Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Z przekąsem Nimfa — gdy wziąwszy jéj wiosło,
Znać że mu nowe rozpoczął rzemiosło —
Śmiała się patrząc, jak ramię wysilał,
I jak się wstydził, że czółnem przechylał.
Lecz męzka siła brak wprawy zmniejszała:
Łódź, choć się chwiejąc, leciała jak strzała,
A w ślad jéj, skomląc, nie rade z ochłody,
Szły wpław ogary, pysk wznosząc nad wody.
Nie wiele razy dłoń w pracy swej skora,
Rozbiła wiosłem zwierciadło jeziora,
Gdy łódź, przemknąwszy około skał zrębu,
Wbiegła w cień liści zielonego dębu.

XXV.

Gość szybko wyspę obejrzał tymczasem.
Brzeg był zarosły murawą i lasem,
Lecz nigdzie domu, ni ścieżki, ni drogi,
Żadnego śladu rąk ludzkich, ni nogi.
Aż mu dziewica wskazała tór mały.
Przez las w głąb wyspy wiodący na skały,
I z skał w zieloną schodzący dąbrowę,
Pomiędzy wierzby i gaje brzozowe.
Tam pod ich cieniem, ktoś, znać niespodzianie,
Na prędce wiejskie zbudował mieszkanie[1].

XXVI.

Dom był przestronny, lecz dziwny z pozoru,
Prosta struktura, bez sztuki, ni wzoru.

  1. Wodzowie górali, których życie na tysiączne niebezpieczeństwa wystawioném było, mieli zwykle w najskrytszym zakącie posiadłości swoich jakieś pewne schronienie, dom, wyspę, zamek lub grotę, gdzieby przed niebezpieczeństwem ujść mogli.