Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Migały zewsząd śród ciemności nocnéj,
„Jak latające skry zorzy północnéj.
„Widziałem dzisiaj, jak gęsto w szeregu
„Stoją u wyspy, przyparte do brzegu,
„Jak stado kaczek przypadłych do ziemi,
„Gdy w górze sokół szybuje nad niemi.
„Jeśliż to z wojną oswojone plemię,
„Kryje się przed nią i opuszcza ziemię,
„Mógłże twój ojciec, w tak ciężkiéj potrzebie,
„O bezpieczeństwie nie myśléć dla ciebie?“ —

helena.

— „Nie, nie! Allanie! ten pozór wyprawy,
Złowieszczéj we mnie nie uśpi obawy.
Serc kochających przeczucie nie myli.
On sam, w ostatniéj pożegnania chwili,
Nie chcąc przedemną swój zamiar objawił,
Kiedy mię żegnał, i gdy błogosławił,
Widziałam, jak się zdobywał na męztwo;
Zgadłam, że idzie na niebezpieczeństwo! —
Allanie! jestem niewiastą, lecz umiem
Pojąć duch męża; myśl wielką rozumiem,
Duszę Duglasa czuję w mojéj duszy:
Jak woda, którą lada wiatr poruszy,
Odbija jednak w swém łonie ruchomém,
Góry i skały niezachwiane gromem. —
Zgubny cios wisi nad rodem Alpina,
W nim, sądzi Duglas, téj wojny przyczyna.
Widziałam, cały jak stanął w płomieniu,
Gdyś mu o swojém powiadał widzeniu,