Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/456

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pod Orleanem wróg kresu domierza,
Dzień chwały jego chyli się do końca!
Dojrzał na zgubę, jako plenna niwa,
I już żniwiarka, z krwawym sierpem w ręce,
Zbliża się — przyjdzie — i z wzgarda pozrywa
Z gwiazd, dumy jego rozwieszone wieńce! —
Nabierzcież serca, ludzie małéj wiary!
Bo nim ten księżyc dojdzie pełni swojéj,
Żaden angielski koń z nurtów Loary,
Żaden krwią naszą wróg się nie napoi! —

Bertrand.

Minął czas cudów!

Joanna.

Nie! — przyszedł czas cudu!
Biała gołąbka wzleci orla lotem,
Spadnie na sępów, chciwych krwi jéj ludu,
Skruszy Burgunda zdrajcę — i z Talbotem,
Bluźniercą Nieba — i z owym ponurym
Łupieżcą świątyń, dzikim Salisburym —
I z tym Fastolfem — i z temi wszystkiemi
Najezdnikami naszéj pięknéj ziemi,
Łamać się będzie — i wszystkich wyżenie,
Jako lew trzody, lub tygrys jelenie.
Bo Pan z nią będzie: — bo jak wiatr palący,
Duch Jego przed nią: — bo On jéj prawicy
Da siłę śmierci — i w słabéj dziewicy,
Okaże światu, że On wszechmogący!