Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tak, że zdaleka wydają się z wody
Jak gruzy zamków, lub wysep ogrody.
Strumień grunt coraz bystrzejszym rwąc prądem,
Co krok to daléj rozłącza je z lądem,
Aż wszystkie strugi złączywszy znów w biegu,
Zalewa wąwóz od brzegu do brzegu,
I połyskując wód gładkich przestworem,
Małém Trosachu staje się jeziorem.

XIV.

By wyjść z wąwozu, strzelec pełen trwogi
Nie widzi żadnéj ni ścieżki, ni drogi,
Chyba się musi, z potrzeby zuchwały,
Piąć po urwiskach przepaścistéj skały.
Po drzew korzeniach, jak szczeblach drabiny,
Chwytając ręką gałęzie jedliny,
Wdarł się nakoniec na szczyt — zkąd u spodu,
Tuż pod nim, w blasku jaskrawym zachodu,
Jakby ze stali zwierciadło ogniste,
Widać Katrinu jezioro przejrzyste:
Pomiędzy wzgórza, rosnące po bokach,
W kształtnie kręconych rozlane zatokach,
Pocieniowane cieniem wysp kwitnących,
Na tle błękitu wód zieleniejących,
I gór, co jakby olbrzymy-strażnicy,
Z dwóch stron zaklętéj strzegą okolicy.
Z południa Benwen, zamglony u szczytów,
Piętrząc się w massy skruszonych granitów,
Zwala na brzegi swe gruzy i głazy,
Istne zniszczenia i ruin obrazy,