Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


VII.

„Kochałem — byłem kochany wzajemnie! —
Lecz jeśli prawda, co powszechne zdanie
Głosi o tobie, Najjaśniéjszy Panie!
Że dotąd nie znasz co miłość; — daremnie
Byłoby kréślić dalsze mojéj dziéje.
To, na co we mnie cała krew goreje,
W tobie pogardy może uśmiech wzbudzi. —
Ale cóż czynić? — nie każdemu z ludzi
Dano, jak tobie, woli majestatem
Umieć panować nad sobą i światem! —
Jam jest — lub raczéj, jam téż był hetmanem,
Królem tysiąców: — z sercem niezachwianém
Wiodłem je w ogień: — a przecież daremnie
Chciałem zmódz słabość natury człowieczéj,
Zmódz serce moje! — Lecz wracam do rzeczy.
„Kochałem — byłem kochany wzajemnie! —
Były to chwile najszczęśliwsze w życiu!
Codzień ją mogłem widywać w ukryciu,
I żyłem tylko nadzieją téj chwili.
Czas, świat i ludzie stali mi się niczém:
Wschód mego słońca był przed jéj obliczem,
Noc mojéj duszy — gdyśmy się dzielili!… —
O! teraz jeszcze całą Ukrainę
Oddałbym chętnie za taką godzinę,
Za owe chwile — kiedy paź ubogi,
Na całym świata obszarze, nie miałem
Nic prócz jéj serca — i nic mieć nie chciałem,
Prócz, bym ją częściéj widywał bez trwogi! —