Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Aby zgodnemi wzmocnili zastępy.
„Każdy swe zamki i gór niedostępy,
„Dość będzie na tém, by ów tyran krwawy,
„Z niczém z swéj na nas powrócił wyprawy.“

XXXI.

Są, którzy we śnie, o nadludzkiéj mocy,
Na sam szczyt wieży wdzierają się w nocy,
Lub na wierzchołku skał, u których stopy
Bycząc bez przerwy wrą morskie zatopy,
Stoją i marzą: dopóki blask zorzy,
Padając na twarz, ich ócz nie otworzy.
Wtenczas, gdy spojrzą na siebie, zalśnieni
Ognistym blaskiem słonecznych promieni:
Widząc dokoła przepaście bez końca,
Słysząc huk ciągły, jak gromów tysiąca,
Czując jak śliski głaz, na którym stali,
Drży pod ich stopą od uderzeń fali: —
Śród tego blasku, widoku, łoskotu,
Śród wszystkich zmysłów i myśli zawrótu,
Cóż za dziw, jeśli rozpaczą przejęci,
Uczują w sercu pęd rozpacznéj chęci,
Zasłonić oczy i w przepaść się rzucić,
I śmierć przyśpieszyć, by trwogę jéj skrócić. —
Tak i Helena, na poły umarła,
Jakby się otchłań w koło niéj otwarła,
Niebezpieczeństwem Duglasa przejęta,
Widząc dlań zewsząd śmierć, nędzę, lub pęta,
Uczuła w sercu rozpaczne natchnienie,
Szczęściem swém ojca okupić zbawienie.