Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/481

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A ja! — Ach! próżno, próżno ufać w meztwie!
Plemię Walezych upadło na świecie.

Agnieszka.

W tobie, Karolu! zakwitnie na nowo,
Wierz tylko w siebie! — O! nie bez zamiaru
Bóg cię ocalił, gdy i nad twą głową
Wisiał cień śmierci; i z Jego to daru
Dzierżysz to berło, co trzech pierworodnych
Posiąść wprzód miało. — Bo On w duszy twojéj,
W uczuciach twoich słodkich, i łagodnych,
Opatrzył balsam — co kiedyś zagoi
Rany ojczyzny, i w sercach niezgodnych
Uśmierzy gniewy i zemstę rozbroi!
Tyś jest wybrany, by w cieniu oliwy,
Dźwignąć i wsławić swój naród szczęśliwy!

Król.

Ja? — nie, niestety! W téj burzliwéj toni,
Z któréj ojczyźnie nie wyniść bez cudu,
Ster jéj silniejszéj potrzebuje dłoni. —
Ach! i ja może byłbym ojcem ludu.
Coby mię poznał — coby chciał mię wspierać,
I miłość płacił miłością wzajemną! —
Ale nie umiém serc mieczem otwierać,
Które nienawiść zamyka przede mną.

Agnieszka.

Lud dał się uwieść — namiętność go łudzi!
Ale dzień blizki, że z mlekiem wyssana,