Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Drżąc przed tym wzrokiem — co w jéj wyobraźni
W téj chwili nad nią jak meteor pała;
Czekając głosu — jak ten, co już słucha
Rychło nań zabrzmi trąba Archanioła,
I pomnąc grzechy, wie że próżna skrucha,
Gdy hasło sądu strasznego zawoła!… —

Ale on milczy; — wkoło tylko zcicha
Brzmią coraz daléj odchodzących kroki. —
Poszli — on został; — słychać, jak oddycha.
Lecz ach! okropność téj ciszy, téj zwłoki!… —
A wtém! — o! zgrozo! — przybliżył się do niéj,
Ujął jéj rękę — i ścisnął w swéj dłoni,
I głos znajomy łagodnie zawołał:
„Hildo!“ — nic więcéj wymówić nie zdołał.
Lecz ach! to dosyć, dosyć! — z ust dziewicy
Krzyk nagły wydał resztę tajemnicy.
I drżąca z trwogi, z podziwu, z radości,
Raz tylko wzniosła zapłonione skronie,
Rzuciła tylko jeden wzrok miłości,
By wnet łzy ukryć na kochanka łonie! —

Onże to, Hafed? — ów postrach rycerzy,
On, co jak tygrys krew arabską pije;
On, co gdy krzyknie, gdy wzrokiem uderzy,
Głosem osłabi, spójrzeniem zabije:
On, jéj kochanek? — piękny i łagodny,
Jakim był w chwili piérwszego widzenia,
Gdy na jéj myśli i senne marzenia
Rzucił z swych oczu promień tak pogodny,
Że mniema, Aniół przed nią się objawił,
I jasność Niebios po sobie zostawił?