienna.
Jedyna dotąd, i niczém niezmienna! —
Tłum się mu branek na oczy nawija:
On ich ni stroni, ni szuka — lecz mija.
Nie jedną piękność w mocy swojéj trzyma:
Żadnéj słodszemi nie uczcił oczyma.
Tak, jest to miłość! — jeżeli myśl tkliwa,
Stateczna w probach, w każdéj chwili żywa,
Któréj samotność, świat, szyderstwo ludzi,
Ani, co większa, sam czas nie ostudzi;
Któréj ni zmienne fortuny igrzysko
Nie zaćmi smutkiem — póki Ona blisko;
Która w boleści, w gniewie, ni w niedoli,
Cierpkiego na Nią słowa nie dozwoli,
I bez pociechy woli znieść katusze,
Niż ich podziałem zasmucić Jéj duszę:
Jeśli myśl taka, niezmienna, nie płocha,
Jest tém, co zowią kochaniem — on kocha!
Występca, zbrodzień, z każdéj cnoty zboczył,
Przeciw téj jednéj w niczém nie wykroczył;
Ona, gdy wszystkie zgasły po kolei,
Świeci mu jeszcze, jak gwiazda nadziei.

XIII.

Zaczekał nieco — brew marszczy ponuro,
Aż śpiesząc z braćmi Żuan znikł za górą.
„Straszna wieść! — tylem niebezpieczeństw przebył,
Cóż jest, żem nigdy jak dziś smutny nie był? —

Źle wróży serce — ale się nie boi,
Ni mię tak ujrzą towarzysze moi. —
„Idziem śmierć spotkać: — lecz gdybym tu zwlekał,
Pewniéjbym śmierci i hańby doczekał.
Dziś, gdy plan pójdzie, los wzmoże w potrzebie,
Przybędzie płaczu na naszym pogrzebie! —
„O! niech spokojnie, niech śpią rozmarzeni,
Przyśpieszę dla nich świt takich promieni —
Wiej tylko wietrze! — tak jasnych i ciepłych,
Że aż krew zawre w ich sercach zakrzepłych! —
„Czas do Medory! — Milcz, milcz serce moje!
Nie mogąc siebie, czyż ją uspokoję? —
Jednak jam śmiały! — Lecz tu wszyscy śmieli,
Gad, gdy się broni, równą śmiałość dzieli.
Zwierząt nie ludzi godna jest odwaga,
Gdy ją strach śmierci lub chęć łupu wzmaga.
Gardzę jéj chwałą! — Cel godny méj dumy
Był, uczyć garstkę, jak zwyciężać tłumy.
Wódz ich, nie dałem krwi ich marnie płynąć. —
„Lecz dziś! — dziś trzeba zwyciężyć, lub zginąć. —
Ha! to los wojny! — i nie to mnie smuci. —
Lecz wieść tam wszystkich, zkąd żaden nie wróci,
Albo tu drzemiąc dać się ująć w pęta?…
Czyż pamięć wodza nie będzie przeklęta,
Co przywiódł na to: że aby się zbawić,
Na jedną kartę trzeba wszystko stawić?… —
Losie mój, losie! czuję dłoń twą groźną.
Zbaw, jeśli możesz — jeszcze nie za późno!“ —

XIV.

Tak dumał w sobie, aż idąc ponury
Doszedł do wieży na wierzchołku góry.
Wstrzymał się u drzwi; — głos się ozwał w ciszy,
Głos, co choć często, zawsze on rad słyszy;
I taką piosnkę posępnéj czułości
Nócił z za kraty jego „Ptak piękności.“

„Żyje w méj duszy myśl — tajemnica,
„Drży mi na ustach, gore w spojrzeniu,
„Gdy obok ciebie patrzę w twe lica:
„I znów się w dawném kryje milczeniu.

„Jak lampa w grobie, skryta przed okiem,
„Myśl ta w mém sercu błyska i tleje,
„Smutek jéj blasku nie ćmi swym mrokiem,
„Choć sam jéj blaskiem nie rozjaśnieje.

„Przyjdź, gdy ja umrę, do méj mogiły,
„Pomódl się za mnie, łzę wyléj po mnie!
„Téj tylko myśli znieść nie mam siły,
„Że ty, mój luby, zapomnisz o mnie! —

„Nie wstyd jest płakać zeszłych ze świata.
„Raz piérwszy proszę — łzy i wspomnienia.
„Będzie to piérwsza, jedna zapłata,
„Mojéj miłości, mego cierpienia!“ —


Porwał się Konrad, pchnął drzwi, i z pośpiechem
Wszedł — stróny arfy brzmiały jeszcze echem.
„Smutna, Medoro, jest twoja ballada!“ —
— „Chciałżbyś wesołéj, gdy nié ma Konrada? —
Gdy ciebie nie ma, a żal miota duszą,
Tęskne się myśli w pieśniach zdradzić muszą.
Każdy ton, serca uczucia wydaje;
Lecz choć pieśń milczy, boleść nie ustaje. —
„Ach! ileż nocy, na bezsenném łożu,
Marzę jak we śnie, o skałach, o morzu!
Zmierzcha — ja myślę że niebo się chmurzy;
Wiatr ledwo szemrze — mnie słychać szum burzy.
Cóż, gdy posępném odezwie się wyciem?
Zda się, że jęczy nad twojém rozbiciem! —
Zrywam się, patrzę, czy stróże niekarni
Nie dali zgasnąć portowéj latarni,
I o pogodę gwiazd pytam oczyma.
„Nastał poranek — ciebie jeszcze nié ma!… —
Jak wtedy zimno na me serce wiało,
Jak przez łzy słońce mgliste się zdawało! —
Patrzę i patrzę dzień cały — daremnie.
Konrad gdzieś jeszcze daleko odemnie! —
Wreście — postrzegam maszt, okręt — tu płynął,
Witam go, czekam; — zbliżył się — i minął.
Znów drugi! — twój był. — Powróciłeś z boju.
„O! mój Konradzie! mam-że w niepokoju
Zawsze tak czekać? — nigdyż serca twego
Nie ujmie powab szczęścia spokojnego? —
Masz dosyć skarbów — ach! więcéj niż trzeba;
Znajdziem kraj milszy, pogodniéjsze nieba.

Pójdźmy! — O siebie wiész że się nie boję. —
Lecz twoje szczęście — lecz ach! życie twoje!…
Dziwne twe serce! gdy dla mnie tak tkliwe,
Tak razem srogie dla drugich, tak mściwe!…“ —
— „Tak, moja luba! dziwne jest to serce.
Zwiedli je zdrajcy, zelżyli oszczerce,
Jak płaz zdeptane, lecz mści się jak żmija:
Ludzie w nie wleli jad, co ich zabija! —
„Bez żadnéj zniskąd pociechy, prócz ciebie,
Bez celu w życiu, bez nadziei w Niebie,
W duszy się mojéj tak wiąże i splata
Miłość dla ciebie z nienawiścią świata,
Że gdy się jedna, wnet druga ostudzi:
Przestałbym ciebie, gdybym kochał ludzi! —
„O to się nie bój! — przeszłość moja cała
Ręczy, że przyszłość nie będzie się chwiała.
Lecz uzbrój serce! — raz jeszcze, Medoro!
Dziś — muszę jechać — ale wrócę skoro.“ —
— „Jechać! dziś jeszcze? — ach! jam to przeczuła!…
Tak znikły wszystkie sny, com sobie snuła,
Sny moje złote!… — Lecz dziś? — być nie może!
Łódź ledwo przyszła, maż znów iść na morze?
Nie czekać drugiéj? — Znużeni jéj ludzie
Muszą choć chwilę odpocząć po trudzie!… —
Nie! ty, mój luby, chcesz przez to udanie
Poznać, nauczyć, jak mam znieść rozstanie.
Igrasz z mém sercem! — ono ci wybaczy,
Lecz z takich żartów blisko do rozpaczy! —
„Milcz, milcz, Konradzie! — nie jedziesz dziś! — wierzę.
Pójdź dzielić ze mną twą skromną wieczerzę!

Nikt prócz mnie nie śmiał tknąć jéj, ni zastawić.
Lekki trud wprawdzie ucztę ci przyprawić!
Owoc ten rwałam z najwyższego drzewa,
Im bliższy słońca, tém prędzéj dojrzewa.
Trzy razy górę obiegłam, nim w cieniu
Najświéższą wodę znalazłam w strumieniu.
Pójdź! niech cię sorbet orzeźwi po skwarze:
Patrz, jak się iskrzy w kryształowéj czarze!
Wina ty nigdy skosztować nie raczysz,
Drżysz jak Muzułman gdy puhar obaczysz. —
Nie sądź, że ganię — o! nie! — to mnie cieszy,
Że i w tém nawet różnisz się od rzeszy.
„Lecz pójdź! stół gotów; ja okna zasłonię.
Srebrna ta lampa, patrz, jak jasno płonie!
Wezwę mych dziewic — niech zaczną w około
Lub raźny taniec, lub piosnkę wesołą! —
Lubisz mą arfę — czy chcesz? — wnet nastroję.
Lub jeśli wolisz, będziemy oboje
Czytać z Arjosta Olimpii żale.
Gdy zdrajca śpiącą zostawił na skale[164]. —
Po tobie jednak mnie byłoby smutniéj!
Gdybyś dziś jechał, zrobiłbyś okrutniéj,
Okrutniéj nawet niż Tezeusz zdradny! —
„Wiém, ty się śmiejesz, gdy ci Aryadny
Wyspę niekiedy wskazuję z wysoka,
A mnie myśl smutna łzy pędzi do oka:
Gdyby mnie kiedy Konrad tak porzucił? —
Aleś ty lepszy! tyś do mnie powrócił!“ —
— „Wróciłem, luba, i powrócę znowu,
Zawierz miłości i Konrada słowu.

Wrócę, i rychło; — lecz teraz już chyża
Chwila rozstania na skrzydłach się zbliża.
Gdzie? po co jadę? — szkoda chwil na słowa,
Gdy je ma skończyć najgorsze: bądź zdrowa!
Odkryłbym jednak — lecz już czas zbyt drogi.
Nie bój się! wcale nie straszne są wrogi.
Tu ci zostaje straż silna, podwójna,
Będziesz bezpieczna — o mnie bądź spokojna!
Nie baw samotna, gdym ja oddalony.
Jadących ze mną poruczam ci żony.
W tém miéj pociechę, że po tém zwycięztwie,
Nagrodę trudów znajdziem w bezpieczeństwie. —
„Słyszysz! dźwięk trąbki? — ha! łódź już gotowa. —
Jeden wzrok, uścisk! — raz jeszcze! — bądź zdrowa!“

Łkając na szyi zawisła rękami,
Drżące w nim serce czuje pod ustami.
On nie śmiał podnieść, nie śmiał znieść widoku
Bladości w twarzy i rozpaczy w oku. —
W całéj dzikości bezładnego wdzięku,
Włos jéj po jego rozesłał się ręku;
Stłumiony oddech i mdłe serca bicie
Świadczą w niéj tylko cierpienie i życie…
Zagrzmiał huk działa — odjazdu godzina!
Słońce zachodzi — on słońce przeklina.
Strzał drugi, trzeci; — ścisnął z uniesieniem
Niemą od żalu, proszącą milczeniem,
I drżącym krokiem zaniósł ją na łoże.
Spójrzał z rozpaczą — raz ostatni może!
Dreszcz przebiegł serce: — uczuł, że dla niego
Prócz niéj na świecie nic nié ma miłego.

Dotknął ust, zimne; — spotkał wzrok, wpół zgasły. —
Zwrócił się nagle — drzwi z łoskotem trzasły.

XV.

„Co? już go nié ma?“ — straszliwe pytanie,
Gdy kto tak nagle samotnym zostanie!
Myśl nie śmie wierzyć, że oczy nie mylą —
Przed chwilą jeszcze tu stał — był przed chwilą —
Gdzież jest? — Wybiegła obłąkanym krokiem,
Aż łzy jéj wreście lunęły potokiem,
Bujne, gorące; — myślą za nim woła:
„Bądź zdrów!“ — wymówić nie śmie, i nie zdoła.
Ach! bo w tém słowie — choć się chcą uśmiéchać
Wiara, Nadzieja — Rozpacz tylko słychać.
W bladych jéj rysach, jak w twarzy z kamienia,
Tchnie dziki wyraz wiecznego cierpienia;
Oczy jéj modre, szkliste, bez promieni,
Jak gwiazdy we mgle błądzą po przestrzeni.
I ach! dostrzegły — to on! — już daleki!…
Wtedy raz jeszcze z pod łzawéj powieki
Błysły, jak słońce z za deszczowéj chmury.
Próżno! nie spójrzał, znikł w zaroślach góry.
„Poszedł!“ — Jak posąg blada, nieruchoma,
Łkające piersi przyciska rękoma.
Spójrzała jeszcze — port przed jéj oczyma:
Bielą się żagle i morze się wzdyma.
Nie patrzy więcéj — w drzwiach błysła jéj postać —
„Prawda więc! — jedzie! — saméj kazał zostać!“ —

XVI.

Szybko wprost z góry, na głaz skacząc z głazu,
Biegł Konrad — nazad nie spojrzał ni razu.
Lecz drżał ilekroć ścieżka przed nim boczy,
By na zakręcie nie wpadła mu w oczy
Samotna jego, lecz miła mu wieża.
Zawsze go piérwsza witała z nadbrzeża,
Jak on ją z morza! — i ona w niéj, ona!
Burzliwéj duszy gwiazda niezamglona! —
Jeden wzrok jeszcze — a moc w nim rozbroi.
Nie śmié go ujrzéć; pomyśléć się boi,
Że mógłby zostać; — chciałby — któż mu broni? —
Zostać? — by zginąć od katowskiéj dłoni? —
Nie, nie! — Raz jednak, chciał stanąć, chciał wrócić,
Na los zdać wszystko, zamiar na wiatr rzucić —
Nie! — myśl niegodna! — nie! — prawego męża
Płacz niewiast miękczy, ale nie zwycięża. —
Ujrzał swą nawę — zważa wiatr przychylny,
Zwrócił myśl ku nim — i znów w sobie silny,
Znów chyżéj naprzód; — i gdy z brzegu słyszy
Wesołą wrzawę mężnych towarzyszy,
I łoskot fali, co pod wiatrem rosła,
I hasła majtków, i szybki szum wiosła:
Gdy widzi okręt — maszt niebu urąga,
Rozskrzydlił żagle, kotwicę wyciąga: —
Gdy widzi czółna, w których ludzie zbrojni
Płyną na okręt — jak wszyscy spokojni!
Choć jak śnieg biało i gęściéj od śniegu
Chustki żon ku nim powiewają z brzegu;

Gdy widzi zwłaszcza, jak z masztu zwieszona
Igra z wiatrami chorągiew czerwona —
Sam się zadziwił, że był słabym tyle,
W wielkim zamiarze zachwiać się na chwilę.
Żar w jego oczach, dzikość w jego duszy,
Uczuł sam siebie — nic go już nie wzruszy.
Pośpiesza, bieży — aż zbiegł gdzie równina,
Co skałę kończy a brzeg rozpoczyna.
Tam zwolnił kroku; — świeżość bliskiéj głębi
Krzepi znużenie, ogień lica ziębi;
Lecz stanął raczéj, by zimną odwagę
Wrócił swéj twarzy, swym krokom powagę,
Wprzód nim go ujrzą. — Konrad sztukę umie,
Jak tając dumę, tłum zhołdować dumie.
Wyniosłość lica, i zimną postawę,
Co stroniąc niby obudzą obawę;
I wzrok, i uśmiech, co choć serc nie zraża,
Hamuje płochość i śmiałość przeraża;
Wszystko ma w mocy, by zgraję zaślepić,
Rozbroić opór, i władzę ukrzepić.
Lecz gdy chce ująć — z ufnością przyjaźni
Każdy wnet pierwszéj zapomni bojaźni,
Niewolnik, z duszą na rozkaz gotową.
Nad dary drugich, droższe jego słowo,
Gdy jakby z serca głębi tajemniczéj
Zagra do serca głos tęsknéj słodyczy. —
Lecz rzadko słodycz w parze z jego duszą:
Nie dba czy zechcą, gdy co każe, muszą.
Czy podłość drugich, czy dumy szaleństwo —
On depce miłość — by mieć posłuszeństwo.

XVII.

Wkoło broń straży brzękła czcią wodzowi.
Zbliżył się Żuan. — „Czy wszyscy gotowi?“ —
— „Już są w okręcie; ostatnie przy lądzie
Czółno to czeka, póki wódz nie wsiądzie.“ —
„Miecz mój, płaszcz, trąbkę!“ — Miecz przypiął z niechcenia,
Trąbkę ma w dłoni, płaszcz zwiesił z ramienia.
„Zawołać Pedra!“ — Przyszedł — Konrad wita,
Pierwszemu z wodzów grzeczność należyta.
„Weźmij ten papier! — zawiera rozkazy.
Ważne — bacz pilnie na wszystkie wyrazy.
Anzelmo także, jak skoro przybędzie,
Ma je wykonać. — Straż podwoić wszędzie!
Za trzy dni, jeśli — jeśli wiatr posłuży —
Powrócę. Bądź zdrów!“ — i nie zwłócząc dłużéj,
Podał dłoń, ścisnął — skinął na wioślarzy,
I skoczył w czółno z wyniosłością w twarzy.
Ruszyły wiosła — jak gwiazd droga mléczna,
Iskrzy za niemi jasność fosforyczna.[165]
Dopłynął nawy — stoi na pokładzie.
Gwiznięto z góry — ruch w całéj gromadzie.
On zważa okręt, jak lekki na fali,
Jak słucha steru — uważa, i chwali.
„Gdzie jest Gonzalwo?“ — Zbliżył się młodzieniec,
W skłonionéj twarzy radości rumieniec.
Uprzejme słowo wódz już w ustach trzyma —
Czegóż się wezdrgnął? czy się gniewem zżyma? —
Ach nie! — on ujrzał swą wieżę na skale,
Wspomniał rozstanie, zgadł Medory żale,

Jeśli na okręt spogląda w tę chwilę, —
Nigdy on, nigdy nie kochał jéj tyle! —
Lecz nim noc minie, wiele zrobić trzeba.
Odwrócił oczy, spójrzał w błękit nieba,
I wnet z Gonzalwem zszedłszy na spód nawy,
Odkrywa cele i środki wyprawy.
Przed nimi mappa i lampa na stole,
I kompas; w ręku cyrkiel i półkole.
Północ — czuwają; twarz obudwu groźna.
Bezzsennym oczom któraż chwila późna? —
Tymczasem w żagle dął wiatr pożądany,
Okręt jak sokół leci przez bałwany;
Sto wysp minęli sterczących granitem:
Cieszą się — celu dopłyną przed świtem.
Już przez szkła nocne liczą bez obawy,
W ciasnéj zatoce natłoczone nawy
Baszy Seida; widzą, jak niedbali
Stróże przy ogniach gasnących czuwali!… —
Okręt ich kołem obiegł czaty przednie,
Wszedł, gdzie bezpieczny skryłby się choć we dnie.
Przy pustym brzegu, za skałą wysoką,
Straży ni szpiega nie dójrzy go oko. —
Konrad na pokład zgromadził swych ludzi,
Do powinności — lecz nie ze snu, budzi.
Wsparł się na poręcz, rozkazy objawia,
Rozmawia zimno — choć o krwi rozmawia. —

KONIEC PIEŚNI PIÉRWSZÉJ.
PIEŚŃ DRUGA.[166]

„Conoscete i dubbiosi desiri?“
Dante
I.

W zatoce Koron las masztów się jeży,
Na zamku Koron lampy błyszczą z wieży,
Tam Seid Basza częstuje żołnierzy.
Święci swój tryumf — jutro spodziewany —
Gdy zbójców zgromi i — pojmą w kajdany.
Tak na Allaha przysiągł swemu Panu.
Wierny przysiędze i słowom firmanu,
Zwołał swe nawy; — coraz w liczbę rosną,
Tłum coraz większy tryumfuje głośno.
O łup, o branki, przed wzięciem się kłócą,
Jeszcze nie wyszli, już pewni że wrócą.
O świcie dosyć niech pod żagle wsiędą,
Przed zmrokiem zbójców port i łup zdobędą! —

Tymczasem straże mogą spać bezpiecznie.
Nie dość jest bić się — niech marzą walecznie!
Lub gdy sen komu nie cięży w powiekach,
Może ramienia próbować na Grekach!…
O! godne czyny barbarzyńskiéj dłoni!
Katować więźnia, gdy się sam nie broni;
Napaść dom Greka, sprzęt skruszyć pod nogą,
Bić — byle tylko nie zabić nikogo! —
Dziś są łaskawi — nie chcą, czy nie mogą.
Gdzie niegdzie tylko słychać jęk i razy.
Lecz to żart! — Basza zakazał obrazy.
Wzdłuż brzegu wszędzie śmiech, muzyka, wrzawy:
Kto kochasz głowię, śmiej się, dziel zabawy!
Bo dziś muzułman wesół — choć bez wina,
Wytężył dowcip — łaje i przeklina.

II.

W biesiadnéj sali, w lśniącym złotogłowiu,
W białym zawoju, wsparty na węzgłowiu,
Seid śród gości spogląda wesoły.
Skończona uczta, odstawione stoły.
Twarz jego płonie, ogień iskrzy z oka:
Pije on, mówią, napój nie Proroka.
Nie śmieją drudzy; prawowierni, trzeźwi,
War wonnéj mokki myśl w nich tylko rzeźwi.
Z długich cybuchów dym bucha wokoło,
Gdy Almy w środku tańcują wesoło[167].
Jutro na bitwę! — lecz dziś, w nocnéj porze.
Nie dość bezpiecznie puszczać się na morze!

Na wzdętych falach sny nie tak powabne,
Jak gdy ich łoże kołysze jedwabne! —
Więc się dziś bawią; — jak błyśnie świtanie,
Pójdą, bo muszą — nadzieja w Koranie!
Choć widok floty i gwar tłumnéj rzeszy,
Ziemską nadzieją niemniéj dumę cieszy.

III.

Ze czcią bojaźni, od wnętrznych podwoi,
Idzie niewolnik, co w nich stróżem stoi.
Schylił się, czołem uderzył podłogę,
Nim w drżących ustach głos rozwiązał trwogę.
„Derwisz podróżny, zbieg z więzów korsarzy,
Przybył, i czeka czy się wejść odważy?“ —
W skinieniu Baszy zgadł znak jego woli.
Odszedł. — Wszedł Derwisz — zbliża się powoli.
Skromnie na piersiach krzyżuje ramiona,
Krok jego słaby, źrenica spuszczona.
Trudów, nie wieku, starość znać z postawy,
Twarz jego blada z postów, nie z obawy.
Poświęcon Bogu włos spada szeroko,
Okryty czapką okrągłą, wysoką.
Długa, powiewna, rozpuszczona szata,
Obwija piersi — oziębłe dla świata.
Pokorny, jednak pan siebie, bez strachu
Spotyka oczy iskrzące wzdłuż gmachu.
Nikt nie śmie pytać, lecz wszyscy ciekawi
Co wnet spytany przed Baszą objawi.

IV.

„Zkądeś Derwiszu? — „Przez zbójców pojmany,
Uszedłem z więzów.“ — „Gdzie? kiedy zabrany?“ —
— „Do wyspy Scio z portu Skalanowy
Płynął nasz okręt, wiózł towar handlowy.
Nie szczęścił Allah — wola jego święta!
Napadli zbójcy, nawa nasza wzięta,
Towar złupiony — myśmy poszli w pęta.
Nie miałem bogactw, śmierci się nie bałem,
Lecz tracąc wolność, straciłem co miałem. —
Długo mię gniotła przemoc świętokradzka;
Aż dziś noc ciemna i łódka rybacka
Tu mię zbawiły — tu, w opiece twojéj,
Potężny Baszo! któż się zbójców boi?“ —
— „Jakże ci zbójcy? jak zbrojni? czy śmieli?
Myślisz że opór stawićby mi chcieli?
Czy wiedzą o mnie, że z jutrzejszą gwiazdą
Mam zniszczyć ogniem skorpijonów gniazdo?“ —
— „Baszo! wzrok we łzach nie wiele dostrzega,
Trudna więźniowi przenikliwość szpiega.
Słuchałem tylko morskich fal łoskotu,
Ptastwu morskiemu zazdroszcząc przelotu;
Widziałem tylko — ach! przez kraty ciasne,
Niebo — zbyt czyste, słońce — zbyt mi jasne;
I żeby inném czém zająć mą duszę,
Czułem że wolność wprzód odzyskać muszę. —
Lecz z méj ucieczki znać że się nie strzegą,
Że się nie muszą obawiać niczego.

Sposobność ujścia próżnoby mi znikła,
Jeśliby brzegów strzegła czujność zwykła.
Niebaczność straży, jak mojéj podróży,
Równie zbliżeniu twéj floty posłuży. —
„Lecz Baszo! głosu i sił mi już braknie,
Trud odpoczynku, głód posiłku łaknie.
Pozwól, bym odszedł. — Pokój, pokój z wami!
Odchodzę za was modlić się ze łzami.“ —
— „Stój, stój Derwiszu! mam cię jeszcze badać.
Stój! — słyszysz? każę — musisz — odpowiadać.
Usiądź! wieczerzę przyniosą ci słudzy,
Nie będziesz pościł, gdzie ucztują drudzy.
Powiész mi potém, jak naoczny świadek,
Krótko i jasno — nie lubię zagadek.“ —
Nie wiedzieć czemu, Derwisz drgnął — i srogo
Z pod brwi zmarszczonych spojrzał jakby z trwogą.
Łaska w nim Baszy nie budzi wdzięczności,
Ni go snać wzrusza cześć obecnych gości,
Bo przygryzł wargę, i bladość niezwykła
Jak błysk po licu przebiegła i znikła.
Usiadł w milczeniu, i w rychle na nowo
Przybrał wzrok zimny i postać surową.
Przynieśli ucztę — wykwintne potrawy.
Jakby w nich jadu lękał się zaprawy,
Zadrżał na widok, ze wzgardą odpycha —
Dziwna w zgłodniałym wstrzemięźliwość mnicha! —
— „Co ci Derwiszu? — jedz! — ust ci nie splami
Psie jadło Giaurów; tuś nie ze zbójcami. —
Co? sól odpychasz? — zgody zakład święty,
Co podzielona koi gniew zawzięty,

Sprzysięgłe na się łączy pokolenia,
I serc nieprzyjaźń w braterstwo przemienia?…“
— „Sól jest przysmakiem; — pożywieniem mojém
Są polne zioła, woda mym napojem.
Prawa zakonu i ślub mój przed Bogiem[168]
Bronią mi łamać chleb z bratem, czy z wrogiem.
To cie zadziwia — i może obruszy,
Lecz względy ziemskie nie zbawią méj duszy.
Ty, ni sam Sułtan nie zmusi mię niczém,
Bym dotknął uczty przed ludzi obliczem,
Bo gdy raz zgrzeszę, gniew mi Mohammeda
Do świętéj Mekki pielgrzymować nie da.“ —
—„Dobrze, Derwiszu! gdyś tak bogobojny,
Powiédz mi tylko — odejdziesz spokojny —
Ilu ich? — Cóż to? ha! to nie jest zorze!
Co za meteor? co za blask na dworze!
Patrzcie! nad portem jakby ognia morze! —
Pożar! do broni! śpieszcie! pożar! zdrada!
Flota się pali! a jam tu — o! biada!
Przeklęty Derwisz! — przyszedł w sidła zwabić,
Giaur, szpieg przebrany! — pojmać go i zabić!“ —

Porwał się Derwisz na wybuch płomieni,
Nagłą w nim zmianą zbledli przerażeni.
Porwał się Derwisz — nie już w mniszym stroju,
Lecz jak wojownik gotowy do boju.
Rozdarł swa szatę, czapkę zerwał z skroni:
Pancerz na piersiach, szabla błyszczy w dłoni!
Hełm nizki, lśniący, nad nim czarne pióro.
Twarz się zczerniła, oczy ogniem gorą.

Jak na zjawisko piekielnego ducha
Pierzchły z serc Turków męztwo i otucha.
Tłoczą się, biegną, śród zgiełku, śród gwaru —
Tu blask pochodni, tu łuna pożaru!
Krzyk, hałas, groźby, przeklęstwa i jęki,
Huk trąb i bębnów, i oręża szczęki
Grzmią po powietrzu — jakby z mocą wściekłą
Całe na ziemię wsparło się piekło.
Zlękłe, zdumione, obłąkane straże,
Patrząc na morze, na niebo w pożarze,
Nie widzą pana — nie słyszą, co każe.
Próżno wre Baszy wściekłość rozdąsana:
„Pojmajcie szpiega! pojmajcie szatana!“ —
On ujrzał popłoch — cofnął krok rozpaczny,
Którym się na śmierć miotał nieobaczny,
Gdy pośpiech braci, wcześniéj niż zalecił,
Niż wydał hasło, pożarem zaświecił.
On ujrzał popłoch — trąbkę do ust złożył,
Dźwięk krótki, ostry, trzykroć się powtórzył.
Odpowiedziano. — „Wy tu, bracia mili!
Mogłżem posądzać, w niebezpiecznéj chwili
Że mię umyślnie samym zostawili?…“ —
Rzekł, miecz i ramię puścił w krąg szeroki,
Jakby chciał piérwszéj powetować zwłoki.
Przestrach we wrogach, męztwo w nim podwaja. —
Pierzchła przed jednym rozpłoszona zgraja.
Toczą się głowy po krwawéj podłodze,
Nikt nie śmie dostać: żołnierze i wodze,
Nieufni w dłoni, zaufali w nodze.

Seid ostatni w pierzchających tłumie,
Grozi, klnie, błaga — wstrzymać ich nie umie.
Mężny — sam jednak spotkania unika:
Strach uolbrzymił siłę przeciwnika.
Spójrzał z rozpaczą gdzie flota się pali,
I rwąc swą brodę, wściekły wybiegł z sali[169].
Nie czas już czekać: — przełamano wartę,
Bramy pałacu runęły wyparte.
Wpadają zbójcy. — Próżno trwoga blada,
Próżno pokora na kolana pada,
U nóg zwycięzców próżno składa miecze:
Przeszli — krew wrząca strumieniami ciecze.
Pędzą, gdzie znowu brzmi trąbka Konrada,
I jęk ginących tryumf zapowiada.
Wpadli — okrzykiem witają weseli:
Śród stosu trupów zwycięzcę ujrzeli!
Miecz trzyma w górze, ogniem iskrzą oczy,
Jak syty tygrys w krwi rozlanéj broczy. —
Krótka rozmowa: „Flota już w perzynie!“ —
— „Dobrze! Lecz Seid musi zginąć.“ — Zginie!“ —
— „Za mną, i naprzód! z ogniem i żelazem!
Płonie port — czemuż i miasto nie razem?“ —

V.

Skorzy na rozkaz — każdy żagiew chwyta,
Miasto i zamek jedną łuną świta.
Z dziką rozkoszą Konrad się uśmiecha:
Wezdrgnął się nagle — jakież słyszy echa?
Ha! to jęk niewiast! — jak dzwon na pogrzebie
Wstrząsł sercem jego — tak twardém w potrzebie.

„Harem się pali! — za mną! do obrony!
Śpieszcie! pomnijcie — i my mamy żony.
Na nie ach! spadnie krew niewiast; — pomnijcie!
Nie krzywdzić żadnéj, kto stoi o życie!
Śmierć nieść mężczyznom — lecz pomoc kobiécie! —
Ach! jam zapomniał! — lecz czyż Bóg przebaczy
Sprawcy niewinnych śmierci i rozpaczy? —
Idź kto chcesz za mną! ja choćby sam, idę
Odeprzeć od nas téj zbrodni ohydę!“ —
I skoczył w ogień po wschodach runących,
Wyłamał otwór we drzwiach gorejących;
Po rozpalonych kamieniach podłogi,
Śród kłębów dymu i iskier pożogi,
On, i w ślad za nim śpieszący bez trwogi,
Wpadli — porwali — każdy na swych rękach
Unosi jedną — nie myśląc o wdziękach,
Ośmiela, cieszy, błaga, uspakaja.
Zna cześć piękności Konradowa zgraja.
Nie iść w ślad wodza najdzikszy się sroma,
Ratuje słabość — krwawemi rękoma.
Lecz któż jest? któż jest ta piękna i blada,
Ta najpiękniejsza w objęciach Konrada? —
Postać niebianki, tronu godne lica,
Anioła godne! — Któż jest ta dziewica? —
Pani haremu — Baszy niewolnica.

VI.

Krótko wódz spojrzał na wdzięki Gulnary[170],
Krótko ośmielał niosąc przez pożary,
Krótko pożegnał; — nie czas stać spokojnie! —

Gdy litość chwilę sfolgowała wojnie,
Wróg nieścigany zaczął się ozierać,
Zwalniać krok, stawać, zwracać się, opierać —
Widzi to Seid — widzi i poznaje,
Przed jaka garstką pierzchły jego zgraje.
Wstydzi się błędu — wstyd wściekłość w nim drażni,
Ody widzi dzieło zbyt skoréj bojaźni.
„Alla il Alla!“ okrzyk zagrzmiał w gminie,
Każdy jak wściekły, pomści się, lub zginie.
Ogień za ogień, krew za krew niech płaci! —
Lecą do boju, po trupach swych braci.
Znów szczęk, wrzask, ciżba — wre bitwa straszliwa.
Szczęście jak nagle wezbrało — odpływa.
Zwycięzcy tłuszczą ściśnieni zuchwalczą,
Już nie o tryumf, o swe życie walczą.
Ujrzał wódz — pojął, zgadł niebezpieczeństwo.
Słabnie przed tłumem siła — choć nie męztwo.
„Jeszcze raz, za mną! rozbić zgraję trwożną!“ —
Kupią się — biegną — uderzyli — próżno!
Wszystko stracone! — wróg ciaśniéj otacza,
Nikt ujść nie zdoła, lecz nikt nie rozpacza.
Jeszcze są w szyku! — ha! już przełamani,
Już rozpierzchnieni, ujęci, zrąbani!…
Kto został, milcząc passuje się w gminie,
Aż z trudu raczéj niż z rąk wroga zginie;
Aż choć raz jeszcze, w konwulsyjnéj pięści,
Na czaszce wroga mściwy miecz zachrzęści.

VII.

Lecz nim tłum dziki wszcząwszy bój zażarcie,
Sam się na wstępne odważył natarcie,
Wraz ze swą panią, dziewice Gulnary,
W domu mieszkańca jednéj z niemi wiary,
Z rozkazu wodza umieszczone skrycie,
Przestały bać się o sławę i życie.
Z łez i Gulnary oschło czarne oko,
Lecz smutna, milczy i duma głęboko.
Tkwi w jéj pamięci wybawca z płomienia,
Dźwięk jego głosu, blask jego spójrzenia.
Dziw jéj, że zbójca, śród boju dzikości,
Zdał się być czulszym, niż Seid w miłości.
W pieszczotach nawet Baszy niewolnica
Czuć musi łaskę, jaką pan zaszczyca;
Korsarz niósł pomoc, osłodę boleści,
Jak hołd należny godności niewieściéj!…
„Źle jest — co gorsza — wiém, że próżno żądać.
Chciałabym jednak — muszę go oglądać.
Winnam mu życie moje i tych branek. —
Zapomniał o niém mój pan — mój kochanek!“ —

VIII.

I wnet go widzi — gdzie bój najzaciętszy,
Jęk najgłośniejszy, i tłok coraz gęstszy.
Sam wpośród trupów szczęśliwszych już braci,
Cofa się, groźny w licu i postaci.

Każda piędź ziemi krwią za nim przesiękła.
Miesza się pogoń, ustaje zalękła —
Aż w krwi ślizgocie krok się jego zwinął.
Zachwiał się, upadł — chce zginąć, nie zginął,
Wzięty! — Ha! zbrodnia nie ujdzie bezkarnie,
Niech tylko zemsta wymyśli męczarnie! —
Tamują rany — śmierć nie czyni zadość.
Kroplą po kropli przelać krew, to radość,
Jęki po jękach słyszeć, gdy je wyda.
To będzie rozkosz dla Baszy Seida! —
Obyż mąk rodzaj wynaleźć, wykonać,
By wciąż w nich konał, nigdy nie mógł skonać! —

Widzi Gulnara — tenże to syn męztwa,
Przed chwilą jeszcze wódz i pan zwycięztwa,
Którego słowo lub ręki skinienie
Tysiącom niosło śmierć lub przebaczenie? —
On to! — bezbronny, lecz mężny w złéj doli,
Życie go tylko, że je ustrzegł, boli.
Rany ma lekkie, choć sam ciosy wabił,
Choćby całował miecz coby go zabił.
Niktże z tysiąców — jednego potrzeba —
Nie chce go posłać — mniejsza! czy do nieba?
Samże on z braci ma zostać na ziemi,
On, co śmierć spotkać śpieszył przed wszystkiemi?… —
Czuł on, co człowiek czuje, gdy na czoło
Ze szczytu upadł pod Fortuny koło:
Czuł złe, co zbroił; czuł blizkie katownie,
Czuł hardość wroga — czuł gorzko, gwałtownie;

Ale taż duma, co go w głąb strąciła,
Wzmogła w nim serce, i boleść pokryła.
Wzrok pogardliwy i twarz obojętna,
W jeńcu, zwycięzcy jeszcze noszą piętna.
Ranny, znużony — lecz gdzież są w téj chwili
Coby spokojniéj i mocniéj patrzyli? —
Słucha bez gniewu, jak stojąc zdaleka
Podła nań tłuszcza urąganiem szczeka;
Mężni, co zblizka w boju go widzieli,
Szanują w więzach dłoń, przed którą drżeli.
Ledwo nań który z wiodącéj go straży,
Żaden beze czci spójrzéć się nie waży.

IX.

Posłany lekarz — nie litość posyła —
Ma rzec, co w mękach zniesie jeńca siła.
Znalazł jéj dosyć, by dźwigać kajdany;
Znalazł dość czucia, by czuć ból zadany;
Jutro więc, jutro, gasnąc na gór szczycie,
Słońce obaczy piérwsze na pal wbicie,
A rano z morza w zwykłéj wstając mocy,
Ujrzy jak dotrwał w mękach całéj nocy.
Z mąk to najsroższa, najdłuższe z cierpienia;
Z bólem konania łącząc żar pragnienia,
Śmierć, jedną ulgę, z dnia na dzień oddala,
Gdy już ćma sępów kracze wkoło pala.
„Ach! wody! wody!“ — Zemsta się naśmiewa,
Wskazuje puhar — zbliża — i rozlewa.
Próżno nieszczęśnik usta ku niéj kwapił:
Skończyłby cierpieć, gdyby się raz napił.

To wyrok jego. — Odeszli strażnicy,
On został — jeden, w kajdanach, w ciemnicy.

X.

Któż uczuć jego pojąłby męczarnie,
Gdy on, ofiara, sam ich nie ogarnie?
Noc, wojna, zamęt, w myślach jego duszy:
Wszystkie w niéj siły mdleją od katuszy,
Wszystkiemi jego uczuciami miota
Nieżałująca, rozpaczna zgryzota,
Ów wróg nasz mściwy, co milcząc w potrzebie,
Po czasie woła: „ostrzegałem ciebie!“ —
Próżno! — pierś mężna, jadem jéj zatruta,
Klnie albo milczy — dla słabych pokuta!
Przed chmurą ciosów, czyż obwód jéj tarczy
Okryciu serca wielkiego wystarczy? —
W téj nawet chwili, gdy na wpół jak w grobie,
Całe swe życie czuje, widzi w sobie,
Żadna w niém zbrodnia nad inne grożąca,
Żadna namiętność, ni myśl panująca,
Nie ćmi się przed nim tak, aby swym cieniem
Resztę przynajmniéj skryła przed wspomnieniem.
Nie! — okiem ducha patrzy on od razu
Na całą przestrzeń dzikiego obrazu:
Widzi rozpierzchłe sny dumnéj wielkości,
Skażoną chwałę, łzy, rozpacz miłości,
Znikłe nadzieje szczęścia, czcze zamiary,
Tryumf swych wrogów, kaźń swéj blizkiéj kary!… —
Przeszłość się czerni, jak otchłań bezdenna,
Przyszłość, jak chmura gromami brzemienna;

Czyny i słowa, złe myśli i chęci,
Co jak ćma nocna kryły się w pamięci:
Błędy wesołe lub miłe w swym czasie,
Lecz z których dzisiaj każdy zbrodnią zda się;
I wszystkie krzywdy, któremi przewinił,
Co choć utaił, sam wié że uczynił,
Których naprawić nie ma już sposobu:
Wszystkie, jak duchy z otwartego grobu,
Wznoszą się z serca, okryte żałobą,
I groźnym palcem wołają za sobą…
Wszystko on widzi — nim zwierciadło duszy
Ockniona duma porwie i rozkruszy.
Tak! duma pokryć, odwaga znieść śmiało
Potrafi wszystko — wszystko co się stało;
Lecz któż bez trwogi? — cóż ztąd że ukryta?
Godzien jest tylko chwały hipokryta:
Nie nędznik, co się wprzód chełpiąc, ucieka,
Lecz ten, co nawet widzi śmierć — i czeka;
Lub gdy weń godzi grot niechybny losu,
Bieży w pół drogi na spotkanie ciosu.

IX.

W warownéj izbie, na najwyższéj wieży,
Okuty Konrad na posłaniu leży.
Pałac spalony — ta wieża zamyka
Baszę, kobiéty, dwór i niewolnika.
Nie wini Konrad o srogość zwycięzcę,
Sam mu los równy gotował po klęsce.
Duma sam w sobie: — strach, zgryzotę przemógł;
Lecz jest myśl jedna, któréj uśpić nie mógł,

Któréj pomyśléć nie śmiał: — jak te wieści
Przyjmie Medora? jak zniesie boleści?… —
Wtenczas — raz tylko wtenczas — z cichym jękiem
Porwał się z miejsca, i z kajdanów brzękiem
Wzniósł nagle ręce — jakby zerwać żądał
Więzy, na które z wściekłością poglądał. —
Lecz udał męztwo, czy się w nie uzbroił:
Zaśmiał się gorzko, i gniew uspokoił.
„Teraz niech przyjdą! — niech znajdą katusze
Gorsze! niech znajdą!… — Lecz odpocząć muszę.“ —
Rzekł, padł na loże, zamknął skrzące oko,
I co bądź marzy — znać że śpi głęboko.

Noc jeszcze — północ już była minęła,
Gdy pożar floty i bitwa się wszczęła.
Jak Konrad w planach, godna wodza rzesza
Skora w pełnieniu i w pracy pośpiesza.
Nie było złego, choć w tak krótkiéj chwili,
Coby go mogąc, wrogom nie zrobili.
W godzinie Konrad — korsarz na pokładzie,
Na lądzie rycerz, derwisz na biesiadzie,
Odkryty, blizki śmierci, ocalony.
Zwycięzca, tyran, zbawca, zwyciężony,
Jeniec, w kajdanach, jak zbrodzień po wojnie
Skazany na śmierć — i usnął spokojnie!

XII.

Śpi — uśmiech w ustach, łza lśni z pod powieki,
Oddycha lekko — oby spał na wieki! —

Któż się to zbliża z łzawemi oczyma?
Wrogi odeszli, przyjaciół tu nié ma!
Seraf-li, niebios utaiwszy blaski,
Niesie mu we śnie zwiastowanie łaski? —
Nie! — choć anielska w licu piękność świta,
Ziemski to tylko jest anioł — kobiéta!
Wzniesioną lampę w jednéj trzyma dłoni,
Drugą jéj światło przed uśpionym chroni,
By blask niewczesny nie padał na oczy,
Co z snu otwarte, wnet znów śmierć zamroczy.
W powiewnéj bieli, postać jéj w milczeniu,
Jak duch wiejący, posuwa się w cieniu.
Lekka, wysoka — pierś tylko i lica
Mdłe światło lampy zaledwo oświéca.
Włos rozpuszczony — na białéj odzieży
Jak smug ciemności, wpół na piersiach leży,
Wpół spływa z ramion; — stopa jak śnieg biała,
I jak śnieg cicho na ziemię spadała. —
Któż ona? — Sama, w nocy, mimo straży,
Jak tu wejść mogła? — jak się wchodzić waży? —
O! spytaj raczéj, przed jaką przeszkodą
Zadrży kobiéta, gdy jéj duszę młodą
Czułość i litość, jak Gulnarę wiodą? —
Nie mogła usnąć — i gdy Basza we śnie,
Marząc o klęsce, klnie, jęczy boleśnie,
Marząc o jeńcu, nakazuje męki: —
Wstała, i sygnet zdjęła z jego ręki,
Znak jego woli: który gdy okaże,
Wszelkie wnet przed nią rozstąpią się straże.

Przeszła bezpiecznie — nikt o nic nie bada.
Znużeni bojem strażnicy Konrada,
Zazdroszcząc więźnia spoczynkowi, sami
Wpół senni ziemie zalegli sprzed drzwiami.
Ujrzeli pierścień — mało się kłopocą
Kto go przynosi, gdzie idzie, i po co? —

XIII.

Patrzy zdumiona — „On śpi? — gdy z rozpaczą
Tysiące po nim, lub na niego płaczą?…
Ja sama nawet!… — Jakaż czarów siła
Tak mi go nagle drogim uczyniła? —
Zbawił mi życie, poświęcił sam siebie —
Mamże go wzajem opuścić w potrzebie? —
Nie! — chcę mu pomódz — nie dbam o sąd ludzi. —
Lecz cicho! — westchnął — poruszył się — budzi!“ —
Podniósł wzrok — blaskiem zaślepione oczy
Zdają się wątpić czy sen ich nie mroczy.
Lecz ruszył ręka — głuchy brzęk okowu
Dowiódł, że żyje, i cierpieć ma znowu. —
„Któż jest ta postać? Anioł stróż z wejrzenia!
Zbyt zda się piękny na stróża więzienia. —
— „Nie znasz mnie? — jestem z tych, co czują wdzięczność
Za czyn, do jakich rzadkoś miewał zręczność.
Patrz! czyż nie pomnisz, żeś sam swą odwagą
Wyrwał mię z ognia, ustrzegł przed zniewagą?… —
Przyszłam — nie pytaj po co? — lecz nie szydzić.
Ja cię nie mogę, nie chcę nienawidzić.“ —
— „Jeśli tak, pani! jesteś więc tu jedna.
Któréj śmierć moja uciechy nie zjedna.

Tém gorzéj! — smutku nie radbym ci sprawić.
Lecz dziś ich pora! — chcą, mogą się bawić.
Słuszna im jednak wdzięczność niewolnika,
Że tak pięknego szlą mu spowiednika.“ —
Z najgłębszym smutkiem niekiedy się mięsza
Dziwna wesołość: — serca nie pociesza,
Choć błyszczy w oczach, łza z nich nie osycha;
Uśmiéch jéj gorzki — jednak się uśmiécha,
I nieraz światu, zamiast pożegnania,
Żart płochy rzuca z wierzchu rusztowania[171],
Co choć nie radość, jak zda się, go budzi,
Ułudza drugich — lecz któż siebie złudzi? —
Co bądź czuł Konrad — jak łuna z ogniska,
Dzika wesołość w rysach jego błyska.
Mówił z uśmiechem, z szyderstwem na poły:
Wesołe słowa, i ton ich wesoły —
Znać że mu obcy; w burzliwém swém życiu
Rzadko miał porę miewać go w użyciu.

XIV.

„Korsarzu! pal twój gotów — lecz ma władza
Często gniew Baszy i wyrok złagadza.
Chciałabym — tak jest — chcę, muszę cię zbawić.
Dziś nie! — dzień blizki mógłby nas wyjawić.
Lecz dość zyskamy, jeżeli, jak wróżę,
Czas twojéj kaźni do jutra przedłużę.
Dzisiaj nic więcéj nie żądaj odemnie,
Gdyżbyśmy tylko zginęli daremnie.“ —
— „Ja nic nie żądam — niech się kres mój zbliży!
Spadłem zbyt nizko, bym się bał spaść niżéj.

Więc oszczędź sobie trudu, mnie życzenia
Bym jak zbieg podły uchodził z więzienia.
Gdym nie zwyciężył — mamże z braci całéj
Sam, nie śmiąc umrzeć, powracać bez chwały?… —
„Jest wszakże jedna — o któréj duch marzy,
Któréj łzę zda się że czuję na twarzy!…
W życiu mém dotąd jedyne pociechy
Były: mój okręt, mój miecz, jéj uśmiechy,
I Bóg mój niegdyś! — przeszłość to daleka!
Jam się Go z młodu, dziś On mnie wyrzeka.
Za niecześć ojca, mściwy karze sędzia.
Zwycięzcy moi Jego są narzędzia!
Nie czas już wszakże, bym rozpacznik podły
Samolubnemi znieważał go modły!
Nie! — nie mam prawa prosić — i nie proszę.
Co zesłał, cierpię: co znieść mogę, znoszę. —
Miecz mój z niegodné