Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Matka się jego rodziła w Alpinie,
Kochał Alpinów, których krew w nim płynie.
Niedawno w wieszczém usłyszał marzeniu
Jęk strażniczego ducha w ich plemieniu[1];
Widział go nawet, jak w szacie błękitnéj
Stał płacząc u stóp sosny starożytnéj.
Niedawno w nocy Benharrowu szczyty,
Zabrzmiały nagle końskiemi kopyty,
Choć nigdy jeździec śmiertelnym rumakiem
Nie śmiał i nie mógł czwałować tym szlakiem.
Niedawno piorun roztrzaskał pień sosny,
Pod którą właśnie stał duch ów żałosny.
Wszystko na jawie, i wszystko w widzeniu
Groziło klęską Alpinów plemieniu.
Wziął więc kij w rękę, i wybrał się w drogę,
Niosąc im wczesną złéj wróżby przestrogę,
I stał, wezwany by obrzęd odprawić,
Gotów zarówno kląć i błogosławić.

VIII.

Stos już gotowy; — z pobliskiéj zagrody
Prowadzą kozła, patryarchę trzody.
Kładą na stosie: — mnich wodą go skropił,
Wódz po rękojeść miecz w piersiach utopił.
Krew się po stosie polała strumieniem;
Cierpliwe zwierze, z błagalném wejrzeniem,
Konając zwolna, patrzyło na wrogów,
Gdy stos ze czterech zapalali rogów.
Naówczas Brian, nad ciałem ofiary
Szepcąc naprzemian modlitwy i czary,

  1. Każda ze znakomitszych rodzin góralskich, przypisywała sobie iż ma opiekuńczego, a raczéj domowego ducha, który do niéj tylko przywiązany, jéj się dobrem szczególnie zajmował, lub żałosnym swym płaczem i jękiem ostrzegał ją o grożącém nieszczęściu.