Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Nad dachem jego ognista łona
„Świecić się będzie, jak wstyd czerwona;
„Krwawym jéj blaskiem zarumieniona
„Córka i siostra, matka i żona,
„Niech wiecznie zdrajcę przeklina!“ —

Umilkł — niewiasty stojące gronem,
Z iskrzącém okiem, z bijącem łonem,
Podnosząc dzieci, płaczliwym tonem,
Jak dzikie gęsi w polu zamgloném.
Wzniosły chór groźby Alpina;

„Niech dachy zdrajców spłoną jak słomy!
„Niechaj przeklęstwo, zemsta, i gromy,
„Spadną na góry, lasy, i domy,
„Gdzieby przyjaciel albo znajomy
„Skrył, kogo Alpin wyklina!“ —

Zabrzmiały echem klątwy i grozy
Kojr-Uriskinu dzikie wąwozy,
I wkrąg białemi zarosła brzozy,
Beala-nam-bo dolina.

XI.

Dłużéj tą rażą czekano słów mnicha;
Widać jak długo, jak ciężko oddycha.
Zgrzytał zębami, dłoń zżymał gwałtownie,
Zbłąkane oczy iskrzyły jak głownie:
Znać że najgorsze gotował przeklęstwa,
Na tych, co widząc znak niebezpieczeństwa,
Niewierni braciom, nieposłuszni panu,
Nie przyjdą dzielić prac wodza i klanu.