Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I jakby pana sromały się wzroku,
Nie śmiąc się głaskać, stanęły przy boku.
On trąbił jeszcze; dźwięk rogu chrapliwy
Napełnił wąwóz, i lasy, i niwy.
Zbudzone w lochach krzyknęły puszczyki,
Orzeł w powietrzu powtórzył ich krzyki.
Dźwięk coraz daléj szedł z wiatru oddechem,
Aż jak sto rogów ozwało się echem.
Z westchnieniem jeździec z tych miejsc nieszczęśliwych
Odszedł, by szukać orszaku myśliwych,
Lecz idąc, często wstrzymywał swe kroki:
Tak trudna droga, tak piękne widoki.

XI.

Już blaski dzienne, jak odpływne wały,
Z całego nieba na zachód spływały;
Nagie skał szczyty i lesiste góry
Tlą jeszcze resztą słonecznéj purpury,
Kiedy już z głębi zapadłéj doliny,
Jak mgła nad wodą, powstawał mrok siny.
Ćmiąc wązką ścieżkę, co brzegiem strumienia,
Wijąc się różnie i ginąc śród cienia,
Wiodła po sękach i odłamach skalnych,
U stóp tysiąca skał piramidalnych,
Co ostrym szczytem wybiegłszy nad chmury,
Jak ostrza wieżyc gotyckiéj struktury,
Sterczą po rogach, jakby twierdz wysokich,
Mass granitowych, olbrzymich, szerokich,