Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/495

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jak kto gdzie stał, tak śpi: — straże,
Prezentując broń; kucharze,
Kręcąc rożen; — nawet płomię,
Choć nie zgasło, nieruchomie
Stoi w górę: — i u góry,
Dym jak buchał, tak w kłąb bury
Zwił się, i śpi: nad kominy
Stercząc tylko jak słup siny.
A jak pałac, tak z nim cała
Okolica zadrzemała,
I powoli, czas za czasem,
Pokryła się gęstym lasem,
Czarnym borem; — a do boru,
Ani drogi, ani toru,
Ni przystępu, ani zblizka!
Wszędzie głogi, a bagniska.
Żaden wiatr tam nie dowiewa,
Nie zaszumią nigdy drzewa;
Żaden ptaszek nie zapiśnie,
Żaden zwierz się nie przeciśnie;
Nawet chmura kiedy płynie,
To go zawsze bokiem minie;
Nawet słońca jasność słodka
Nie ma kędy wejść do środka,
Tak jest gęstą mgłą objęty.
Słowem, był to bór zaklęty.

A tymczasem, jak dzień po dniu,
Tak szedł tydzień po tygodniu,
Tak szedł miesiąc po miesiącu,
Rok po roku — aż i w końcu