Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XIX.

Już pną się w górę po skalistéj drodze:
Gdy pan Bajarda, wściągając mu wodze.
Skinął na giermka: — posłuszny skinieniu,
Wnet ku pańskiemu poskoczył strzemieniu. —
Widzisz tam, De Vaux! owego człowieka,
„Co się ku miastu przebiera zdaleka?
„Olbrzym z postawy, w ubogiéj odzieży.
„Co za krok! patrzaj! przysiągłbym że bieży,
„Prosto pod górę, bez trudu oznaki! —
„Przypatrz się tylko! — nie znasz kto on taki?“ —
— „Nie, na mój honor! — lecz olbrzym prawdziwy!
„Pewno czyjś hajduk, lub sługa myśliwy.“ —
— „Wstydź się, wstydź, De Vaux! czyż wzrok nieprzyjaźni,
„Czyż zawiść dójrzéć nie umie wyraźniéj? —
„Nim wszedł pod górę, zaledwo spojrzałem,
„Zaraz tę postać i krok ten poznałem.
„Równych im nie ma w całéj Szkockiéj ziemi,
„A któżby z obcych śmiał mierzyć się z niemi? —
„To Jakób Duglas, hrabia na Bottwelu! —
„Śpieszmy dwór ostrzedz o nieprzyjacielu!
„Król się téż musi namyśléć tymczasem,
„Jak się ma znaleźć, i spotkać z Duglasem.“ —
Tu zwrócił konia ku murom zamkowym,
I wbiegł do bramy po moście zwodowym.

XX.

Duglas przez pola zdążając bez toru,
Z Kambus-Kennetu powracał klasztoru,