Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXVII.

— „Idąc za tobą, innego Anioła,
„Ni innéj Damy nikt wzywać nie zdoła!“ —
Rzekł, i wszedł za nią: — wtém głośny brzęk stali,
Jakby szczek miecza rozległ się po sali.
Warem krwi serce przychodnia nabiegło;
Lecz wnet ze wstydem omyłkę spostrzegło,
Gdy tuż u wnijścia, na cegłach podłogi,
Ujrzał miecz nagi, przyczynę swéj trwogi,
Wypadły z pochwy, zwieszonéj z niechcenia
Na sękowatych rosochach jelenia.
Bo w krąg po ścianach, za gmachu sprzęt cały,
Wojny i łowów trofea wisiały:
Tu hełm, tam puklerz, tam oszczep strzelecki,
Ówdzie łuk, kołczan, lub miecz staroświecki.
Tu dzik kłem błyska z pod zbroi rycerza,
Daléj wilk białe swe zęby wyszczerza;
Po nad pstrym rysiem rozpiętym na dole,
Sterczą łby łosie łub rogi bawole;
Obok wojenne chorągwie podarte,
Z których znać jeszcze krwi ślady niestarte,
I skóry różnych barw, kształtów, i cieniów,
Sarn, żubrów, lisów, niedźwiedzi, jeleniów,
Porozwieszane dziwnie, rozmaicie,
Tworzyły dzikie ścian szorstkich obicie.

XXVIII.

Gość rzucił wkoło oczyma bystremi,
Gdy się schylając podnosił miecz z ziemi;