Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zręczném się wiosłem sterując w swéj drodze,
Gnała ją szybko ku bliskiéj odnodze,
Gdzie wierzb zielonych rozwisłe warkocze
Fala w swém łonie odbija i płócze,
I z cichym szmerem pluskając o brzegi,
Kona na piaskach, błyszczących jak śniegi.
Właśnie pod łodzią zaskrzypiał żwir biały,
Gdy strzelec szybko zstąpiwszy ze skały,
Stanął zakryty pomrokiem wieczora,
By się przypatrzyć téj Nimfie jeziora.
Dziewica zda się czekała śród ciszy,
Aż znów powtórny dźwięk trąbki usłyszy.
Z wzniesioném czołem, z wytężonym wzrokiem.
Jakby coś słysząc w milczeniu głębokiém,
Z powiewnym włosem, rozwianym w pośpiechu,
Z otworzonemi usty — bez oddechu.
Stała jak posąg; — z postawy, z oblicza,
Rzekłbyś, że grecka bogini dziewicza,
Czarownych brzegów Najada strażnicza.

XVIII.

Lecz nigdy nawet dłót greckich rzeźbiarzy,
W Gracyach, w Nimfach, w boginiach ołtarzy,
Nie stworzył cudniéj kibici ni twarzy!
Cóż ztąd, że słońca gorące pogody
Tłem jakby cienia powlokły jagody?
Trud co jéj lica zapalał płomieniem,
Sprawiał zarazem, że z prędkiém westchnieniem,
Nad rąbek szaty, jak fala z za brzegu,
Błyskała coraz pierś bielsza od śniegu.