Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/423

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Most przejechał zwodowy, i u bramy zamkowéj
Zsiada z konia, i gwizdnął trzy razy.
Jakby czekał już wprzódy, na to hasło paź młody,
Przybiegł skokiem na pańskie rozkazy.

„Słuchaj, paziu mój młody! twéj wierności dowody,
„Wiész, że łaską odpłacam wzajemnie.
„Mów więc śmiało, licz na niéj: mów, gdzie była twa pani?
„I kto był u twéj pani beze mnie?“ —

— „Lady codzień o zmroku, boczną fórtką u stoku,
„Wychodziła, gdy wszyscy już spali;
„I szła prosto na góry, gdzie od pory do pory
„Podczas wojny nasz sygnał się pali.

„Dnia pierwszego, mgły sine okrywały równinę,
„Krok w krok za nią więc mogłem iść blizko.
„Szła z pośpiechem i trwogą; lecz na górze, nikogo!
„Samo jedno gorzało ognisko.

„Dnia drugiego, przed zmierzchem, w szparze skały pod wierzchem
„Siadłem skrycie, by schadzki dośledzić.
„Nagle spójrzę — aż stoi, młody rycerz we zbroi;
„Lecz zkąd przyszedł? — nie umiem powiedzieć.

„Lady przyszła niedługo, i godzinę i drugą
„Rozmawiali z żywością wzajemnie.
„Lecz deszcz padał kroplami, wiatr szeleścił liściami,
„Nastawiałem więc ucha daremnie.