Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


VIII.

Zioła i kwiaty, mgłą nocną obwiane,
Błyszczały rosą — a księżyc na ścianę
Padając z boku, oświécał dokoła
Podobneż w rzeźbie i kwiaty i zioła. —
Mnich stanął nagle, i trwożne źrenice
Zwrócił ku stronie północnéj:
Gdzie jak z wulkanu, skry i błyskawice
Tryskały z ciemności nocnéj.
I to jak race, śmigając ku górze,
To w bok, jak szmermle rozpierzchłe,
Czerwoną łuną, jak polarne zorze,
Oblały niebo zamierzchłe.
Mnich zdwoił kroku, i szepcąc akt skruchy,
Korzył się w częstych westchnieniach:
Bo on to poznał, że nieczyste duchy
Bujały na tych promieniach.

IX.

Przez kute z miedzi wązkie drzwi poboczne,
Weszli do środka kościoła.
Na lekkich słupach, szczyty jego mroczne
W ciemnościach nikły dokoła.
Gdzieniegdzie tylko promień księżycowy,
Przez okna padając z góry,
Oświécał obszar olbrzymiéj budowy,
I kształty wnętrznéj struktury.
Łuki rzucone wszerz bokowych skrzydeł,
Cud dłóta, podziw spójrzenia!