Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Proś o co zechcesz, król ci nie odmówi,
„Pomnąc co winien mnie, Fitz-Jakóbowi.“ —
Rzekł — na jéj palcu złoty sygnet błysnął —
Ujął jéj rękę, do ust swych przycisnął,
I odszedł nagle; — Bard osłupiał z trwogi,
Z takim go pędem ominął w pół drogi.
Wziął przewodnika, i oba pospołu,
Zbiegłszy z gór wkrótce stanęli u dołu,
I szli przez Trosach, nad brzegiem ruczaju,
Co łączy Katrin z jeziorem Achraju.

XX.

Wszystko spokojne w głębokościach jaru,
Powietrze tylko migoce od skwaru.
Wtém Murdoch świsnął. — „Co to jest? znak jaki?“ —
— „Nie! chciałem tylko rozpędzić te ptaki.“ —
Spojrzał Fitz-Jakób, i poznał w ustroniu
Trup konia swego: — „Ach! dzielny mój koniu!
„Lepiéjby było i tobie i panu,
„Nie widzieć nigdy Alpińskiego klanu! —
„Murdochu! naprzód! — lecz niechno usłyszę
„Głos twój raz jeszcze — patrz, czém cię uciszę!“ —
Z ręką na mieczu, w milczeniu głębokiém,
Szli, bacząc na się podejrzliwym wzrokiem.

XXI.

Ślad krętéj ścieżki, ciasnéj i kamiennéj,
Wił się nad brzegiem przepaści bezdennéj,
Gdy oto! postać znędznionéj niewiasty,
Ubrana dziko w łachmany i chwasty,