Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/429

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Ale nie miałbym mocy, przyjść aż tutaj śród nocy,
„Bez twych zaklęć na święty dzień Jana. —
„Teraz, żegnaj na wieki! — mnie czas w kraj mój daleki,
„Gdzie mnie zorza nie spłoszy poranna!“ —

W Niéj miłości odwaga, nad przestrachem przemaga:
— „O! Ryszardzie! o! powiedz mi słowo!
„Jest-żeś ty tam zbawiony? czy na wieki zgubiony?“ —
Rycerz westchnął, i tylko wstrząsł głową.

— „Kto tu przelał krew braci, krwią na sądzie zapłaci;
„Niechaj o tém wié Baron twój mściwy.
„A że miłość nieprawa, tam za grzech się uznawa,
„Przyjm odemnie ten dowód straszliwy!“ —

Rzekł, i dłonią swą lewą, wsparł się o łoża drzewo,
„A prawicą dotyka jéj ręki.
Lady wstrząsła się, zbladła — i jak martwa upadła.
W całym zamku rozległy się jęki.

I nazajutrz tam rano, w drzewie łoża ujrzano
Wypalonych pięć palców ognistych.
Lecz z ust Lady ni słowa; — prawą tylko dłoń chowa,
U stóp męża w łzach tonie rzęsistych. —

W górach blisko Melrozu, w mrocznéj głębi wąwozu,
Jest mnich wieczném związany milczeniem;
Jest w Drajburgu, w tajemnym, ciemnym lochu podziemnym,
Mniszka drżąca przed słońca promieniem.