Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXIX.

W zamku Branksomu do zorzy porannéj,
Wciąż, jak z wieczora, trwał gwar nieustanny,
Czujność, i zapał, i trwoga.
Słychać jak toczą kamienie do bramy,
Widać na wieże jak windują tramy,
By je ztąd spychać na wroga.
Kapelan kazał uderzyć we dzwony.
Dźwięk ich przeciągły, żałobnemi tony
Jęczy nad lasem i górą;
Zbudzone echem ciągłego rozruchu,
Psy niecierpliwe rwąc się na łańcuchu,
W dziedzińcach wyją ponuro.

XXX.

Lady podziela trudy Seneszala,
Młodszych zachęca i męztwo wychwala;
Z starszymi radzi i słucha wysłańców.
Wrócili wszyscy bez wieści i brańców:
Nikt nie wie pewno, kto? zkąd? gdzie są wrogi?
Jaka ich liczba, ni jaki cel drogi? —
Jedni twierdzili, że dziesięć tysięcy;
Drudzy przeciwnie, że to jest nic więcéj,
Jak zwykły podjazd rabusiów z Tyndalu,
Po czarny haracz[1]; i że z Liddesdalu,
Sami mieszkańcy wypędzić go mogą. —
Tak między ciągłą nadziéją i trwogą,
Przeszła noc straszna; i wszyscy we dworze
Z radością nowe powitali zorze.


  1. Tak nazywano opłatę składaną pogranicznym rabusiom, aby się od ich łupieży i okrucieństwa zasłonić.