Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wszyscy wkrąg niego gromadą się zbiegli,
Zmienni, zdradzieccy, lub w grobach polegli;
Wzrok ich tak tkliwy, dłoń ściskać tak skora,
Jakby z nim ledwo rozstali się wczora.
Z trwogą sam przez sen zapytał się nieraz:
Co sen, co prawda? czy dawniéj, czy teraz?
Czy widmem była ich śmierć lub niewiara?
Czy to, co widzi, jest tylko snu mara?

XXXIV.

W końcu, z Heleną błądząc między gajem,
Miłośnie, zda się, rozmawiał z nią wzajem.
Lica jéj płoną, lecz usta się śmieją;
Słucha z westchnieniem, on błaga z nadzieją.
Wtém, gdy chce ścisnąć miękką dłoń dziewicy,
Uczuł żelaznéj zimno rękawicy.
W miejscu jéj, męzkie stanęło widziadło,
W błyszczącym hełmie, z przyłbicą zapadłą;
Zmienia się, rośnie w postawę olbrzyma:
Olbrzym hełm podniósł i błysnął oczyma;
Twarz jego groźna, ponure wejrzenie,
Straszny, a jednak podobny Helenie. —
Zbudził się rycerz, i z dreszczem przestrachu,
Sny wspominając, spozierał po gmachu.
Czerwone głównie w przygasłém ognisku
Pełgały łuną krwawego połysku,
Wpół ukazując, wpół kryjąc śród cienia,
Dzikie ozdoby i ścian i sklepienia.