Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Obok młodzieniec, wzrok chlubny zdobyczą
Zwracał na wdzięki i skromność dziewiczą,
A za nią matka, z łzawemi uśmiechy,
Szła szepcąc ścicha wyrazy pociechy.

XXI.

Któż ich spotyka u świątyni progów? —
Goniec, zwiastunnik łez, krwi, i pożogów!
Znak wojny w ręku, żałoba w odzieniu,
Surowość w twarzy, i boleść w spojrzeniu.
Sącząc się wodą, zziajany pośpiechem,
W ustach głos tłumiąc chwytanym oddechem,
Ku Normanowi wyciągnął krzyż krwawy:
„Koléj na ciebie, władzco Armandawy!
„Miejsce zebrania na łące Lanriku,
„Czas, co najrychléj; — pośpieszaj lenniku!“ —
Ach! czyliż Norman odepchnie dłoń lubéj,
Dłoń wieczystemi spojoną z nim śluby,
Dla tego znaku morderstwa i zguby?
Czyż dzień weselny, co wschodził tak jaśnie,
Co tyle szczęścia rokował nim zgaśnie,
Dzień, co kochanków cierpienia miał skończyć,
Maż-li małżonków tak prędko rozłączyć? —
O! srogi losie! — Daremnie, daremnie!
Norman Alpinu nie zdradzi nikczemnie:
To sprawa klanu, to wodza wezwanie,
To wola nieba! — pośpieszaj Normanie!