Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I wnet z za wzgórza, po równéj przestrzeni,
Pędzą wprost czteréj myśliwcy w zieleni.
Dwóch niesie włócznie i puklerze z godłem,
Dwóch wiedzie lózem dwa konie pod siodłem.
Pędzą — aż kurzem i znojem okryci,
Przed Fitz-Jakóbem stanęli jak wryci.
Widzą plac boju, dziwią się, chcą badać: —
„Nie pytać o nic! przed nikim nie gadać!
„Herbert z Lufnesem niech zsiada wnet z koni,
„Temu rannemu użyczcie swych dłoni:
„Obwiążecie rany! — nie obce wam leki.
„Chcę by mu czułéj nie brakło opieki.
„Wprost do Sztirlingu, gdy siła pozwoli,
„Wsadźcie go na koń, i wieźcie powoli.
„Łagodny siwosz nie strudzi go wcale.
„Biedny koń! musi przestać na téj chwale;
„Milszy dziś ciężar miał dostać w podziale! —
„Ja muszę przodem; — godzina już bliska,
„W któréj się miejskie rozpoczną igrzyska.
„Ale mój Bajard szybko mię przeniesie. —
„Śpieszcie! — wy za mną! De Vaux[1] i Herresie!“ —

XVIII.

„Stój, stój, Bajardzie!“ — koń grzywę nadyma,
Poryża zcicha, i strzyże uszyma:
Znać się z pańskiego raduje widzenia.
Pan nie wziął cugla, nie dotknął strzemienia,

  1. Devaux czytaj; De Wo.