Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I czarnym borem nawisły po wierzchu,
Mroczy się cieniem przedwczesnego zmierzchu;
Gdy od północy, nad białe obłoki
Wzbity Benanu wierzchołek wysoki,
Nagi, lecz kształtem powabny dla oczu,
Kąpie się w jasném powietrza przezroczu.

XV.

Długo podróżny, wzruszony, zdumiały,
Patrzał na wszystko z wierzchołka swéj skały.
„O! co za cuda w tych miejscach — zawołał —
„Kunszt albo przepych potworzyćby zdołał!
„Na téjby górze stanął zamek zbrojny,
„W tym dole niewiast pałacyk spokojny;
„Z owéj dąbrowy, z za drzew tego boru,
„Błysłyby wieże białego klasztoru!
„O! jak wesoło dźwięk trąby myśliwéj
„Budziłby z rana te lasy i niwy;
„Jak wdzięcznie piosnka miłosna wieczorem
„Brzmiałaby z arfą nad cichém jeziorem!
„Lub gdy śród nocy, w swéj pełnéj pogodzie,
„Księżyc w zamglonéj przegląda się wodzie,
„Jak uroczyście, z za mrocznych drzew boru,
„Płynąłby z echem daleki śpiew chóru,
„Gdy dzwon posępny, brzmiąc głucho w dąbrowach,
„W tychby gdzieś górach, lub na tych ostrowach,
„Budził świętego pustyni mieszkańca,
„Do rozmyślania i modłów różańca! —
„Wtedyby trąba, i arfa, i dzwony,
„Wtedy uprzejma gościnność w te strony