Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Cóż, że uczony mistrz sztucznych poskoków
W muzyczne miary nie wkładał jéj kroków?
Nigdy krok szybszy migając przez wrzosy,
Lżéj porankowéj nie otrząsł z nich rosy;
Najmniéjszy kwiatek, jak wiatru tchem zgięty,
Z pod stóp jéj znowu powstawał niezmięty.
Cóż, że z ust czasem, z wdziecznemi ich słowy,
Zabrzmi ton prosty góralskiéj wymowy?
Głos jéj tak słodki, tak miły dla ucha,
Że słuchacz nie śmie odetchnąć, gdy słucha.

XIX.

Wodza być córką zdaje się dziewica.
Lśniąca przepaska, co skroń jéj oświéca,
I pled jedwabny płynący z jéj ramion,
I złota klamra, należą do znamion.
I rzadko wstążka wiła się śród cieniów
Tylu i takich warkocza pierścieniów,
Jak te, z pod których łabędzia jéj szyja,
Jak śnieg z pomiędzy piór kruczych przebija.
Rzadko pled w swoje fałdy tajemnicze
Tulił cudniejsze powaby dziewicze;
A nigdy klamra, swym blaskiem gwiaździstym,
Nie połyskała nad sercem tak czystém.
By zgadnąć w głębi skarb uczuć bez ceny,
Dość jest raz spojrzeć w źrenice Heleny.
Nie tak Katrinu zwierciadło przejrzyste
Odbija jasno swe brzegi kwieciste,
Jak się w tych źrenic swobodzie dziecinnéj,
Maluje każda myśl duszy niewinnéj: