Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wpośród nich rycerz napotkał oczyma
Ów miecz, jak gdyby swych marzeń olbrzyma;
I tysiąc myśli, tysiąc mar trwożących
Powstało w duszy i w oczach iskrzących,
Aż, by rozproszyć widma gorączkowe,
Powstał, i z domu wyszedł na dąbrowę.

XXV.

Gwiazdami ciche pałały niebiosa,
Po łąkach lśniąca srebrzyła się rosa;
Nocna woń kwiatów i rozkwitłych krzewów,
Tchnęła w oddechu rzeźwiących powiewów;
Wkrąg dolin, w mroczne ściskając się massy,
Słały cień drzewa i milczące lasy,
Gdy pełne światło miesięcznéj pogody
Lało się z niebios na góry i wody. —
Dzikichby nieszczęść potrzeba lub duszy,
By jéj ten widok nie ulżył katuszy!
On uczuł spokój — i patrząc po niebie,
Wpół myślał w sobie, wpół mówił do siebie:
„Cóż to? czyż nigdy, pomimo méj chęci,
„Rodu wygnańców nie zbędę z pamięci?
„Nie mogęż spotkać dziewczyny śród lasów,
„By się nie zdała mieć wzroku Duglasów?
„Nie mogęż ujrzeć starożytnéj broni,
„By wnet nie wspomnieć o Duglasa dłoni?
„Nie mogęż marzyć, by zaraz sen krwawy
„Nie przybrał groźnéj Duglasa postawy? —
„Nie! nie chcę marzyć! — mocna wola męża,
„Doznam, czy nawet i we śnie zwycięża?