Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/450

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    Wtém — o! dziwy! któżby wierzył?
    Starzec, chatka, psy, drużyna,
    Wszystko razem w oka mgnieniu
    Znikło, jak sen przy ocknieniu.

    Przerażony, w martwéj ciszy,
    Chce zatrąbić — trąba niema;
    Krzyknął — sam siebie nie słyszy;
    Tchu ni głosu w piersiach nie ma.
    Spójrzy — wkoło mgłą okryty;
    Chce uciekać — koń jak wryty.

    A wtém z dołu, z góry, z boków,
    Mgła się zgęszcza, ściemnia, chmurzy:
    Pod nim zda się szum potoków,
    Nad nim zda się szelest burzy;
    Aż ze świstem wichru z chmury,
    Głos, jak piorun, zabrzmiał z góry:

    „Bezbożny! coś w bliźnim brata,
    Stwórcy nie uczcił w stworzeniu;
    Zaślepiony pychą świata!
    Poznaj w wieczném zatraceniu,
    Że Bóg wszystkich stworzycielem,
    Wszystkich ojcem — i mścicielem.

    „Uciekaj przez wieków wieki,
    Szczwany od czartów i piekła,
    Dla przykładu w czas daleki,
    Wszystkim, których chuć zaciekła,