Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXII.

Dziewica grzecznéj wysłuchawszy mowy,
Wdzięcznemi wzajem ozwała się słowy,
Że dla zbłąkanych śród gór tych wieczorem,
Domy góralów są zawsze otworem.
„Ani sądź, gościu, że niespodziewanie
„Nasze samotne nawiedzisz mieszkanie.
„Od rana dzisiaj, nim wiatr obwiał rosy,
„Łoże miękkiemi nasłano ci wrzosy:
„Na twoję ucztę, liść owych modrzewi
„Zlała krew głuszców i dzikich cietrzewi,
„I nasze sieci szerokie o wschodzie
„Nie nadaremnie brodziły po wodzie.“ —
— „Z żalem,“ rzekł strzelec, „lecz czuję powinność,
„Bym twoję w błędzie oświecił gościnność.
„Obcy, nie roszczę praw do uprzejmości,
„Z jaką znać czekasz zaproszonych gości.
„Rzucony trafem śród tego ustronia,
„Straciwszy drogę, przyjaciół, i konia,
„W górach tu waszych nieznany nikomu,
„Nie miałem wstąpić do żadnego domu,
„Ażem obaczył ze skał tych wyżyny,
„Czarowną Wróżkę téj czarów krainy.“ —

XXIII.

— „Wierzę,“ odparła dziewica z uśmiechem,
Łódź swą do brzegu zbliżając z pośpiechem: