Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


IV.

Ale wnet znikły i ślady znużenia,
Gdy błyskający z pomiędzy drzew cienia,
Ujrzał hełm zdala, i poznał po godle.
„Broń się, bo zginiesz!“ zawołał tuż wpodle.
Kranston się raźnie umocnił na siodle —
I był to widok godzien oczu barda! —
Groźne pytanie i odpowiedź harda
Dały znak boju. — Obadwa ich konie,
Jakby dzieliły nienawiść, co płonie
W sercu ich panów, parskały i rżały,
Rzekłbyś patrzając, że się ośmielały
Ku przeczuwanéj potrzebie:
Gdy tocząc niemi między rzadkim gajem,
Jeden i drugi szukali nawzajem
Korzyści miejsca dla siebie.

V.

Kołem harcował koń dzielny barona,
On się pomodlił, westchnął pokryjomu:
Modlitwa była do jego Patrona,
Westchnienie było do Anny z Branksomu.
Deloraine zamiast westchnień i modlitwy,
Zgrzytał zębami z przewłoki gonitwy,
I zwarłszy konia, wprost pędził do bitwy. —
O! widzieć było, gdy w pędzie, z łoskotem,
Starli się — echo rozległo się grzmotem.