Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/505

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Odaliski, Muftych, Baszów,
Aż do pięści a pałaszów.
Bo najmilsza dlań zabawa,
Był harmider, hałas, wrzawa,
Nigdzie ładu ni porządku! —
Jednak z czasem — czy z rozsądku,
Czy z lenistwa — dość że z wiekiem
Sułtan cichszym stał się człekiem,
I nakoniec ku starości,
Sam zapragnął spokojności.

Aż tu kłopot! bo sąsiedzi,
Widząc że on cicho siedzi,
Nuż na niego! nuż wojować,
Napastować a rabować,
I wet za wet, żuk i żaby,
Deptać wroga, kiedy słaby! —

A więc Sułtan, by swe właści
Zabezpieczyć od napaści,
Musiał trzymać wojsk bez liku.
Wojsko ciągle w zbrojnym szyku
Dzień i noc pod bronią stało:
Lecz i to nie pomagało.
Bo naprzykład: wojsko w nocy
Strzeże granic od północy;
Aż tu goniec: „Marsz na prawo!
„Wróg od wschodu.“ — Wojsko żwawo
Daléj na wschód! — Aż znów goniec:
„Marsz na zachód!“ — Z końca w koniec