Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Oręże jego, łuk, puklerz i strzały,
Rzucone za nim, na ziemi leżały;
Tu bowiem stróżem postawion od wczora,
Strzegł przez noc lasu i brzegów jeziora. —
Lecz cyt! krok ludzki zatentnił po błoni.
Porwał się Norman, i skoczył do broni:
„Kto? stój! bo zginiesz! — Ha!“ — poznał Maliza.
(Maliz skończywszy posłannictwo krzyża,
Szedł był na wzwiady, czy się wróg nie zbliża).
„Witaj Malizie! tak rychło z podróży“?
„Pośpiech twój bliskich nieprzyjaciół wróży.“ —
— „Wskaż mi, rzekł Maliz, gdzie wódz śpi w obozie?“ —
— „Wódz śpi sam jeden w tym mglistym wąwozie.
„Chcesz? mnie samego masz za przewodnika.“ —
Rzekł, pled spiął klamrą, i na współstrażnika,
Śpiącego wpodle pod rozrosłym bukiem.
Krzyknął, napiętym trącając go łukiem:
„No! Glentarkinie! wstań! dość miałeś wczasu!
„Ja idę, pilnuj jeziora i lasu!“ —

III.

Oba z pośpiechem szli w stronę parowu.
„Cóż słychać?“ Norman zapytał się znowu.
— „Różne pogłoski, a każda odmienna.
„To jednak pewno, że siła wojenna
„Stoi zebrana na równinach Dunu,
„Czekając wodza, jak chmura piorunu.
„Król zaś tymczasem, pod łowów pozorem,
„W zamku Sztirlingu ucztuje z swym dworem.