Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Palcem jéj tylko śmiéj tknąć się, zuchwały!
„A zlecisz w przepaść, jak kamień ze skały! —
— „Dzięki, obrońco! dzięki!“ — Blanka rzekła,
I drżąc do jego boku się uciekła.
„Patrz, co piór różnych zebrałam dla siebie;
„Kochanka mego chcę szukać po niebie!
„Nie dam ich temu krukowi — niech spadnie!
„Niech go tam wilki pożerają na dnie!
„Albo nie! lepiéj, niech lecąc w pół drogi
„Pledem się swoim zaczepi o głogi,
„I niech tak wisi, aż sęp wygłodniały
„Przyleci żywcem szarpać go w kawały!“ —

XXIV.

— „Dość, dość!“ rzekł rycerz — „Ty słodko spoglądasz
„Prosisz mię pięknie: więc zrobię co żądasz.
„Choć już mym oczom nie staje promieni,
„Miły im widok myśliwskiéj zieleni;
„Choć rozstrojone strony mego ucha,
„Saxońskiéj mowy rade ono słucha.
„I on był łowcem, mój ulubiony.
Co serce biednéj Blanki ułowił;
Jak ty on nosił kolor zielony,
Jak ty saxońskim językiem mówił! —
„Lecz ach! nie o tém chciałam ci zaśpiéwać…
„Musisz być mądry, więc umiesz zgadywać.“ —
I zaraz zcicha, z obłędnym uśmiechem,
Pieśń nową nócić zaczęła z pośpiechem.
I wciąż na przemian, z przerażeniem w oku,
To na górala poglądała z boku,