Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Czy się w niéj radość zaśmieje wesoła,
Czy żal lub litość łzę z oka wywoła,
Czy prędka wdzięczność doznanéj dobroci
Myśl rozrzewnioną ku niebu obróci;
Czy powieść krzywdy, lub widok przemocy,
Oburzy wolny duch córek północy.
Jedno jest tylko czucie, co trwożliwa,
Z dziewiczą dumą, dziewica ukrywa,
Choć nie mniéj czysty blask jego płomienia —
Trzebaż to czucie nazywać z imienia?

XX.

Zniecierpliwionéj okolném milczeniem,
Z ust koralowych głos zabrzmiał ze drżeniem:
„Ojcze!“ krzyknęła; a wiatry na skały
Harmonijnemi dźwiękami powiały.
Słucha — nic wzajem nie mąci milczenia.
„Tyżeś Malkolmie?“ — dźwięk tego imienia
Z tak niewyraźnym z ust wypadł pośpiechem,
Że skały złowić nie mogły go echem.
— „Jestem podróżny;“ rzekł strzelec nieśmiało,
Wychodząc z miejsca gdzie krył się za skałą.
Szybko dziewica, za wiosła zamachem,
Na głąb w swéj łódce odbiegła z przestrachem,
I zapłoniona, na piersi wzburzonéj
Stuliła rąbek rozwianéj zasłony;
Tak pierzcha łabędź spłoszony od brzegu,
Tak gładząc pióra wstrzymuje się w biegu.
Bezpieczna wtedy, choć jeszcze nieśmiała,
Wsparłszy się wiosłem, na gościa patrzała.