Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


maliz.

— „Ach! znałem dobrze to szlachetne zwierze[1]!
Najdzikszy buhaj w całém owém stadzie,
Cośmy to, pomnisz, wzięli w Gallangadzie.
Czarne miał rogi, choć sam jak śnieg biały,
Czerwone oczy jak węgle gorzały.
Cośmy téż mieli z nim bied i kłopotu,
Gdy przyszła koléj spiesznego odwrótu!
Trud był dla wszystkich i praca nie błaha.
Idąc już nawet przez las Beal’maha,
Miotał się jeszcze i gził się jak dziki;
Lecz jak go sparły nasze pikowniki,
Tak spuścił z tonu, że przy końcu drogi,
Lada go dziecię wziąść mogło za rogi.“ —

V.
norman.

— „Zabił go Brian — i świeżo odartą
Skórę na ziemi włosem rozpostarto,
Nad wodospadem, co wiesz, między lasem
Wali się w przepaść z głuszącym hałasem,
I jakby piorun na dwoje rozdziera
Grzbiet skały zwanéj Tarczą Bohatera.
Tam rozesłano tę skórę; a na niéj,
Nad samym brzegiem bezdennéj otchłani,
W którąbyś spójrzeć nie mógł bez zawrótu,
Na skale drżącéj od wałów łoskotu,

  1. Autor, którego głównym celem w niniejszym poemacie było malowanie okolic, zwyczajów i obyczajów górali szkockich, powiada, że całe to miejsce jest wyjęte prawie dosłownie z ust prostego górala, który z nim często „o dawnych dobrych czasach“ rozprawiał.