Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXIX.

Wieczorne cienie ściskały się w massy,
Siną pomroką powlokły się lasy;
Puszczyk się ozwał w skały rozpadlinach,
Szczekanie lisa słychać po dolinach.
Dość jeszcze światła zostało na niebie,
By idącemu widzieć wkoło siebie,
Lecz już nie dosyć, aby go zdaleka
Dójrzało oko drugiego człowieka. —
Szukając drogi to ręką, to okiem,
Zwolna Fitz-Jakób krok stawiał za krokiem.
Nie to są kraje, w których letnie ciepło
Tchem dziennym jeszcze grzeje północ skrzepłą,
Lecz każdy powiew, co go z gór spotykał,
Mrożącym dreszczem do kości przenikał.
Zziębły, zgłodniały, w ustawicznéj trwodze,
Środkiem zasadzek, po nieznanéj drodze,
Szedł, smutnym myślom popuściwszy wodze;
Aż okrążywszy zrąb skały, tuż blisko
Ujrzał przed sobą płonące ognisko.

XXX.

W świetle od ognia, jasném i czerwoném,
Stał góral w płaszczu, z czołem nachyloném.
Szmer usłyszawszy, nim broń porwać zdołał:
„Kto? stój! bo zginiesz!“ — głos groźny zawołał.